IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Mieszkanie nr 27

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Mieszkanie nr 27   Sro Kwi 01 2015, 23:51


Salon
Co prawda brak w nim stolików, ale wygodne pufy rekompensują tę niedogodność, zapewniając mieszkańcom maksymalną wygodę. W końcu wszędzie musi być miękko. Ira nie może wylądować na twardych panelach! Nie mogło tu zabraknąć fortepianu, który stał się powodem poszukiwania nowego mieszkania. Jeśli zaś zerknąć w drugą stronę pomieszczenia - bardzo łatwo natrafić na stół, pełniący funkcję jadalnianego.



Jadalnia
W tym miejscu zazwyczaj przyjmowani są goście - z wygodnych krzeseł łatwo można trafić na jeszcze wygodniejsze kanapy, znajdujące się we właściwej części salonu. Chociaż większość osób wolałaby pochłaniać tu smakowite posiłki pani Blythe, ona preferuje zgłębianie wiedzy z licznych, skradzionych swojemu mężowi, książek z biblioteczki ściennej, wpisującej się idealnie w klimat pomieszczenia.



Fortepian Archibalda
Stary i bardzo wartościowy fortepian, na którym zazwyczaj nieciężko znaleźć zagubione, ciężkie tomiszcza Iry, usytuowane tam, mimo bezwzględnego zakazu Archibalda, traktującego o jakimkolwiek umieszczaniu przedmiotów na nim lub w jego pobliżu. Pan Blythe bardzo dba o swój instrument, zgarniając konsekwentnie książki z jego nakrywy i odkładając je na właściwe miejsce. Fortepian jest przeniesiony z jego domu rodzinnego i stanowi jedyny akcent pamiątkowy, choć sam właściciel traktuje go tylko jako bliski sercu przedmiot. Umie na nim grać, dlatego czasem po domu niesie się przyjemna muzyka. Jeśli Ira ładnie poprosi, rzecz jasna.



Kuchnia
Puszczyk nabyty przez Shenae w piątym roku nauki w Hogwarcie. Dumny, nieoswojony jeszcze pierzak. Stroniący od towarzystwa, humorzasty i nieuległy. Dojrzały już 4-letni osobnik.



Lazienka
Właściwe miała być ciemna, ale podczas urządzania mieszkania, swoje trzy grosze wtrąciła Ira, razem ze swoją niezawodną różdżką, dzierżoną akurat w tym momencie. Kafelki bezpowrotnie stały się białe. Przynajmniej jest wygodnie...



Ubikacja
Puszczyk nabyty przez Shenae w piątym roku nauki w Hogwarcie. Dumny, nieoswojony jeszcze pierzak. Stroniący od towarzystwa, humorzasty i nieuległy. Dojrzały już 4-letni osobnik.



Winnipiwnica
Puszczyk nabyty przez Shenae w piątym roku nauki w Hogwarcie. Dumny, nieoswojony jeszcze pierzak. Stroniący od towarzystwa, humorzasty i nieuległy. Dojrzały już 4-letni osobnik.



Sypialnia
Puszczyk nabyty przez Shenae w piątym roku nauki w Hogwarcie. Dumny, nieoswojony jeszcze pierzak. Stroniący od towarzystwa, humorzasty i nieuległy. Dojrzały już 4-letni osobnik.



Pokój goscinny
Puszczyk nabyty przez Shenae w piątym roku nauki w Hogwarcie. Dumny, nieoswojony jeszcze pierzak. Stroniący od towarzystwa, humorzasty i nieuległy. Dojrzały już 4-letni osobnik.



