IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Domek na drzewie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : VIII
Wiek : 20
Skąd : Hereford, Anglia
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 1231
Dodatkowo : najmłodsza Blythe, klon Psyche
  Liczba postów : 1084
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8678-utopia-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8680-utopia
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8682-utopia
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8681-utopia-blythe




Gracz






PisanieTemat: Domek na drzewie   Sob Lut 07 2015, 20:53

First topic message reminder :


Domek na drzewie


Dawno temu mieszkańcy okolicznej wioski zbudowali swoim dzieciom domek na drzewie, by te mogły się wspólnie bawić. Pociechy dorosły, a budowla nadal stoi, powoli zmieniając się w ruderę. Jedyne, co trzyma go przy życiu, to magia. Mimo wszystko można się tu jednak schronić przed chłodem i śniegiem, ponieważ zaradni rodzice ocieplili swoje dzieło.

Na tym terenie nie działa teleportacja, a skupienie magii może wywołać nieprzewidziane skutki w rzucaniu zaklęć!

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 19
Skąd : Londyn, Anglia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 386
  Liczba postów : 235
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10310-casey-marvell
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10316-dla-odwaznych
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10318-casey
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10317-casey-marvell




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek na drzewie   Sro Mar 04 2015, 19:27

Każdy miał jakąś swoją odskocznię od rzeczywistości i tak się jakoś złożyło, że to właśnie oni stanowili dla siebie nawzajem taką miłą odmianę, pośród szarej codzienności, irytujących ludzi i zrządzeń losu. Tak się złożyło, że dla Casey'a był to Ethan, dla Ethana - Casey. Dobrali się idealnie, nie ma co. Przecież na dobrą sprawę jedyna osoba, która jeszcze mogła wywierać na Ślizgona jakiś wpływ i próbować go troszkę ukierunkować, to właśnie Doweson. Oczywiście inna historia, że młodszy chłopak niekoniecznie się do czegoś takiego stosował, ale kiedy miałeś przy swoim boku Krukona, prawdopodobieństwo, że ta mała księżniczka rzuci się na ciebie z zamiarem zamordowania gwałtownie malało.
Czy taki rozwój sytuacji rzeczywiście był częsty i nie do uniknięcia? Wypadałoby się nad tym zastanowić troszkę dogłębniej, bo to przecież nie tak, że para nie potrafiła bez siebie wytrzymać ani też nie prowadziła żadnych kulturalnych rozmów, bez tego brutalnego i dość jednoznacznego pierwiastka. Takie rozumowanie znacznie mijało się z prawdą. Gdyby Casey mógł na co dzień przebywać ze starszym, prawdopodobnie nie prowokowałby go przy pierwszej, nadarzającej się okazji. Oni również tęsknili. Oni również mieli swoje potrzeby. Problem w tym, że dawno nie mieli tyle prywatności i świętego spokoju, co dzisiaj, tak więc obaj pragnęli tej odrobiny rozrywki! Poczekajmy aż kiedyś pozbędą się tej całej otoczki tajemnicy, bo jeśli naprawdę zostaną oficjalną parą prawdopodobnie takie akcje również zaczną pojawiać się troszkę rzadziej, niż przy każdej nadarzającej się okazji. Na tę chwilę można za to spokojnie nazywać ich najbardziej popapranym związkiem stulecia!
- Trudno, tym razem musisz przeżyć bez tego - wzruszył ramionami, zupełnie bagatelizując sprawę. Arterbury lubił robić Krukonowi na przekór, jak to on, przynajmniej jeśli przychodziło do spraw równie błahych i nie aż tak znowu istotnych. Ze szczególnym wyróżnieniem takich słownych potyczek, którymi zastępowali słodkie gesty i urocze zagrywki, które mogły (acz nie musiały) doprowadzić do czegoś więcej.Cukierkowe sceny w ich wydaniu raczej się nie przejawiały. Przynajmniej na razie sytuacja wyglądała w ten sposób, ale cholera wie, jak to będzie wyglądało za kilka lat, gdy Cas zostanie w szkole na własną rękę, jeszcze na kolejne trzy lata... chyba, że wyprowadzi się z zamku, ale to plany wybiegające nad wyraz w przyszłość, co też raczej nie miało ogromnego sensu! Zobaczymy, co przyniosą nadchodzące miesiące, a później zaczniemy się zastanawiać.
- Nie mam pojęcia, kiciu - tak, dobrze słyszycie, końcówka zabrzmiała naprawdę melodyjnie, wesoło wręcz, a Ślizgon dalej, w najlepsze drażnił się ze starszym chłopakiem. Może to porównanie wcale nie było takie głupie... czasami naprawdę żarli się jak pies z kotem! Oczywiście tylko dla zabawy, chorej rozrywki, która obu sprawiała przyjemność, ale z boku chyba dało się to tak odebrać. Porównanie Casa do szczeniaka to już w ogóle inna historia, bo czasami naprawdę potrafił wyglądać jak takie niewinne maleństwo. Czasami. Kiedy odpowiednio się postarał.
To też racja, akurat do sprzątania tego syfu przyłączyłby się dość chętnie. Przecież nigdy nie wystawił Ethana, jeśli chodziło o wypełnianie któregoś z ich zwariowanych pomysłów. Starszy mógł na niego liczyć w każdej sytuacji, pomijając oczywiście te, które nie groziły mu niczym szczególnym! Z tymi to przypadek był o tyle szczególny, że najpierw chciałby zobaczyć efekty nagłego przebłysku głupoty... to czysto hipotetyczne rozważania, żeby nie było. Przecież żadne z nich raczej nie planowało udawać kociaka przed publicznością.
Wtulił policzek w dłoń Ethana, posyłając mu leniwy uśmiech. Spodziewał się, że ten czuły gest był tylko wstępem do czegoś większego, taką ciszą przed burzą i nie pomylił się w najmniejszym nawet stopniu. Poniekąd to byłby chyba niezadowolony, gdyby Doweson jednak nie pozwolił sobie na stracenie kontroli i popuszczenie hamulców.
Odpowiedź na pytanie postanowił przemilczeć, wykorzystując cenne sekuny, na nabranie oddechu i uspokojenie się. Wbrew pozorom, nie znosił bólu samego w sobie, ale skok adrenaliny, którego takowy dostarczał, w pewien sposób wynagradzał początkowe nieprzyjemności. Musiał trochę pocierpieć, żeby później otrzymać swoją nagrodę, a Ethan nie zrobiłby mu nic, co mogłoby przynieść nieprzyjemne konsekwencje. Nie mówimy tutaj o kilku siniakach, zadrapaniach czy rozcięciach, rzecz jasna.. Te tak właściwie lubił później oglądać w lustrze, ale... to chyba nie o tym mieliśmy rozmawiać? Krukon wiedział, ile siły powinien użyć, żeby nie uszkodzić młodszego za bardzo, także nie powinno być problemów.
Dwa kolejne uderzenia skutecznie sprawiły, że Casey'owi odrobinę zaszkliły się oczy, a po tym zaczepnym geście byłby nawet w stanie wyrzucić z siebie jakieś zupełnie nieszczere i „na odwal” przeprosiny... gdyby nie słowa, które padły sekundę później. Momentalne uniósł głowę, posyłając starszemu spojrzenie, które nie jednemu mogłoby zmrozić krew w żyłach. Młody Arterbury był wściekły. Papiery to przecież jedno, ale wszyscy dookoła wiedzieli, że „Marvellem” nie czuje się w najmniejszym nawet stopniu i nienawidzi tego oficjalnego nazwiska. Nazwiska, które zresztą zamierzał zmienić jeśli tylko nadarzy się okazja - najlepiej jeszcze przed przyszłorocznymi OWuTeMami; w najgorszym razie, przed rozpoczęciem studiów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : II
Wiek : 22
Skąd : Oxfordshire, Anglia
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 102
  Liczba postów : 110
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10390-ethan-doweson#286614
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10394-ethan#286708
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10393-ethans-mail#286664
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10392-ethan-doweson#286663




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek na drzewie   Sro Mar 04 2015, 22:22