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 27   Pon Lip 13 2015, 23:39

Bankiet pełen niezapomnianych przeżyć pokroju upadków, połamanych kości, wywodów na temat reemów i eliksirów, podniosłych przemówień, obietnic i podziękowań, mogli uznać za oficjalnie zakończony. Blythe, żegnając swoich dobrych i mniej dobrych znajomych, z ulgą wyprowadził swoją żonę na zewnątrz, służąc jej kościstym ramieniem, które tego wieczoru przeszło więcej niż się spodziewało, starając się zniknąć z Magic Trade Center najszybciej, jak było to możliwe. W równie dobrym tempie zaproponował Irinie lampkę dobrego wina, chcąc jakoś uratować ten dziwny wieczór. Dobre wino miał, jak można się domyślić znając trochę Archibalda, w swoim mieszkaniu. Nie mógł odpuścić sobie powiększenia kolekcji przy okazji zmiany lokum, a tak się złożyło, że piwnica była wystarczająco duża, aby ulokować w niej butelki z winem każdego rodzaju, jaki tylko dało się znaleźć. Przygotowywanie piwnicy pochłonęło go tak bardzo, że nie zdążył jeszcze wykończyć połowy pomieszczeń (z czym niespecjalnie się spieszył, mając do dyspozycji tylko wolne chwile po pracy, a im bliżej końca roku, tym bardziej jej przybywało), ale pominął ten fakt.
Specyficzne połączenie Irina-Archibald, żyjące swoim własnym, wybujałym trybem, w którym wszystko lubiło uruchamiać się niezupełnie po kolei, a często nawet zupełnie od końca, miało teraz kolejną okazję do zaprezentowania się w całej swojej okazałości. Pan Blythe, choć już jakiś czas związany z Węgierką przysięgą, mógł powoli oswajać się z myślą, że ich związek obwieścił się w wielkim świecie, rzucony gwałtownie na światło dzienne. Póki co zupełnie się tym nie przejmował. Nie czuł się zobowiązany do pokazania Irce swojego nowego mieszkania. Zwyczajnie uznał, że to dobry moment żeby zaprosić ją do siebie i posłuchać sugestii dotyczących urządzenia salonu. Tak to sobie tłumaczcie.
Aportowali się więc przed kamienicą, gdzie Archiabald uprzejmie przepuścił żonę w drzwiach i otworzył przed nią mieszkanko, zapraszając do środka. Nie trudził się przepraszaniem za kartony i ogólny stan salonu, w którym jedynym wykończonym elementem (nie licząc kilku puf i poduszek) był fortepian - czyściutki i bez żadnej skazy, choć miał już swoje lata. Blythe ostatnio grał więcej niż remontował. Nie pozwolił Irze zdjąć butów, prowadząc ją do zejścia do piwniczki.
- Ty wybierasz, ja zdejmuję - oznajmił, pozwalając pani Blythe na wybranie wina, nie komentując w żaden sposób mieszkania, choć spodziewał się pytań. - Na szczęście Randy Thomas zatroszczył się o naszą kolację, bo chyba nie mam zbyt wiele do zaoferowania w tym temacie, ale co do win - wedle kaprysu - skomentował, rozglądając się chwilę po pomieszczeniu, asekuracyjnie przytrzymując Blythe w talii. Po co ryzykować, skoro wokół było tyle butelek?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 27   Wto Lip 14 2015, 21:26

Weszła przed mężem do pomieszczenia, rozglądając się po salonie pełnym pudeł i innych papierowych brył. Pierwszym jej odruchem nie było jednak zdejmowanie butów. Pozwoliła sobie wejść głębiej, domyślając się, że gdzieś w tym zbiorowisku kartonów powinna znaleźć jeden taki, w którym znajdowały się książki. Przeszła się wzdłuż nich, przesuwając dłonią po każdym pudle, dopóki się którymś nie zacięła. Nie żeby wierzyła mocno w przesądy czy zrządzenia losu, ale niemalże poczuła pełną piersią stare kartki ksiąg, ukrytych pod kartonową otoczką. Uchyliła wieczko, uśmiechając się zadowolona pod nosem. Nie mogła się mylić. Znalazła książki. Irina była wręcz zaprogramowana do takich czynności. Wzięła jedną z nich, pierwszą z brzegu w dłoń, odczytując tytuł z zadbanej okładki starej książki. Poszanowanie dla lektur… Mogła się czuć dumna z męża. Spojrzała za nim, szukając jego inteligentnej twarzy z nad czytanej książki — Mam taką w gabinecie — pochwaliła jego gust, zdążając z namaszczeniem odłożyć tomik zanim mężczyzna pociągnął ją za sobą do piwniczki. Ruszyła za nim, nie zatrzymując się, będąc pewną, że jeszcze zdąży przekopać mieszkanie Archibalda w poszukiwaniu interesujących ją przedmiotów.
Wchodząc do piwnicy, rozejrzała się po niej, opierając się o ramię Archibalda jedną ręką, jakby właśnie pokazał jej największą bibliotekę jaką kiedykolwiek mogły ujrzeć jej oczy. Tak samo reagowała na wino. Potrzebowała wesprzeć się na swoim mężu w nie tak do końca niemym oniemieniu, bo już zbierała się żeby to skomentować. Zebrał tu sobie całkiem sporą kolekcję trunków. Uśmiechnęła się delikatnie, wyswabadzając się zgrabnie z pod splotu jego ramion. Tak samo, jak on nauczył się instynktownie ograniczać niebezpieczeństwo wokół nich, przyciągając ją odruchem do siebie, tak samo ona wypatrzyła którędy najprościej było się od niego odsunąć, w najmniej inwazyjny sposób. Nie chciała dać przecież mężowi poczuć, że chciała od niego uciec, czy coś. Nic z tych rzeczy. Przystanęła przy najbardziej interesującej ją półce, czytając daty produkcji win, wymawiała je na głos, dopisując do nich wydarzenia historyczne, aż w końcu wspięła się na palce, chcąc chwycić jedną z butelek. Przypominając sobie słowa Archibalda i jego zasadę, cofnęła się, patrząc na mężczyznę oczekująco.
— Poproszę tą z datą, w której się poznaliśmy — i podeszła znów wsuwając się pod jego ramię, w międzyczasie dostrzegając za jego ramieniem coś jeszcze. Miała sokoli wzrok, skoro z tej odległości wypatrzyła najstarszą rocznikiem pozycję na półkach.
— Czy to jest? Ojej, tak! Dostanę to na swoje setne urodziny? — nie powiedziała mu nawet co, tylko jednak znów się oswobodziła podskakując do półki. Odczytując obawy mężczyzny, odrzuciła mu różdżkę, wspinając się najpierw jednym kolanem, a potem dwoma na kanapę, przystając na zgiętych nogach na jej oparciu, żeby sięgnąć interesującej ją butelki. Mebel zachwiał się niebezpiecznie, ale zanim się wywrócił, Ira ze swoją zdobycą w ręku, klapnęła na poduszkach. Nóżki kanapy uderzyły o drewnianą podłogę, kiedy mebel, z lekkim hukiem wrócił do poprzedniej pozycji.
— Oddam Ci za to jedną książkę… hmmm… pół książki. Podzielimy się nią. Będę Ci ją wysyłać we wszystkie święta i w weekendy. Nie wiem czy z jakąkolwiek potrafiłabym się na dobre rozstać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 27   Sro Lip 15 2015, 20:40