To prawda, byli swoimi odskoczniami w każdym calu. Zarówno by się oderwać od tej irytującej masy, od nauki, pozorów jakie sprawiali, no od wszystkiego. Do tego mieli okazję by być całkowicie sobą. No dobra, w pewnym stopniu. Bo przecież mimo wszystko jakieś tam wpojone im zasady zachowania zostały. Na przykład Ethan zawsze starał się trzymać część swoich emocji na wodzy i nie obnosił się z każdym swoimi przemyśleniem zostawiając je dla siebie. Casey miał podobnie, z resztą pamiętajmy wciąż byli dwiema, oddzielnymi osobami i nie znaczyło to, że będąc sam na sam nagle stawali się jakby jednym wiedząc o sobie wszystko, znając swoje myśli and stuff. Nie, bez przesady. Aż tak dobrze to nie ma. Prawdą też jest, że gdyby faktycznie mieli częściej okazję na takie spotkania sam na sam, to nie wykorzystywali by ich za każdym razem w tak energetyzująco, sadystyczny sposób. Krukon naprawdę lubił z nim po prostu siedzieć i rozmawiać, wspólnie się uczyć, czytać czy relaksować. Tylko, że gdy nie jest ci to dane z powodów ograniczeń czasowo miejscowych to takie okazje wykorzystujesz by wyładować rosnąca w tobie frustracje i pożądanie. Kończyli przyciskając się do ścian, podług, blokowali sobie drogi ucieczki i prowokowali ile się dało, by jakoś odreagować. Potrzebowali tego, gdyby tak nie było, takie rzeczy nie miałyby miejsca. Przecież w stosunku do innych Ethan taki nie był. Kochał manipulować ludźmi i ich wykorzystywać do własnych celów, ale nie wyobrażał sobie był w stanie w taki sposób zdominować na przykład Sonie. Nie, ta wizja kompletnie mu się nie podobała. A na pewno nie w taki sposób. Czyżby tylko Cas działał na niego budząc sadystę? Całkiem możliwe. Nie zmienia to jednak faktu, że Ślizgon działał na niego bardzo silnie i odurzająco. Gdy nie widział go zbyt długo zaczynał stawać się bardzo poirytowany i wybuchowy. Oczywiście, że tęsknił i irytował go fakt, że nie wie gdzie ten idiota się znajduje i co robi. Czasem miał zbyt duży problem z chęcią kontroli.
Ich coming out byłby tematem stulecia. Nie był nawet sobie w stanie wyobrazić tych wszystkich niedowierzających spojrzeń i głupich min, na ich dwójkę jawnie flirtujących na szkolnych korytarzach, czy wychodzących w pośpiechu z nieużywanej Sali w jednoznacznym stanie. Gdyby jeszcze dotarła do nich informacja od jak dawna to trwa… skrzydło szpitalne przeżyłoby oblężenie z powodu nagłych ataków serca. Dorzućmy do tego łaszącego się i puchatego Casa a i może zgony się znajdą. Do tego odkrycia się była jednak jeszcze daleka droga, która prawdopodobnie nie raz jeszcze zakręci i zniknie z pola widzenia. Ethan wychodził z założenia, że im mniej o tobie wiedzą tym mniej głupich pomysłów przychodzi im do głowy.
-Nie lubię nie wiedzieć. Zwłaszcza jak podsyłasz mi takie niedomówienia – robienie sobie na przekór było już na stałe wpisane w ich wzajemne relacje. To jak igranie z ogniem. Wiesz, że możesz się poparzyć, a i tak odpalasz kolejną zapałkę i podsycasz płomień. Póki jednak co, takie potyczki słowne jak ta teraz były niegroźne. To nie był ten etap, gdy za jedno źle wypowiedziane zdanie możesz skończyć z różdżką przy szyi lub zwinięty z bólu na ziemi. Do tego stanu im jeszcze bardzo daleko.
-Miau – powtórzył lecz tym razem nie było już w tym tego ataku słodyczy i idiotyzmu. Już bardziej robił mu na przekór będąc ciekawym reakcji. Poza tym, poza tym domkiem cos takiego nie będzie miało kompletnie miejsca. Ethan nie zdobędzie się na miauczenie a Cas nie będzie się do niego zwracał per kiciu. No chyba że przejdą na koreański, wtedy cóż i tak ich nikt nie zrozumie. Co prawda wtedy i tak ten zwierzęcy dźwięk się nie pojawi, ale to już nie istotne. Marvell i słodki szczeniak? Z której strony? On był raczej z tych, które gryzą kapcie i sikają po katach z miną niewiniątek. Słodycz, też mi coś. Dla niego lepszy byłby kaganiec albo chociaż kolczatka na szyi. Wtedy tak, może go uznać za słodkiego szczeniak w odpowiednim wydaniu. Hmm może mu na urodziny sprawi taką mugolską tabliczkę z napisem „zły pies”. Wyślę ją pocztą i z lubością będzie przyglądał się reakcji gdy rozpakuje przesyłkę w Wielkiej Sali. Prywatne żarty zawsze spoko. Tak, zdecydowanie trzeba cos takiego zorganizować.
Sam by zamruczał z zadowolenia widząc jak Cas lgnie do niego. Nie było na to jednak czasu, skoro zamierzał się z nim jeszcze trochę pobawić nim przejdą do tej przyjemnej części. Choć musiał przyznać, że lubił tego łaszącego się Ślizgona. Miał w sobie ten urok, który sprawiał, że w nim coś drgało. Nie był jednak w stanie określić co dokładnie. Do stracenia nad sobą kontroli było mu daleko. Po prostu posuwał się coraz bardziej do swoich granic i upodobań. Jemu też to się podobało. Tak samo jak byłby niezadowolony, gdyby Cas zbyt szybko się ugiął. Ich gra nie miała tego na celu oboje to wiedzieli. Ból zaś był tym, co miało to wszystko podsycić. Wiedział, że chłopak za nim nie przepadał, ale lubił efekty jakie ze sobą niesie. Podniecenie, ekscytacje, skok adrenaliny, szysze bicie serca no i ta obietnica nagrody. To potrafiło działać stymulująco. Gdyby tak nie było nie kończyli by w takich sytuacjach aż tak często.
Wiedział, że taka będzie reakcja na to nazwisko. Właśnie dlatego go użył. Naprawdę lubił ten wściekły błysk w oczach. Nie mógł jednak przesadzić, bo w tym stanie, Cas gotów był przegiąć. Kwestia ojczyma była dla niego tak samo drażliwa, jak dla niego jego Charłakowata prababka. Co z tego, ze kobicina już nie żyje, skaza została.-Coś nie tak? Aż tak przeszkadza ci twoje nazwisko kochanie? Przeproś a i jak to odszczekam – wymruczał z zadowolonym uśmieszkiem na ustach. Wzmocnił jednak chwyt woląc nie ryzykować. Drugą ręką przesuwał po śladach od uderzeń, które już pryzjęły ten śliczny, zaczerwieniony kolor. Ślad jego obecności i tego co tu się działo. –Wiesz. Co. Masz. Zrobić.- wymruczał przy jego uchu przygryzając zaraz płatek. Teraz nastała ta krótka chwila przeznaczona na nagradzanie i uspokojenie się. Wiedział, że Ślizgonowi złość szybko nie przejdzie ale i na to miał sposoby. Musiał jednak na tyle nad sobą „zapanować” by móc puścić jego ręce.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 19
Skąd : Londyn, Anglia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 386
  Liczba postów : 235
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10310-casey-marvell
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10316-dla-odwaznych
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10318-casey
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10317-casey-marvell




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek na drzewie   Czw Mar 05 2015, 01:13

Cisza, spokój, towarzystwo tego drugiego, prywatność. To wszystko naprawdę pomagało przetrwać kolejne lata i pozbyć się chociażby stresu związanego z egzaminami, gdy ich terminy pod koniec roku niemiłosiernie się zbliżały. Bez Ethana przeżycie tych dni wakacji, które musiał spędzać z matką graniczyłoby z cudem, chociaż jeśli tak się zastanowić, to Doweson jeszcze nigdy nie odwiedził domu młodszego chłopaka. Cóż, w drugą stronę sprawy miały się zupełnie inaczej, a w najgorszym układzie zawsze zostawały Londyn i Pokątna bądź Nokturn. W tych chwilach nie musieli udawać. Owszem, to nie tak, że obnażyli przed sobą wszystkie sekrety, wyłożyli wszystkie karty i zgadzali absolutnie we wszystkim. Pasowali niczym dwa kawałki puzzli i razem tworzyli zgraną całość, lecz jednocześnie nie byli identyczni - różnili się, prezentowali inne postawy czy opinie. Życiem albo raczej ich relacją zawładnęłaby nuda, gdyby rzeczywiście czytali sobie w myślach i nie charakteryzowali niczym specjalnym. Przez te mniejsze i większe rozbieżności wszystko stawało się o wiele bardziej kolorowe i warte uwagi.
Może ktoś, wnioskując po tym, co odwalali teraz, pośrodku mroźnej Syberii, myślałby, że łączy ich naprawdę dziwna, chora i niewłaściwa relacja. Wziąłby to tylko za cielesność, frustrację i może odrobinę chemii czy także wrogości. W rzeczywistości ich pokręcona przyjaźń - związek liczyły sobie więcej niż jeden poziom. Sami nie byliby w stanie określić tego wszystkiego aż tak znowu dokładnie, ale jeśli ktoś zakwestionowałby wzajemne zaufanie, szacunek, wspólne zainteresowania, plany, bliskość emocjonalną i może nawet odrobinę głębsze uczucie, musiałby naprawdę nie posiadać za grosz wyczucia. Brakowało im czasu, fakt. Gdyby w końcu zdecydowali się obwieścić światu ich relację, wtedy na pewno uległoby to zmianie, jednak do tego nie śpieszyło się ani jednemu, ani drugiemu. Jak już zostało wspomniane, niektóre rzeczy lepiej przemilczeć, żeby nie wywoływać niepotrzebnych kłótni, nieporozumień ani sensacji. Zresztą, naprawdę sporo frajdy mogły sprawić te ukradkowo rzucane komentarze i spojrzenia, których nikt nie potrafił zrozumieć poza nimi samymi. Ba! Których inni nawet nie mogli niejednokrotnie nawet dostrzec. To, co działo się za zamkniętymi drzwiami, to inna sprawa. I, jak zostało wspomniane, właśnie takie zwariowane, sadystyczno-masochistyczne eskapady były tym, czego w danej chwili Ślizgon i Krukon potrzebowali najbardziej, więc dlaczego mieliby sobie ich odmawiać?
Co za to ciekawe, obaj nie potrzebowali, a wręcz nie potrafili sobie wyobrazić, podobnej relacji z kimś innym. Casey za nic nie pozwoliłby, by z taką władczością przyciskał go do ściany przeciętny uczniak. Owszem, zdarzało mu się spotykać z innymi facetami, nie był święty, chociaż oczywiście miał swoje standardy i bardzo rzadko pozwalał na to, by relacja zaszła jakoś wyjątkowo daleko. Zasadnicza różnica to jednak fakt, że tylko Doweson mógł bezkarnie go unieruchomić, uderzyć, a później jeszcze trochę podrażnić, wychodząc z tego obronną ręką. Chyba nikt nie uwierzyłby studentowi w te wszystkie opowieści związane z bardziej milusim zachowaniem młodszego chłopaka, bo przecież zdarzały się też dni, w które Cas nie oczekiwał tak naprawdę niczego, nawet nie prowokował, tylko po prostu dosiadał się do niego i kończył wtulony w bok Ethana, z głową opartą o jego ramię - bo przecież już coś takiego wystarczało dla pełnego komfortu psychicznego.
- Wywnioskuj. Nie jesteś tępy, więc nie powinno być problemów - zauważył, może nawet rozbawiony taką nagłą zmianą kierunku, do którego zmierzał temat. Oczywiście inteligencja Dowesona nigdy nie stanowiła żadnej kwestii spornej, także właściwie na tym należałoby poprzestać.
A zamiast tego skupmy się na tej przeuroczej kocio - psiej relacji. Prezent, tematycznie trafiony, na pewno wzbudziłby całą masę pokręconych myśli, ale z pewnością rozbawiłby Ślizgona niezmiernie. Zaskoczone miny sąsiadów przy stole Slytherinu byłyby na pewno bezcenne, bo przecież takich spraw raczej nie przyjmowało się z optymizmem. Raczej konsternacją, skąd taka tabliczka się wzięła - przecież notabene to Casey opiekował się kotem, a nie psem.
Nazwisko ojczyma naprawdę stanowiło czynnik zapalny. Nawet nauczyciele, którzy znali Ślizgona, używali go bardzo rzadko, a przecież oni nie mieli z nim aż takich dużych problemów. Akurat nie czuł potrzeby pyskowania gronu pedagogicznemu... a szlabany zarabiał w zupełnie inny sposób. Tak naprawdę sama kwestia zmiany nie byłaby aż taka istotna, gdyby Marvellowie należeli do porządnych rodów, a nie zaliczali się do najprawdziwszych śmieci, równych mugolom, jeśli nie gorszych - bo niedoceniających swoich możliwości i marnujących pracę przeszłych pokoleń.
- Przeproś, a odszczekam? Ja mam przeprosić prawnuka pieprzonej charłaczki? Nie pomyliło ci się coś? - warknął chłodno, pomimo swojego położenia patrząc na starszego jako ktoś lepszy, silniejszy. Wiedział, w który punkt uderzyć, żeby starszego jeszcze rozzłościć i zwykle nie posuwał się aż tak daleko. Problem w tym, że Ethan również zdawał sobie sprawę z tych granic cierpliwości drugiego. A tak się składa, że Cassie najbardziej żywiołowo reagował na wspomnienie wcześniej wspomnianego nazwiska. Powiedzmy sobie szczerze, już wolałby ożenić się ze szlamą, niż dobrowolnie przyjąć nazwisko zdrajców krwi. Żeby to jeszcze tylko Jonathan był jakąś czarną owcą rodziny, może dałoby się te kilka lat ścierpieć. Niestety, zarówno ojczym, jak i wszyscy jego krewni zachowywali się jak banda skończonych matołów, którzy za nic nie potrafią docenić, ani wykorzystać, swojej potęgi. Oni nie znaleźliby rozwiązania, nawet jeśli ktoś podałby je im na tacy. Gdyby był spokojny, doskonale zdawałby sobie sprawę, że w tym momencie stąpa po najcieńszym, najbardziej kruchym lodzie, jaki tylko człowiek może sobie wyobrazić. To, że Doweson dwukrotnie wspomniał o kwestii nazwiska zrobiło swoje. Na dobrą sprawę, gdyby poprzestał tylko na zwróceniu się do młodszego per „Marvell” mogłoby się skończyć na paru mocniejszych szarpnięciach, byleby tylko uwolnić rękę i mu przywalić (czemu starszy skutecznie zapobiegł) oraz spojrzeniach rasowego mordercy. Nie mniej, kontynuował. Docisnął te wszystkie odpowiednie guziczki i tym sposobem Casey naprawdę nie zastanowił się nad konsekwencjami swoich słów. Męska duma była niezwykle łatwa do urażenia, szczególnie w wypadku Ślizgona. Duma arystokraty chyba jeszcze silniejszą. Postarał się zapanować nad reakcjami ciała na ten czuły dotyk, chociaż i tak przeszedł go przyjemny dreszcz w odpowiedzi na zachowanie starszego.
Teraz nie obchodziło go to, że lada moment do czerwonych śladów mogą dołączyć kolejne, nie liczył się fakt, że przecież nigdy nie uważał Ethana za  w pewien sposób gorszego od siebie. Jeśli cokolwiek było zgoła odwrotnie, ale i do tego za nic nie przyznałby się na głos.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : II
Wiek : 22
Skąd : Oxfordshire, Anglia
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 102
  Liczba postów : 110
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10390-ethan-doweson#286614
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10394-ethan#286708
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10393-ethans-mail#286664
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10392-ethan-doweson#286663




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek na drzewie   Czw Mar 05 2015, 10:46

Cas nigdy go do siebie nie zapraszał, a i Ethan za bardzo nie miał na to ochoty. Nie dlatego, że nie chciał poznać jego hmm rodziny, ale dlatego że cóż, mogłoby się zrobić nieprzyjemnie. Raz, że musiałby odwracać uwagę chłopaka od chęci zamordowania ojczyma, dwa że w którymś momencie sam mógłby rzucić kilka słów za dużo. Cas nie mówił za dużo o swojej nowej sytuacji rodzinnej, ale starszy chłopak znał go na tyle dobrze, by wiedzieć co się dziej. Nigdy nie wybaczył matce wyjścia za taką a nie inną osobę, może czuł się zdradzony i zraniony. Kto to wie. W każdym razie Ethan nie miał większej ochoty na bliższą interakcję z tymi ludźmi. Chociaż może gdyby jego ojczym zobaczył jak powinien zachowywać się szanujący się czarodziej, to coś by do niego dotarło. Krukon po porstu nie znosił ludzi, którzy nie szanowali magii, bratali się z mugolami zapominając o tym kim są. Do samych szlam nic nie miał. Jeśli udowodnią mu, że są godni to nawet ich może polubić. Także odwiedzanie Casa sobie odpuści, chyba że tylko po to, by go zabrać z tamtego domu. Nawet jeśli nie spędzą reszty wakacji w Ethanowym domostwie, to od czego właśnie jest Londyn, Pokątna, Nokturn czy nawet głupie Hogsmende? Przecież zawsze znajdzie się miejsce, gdzie będą mogli pobyć sami. Mogą nawet wyjechać za granicę, kto im broni, zwłaszcza, że ich zasobność portfela na to pozwalała. Takie dwa tygodnie we Francji nie były głupim pomysłem, a mogliby bez przeszkód nacieszyć się sobą, własnym towarzystwem z dala od znajomych twarzy.
Porównanie do puzzli było bardzo trafne. Uzupełniali się idealnie, razem tworząc zawiły wzór, gdzie bez tego drugiego elementu będziemy mieć niepełny obraz. Byli podobni do siebie ale każdy stanowił indywidualną osobę. I dobrze. Inaczej wiałoby nudą i kto wie, może tarli by się ze sobą jeszcze bardziej. Nikt długo nie może wytrzymać ze swoim odbiciem. Znika ten element zaskoczenia, ekscytacja nieznanym. Może stwierdzenie że byli więc dla siebie idealnie stworzeni wybiegało za bardzo w przyszłość będąc kompletnym przerysowaniem, ale rozumiemy zamysł. Ethan miał gdzieś to, co by ktoś mógł o nich pomyśleć bazując tylko na tej scenie. Ich relacje były na tyle złożone i wielowymiarowe, że potrzeba naprawdę wiele czasu by je zrozumieć. Z jednej strony widzimy tutaj sadystyczny układ, w którym Casey cierpi lecz czy chwilę wcześniej nie rozkoszowali się swoją bliskością i ciepłem? No właśnie. W tą dwójkę lepiej nie wnikać, zostawić ich swojemu własnemu losowi. Żaden z nich wprost nie mówił o swoich uczuciach, o ile jakiekolwiek do siebie żywili. No dobrze, między nimi coś było, chemia, pożądanie, potrzeba drugiego człowieka, ale też chęć posiadania kogoś, kto cię akceptuje bez żadnego ale. Nie oszukujmy się im obojgu daleko było do ideału. Wręcz ich wady czy niepokojące cechy się bardzo wybijały na tle całej reszty, ale im to nie przeszkadzało. Wręcz cenili się za nie. Przynajmniej tak miał Ethan. Uwielbiał w nim ten upór, porywczość, niewyparzony, gadzi język, tak samo jak Cas miał chociażby słabość do tego popapranego poczucia humoru starszego.
I Ethanowi zdarzało się hmmm przyblokować jakąś dziewczynę i wywołać bardziej służalcze reakcje, ale cóż, to nie było to samo. Tak samo jak nikomu poza Casem nie pozwoliłby się zdominować, obrażać i zdecydowanie przeginać. W sumie gdyby młodszy chciał się kiedyś zamienić rolą i samemu podyktować warunki, to starszy zgodziłby się nawet bez aż takiego marudzenia. To już coś znaczy prawda? Te milusie chwile były im też potrzebne. Nie tylko przecież Ślizgon kończył wtulony w ramię starszego. Ile to razy Ethan zasypiał na jego kolanach, czy leżeli wtuleni na kanapie rozmawiając o tych bardziej i mniej istotnych sprawach. Ile razy okazywali sobie czułość, zrozumienie, opiekę. Pewnie też wiele osób nie uwierzyłoby w to, gdyby im pokazano dowody na takie ludzkie zachowanie starszego. Ok w stosunku do swoich chwilowych dziewczyn też potrafił taki być, Sonia najlepszym dowodem i tak byłoby ogólne zaskoczenie widząc ich w takiej a nie innej sytuacji. W ogóle to naprawdę dziwne, że nikt ich nigdy nie przyuważył w takich chwilach, gdy siedzieli zdecydowanie zbyt blisko siebie, racząc się ledwie muśnięciami czy spojrzeniami. Widać niektórzy nie dostrzegają niczego, choć odpowiedź mają na wyciagnięcie ręki.
-Oh dziękuję za komplement. To miłe, że nie wątpisz w moją inteligencję – uśmiechnął się przesłodko do niego. Cóż ten prezent miał być ich własną małą zaczepką. W sumie nie zdziwiłby się, gdyby sam w odpowiedzi dostałby kocimiętki albo innej zabawki dla kota. Konsternacja byłaby podobna, zwłaszcza, że Ethan również sierściucha nie posiadał. Chyba, że jego puchacz nagle postanowił zmienić gatunek. Ciekawe jak długo by potrwała taka wymiana tajemniczych prezentów zanim ktoś zorientowałby się w całej tej sytuacji. Cóż pewnie by to trochę trwało, już dawno się przekonał, że w Hogwarcie większość uczniów składa się z idiotów. I to wcale nie pieszczotliwe określenie.
Wiedział, że to był czynnik zapalny i powinien był po pierwszym użyciu zaprzestać tej gierki, ale nie mógł się powstrzymać. Naprawdę lubił go prowokować. Poza tym uważał, że Cas też trochę przesadza. Rozumiał jego niechęć, popierał ją, ale to tylko nazwisko. I tak używał swojego właściwego, a nie tego tymczasowego chłamu. Nie zamierzał go jednak krytykować, zwłaszcza, że sam miał swoje słowa tabu. Och właśnie jedno padło. Spojrzenie Krukona momentalnie pociemniało wróżąc kłopoty. Każdy kto je zobaczy powinien czym prędzej uciekać modląc się o życie. Kwestia prababki Ethana była dla niego tabu absolutnym. Jeśli ktoś to poruszał samoistnie skazywał się na hmm śmierć w męczarniach. To było dawno, lecz takiej skazy nie da się zbyt szybko wymazać. Charłak w rodzinie jest jeszcze gorszy niż zdrajca czy szlama. Jest niegodny posiadania magia rzucając cień na cały ród. Tym razem to Cas przekroczył tą cienką granicę do której nawet nie powinien był się zbliżyć. Bo i ile jego nazwisko było rzucone specjalnie, dla małej prowokacji i niczego więcej, tak przywołanie prababki… Nie. Nie puści mu tego płazem. Zwłaszcza wtedy, gdy patrzy na niego w ten sposób.
Kolejny cios padł szybko. I o ile wcześniej Ethan w pełni panował nad swoją siłą mając jedynie zaznaczyć swoją przewagę, tak teraz zupełnie się nie powstrzymywał. Jego pięść uderzyła silnie tuż pod żebra mając go pozbawić oddechu, sprawić mu najczystszy ból. Nic więcej. Szybko też złapał go za szyję dociskając jego głowę do ściany. Musi pożałować, musi sobie przypomnieć, że na niektóre tematy nie ma nawet on prawa naciskać i drwić. W jego oczach była zimna furia a nozdrza drgały niebezpiecznie od przyspieszonego oddechu.
-Nigdy więcej nie waż się wspominać o TEJ rodzinie. Ostrzegam cię po raz ostatni- warknął starannie cedząc słowa jeszcze mocniej napierając na jego tchawice. Jak ten gówniarz śmiał to w ogóle powiedzieć. Nacisnął na lód i teraz czekała go bardzo nieprzyjemna, zimna kąpie. Trzymał go w ten sposób, dopóki nie zobaczył siniejącej twarzy i powolnego zbliżania się do krawędzi utraty świadomości. Chciał by czuł później ból w piersi gdy powietrze znowu ruszy po jego ciele.
-Nie prowokuj mnie więcej. Nawet Ty nie możesz poruszać TEGO tematu- odpowiedział już spokojniej puszczając jego szyję. Rozluźnił też uścisk na jego rękach, choć wciąż nie pozwalał mu zabrać rąk. Pochylił się nad nim, gdy odzyskał już choć trochę oddech i pocałował go krótko choć dało się w tym prostym geście wyczuć desperację –Nie chcę cię skrzywdzić Cas- szepnął opierając czoło o niego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 19
Skąd : Londyn, Anglia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 386
  Liczba postów : 235
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10310-casey-marvell
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10316-dla-odwaznych
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10318-casey
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10317-casey-marvell




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek na drzewie   Czw Mar 05 2015, 20:12