Skinął krótko głową, przyjmując pochwałę Iry, z uśmiechem obejmującym bardziej kąciki oczu niż ust. Książki z domu rodziców. Czytał je często zanim jeszcze poszedł do Hogwartu, jeszcze częściej, gdy wracał na wakacje. Były, obok fortepianu, całym jego czasem. Między tomiszczami poukładał notatki, spisywane przy każdej lekturze, zachowane zaskakująco dobrze. Najwięcej było ich przy łacinie, której uczył się zawzięcie w wolnych chwilach, wpajając sobie przy okazji umiejętność konsekwentnego ignorowania całej reszty wszechświata, a już szczególnie tej domowej. Część swoich książek i spostrzeżeń trzymał dla sióstr.
- Cztery razy tyle zalega w Eastleigh. Kiedyś ci pokażę - powiedział, otwierając już przed Irą drzwi do piwniczki, starając się powiedzieć to w taki sposób, aby zdanie było tyko tłem, nierozpoczynającym rozmowy. Niekoniecznie lubił odwiedzać rodzinne strony, ale z niewiadomych przyczyn chciał żeby Ira wiedziała cokolwiek o jego przeszłości, choć wciąż nie dopuszczał tego do siebie. Wszystko w swoim czasie, póki co Ira i tak przyspieszała postępy w tej kwestii.
Pozwolił Węgierce wywinąć się bezkarnie spod ramienia, pilnując jej tak, jak zwykle. I choć trzeba przyznać, że ostatnio miał ogromną ochotę na puszczanie jej wolno przez ciekawość, do czego może doprowadzić, piwniczka nie stanowiła najlepszego miejsca do takich eksperymentów. Litry wina, spoczywające spojkojnie w butelkach zapewne zadrżały zaniepokojone - instynktownie, bo jeszcze nie wiedziały, z kim mają do czynienia. Cmoknął karcąco, kręcąc lekko głową i uśmiechając się przy tym nikle, ale cierpliwie, gdy przeniosła ciężar ciała na palce, chcąc sięgnąć po butelkę. Fioletowa sukienka uniosła się nieco, odsłaniając dopasowne buty.
- Jak sobie życzysz -zdążył odpowiedzieć, zamierzając wolną ręką sięgnąć po wybraną przez nią butelkę, ale nie zrobił tego, zaalarmowany kolejnymi słowami i smagnięciem, kiedy znalazła sobie kolejną zdobycz. Złapał różdżkę (zauważył, że to kolejna nowa), reflektując w czasie, po czym stanął nieco inaczej, przenosząc ciężar ciała na jedną nogę i przyglądał się wspinaczce, w razie czego mając możliwość złapania zarówno Iry, jak i wina. Jak się okazało, najstarszego w tym pomieszczeniu. Oszczędził sobie face-palma, kwitując wszystko jedynie uśmieszkiem. Tym, po którym zapowiadało się na komentarz. Ten, w którym początek był niewinny.
- Jak wytrzymasz ze mną do setki, może - stwierdził najpierw, spoglądając na jej kolano, które zgrabnie wydostało się spod materiału, kiedy lądowała na poduszkach. - Zamęczysz biedną sowę. Ale przypuśćmy, że pół książki to dobry początek targu - przysiadł na oparciu, nachylając się nad Irą, lekko prowadząc dłoń od jej kolana, do połowy uda, przytrzymując materiał sukienki. - Pół książki, dobry obiad i parę perfekcyjnych orgazmów - postanowił, wyplątując butelkę z jej dłoni, przekładając kosmyk włosów z jej czoła do tyłu i oddalając się, aby móc podnieść się z oparcia i odstawić wino z powrotem na jego oznaczone miejsce. - Do setki masz dużo czasu, Blythe - posłał jej wesołe spojrzenie, zdejmując wino, które wybrała najpierw, po czym podał jej dłoń.
- Gdzie chcesz je wypić? Między kartonami w salonie mam kilka puf i poduszek, raczej będzie wygodniej niż w kuchni - zaproponował, pomijając z góry sypialnię, w której wino miałoby jeszcze więcej okazji do wylądowania poza przeznaczonym do niego szkłem, niż w piwniczce przyozdobionej obecnością pani Blythe.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 27   Czw Lip 16 2015, 22:25