Znowu nie róbmy z Casey'a człowieka aż tak bardzo niezrównoważonego, żeby mordować mężczyznę, który w pewien sposób zapewniał mu dach nad głową. Oczywiście Ślizgon miał na tę sprawę trochę inny ogląd. Przecież gdyby jego matka nie była skończoną idiotką i nie zabrała go od tej lepszej części rodziny, spokojnie mógłby mieszkać w rezydencji Arterburych, ze swoim wujostwem dajmy na to. Na pewno ułatwiłaby mu życie, nie ograniczając z nimi kontaktu i nie próbując zmusić do spędzania wakacji w pokoiku na piętrze jednorodzinnego domu, który niczym specjalnym nie wyróżniał się spośród innych, problem w tym, że mugolskich. Tak czy owak, przez durnowate wybory Koreanki życie Ślizgona stanęło na głowie i z całą pewnością każdy, znalazłszy się na jego miejscu pałałby równie dużą niechęcią do ojczyma, który przecież był jednym z dwóch inicjatorów idiotycznego pomysłu asymilowania się z szarą masą ludzi nie mających pojęcia o magii i porzucenia ideałów rodu czystej krwi, dumy z tego, że było się czarodziejem. Żałosne.
Relacje Cassiego z matką od dawna nie należały do najlepszych. Już w młodości wziął ją za oszustkę... pomyśleć tylko, jak bardzo na serio sześciolatek mógł potraktować opowieści do poduszki i jak bardzo negatywnie mogły one wpłynąć na odbiór kobiety, która wydała go na świat i pragnęła dlań wszystkiego, co najlepsze. Ojciec, choć bardziej stanowczy i dobitny, mówił sensownie i nie próbował wcisnąć dziecku fałszywych obietnic. Tak, jakby zdawał sobie sprawę z tej niezwykłej nieufności i sceptyczności, którą odznaczał się jego zaledwie kilkuletni syn. Podobnych cech ludzie spodziewaliby się raczej po nastolatku, a nie po małym dziecku, ale przecież takie wyjątkowe przypadki musiały się czasem pojawić. Gdyby nie śmierć Williama, odciąłby się od matki zupełnie. Większość dzieci raczej potrzebowała kontaktu z obojgiem rodziców, zwłaszcza, kiedy niewiele wcześniej żyli w niemalże sielankowej rzeczywistości. Casey był inny. Seoyeon stała się dla niego przymusem, a nie czymś, czego pragnął dobrowolnie. Tylko raz pozwolił sobie rozkleić się przy kobiecie, ale prawda jest taka, że nawet podczas tego nieszczęsnego pogrzebu ojca nie traktował jej jak rodzica. Przynajmniej tak to wszystko wyglądało na chwilę obecną. Przecież jakby się tak zastanowić, Ślizgon czasami zbyt wiele rzeczy dusił w sobie. Zbyt wielu nie dopuszczał do świadomości, a o jeszcze innych po prostu chciał zapomnieć. Mniej lub bardziej celowo zamykał się na pewne tematy i bynajmniej nie zamierzał ich drążyć. Tak o, nawet jeżeli mogłoby wyjść z tego coś na plus. Przecież nie był jakimś socjopatą i od czasu do czasu naprawdę potrzebował jakiegoś wsparcia... tylko zamiast szukać go u matki, dopiero po upływie kilku kolejnych lat znalazł w osobie Ethana. Oczywiście to zrozumienie było już zupełnie inne, niż wypadku kobiety. Przecież Doweson z najlepszego przyjaciela, brata wręcz, przez te wszystkie lata zupełnie zmienił swoją pozycję i widzimy, w jakich relacjach znajdowali się obecnie. A kwestię ojczyma i matki... cóż, nie ma co ukrywać, że gdyby mógł tak po prostu się od nich wyrwać, zrobiłby to już dawno. Tak na dobrą sprawę zostało mu już tylko przeżyć z nimi jedne wakacje, a z chwilą rozpoczęcia kolejnych nawet nie zastanowi się dwa razy, przed opuszczeniem rodzinnego domu. Jeszcze istniała opcja, że spakuje się już teraz, osiągnął przecież pełnoletniość, ale przecież nie właduje się teraz, tak nagle, do dalszej rodziny. Tak nisko też nie upadł.
Wspólnie spędzone wakacje z całą pewnością były wyjątkowo przyjemne i na pewno niezwykle pożądane. Spędzenie całej masy czasu sam na sam ze studentem zawsze brzmiało bez zarzutu i dawało obietnicę wyciągnięcia z każdej chwili tego, co tylko się dało. Przecież nawet wertując stare księgi mieliby całą masę ubawu! Nie wspominając o tych uroczych momentach, wieczorach i porankach spędzonych w swoich objęciach, bez jakichkolwiek oproów przed okazywaniem sobie uczuć. Prywatne, ustronne miejsce to jedno, ale szkolny korytarz znacznie ograniczał ich możliwości. Przynajmniej na chwilę obecną, gdzie wciąż utrzymywali uczniów w przekonaniu, że nie łączy ich nic specjalnego. Kto wie, kiedy to wszystko ulegnie zmianie i ta „mroczna” tajemnica w końcu wyjdzie na wierzch?
- Nie śmiałbym wątpić - odparł, zresztą zgodnie z prawdą. Lubili sobie dogryzać, co do tego nie ma wątpliwości, ale nawet taki Casey od czasu do czasu wyskakiwał z takimi wyjątkowo szczerymi komentarzami, zwyle zupełnie z zaskoczenia i bez jakiegoś słowa wstępu czy uściślenia... a poza tym dzięki temu był w stanie odciągnąć Ethana od tej nieistotnej sprawy Sonii, więc chyba jakoś się to mu udało. Zdecydowanie chętniej ograniczałby rozbujane ego starszego, niż próbował mu udowodnić, że bynajmniej nie widzi nic złego w relacji Krukona z tą skończoną idiotką, która nawiasem mówiąc zupełnie do niego nie pasowała! Chociaż gdyby tak się zastanowić, to dla Arterbury'ego to nikt ze studentem nie tworzył zbyt dobrze dobranej pary. Nikt poza samym Ślizgonem, rzecz jasna; ale i tego drobnego faktu nie zamierzał ogłaszać chłopakowi - przecież nie byli parą, nawet jeśli bez większego zastanowienia i najzupełniej poprawnie pisaliśmy tutaj o ich związku. W tym drugim rzeczywiście poniekąd tkwili. Na swój własny, osobliwy i jakże popaprany sposób. Takie pozornie toksyczne relacje też musiały istnieć. Gdyby wszystko odbywało się w iście cukierkowy sposób, w rytmie, który prezentowały nam idiotyczne komedie romantyczne, w którym prawdy było równie dużo, co w tym, że pomiędzy Ethanem i Casey'em nie było nic co wykraczałoby poza przelotną znajomość, w których jedno zna imię drugiego i nic poza tym, gdzie wymieniają ze sobą zaledwie kilka zdań tygodniowo, jeśli nie mniej.
Taki prezencik z całą pewnością sprawdziłby się idealnie. Ileż to oni nie mieli tych swoich ukrytych żarcików, podwójnych znaczeń... aż zabawne i szokujące, że nikt nigdy się nie połapał, ale to tylko wskazywało na to, jak dobrymi kłamcami byli obaj. Albo manipulatorami... albo zwyczajnie - i jednym, i drugim. Z drugiej strony nadmierna bezpośredniość też mogła okazać się zgubną. Parę bardziej wymownych zagrywek i prezencików wymieniliby w spokoju, ale później na pewno wypadałoby z tym przystopować, żeby przynajmniej zachować pozory tej obojętności, o którą ich posądzano.
Były rzeczy idiotyczne, a niezwykle drażniące. Tak na przykład to nazwisko, które dla Casey'a nie miało większego znaczenia. Przecież zawsze powtarzał, że te parę liter widniejące w papierach nie liczy się zupełnie. Problem pojawiał się, kiedy to ludzie zaczynali go używać na porządku dziennym. W ten właśnie sposób postąpił Ethan, zwyczajnie się z młodszym drażniąc. Problem w tym, że albo odrobinę przesadził, albo to Ślizgon był tego dnia wyjątkowo drażliwy i wybuchowy.
Spojrzenie Dowesona mogło przerażać, ale młodszy chłopak nie miał możliwości ucieczki, ani tym bardziej nie zamierzał przegrywać tego kontaktu wzrokowego, dając mu niejako znać, że on też nie był bez winy i na dobrą sprawę to nie powinien widzieć w tym odwecie ze strony gadziny nic dziwnego. Wiedział, że wyszedł zbyt daleko przed szereg, ale nie zamierzał się ot tak wycofać. Oszczędziłoby mu to nieprzyjemności i złości studenta, fakt, lecz jednocześnie wiązałoby się z przyznaniem do błędu i ustąpieniem w kwestii jego własnej niechęci, a tego nie zamierzał zrobić. Nie teraz, nie tutaj. Przeprosiny może przeszłyby mu przez gardło gdyby nie przemawiająca przezeń wściekłość. Normalnie słowem nie wspomniałby o osobie kobieciny, za której przyczyną na honorze rodu pojawiła się ogromna skaza. Wiedział, jak bardzo starszy jest na tym punkcie drażliwy, jednak zbyt często nie panował nad swoimi słowami, szczególnie, gdy sam był rozzłoszczony, a niewątpliwie przemawiały przez niego te negatywne emocje.
Zanim rzeczywiście zorientował się, jakie faux pas popełnił, nadeszła odpowiedź, ze strony Krukona. Nie chodzi tutaj o słowa, tylko o cios, który naprawdę zabolał. Zwłaszcza, że przyszedł zupełnie niespodziewanie i wybił Ślizgona z rytmu. Wydał z siebie zaledwie ciche stęknięcie, zaciskając dłonie na tyle mocno, że wyraźnie poczuł wbijające się w skórę paznokcie. Zanim jeszcze zdążył nabrać powietrza, ta możliwość została mu skutecznie odebrana i tak naprawdę znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Tak naprawdę wcale nie obawiał się starszego i ufał jego osądowi, ale z organizmem nie wygrasz. Skok adrenaliny był nagły, choć należało się go spodziewać. Wszystkie bodźce zdawały się jakieś mocniejsze, bardziej wyraźne. Niedobór tlenu dawał się we znaki bardzo szybko, a ból spowodowany uderzeniem i uciskiem jedynie przybierał na sile, o tym, że po upływie kilkudziesięciu sekund płuca zaczęły się domagać kolejnej dawki tlenu. Czy słowa Ethana dały mu do myślenia? Być może tak, być może nie. Jednak z całą pewnością dotarły do odbiorcy, a sam Casey zdawał się przyjąć tę karę bez większego protestu. Może brzmi to absurdalnie, ale ta krótka chwila, w której zdany był tylko na łaskę Dowesona zdołała go w pewien sposób uspokoić.
Gdy starszy w końcu puścił go, wręcz zachłysnął się powietrzem. Zbawienne skutki tlenu odczuł dopiero po upływie kolejnych sekund i nie obyło się bez krótkiego kaszlu, ale zgodnie z przewidywaniami, nie stała mu się większa krzywda. Tyle tylko, że przez dłuższą chwilę nie potrafił uspokoić rozszalałego serca, a jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w nierównym rytmie.
Chociaż miał zamknięte oczy, niemalże automatycznie odpowiedział na ten pocałunek, rozluźniając ręce, żeby pokazać Krukonowi, że bynajmniej nie zamierza mu się teraz opierać ani wyrywać. Chwilę później powoli uchylił powieki, spoglądając na studenta jeszcze odrobinę nieprzytomnie.
- Wiem - odpowiedział, chociaż jego głos zabrzmiał cokolwiek obco, ale ta jego słabość i chrypa raczej nie były niczym wyjątkowym. Zwłaszcza, że tuż po tych słowach zdobył się na delikatny uśmiech. - Przesadziłem... przepraszam - chociaż tę końcówkę wypowiedział jeszcze ciszej niż całą resztę, nie było opcji, żeby Ethan go nie usłyszał. Wbrew pozorom to nawet nie chodziło o to, że poprzednie zachowanie starszego w jakiś sposób wymusiło na nim taką konieczność. Tym razem naprawę przegiął, sądząc po reakcji starszego, tak więc nic dziwnego, że przeprosiny przyszły mu wyjątkowo łatwo i bez żadnych oporów. Przecież były jedyną sensowną rzeczą w tej sytuacji.
Tak po prostu wrócili do pozornego spokoju, do tej sielankowej atmosfery sprzed kilkunastu minut, może z tą różnicą, iż bynajmniej nie chodziło już o niewinne leżenie na kolanach tego drugiego. W przeciągu tego krótkiego czasu Casey wystawiony był na całą masę bodźców i gdyby starszy tak po prostu go teraz zostawił, nie spotkałoby się to z pozytywną reakcją.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : II
Wiek : 22
Skąd : Oxfordshire, Anglia
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 102
  Liczba postów : 110
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10390-ethan-doweson#286614
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10394-ethan#286708
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10393-ethans-mail#286664
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10392-ethan-doweson#286663




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek na drzewie   Sob Mar 07 2015, 20:55

Tak, opcja z Francją byłaby jak najbardziej w porządku. Spędziliby kilka dni, tygodni rozkoszując się całkowitą wolność z dala od świata jaki znają. Nie musieliby się obawiać, czy ktoś ich pozna, będąc anonimowym w całej tej zgrai ludzi. W Londynie mimo wszystko prędzej natkną się na jakiegoś większego czy mniejszego znajomego niż na przykład w Paryżu. Plus w stolicy Francji mogliby się wybrać na całkiem niezłe zakupy. Mimo wszystko niektóre mugolskie ubrania były całkiem niezłe, chociażby dobrze skrojone koszule, czy garnitury, a tych akurat tam nei brakowało. także czemu nie. Ewentualnie mogliby pojechać do Koreii. Czemu by nie odwiedzić kraju, z którym są niejako związani przez swoje pochodzenie? Może i oboje urodzili się już tutaj, w sąsiadujących hrabstwach, ale ich korzenie były bardzo do siebie zbliżone. Hmm to nie jest głupia myśl. Byłaby to dobra okazja by uciec od tego wszystkiego. W zasadzie zostały im tylko dwie okazje na taki wypad, te i przyszłe wakacje. Następne byłby nawet lepsze ku temu. Oboje po szkole, ostatnia okazja by spędzić tak beztrosko czas razem, nim Cas zacznie studiować, a on... on spróbuje dostać się do tego burdelu zwanego poprawnie Ministerstwem. Naprawdę po co on się pcha tam, gdzie najchętniej wszystkich by zamordował i przewrócił cały gmach i mentalność w gruzy. Czysty masochizm.
Tak, znał historię tego chłopaka. Wiedział, jak wielkim ciosem było dla niego utrata ojca i jaką głupotę zrobiła jego matka odcinając go od tej "lepszej" części rodziny. W ogóle nie rozumiał tego, jak ta kobieta mogła być tak ślepą by nie zauważyć, że swoim zachowaniem tylko go do siebie zniechęca. Ale to był już jej wybór, który odbije się jej tylko czkawką. O ile już to się nei stało. Casowi byłoby zdecydowanie lepiej z rodzina od strony jego ojca. Skoro to z nimi był wychowany, byli mu znacznie bliżsi to mówi samo przez siebie. Z resztą Ethan mógł to zobaczyć na własne oczy. W końcu to pan Arterbury miał tak duży wkład w poznanie tej dwójki ze sobą. Gdyby nie on... Nie ma co gdybać. W każdym razie Doweson pamiętał doskonale jaki był Cas gdy mieszkał z ojcem i jaki się stał gdy został siłą zabrany do matki. Teraz było wszystko w normie ale wcale nie dziwił się, że młodszy tak chętnie uciekał do niego, być może szukając w nim tego wsparcia, którego nie mógł dostać w domu. Może nawet nie robił tego świadomie, ale efekt był jeden. Ta dwójka stała sie dla siebie kimś wyjątkowym.
Oczywiście, te prezenty byłyby tylko przez chwilę. Może jeden, dwa i koniec. Ta szkoła była bandą idiotów i osób które stanowczo przeceniały swoją inteligencję. Mimo wszystko, jeśli chcieli móc dłużej ukrywać się ze swoimi relacjami - najlepiej aż do Wielkiego Finału - to musieli zachowywać pozory. Już i tak niektóre rzeczy były widoczne jak na dłoni. Po co ułatwiać to jeszcze bardziej. Zastanawiało go też jedno. Skoro byli brani za zwykłych znajomych, to czemu nikt się nie zastanowił, że mimo wszystko strasznie często można ich zobaczyć w bibliotece. Wymówka, ze oboje są kujonami już dawno powinna przestać być wiarygodna. Tak więc może mimo wszystko nie ryzykujmy. Po co psuć niespodziankę.
Tak, tyle że tutaj poszło o coś innego. Cas przesadził z innego względu. Jego nazwisko zostało rzucone w formie prowokacji, zaczepki, a nie po to by wbić mu szpilę. Droczyli sie ze sobą, więc to normalne, że padały słowa, mające zrobić mu na złość. Lecz zamiast odpowiedzieć w sposób równie zadziorny padły sowa, które nie powinny w ogóle mieć miejsca. Ethan miał więc pełne prawo się zwyczajnie wściec i puścić swoje hamulce. Na żarty nie odpowiada się w ten sposób. Ok może zareagował aż nazbyt gwałtownie, gdyby uderzył trochę wyżej mógłby mu nawet połamać żebro, ale cóż. Zalała go zimna furia. Każdy ma swoją piętę Achillesa, a TAMTA kobieta nią była. W ogóle nie rozumiał jak to mogło się stać, że w takiej rodzinie jak ich, pojawiła się charłaczka bez kszty magii. To nie powinno mieć miejsca, a jeśli już to się stało, to jej rodzice powinni ją zabić i postarać się o kolejnego potomka, udając, że dzieciak miał wypadek czy coś. Może to okrutne, ale Ethan były w stanie to zrobić. A nie, wróć, on do takiego dziecka w ogóle by sie nie przyznał i zmajstrowałby sobie innego potomka, proste. Wracajac jednak do rzeczy...
Widok niemal duszącego się Casa, działał na niego dwojako. Z jednej strony dawał mu dziką satysfakcje, budząc w nim prymitywne żądze, z drugiej wywoływał gdzieś tępe ukucie czegoś czego nie potrafił określić. W kwestii własnych uczuć nigdy nie był zbyt pewny tego co one oznaczają. Wolał je spychać na dalszy plan udając, ze nie istnieją. To było łatwiejsze niż próba zrozumienia ich. W tym momencie jednak chęć zadania mu bólu i nauczki była silniejsza niż zdrowy rozsądek. Zachował się impulsywnie co tylko pokazywało jak bardzo był wściekły. Jednak powoli siniejąca twarz robiła swoje i choć to brzmi makabrycznie, im bardziej Cas był blady tym spokojniejszy stawał się Ethan. Jakby wraz z resztkami powietrza chłopaka uchodziła z niego ta furia. Czy właśnie tak sie czuje ktoś, kto popełnia zbrodnię w afekcie? Wraz z uchodzącym życiem czuje się coraz lepiej? Co gorsza zaczął zdawać sobie sprawę, że gdyby ktoś go odpowiednio sprowokował, ktoś inny niż ten ślizgon, to byłby w stanie zabić. Bo ile dłużej musiałby wytrzymać z tym uciskiem? Kilka sekund? Albo nacisnąłby trochę mocniej i mógłby zmiażdżyć to delikatne gardło. Ta wiedza była niepokojąca ale tak dziwnie kojąca. Naprawdę Ethanie masz popieprzony charakter socjopaty i sadysty.
Jego spojrzenie złagodniało, gdy chłopak zaczął na nowo oddychać zachłystując się powietrzem. Cóż i dla niego było to bardzo silne przeżycie. Adrenalina, te emocje i nagłe poznanie własnych hmmm możliwości. To przytłaczające. Potrzebował go jednak teraz bardziej niż jeszcze te kilkanaście minut temu gdy tu przyszedł. Chciał... nie, musiał wiedzieć, że Cas tu jest. Nic dziwnego, że te samotne, czarne charaktery tak łatwo fiksują, kiedy są same. Powoli zaczynało to do niego docierać. Gdyby chłopaka nie było teraz obok... nie, nie mówmy o tym.
-Owszem przesadziłeś. Nie prowokuj mnie więcej w ten sposób. Ja... po prostu nie rób tego- powiedział dziwnie nieobecnym jak na siebie tonem, wciąż nie odsuwając się od niego choćby o malutki kawałek. Chyba sam powinien przeprosić za tego "Marvella", ale cóż uznajmy, że tą prababką dostał nauczkę i więcej tego nie zrobi. Przynajmniej na jakiś czas. Zamiast go zostawić, Ethan zacisnął oczy puszczając ręce młodszego chłopaka i sam zwyczajnie przytulił go do siebie opierając głowę o jego ramie. Dotarło do niego, że naprawdę mógł go zabić. Przecież widział dokładnie, niczym na jakimś zwolnionym filmie czy coś, co sie działo. Nie przerażał go sam fakt tego, tylko to, ze to był Cas. Cóż widać, to doświadczenie było nie tylko silnym doznaniem dla młodszego, ale też niejako szokiem dla starszego. Jedno wie teraz na pewno, akurat Ślizgona więcej dusić nie będzie. Za duże ryzyko, że w końcu podda się pokusie i zaciśnie palce odrobinę za mocno lub na za długo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 19
Skąd : Londyn, Anglia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 386
  Liczba postów : 235
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10310-casey-marvell
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10316-dla-odwaznych
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10318-casey
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10317-casey-marvell




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek na drzewie   Sob Mar 07 2015, 22:49