Zastanowiła się nad tym chwilę. Powtórzyła sobie nawet w głowie: cztery razy więcej zalega w Eastleigh i uniosła spojrzenie do mężczyzny. Gdyby jej nie znał, mógłby być zdziwiony tym, co powiedziała chwilę potem. Ale znał ją w sumie jeszcze lepiej niż jeszcze choćby dwa lata temu, kiedy się przyjaźnili. Teraz przyjaźnili się dłużej i lepiej i czerpali z tego bonusy. Ach, i tylko jednym z nich było miłe w brzmieniu nazwisko. Nie wypadałoby więc, żeby mąż pani Blythe mógł być zaskakiwany tak łatwo.
— Tylko tyle?
W końcu widział chociażby jej gabinet. Można było się domyślać, że Irina swojego czasu zarywała wiele nocy, żeby wszystkie te książki przeczytać. Teraz noce rozpraszały ją na inne sposoby. Może dlatego czuła się jak na książkowym odwyku. Obejrzała się przez ramię za kartonem, w którym pozostawione były samotne, na pewno smutne, że nikt ich nie otwierał książki. Jeśli Ira mogłaby w coś tchnąć życie to na pewno w nie. Spytałaby, jak im się żyje i upewniłaby się, czy lubią ją tak samo mocno, jak ona je. Przy okazji zbadałaby, czy czasem niektóre za mocno się z nią nie chcą spoufalać. W końcu nie chciałaby żeby mąż był zazdrosny. Naprawdę? Zerknęła na niego, przyglądając się mu jakoś wymownie, dopóki nie znalazła sobie zajęcia w piwniczce.
— Eastleigh? Stamtąd pochodzisz? Nigdy tam nie byłam.
Jakże to było dziwne wrażenie, przyznać, że jej tam nie było. Pewno nie było to znane, większe miasto, ani miejsce wykopalisk, czy świątyń, katakumb, źródło tajemniczych historii, czy… cokolwiek z pełnej gamy zainteresowań pani Blythe, ale skoro mieszkał tam Archibald, była pewna, że znajdzie tam odpowiednio interesującą historię. Z winem w ręku, czuła się jednak absolutnie zaabsorbowana studiowaniem historii w głowie, a musicie wiedzieć, że dużą część umysłu Iry zajmował magazyn, w którym zbierała wiele historii, legend, mitów, podań i słów Archibalda. W jakiś sposób jej tam pasowały. Takie rzeczowe i prawdziwe, które kiedyś chciałaby opowiadać swoim dzieciom. A może jego dzieciom. Wspólnym dzieciom, byłoby to całkiem wygodne. Mniej powtarzania się i więcej czasu na bogato zbierane opowieści, do których podzielenia się z innymi zabrakłoby jej i tak już za krótkiego życia. Aż nie była w stanie wymyślić, jaka będzie smutna, jeśli nie uda jej się zwiedzić wszystkiego, przeczytać wszystkiego, wysłuchać wszystkiego, doświadczyć wszystkiego i nauczyć się wszystkiego, co zaplanowała sobie na swój krótki, mały bytek. Najwyżej dojdzie do takiego punktu, w którym zleci Archibaldowi czytanie części książek, w końcu dzielenie się należało do ich małżeńskiego obowiązku. Archie wolał się jednak dzielić sam ze sobą, bo butelkę odłożył daleko od zasięgu rąk kobiety. Chyba, ze znów chciała skakać po meblach.
— Pół książki i dobry obiad… — negocjowała z nim, chociaż chyba niekoniecznie w tym kierunku, w jakim zwykle szły negocjacje, jak się potem okazało — … orgazmy wszystkie będą perfekcyjne.
Obserwowała go, jak z powrotem do niej podchodził i wstała z miejsca, stając naprzeciwko niego, ujęła jego dłoń w swoją, powoli odłączając jego palce od szkła butelki, która wylądowała w jej dłoniach. Ręce chwilę potem oplotła na jego karku, patrząc na niego uważnie, butelkę trzymając przy jego łopatkach, bezpiecznie i stabilnie.
— Nie pamiętam, czy przenosiłeś mnie przez próg. To taka tradycja, Archie. Co jak co, ale tradycje trzeba szanować — oznajmiła, chwytając się go pewniej za szyję, gotowa na ewentualne poderwanie w powietrze.
— W salonie widziałam fortepian. I idealny podeścik dla dwóch. Albo półtorej… to nic. Nas dwoje to jak innych półtora.
Pytanie dnia. Co bardziej kochał Archibald Blythe; dobry stan fizyczny swojego fortpianu, czy dobry stan psychiczny swojej żony?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 27   Sob Lip 18 2015, 22:53