Paryż, Lyon, Prowansja, Nicea... właściwie to nie musieli się przecież ograniczać do samej tylko stolicy! Miejsc do zwiedzenia we Francji mieliby dość sporo, a przecież nikt nie zmusi ich do siedzenia dokładnie w tym samym miejscu przez całe dwa miesiące. Równie dobrze mogli odwiedzić Koreę i dziadków Casa... fakt faktem, rodziców jego matki, ale akurat oni nie bardzo młodemu arystokracie przeszkadzali. Przecież wydziedziczyli Seoyeon, kiedy tylko ta zerwała z rodzinnymi przekonaniami, ale za to zaakceptowali wnuka, zdając sobie sprawę z tego, że jest wychowany w odpowiedni sposób. Skomplikowane koniugacje rodzinne z całą pewnością mogły namieszać niejednemu w głowie, ale Kimowie chyba cieszyli się z tego, że ich geny i przekonania zostały przekazane kolejnemu pokoleniu bez względu na niekompetentność ich córki. Tak czy owak, dziadkowie raczej nie mieliby problemu z użyczeniem im dwóch pokoi... tylko to znowu nie brzmiało aż tak obiecująco, bo przecież konserwatystom lepiej nie wspominać o tym niekonwencjonalnym, pokręconym związku. W końcu cholera wie, jak by zareagowali. A Casey wolał nie ryzykować. Szczególnie z czymś takim. W każdym bądź razie, o wyjeździe Korei na pewno jeszcze pomyślą. Dlaczego nie? Tak czy owak, spędzenie wolnego poza granicami Anglii brzmi dość obiecująco. Młodszy chłopak też skłaniałby się raczej ku następnym wakacjom. Właściwie dlatego, że doskonale wiedział, iż po siódmej klasie to rozstanie z Ethanem, gdy ich drogi w znacznej części rozejdą się na trzy długie lata, da mu w kość. Bez starszego pod ręką najpewniej zwariuje, co do tego nie ma wątpliwości... w sumie może uda mu się przekonać Dowesona do wynajęcia jakiegoś mieszania w Hogsmeade i skorzysta ze studenckich przywilejów? Nigdy nie wiadomo, a do tego zostało im jeszcze trochę czasu, więc zamiast planować, lepiej skupić się na teraźniejszości i zastanowić, kiedy wreszcie postawią przed sobą sprawę jasno.
Jeśli chodzi o próbę zrozumienia Seoyeon... Casey przestał interesować się kobietą mając zaledwie dziesięć lat - kiedy po raz pierwszy próbowała ograniczyć wpływy swojego, jeszcze wtedy, męża. Później było już tylko gorzej, pomimo jej usilnych prób. Ba! Zdarzył się nawet moment, że i ojciec próbował, podążając za przekonaniem, że dziecko do poprawnego rozwoju potrzebuje kontaktu z obojgiem rodziców. Nie wyszło wtedy, a kolejne próby zmienienia najmłodszego Arterbury'ego w kogoś, kim nigdy nie był i stawać się nie zamierzał, jedynie pogarszały sytuację. Wydawałoby się, że matka chłopca powinna już dawno temu się poddać, a chociaż tego nie zrobiła, jej starania nie znaczyły dla syna nic. To też z całą pewnością wpłynęło na zachowanie Casey'a względem innych.
William był dla swojego dziecka właściwie wszystkim. Matką, ojcem, wzorem do naśladowania. Relacje, które łączyły go z synem powinno się stawiać innym za doskonały przykład, cel, jaki powinni starać się osiągnąć. To za jego przyczyną Cas i Ethan mieli okazję się poznać, to on zachęcał młodego do zgłębiania wiedzy czy pracy nad sobą... i w końcu to jego odejście przewróciło życie chłopaka do góry nogami. Przez kilka miesięcy Ślizgon zachowywał się jak nie on i chociaż później wszystko wydawało się wrócić do normy, pewne rzeczy zmieniły się bezpowrotnie. Na lepsze, czy na gorsze, to zależało wyłącznie od punktu widzenia. Jedno jest jednak pewne - właśnie wtedy dorósł, pozbył się tej dziecięcej naiwności. Jeśli przyjrzeć się dokładniej, kiedy dopiero zaczynał szkołę, wydawał się być spokojniejszym, mniej wybuchowym i do pewnego stopnia nawet milszym. W większości rolę odegrał na pewno wiek, stopniowe kształtowanie się i uwydatnianie cech charakteru, kontakty ze znajomymi... ale na dobrą sprawę odcinanie się od innych trenował właśnie w miejscu, które uchodziło za jego dom, a w którym czuł się bardziej obco niż gdziekolwiek indziej.
Właściwie to reakcja uczniów, kiedy ci dwaj w końcu przyznają się do tego, co ich ze sobą łączy, może być warta jakiegoś uwiecznienia. Przecież przeoczyć coś takiego, co właściwie działo się tuż pod ich nosem, musieli skończeni idioci. Nie uwłaczając czarodziejom uczęszczającym do Hogwartu! Powiedzmy sobie szczerze, nikt raczej nie próbował usilnie łączyć ze sobą faktów, skoro zarówno jeden, jak i drugi często widywani byli w towarzystwie innych ludzi i ich różne związki raczej nie stanowiły tajemnicy. Tylko ten jeden, oparty na czymś więcej niż chwilowe zauroczenie, pożądanie czy osobista wygoda trwał od dawien dawna. I, co ciekawe, bez większych przerw.
W normalnych okolicznościach Casey nigdy nie wspomniałby słowem o prababce Ethana. Obaj chyba zdawali sobie z tego sprawę, skoro przez te wszystkie lata, kobieta była tematem ich rozmów może ze dwa razy - wtedy, gdy jako kilkulatek Arterbury usiłował zrozumieć czym właściwie są charłaki i dlaczego nikt nie chce mu powiedzieć o dziwnej kobiecie spokrewnionej z jego przyjacielem, oraz wiele lat późnej, gdy podczas jednego z bankietów ktoś w podobnym do nich wieku postanowił przytoczyć skazę na honorze Dowesonów... i dziedzic tego rodu wcale nie był zachwycony, wyraźnie pokazując delikwentowi, czym może podobne odzywki przypłacić. Tak czy owak, coś takiego zdarzyło się dzisiaj po raz pierwszy. Nie ma sensu upatrywać motywów Ślizgona, bo działał w tamtym momencie zupełnie odruchowo - niczym zwierzę przyparte do muru, nie zastanawiał się nad konsekwencjami tylko wypalił w odwecie. Zrozumiał swój błąd bardzo szybko, ale nie próbował przepraszać, zanim nie opadły nerwy starszego. W ogóle nie zrobił nic.
Wydawać się może, że Cas znał Krukona lepiej, niż on sam. Rozumiał tę potrzebę pokazania mu, gdzie jego miejsce, a chociaż nie bardzo mu się to podobało, wiedział, że przesadził i musiał ponieść tego konsekwencje. Czy młodszy zdawał sobie sprawę z tego, że jeśli Ethan nie zapanuje nad sobą może się to skończyć tragicznie? Tutaj możemy się sprzeczać, bo jeszcze chwilę wcześniej uparcie wierzył w samokontrolę studenta. Nie prowokował go jednak bardziej, nie próbował się wyrwać. Gdyby ktoś inny znalazł się na jego miejscu raczej nie miałby najmniejszych szans na przeżycie do kolejnego dnia... Mało brakowało, a kto wie, czy on sam nie skończyłby na drugiej stronie. Ta świadomość dotknęła go już po fakcie, kiedy zorientował się, do jakiego stanu tak właściwie doprowadzić Krukona. Zupełnie niechcący.
- Shh... nic się nie stało, Ethan - uciszył go, nie potrzebując absolutnie żadnych wyjaśnień. Zamknął oczy, opierając się plecami o drewnianą ścianę, stopniowo odzyskując jasność umysłu i uspokajając serce, gdy oddech wrócił już do normy. Kilka chwil później, cały ten ciężar spoczął jednak nie na desce, a na tułowiu Dowesona. Objął go ramionami w pasie, zaciskając dłonie na eleganckiej koszuli. - Nic się nie stało, już nie będę - zapewnił go po raz kolejny. Wciąż miał chrypę, a gardło bolało przez ten uścisk sprzed chwili, jednak wydawał się to ignorować. Zamiast tego ufnie wtulił się w tors starszego, pozwalając im obojgu ochłonąć i nacieszyć się wzajemną bliskością, uspokoić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : II
Wiek : 22
Skąd : Oxfordshire, Anglia
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 102
  Liczba postów : 110
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10390-ethan-doweson#286614
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10394-ethan#286708
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10393-ethans-mail#286664
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10392-ethan-doweson#286663




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek na drzewie   Nie Mar 08 2015, 19:17

Jeśli nawet nie pojadą do dziadków Casa, jest jeszcze rodzina Ethana. Może też musieliby się ograniczyć do dwóch pokoi czy chociaż oddzielnych futonów, ale nie powinno być problemów z przechowaniem ich. W sumie to jego dziadkowie, chętnie poznaliby swojego wnuka. Owszem kontakt był, ale Doweson nigdy nie był z nimi jakoś wybitnie blisko. głównie przez wzgląd na odległość. No ale chyba powinni się ucieszyć na wiadomość, że ich potomek zamierza wzmocnić rodzinne więzy. No i że ma odpowiednich przyjaciół. W końcu dla Azjatów koneksje są zawsze w odpowiedniej cenie. Także przyszłe wakacje możemy uznać za zaplanowane. Najpierw Francja, później Korea i kto wie może zahaczą jeszcze o kilka miejsc? Dwa miesiące to całkiem sporo czasu, chociaż w perspektywie rozstania się na trzy lata to tylko chwila. Czy wynajmie mieszkanie w Hogsmende? W sumie może to przemyśleć. czemu nie, tylko niech Cas sam wyjdzie z taka inicjatywą. Co prawda przebywanie w tym magicznym miasteczku średnio mu odpowiadało, ale ostatecznie mógłby się przemęczyć. Bardziej brał pod uwagę opcje, że by wynajmował na kilka dni pokój i wtedy by się spotykali. Zwłaszcza, ze non stop podróż do Londynu bywała by męcząca. Tak wiem, jest deportacja i sieć fiu ale mimo wszystko wolał znajdować się gdzieś pod stolicą.
Nigdy nie zrozumie motywów Seoyeon. Skoro jej syn od małego ja odtrącał, to po co teraz starała się na siłę być przy nim. Jemu duma by na to nie pozwoliła. Ta kobieta była żałosna jednym słowem. Choć widział ją ledwie kilka razy i tak nie pałał do niej zbyt pozytywnym uczuciem. Ale ok, zostawmy to. Niektórych rzeczy nie da się zmienić. Skoro ta łudziła się, że jest w stanie dać teraz synowi to, czego nie potrzebował przez tak długi czas to niech tak będzie. Przynajmniej przyrodnia siostra Casa miała o tyle przyzwoitości, by się nie mieszać i zostawiła go w spokoju. Tak szczerze mówiąc, Ethan nawet nie był pewny która to dokładnie gryfonka. Z twarzy je w ogóle nie kojarzył.
W sumie faktycznie, ich związki były najlepszą przykrywką na jaką mogli sobie pozwolić. Może to było nie fair w stosunku do ich partnerów, ale jakoś żaden z nich nie zamierzał się tym przejmować. Jeszcze czego. Poza tym korzystali z tego co najlepsze. Nie ograniczali się a i tak mieli pełną świadomość tego co ich łączy. Owszem pojawiała się ta przebrzydła iskra i chęć mordu, gdy widział go z kimś innym, ale to już przemilczy. Chociaż na samym początku, gdy przez tamten rok się ignorowali było to całkiem zabawne. Oczywiście do czasu ale jednak. Teraz częściej spotykało się to ze zwykłym wzruszeniem ramion czy irytację niż śmiechem ale wiadomo o co chodzi. Co do uwieczniania hmm.. wtajemniczmy kogoś w całą ta sytuacje i każmy mu wziąć aparat i cykać zdjęcia. To będzie wiekopomna chwila w nowej historii Hogwartu. Zwłaszcza wtedy kiedy w życie wprowadzą swoje plany dotyczące tworzenia nowego ładu.
Pamiętał tamten bankiet. W pierwszej chwili zachował zimną krew odpowiadając na ta prowokację z iście arystokratyczna ogładą. Za dużo świadków. Lecz gdy tylko delikwent zniknął z ogólnego pola widzenia.. cóż więcej nie ośmieli się wspomnieć o tej skazie. Już Ethan o to zadbał. Był sadystą, a tych lepiej za nic nie prowokować. Cas dziś popełnił ten błąd i w zasadzie powinien dziękować sobie za to, że -choć głupio to brzmi - był własnie sobą. W stosunku do niego jeszcze jakieś hamulce miał, mocno nadszarpnięte ale jednak były.
W ogóle próba wycofania sie w tamtym momencie byłaby tylko niepotrzebnym trudem. Ethan nie myślał trzeźwo i chciał sprawić mu ból. Przepraszam by nic tu nie zmieniło. Tak przynajmniej się wyładował i uspokoił choć sposób nie był zbyt subtelny. Dobrze, że się nie wyrywał. Odruchowo pewnie zacisnąłby bardziej dłonie, lub potrząsnąłby nim, mogąc mu naprawdę zrobić krzywdę. A tego by sobie chyba nie wybaczył. Nigdy nie przypuszczał, ze cos takiego może mieć na niego aż tak silny wpływ. To był jak szok, rażenie prądem czy kubeł zimnej głowy. Czuł się kompletnie rozbity, a sprzeczne uczucia szalały w nim próbując przejąć dominację. Podniecenie, agresja, dominacja, chęć sprawienia bólu mieszały się z bolesna świadomością, ze był tak blisko popełnienia największego błędu swojego życia, przerażenie i kompletne niezrozumienie własnych reakcji. Zacisnął mocniej dłonie w okół niego starając się uspokoić oddech. Zapewnienia Casa trochę pomagały, choć ten zachrypnięty głos jasno mówił, że jednak coś się stało. Ethan przesunął się kładąc jedną rękę między jego łopatki, drugą wsuwając w jego włosy. Tak, już ok. Ślizgon rozumie więcej niż wyrażają to jego słowa. Był mu za to wdzięczny, bo tak szczerze mówiąc chwilowo nie był pewien czy potrafiłby mu wyjaśnić co tu się właściwie stało i o czym myśli. Miał mętlik i jedyne czego potrzebował to tej bliskości.
Nie był pewien ile tak trwali. Kilka minut? Może kilkanaście. Powoli odzyskiwał jasność myślenia i rozluźniał się w jego ramionach. Tak, już w porządku. Odsunął się od niego na wyciągnięcie ramion i uśmiechnął w ten swój łagodny sposób kciukiem gładząc go po policzku. -Nigdy więcej - powiedział cicho. I nie chodziło tu tylko o ta prowokacje, ale i o duszenie, tak silne pogrywanie z sobą i wystawianie sie na taką próbę. Ale przecież to Cas zrozumie bez trudu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 19
Skąd : Londyn, Anglia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 386
  Liczba postów : 235
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10310-casey-marvell
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10316-dla-odwaznych
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10318-casey
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10317-casey-marvell




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek na drzewie   Nie Mar 08 2015, 21:54

Opcja z materacami brzmiała dość obiecująco. Przecież prawda jest taka, że gdyby jednak dostali jeden pokój, to Casey władowałby się na posłanie Ethana, przez samą tylko chęć znalezienia się w jego objęciach. Nie chodziło o nic więcej, tylko o samą świadomość bliskości, wygodę i przyjemne ciepło. Wbrew wszelkim pozorom Ślizgon nie był zupełnie wyprany z ludzkich uczuć i potrzeb, a przy Dowesonie miał przebłyski zachowań jak taka mała przylepa. Tylko za zamkniętymi drzwiami i mając pewność, że nikt się o tym nie dowie. Przejawy naturalnego uroku osobistego i jakiejś wylewności zostawmy dla odpowiednich ludzi, którzy sobie na nie zasłużą. Reszta mogła tylko pomarzyć i ewentualnie zastanawiać się, czy takie zestawienie w ogóle na tym świecie istniało. Tak czy owak, zarówno u jednych, jak i u drugich Koreańczyków mogli się zatrzymać i kto wie, jakie efekty by w ten sposób osiągnęli. Przecież znajomości to bardzo dobra sprawa i chyba oba rody ucieszyłyby się, że ich dziedzice tak mądrze dobierają przyjaciół. O tym, że jest coś więcej nie musieli wiedzieć, prawda? Zresztą, to nie tak, że arystokraci zamierzali zignorować obowiązek przedłużenia rodowej linii! Zdawali sobie sprawę z tego, że bez tego się nie obejdzie, nawet jeśli pragnęliby w przyszłości stworzyć coś więcej niż pokrętny, trzymany w tajemnicy związek, który ignorowało się, gdy tylko w ręce wpadła ciekawsza osóbka. Ostatecznie należeli do siebie i w wielkim finale kończyli razem, jednak po drodze niespecjalnie przejmowali się wiernością, nie zważając na to, że u drugiego często wywoływało to negatywne odczucia... wracając do sprawy wakacji i tego, co ewentualnie mieliby robić później - czas jeszcze pokaże, a plany mogą się jeszcze nie raz i nie dwa zmienić. Przecież Arterbury miał swoje przebłyski wybitnego wręcz lenistwa i pewnie nie będzie mu się przez kilka dni chciało wychodzić nawet z pokoju, a co dopiero zwiedzać. Oczywiście później zacznie doceniać zmianę otoczenia, ale nie o tym teraz. Francja, Korea, jeszcze jakieś kraje... dwa miesiące wakacji powinny wystarczyć, zwłaszcza, że przecież magiczny transport był o wiele wygodniejszy, bardziej opłacalny i praktyczniejszy od mugolskego, co nie?
A jeśli jeszcze jesteśmy przy Seoyeon... Casey od dawna powtarzał, że jego matka straciła resztki godności, gdy spróbowała podstępem odebrać go ojcu. Wtedy jeszcze żyjący mężczyzna był wściekły. Syn? Syn powiedział i zrobił chyba dokładnie to, co pragnęli zrobić wszyscy dookoła, jednocześnie starając się zachować resztki opanowania i chłodnej ignorancji, nie pokazując dziecku zachowań mało elokwentnych. Problem w tym, że nikt nie spodziewał się po dobrze wychowanym dziesięciolatku takiej reakcji. Nawet sam chłopiec był zaskoczony, kiedy już dotarło do niego, co właśnie zrobił na oczach dziadków. Tak, to właśnie ich niezadowolenia i zawodu obawiał się bardziej, niż reakcji poszkodowanej matki. Na całe szczęście obyło się tylko z zupełnie nieszczerą reprymendą i pełnym dumy uśmiechem dziadka.
- Nic mi nie jest, Ethan - zapewnił, posyłając mu jeden z tych rzadkich, całkowicie szczerych i zupełnie nieprześmiewczych uśmiechów, w których prawie zupełnie zamykał swoje oczy, sprawiając, że przybierały one kształt ładnych półksiężyców. Widok absolutnie przeuroczy i jedyny w swoim rodzaju, biorąc pod uwagę, że Cas normalnie nie wykazywał się przed ludźmi zbytnią wylewnością. - Przestań się zadręczać, durniu - dodał po chwili, już woląc pomnąć kwestię tego, że przez następny tydzień nie będzie się rozstawał ze swoim szalikiem. Mimo wszystko, siniaki na bladej skórze się pojawią i dostrzeżenie ich nie powinno stanowić problemu. Z kolei Ślizgon nie chciał słuchać niepotrzebnych pytań odnośnie tego kto, gdzie, kiedy i dlaczego. Jeszcze czego! Już lepiej nie wspominać o tym, że jakiś pacan mógłby uznać to za przejaw znęcania się nad słabszymi, czym bynajmniej minąłby się z prawdą. Przynajmniej on nie widział zachowania Dowseona w negatywnym świecie, niezależnie od okoliczności i jakichś tam odgórnie przyjętych zasad moralnych. Może i student był sadystą, ale to tylko czyniło młodszego do reszty szurniętym masochistą i zainteresowany nie miał z tym najmniejszych problemów. Pozwolił mu się odsunąć i nawet nie protestował, gdy Krukon w końcu uwolnił również jego nogi. Przecież jeszcze przed momentem przyciskał mu na uda do ziemi, a z kolei to troszkę utrudniało im te wszystkie przytulanki... och no, nie Casey'a wina, że nigdy nie dane mu było zbyt dużo urosnąć. Przez krótki moment napawał się samą tylko obecnością starszego i jego czułym dotykiem na swoim policzku. Te dzielące ich centymetry ostatecznie powoli zaczynały porządnie go irytować. Minuta czy dwie, w porządku, jednak kiedy Ethan ani myślał przyciągnąć go do siebie ponownie, Ślizgon bezceremonialnie władował mu się na kolana, opierając swoje własne na podłodze po obu stronach jego ud. Dłonie wygodnie ułożył na ramionach chłopaka, dzięki temu odrobinę stabilizując pozycję.
- Zamierzasz mnie pocałować, czy dalej będziesz się ze mną obchodził jak z jajkiem? Nic mi nie jest - powtórzył już po raz kolejny. Naprawdę się do tego nie zmuszał i bynajmniej nie zamierzał pozwolić, żeby starszy zbyt długo zadręczał się takimi pierdołami... okej, to zbyt lekko powiedziane, w porządku. Owszem, doskonale zdawał sobie jego życie znalazło się na krawędzi kilka minut wcześniej, ale zaufanie do Dowesona nie zmieniło się od lat - nawet wtedy, gdy rozgrywali te swoje zupełnie bezsensowne gierki. Akurat on był jedyną osobą, której młodszy nigdy świadomie by nie odtrącił. Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że zachowywał się w tym wypadku jak skończony ignorant, nawet gorzej niż niektórzy osobnicy z jego otoczenia, ale Ethan... Ethan wykraczał poza wszystkie ramy i ograniczenia, chociaż pomiędzy nimi wiele rzeczy wciąż pozostało niewypowiedzianych.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : II
Wiek : 22
Skąd : Oxfordshire, Anglia
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 102
  Liczba postów : 110
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10390-ethan-doweson#286614
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10394-ethan#286708
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10393-ethans-mail#286664
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10392-ethan-doweson#286663




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek na drzewie   Pon Mar 09 2015, 11:14

Wyjadą czy też nie, przyszłe wakacje będą niezapomniane. Już on się o to postara. Zdawał sobie sprawę z tego, że wiele może się wydarzyć – mogą nie chcieć się znać, może już się ujawnią, a może będą mieć oficjalnych parterów będąc zaręczonymi. Kto wie. Mimo to, zamierzał spędzić z nim te ostatnie chwile. Kurczę, to brzmi jakby mieli rozstać się na zawsze a nie tylko na kilka tygodni. Przecież będą korzystać z każdej nadarzającej się okazji na spotkania. Jeśli potrwa to dłużej niż miesiąc sam przyjedzie pod byle pretekstem do zamku i wyciągnie go z niego siłą. Cas był skazany na niego i tyle. Trochę współczuł swojej przyszłej partnerce, czy raczej matce jego potomka. Zawsze będzie na drugim czy nawet trzecim w kolejności miejscu. Ma spełnić swój obowiązek i nic poza tym. Niech robi co chce, niech tylko nie da się złapać i nie przyniesie zguby na swoją nową rodzinę. No chyba, że poszperamy w księgach i znajdzie się inny sposób, by zadowolić obie strony, Ethana i Casa w sensie. Na szczęście magia potrafiła obejść wiele rzeczy jeśli nie obawiało się ceny i konsekwencji. Akurat tego nie brakował ani jednemu ani drugiemu.
Szkoda, że nie mógł zobaczyć tego kubła zimnej wody jaki ta kobieta otrzymała. Widok powinien być godny uwiecznienia. Ale sama się o to prosiła. Była żałosna i chyba zapomniała, gdzie jej miejsce. Ethan naprawdę nie rozumiał co próbowała osiągnąć, skoro z góry była skazana na porażkę. Widać jednak niczego się nie nauczyła dalej brnąć w tą patową sytuację z własnym synem. Niech da mu wolność, to jedyne co mogła teraz dla niego zrobić.
Łatwo było mu mówić „nie zadręczaj się”. Chociaż tu bardziej chodziło o nagłą świadomość swoich zdolności i niejako pragnień. Ciekawe jakby Cas zareagował, gdyby nagle dotarło do niego, że mordowanie kogoś sprawia ci aż tak dziką przyjemność. Ten dreszcz i pokusa były wprost porażające. To właśnie sprawiało, że Ethan nie do końca mógł sobie poradzić z samym sobą. Plus to, że wszystko to działo się na jego przyjacielu. Wiedział, że musi się otrząsnąć, ale chwilowo leżało to poza jego możliwościami. Wciąż miał przed oczami tą bladą twarz i coraz bardziej rozszerzone źrenice. Czuł pod palcami słabnący puls i miał świadomość, że to on decyduje teraz o życiu i śmierci. Jeszcze nigdy nie miał nad czymś aż takiej władzy i pragnął więcej i więcej. Nie Ethan musisz się opanować, dążenie do takiej kontroli nie jest dobre i tylko zaślepia. Chociaż musiał przyznać, że kusiło go, by przekonać się co znajduje się już po drugiej stronie. Co by się stało, gdyby przekroczył tą granicę. Oczywiście nie na Marvellu ale ogólnie. Czyżby rodziła się w nim mała obsesja na punkcie życia i śmierci? Jest taka szansa.
Uniósł lekko brew w niemym pytaniu na taką hmm zmianę pozycji. Tak, to stanowczo pokazywało, że relacje między nimi nie zmieniły się w najmniejszym stopniu. Cas znowu sięgał po to czego chce i nie robił tego z przymusu. W sumie oboje tego potrzebowali, powrotu do normalności, jakby tego duszenia nie było. I owszem, bez szalika się nie obejdzie. Może jeszcze nic widać nie było, ale sińce się pojawią. Ślizgon zawsze miał delikatną szyję, a cóż Ethan wcale teraz na to nie zważał. Chociaż gdyby to było w innym miejscu niż na Syberii za pomocą magii od razu by się dowodów pozbyli. Tutaj jednak wolał nie ryzykować. Mógłby mu tylko bardziej zaszkodzić. Cóż przynajmniej tutaj ciągła obecność szalika była w pełni uzasadniona.
-Oh myślałem, że dałem ci już dość bliskości jak na jeden dzień – uśmiechnął się bezczelnie i zaraz przyciągnął go do siebie składając na jego ustach ten zachłanny pocałunek. Jego dłoń znalazła się na jego plecach sunąc po gładkiej skórze. Skoro koszula wciąż była rozpięta, to czemu by z tego nie skorzystać. Tak teraz nastała ta chwilę nie tyle wyciszenia, ale powrotu do swojego normalnego stanu. I żeby było jasne, nie obchodził się z nim jak z jajkiem. Po prostu szok nie chciał tak łatwo i szybko odpuścić jak powinien. –Teraz ty chcesz mną rządzić? – zapytał nieco rozbawiony tym jak sprawy zaczęły się toczyć. Dopraszający się o czułości Casey był z pewnością uroczym choć nieco zabawnym widokiem. Zupełnie jak taki szczeniak, który zaczyna podgryzać ci kostki, byś zwrócił na niego uwagę. Cóż nie odmówi mu jej, jak mógłby. Kolejny tym razem bardzie zmysłowy pocałunek połączył ich usta. Ethan zsunął się nieco, by było im wygodniej, a i by Marvell miał bardziej stabilną pozycję.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 19
Skąd : Londyn, Anglia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 386
  Liczba postów : 235
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10310-casey-marvell
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10316-dla-odwaznych
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10318-casey
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10317-casey-marvell




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek na drzewie   Pon Mar 09 2015, 22:43

Znając tę pokręconą dynamikę ich znajomości, wszystko było najzupełniej możliwe. Nawet jeśli miesiąc wcześniej doszłoby do jakiejś niezwykle wybuchowej kłótni i Cas dobitnie oświadczyłby, że nie chce widzieć starszego na oczy, to wraz z pierwszym dniem tych wakacji... cóż, całość spokojnie mogła wrócić do normy tak, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło. Między tymi dwoma poważne sprzeczki nie zdarzały się zbyt często, fakt, ale z wybuchowym charakterem młodszego należało się spodziewać absolutnie wszystkiego. Półtorej roku to przecież dużo czasu. I przez te kilkanaście miesięcy zdarzyć się może cokolwiek. Chociaż prawdą jest, że Arterbury raczej na pewno nie przetrawiłby informacji o ewentualnych zaręczynach starszego zbyt dobrze. Co z tego, że miał świadomość, iż dla Ethana znajduje się zawsze na pierwszym miejscu? Ślizgon byłby wyjątkowo skłócony sam ze sobą. Już ustaliliśmy, że żaden nie znosił oglądania tego drugiego w ramionach innych, a co dopiero, jeśli przegrałby z kimś, kto stanowił tylko obowiązek? Na Cassiego, owszem, nie naciskano. Tutaj akurat mógł podziękować matce, chociaż spłodzenie potomka najpewniej kiedyś znajdzie się na jakiejś liście nie priorytetów, ale rzeczy, które mógłby zrobić, przynajmniej przez szacunek dla nieżyjącego już ojca. W każdym razie, miał wolność wyboru, Krukon - już nie. Naturalnie Doweson nie mógł się tak po prostu wycofać, lecz pomimo skrajnej obojętności Ślizgona na wiele rzeczy, kiedy przychodziło do tej konkretnej osoby, niektóre reakcje mówiły same za siebie. Nie potrafiłby ot tak zaakceptować pierścionka na palcu kogoś innego. Nawet jeżeli sam nigdy nie widział siebie w podobnej roli - albo przynajmniej takie wrażenie dało się odnieść.
Czy Casey byłby zdolny odebrać komuś życie? Sam nie potrafił tego stwierdzić, bo chociaż wielokrotnie zdarzyło mu się wdać w bójkę i skorzystać z mniej lub bardziej brutalnej klątwy, to nigdy nie zbliżył się do tej niespisanej granicy, przed którą stanął dzisiaj Ethan. Dajmy mu kilka lat, trochę więcej doświadczenia i może okazji... wtedy porozmawiamy. Przecież niezależnie od tego, jak wyraźnie ukształtowany był jego charakter i z jaką ostrożnością, niewłaściwą większości jego rówieśników, dokonywał niektórych wyborów, wciąż liczył sobie zaledwie siedemnasty rok życia. Niby właśnie osiągnął pełnoletniość, niby przeżył już dość sporo, ale wciąż stanowiło to tylko niewielki odsetek tego, co miało dopiero nadejść.
- Gdzieżby tam. Akurat ty raczej mi się nie znudzisz - zapewnił, wygodnie sadowiąc się a jego udach. To „raczej” z powodzeniem można było ominąć, ale znowu, czy w ten sposób Casey nie brzmiał już w stu procentach jak typowy on? Bez obaw, bez oporów, bez ograniczeń. Krukon chyba nie zamierzał mu odmawiać tej chwili bliskości, zwłaszcza, gdy obaj potrzebowali jeszcze jakiegoś sprowadzenia na ziemię po tym, co zaszło przed kilkunastoma minutami. Zresztą, nie ma co się nad tym długo rozwodzić. Młodszy po prostu potrzebował studenta, nie zważając na wszystko inne. Zadrżał, wyginając plecy w łuk, by znaleźć się jeszcze bliżej tego czułego dotyku.
- To ty to powiedziałeś - zauważył ze śmiechem, bo tak na dobrą sprawę wcale nie chodziło o dyrygowanie Ethanem. Przecież starszy jako bezmyślna marionetka nie stanowiłby dla niego żadnej wartości, bo nie byłby sobą. Doweson mógł czasem sugerować się słowami przyjaciela, ale nigdy nie podporządkowywał im się ślepo, na całe szczęście, bo przecież Ślizgon nienawidził tych tępych idiotów, za grosz pozbawionych pomyślunku. Co się jednak tyczy pytania, młodszy chyba rzeczywiście był takim niezwykle upartym, domagającym się uwagi i posłuchu szczeniaczkiem, który o niebo lepiej reagował, jeśli wszystko szło po jego myśli. Nie jego wina! Przecież tę drugą, spragnioną kontaktu osobowość po raz pierwszy pokazał dopiero przy Ethanie i na dobrą sprawę niejeden z dotychczasowych partnerów (i partnerek) narzekał czasem na brak zaangażowania z jego strony.
Zamruczał z zadowoleniem, kiedy starszy po raz kolejny pocałował go, przysuwając się jeszcze odrobinę bliżej - tak, że pomiędzy nimi nie było już ani jednego zbędnego centymetra. Wyższy trochę ułatwił mu zadane, za co został nagrodzony delikatnym ugryzieniem w dolną wargę, którą Cas pociągnął w swoją stronę, niezbyt chętnie odsuwając się od Krukona, na tyle, by spojrzeć na niego błyszczącymi oczyma i obdarzyć jednym z tych niezwykle pogodnych uśmiechów, zarezerwowanych właśnie dla takich chwil. Zaraz pochylił się ponownie, tym razem tylko przelotnie składając niewinnego buziaka w kąciku ust Ethana. Ten sam los spotkał później policzek studenta, jego szczękę, ale na szyi młodszy zatrzymał się już odrobinę dłużej, zostawiając za sobą parę mokrych śladów. Co ciekawe, uważał, by nie odwdzięczyć się równie wyraźnymi pamiątkami. Cholera wie, na jakie genialne pomysły mogłaby wpaść Sonia, a chociaż dziewczyny nie tolerował, zdawał sobie sprawę, że Doweson nie chciałby stracić jednego ze swoich cennych pionków zbyt wcześnie. Nie, żeby ta pusta idiotka miała mu przynieść jakieś korzyści - przynajmniej według Casey'a.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : II
Wiek : 22
Skąd : Oxfordshire, Anglia
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 102
  Liczba postów : 110
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10390-ethan-doweson#286614
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10394-ethan#286708
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10393-ethans-mail#286664
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10392-ethan-doweson#286663




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek na drzewie   Wto Mar 10 2015, 10:06

Zaręczyn nie uniknie, wiedział to. Jego rodzina owszem dawała mu sporą swobodę w działaniu, ale szczerze wątpił by odpuściła mu tą tradycję. Może dostałby wybór co do kandydatek, może mógłby manipulować datą, ale to, że zostanie zaręczony było pewne. W końcu aranżowanie małżeństw, w takich rodzinach jak jego była na porządku dziennym. Cóż w przypadku jego rodziców może nie do końca tak to zadziałało. Jego ojciec po prostu przedstawił kandydaturę matki, a oni na to przystali. Może sam też powinien wyjść z taką inicjatywą? Nie, to nie ma sensu, zwłaszcza, że i tak nie zamierzał obdarzać jakimikolwiek uczuciami tej kobiety. No może poza szacunkiem za wydanie na świat pierwszego syna. Tak, na to mógł przystać. Wiedział tez, że Cas wpadnie w szał. Prawdopodobnie dojdzie do jednej z tych wielkich kłótni po których będą się unikać przez dłuższy czas, ale w końcu oboje byli tego świadomi. Czy ślizgonowi się to podoba czy nie, Ethan w którymś momencie się zaręczy i później stanie na ślubnym kobiercu.
-Raczej? – zapytał rozbawiony łapiąc go za słówka. Nie ma to jak się droczyć w takich chwilach. Robiło się coraz ciekawej. Pocałunki Casa schodziły coraz niżej i zaczynało być bardzo przyjemnie i zdecydowanie mogliby tak dochodzić do siebie gdyby nie… gwizd pociągu. Atmosfera momentalnie prysła. Kolejny przeciągły wiek- Zbieramy się. Chyba wreszcie ruszyli ta kupę żelastwa. – mruknął średnio zadowolony. Serio akurat teraz? Nie mogli poczekać z godzinę? Cudnie. Niechętnie odsunął od siebie Casa dając mu jeszcze ostatni pocałunek. Szybko oboje doprowadzili się do porządku i ruszyli do wyjścia. –Czekaj, trzeba to zasłonić – mruknął poprawiając mu szalik zasłaniając jego jasną szyje już pokrytą ciemniejącym cieniem. Dopiero po tym szybko opuścili domek i ruszyli z powrotem do pociągu.
z/t x2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Domek na drzewie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

 Similar topics

-
» Domek na drzewie
» Opuszczony domek na drzewie
» Huśtawki na drzewie
» Huśtawka na drzewie
» Domek z modeliny (MG: Austria)

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
reszta świata
 :: 
Syberia
-