Nie mógł powstrzymać uśmiechu, choć odpowiedź nie dziwiła go w ten zwyczajny sposób. Była nawet w stylu Irki i rzeczywiście pomyślał wtedy o jej gabinecie, w którym każdy możliwy zakątek wypełniały książki. Krótki śmiech poprzedził jego słowa, roznosząc się po pomieszczeniu ze specyficzną akustyką
- Pewnie więcej. Nie zaglądałem na strych – uznał, a że w Eastleigh bywał bardzo rzadko, na poddasze nie dotarł, stwierdził, że to całkiem prawdopodobna opcja. Dawniej regały były bardziej zapełnione, więc książki musiały się gdzieś podziać.
- Stamtąd. Nie masz czego żałować, nic specjalnego. Są jakieś miejsca, w których nie byłaś? – zdziwił się, teoretyzując z lekka. Zwiedzenie każdego, najmniejszego miejsca na świecie było niemalże (albo i całkowicie) niemożliwe, ale Archibald dopiero teraz pomyślał, że Ira mogła nie mieć okazji do odwiedzenia jakiegoś kraju. Stwierdzenie było równocześnie sugestią, zachęcającą do spowiedzi, które miejsca na mapie zdołała pominąć jedonak wolał o nich posłuchać później, aby wina mogły się czuć bezpiecznie w swojej samotni, samotnie. - Opowiesz mi o nich później - uznał, notując sobie w pamięci, że to całkiem istotna sprawa. Lubił jej słuchać. Historie, słyszane od Iry, zabarwione fascynacją i wypełnione przeróżnymi faktami, były wyjątkowe nawet dla Archibalda. Po części przez to, że angażowała się w nie całą sobą. Dużej części. (Szczególnie tej części, w której studiując starożytne podania, chciała sprawdzić jak wyglądały w rzeczywistości, przenosząc je w teraźniejszość i informując o tym swojego męża, ale może nie ma co wybiegać w przyszłość!
- Bardzo dobra odpowiedź, Blythe - pochwalił ją, dokładnie w tym momencie zauważając, że jego własne nazwisko wypowiedziane w charakterze nazwiska Iry brzmiało jakoś lepiej. Akcentował je inaczej, nadając mu bardziej mrukliwy i subtelny wydźwięk. Może dlatego, że ze sobą o orgazmach nie rozmawiał... - Teraz będziesz musiała potwierdzić ją w praktyce - przypomniał, a było to wiążące jak przysięga ślubna. Nawet miało z nią jakiś związek. Fragment o spłacaniu nazwiska naturalnie przypominał się o sobie.
- Nie wiem czy progu po ślubie nie minęliśmy już półnadzy, nie zaszkodzi szanować tradycji na zaś - przyznał, skupiając większość swojej uwagi na dotyku jej palców, przyjemnie drażniących skórę w dziwnie znajomy, ale mimo wszystko inny sposób. Ułożył ręce tak, aby móc podnieść Węgierkę, ale zanim to zrobił, zaszczycił ją kolejnym uśmieszkiem, nie szczędząc sobie kilku słów komentarza. - Chwila wysiłku i zmieścilibyśmy się na jednym miejscu, też byłoby przyjemnie.
Bez wahania, stanowczo i zaskakująco pewnie, uniósł Irinę do góry, przyciągając ją do siebie. Poszło mu bardzo sprawnie, nawet przy jego posturze. Wbrew pozorom zajmowali sporo miejsca, bo choć oboje byli wąscy, tudzież szczupli, byli również strzeliści, ale framugi nie były im straszne i pokonali trasę piwnica-salon bez żadnych problemów. Nawet trunek przetrwał, pilnowany przez panią Blythe tak dobrze, jak ona sama przez pana Blythe. Opuścił lekko jej nogi, pozwalając jej stanąć zgrabnie tuż przy fortepianie, mimo tego, że miał ochotę zatrzymać ją przy sobie. Ale na to zawsze był sposób.
- Jesteś najinteligentniejszą żoną, jaką mógłbym mieć, więc pewnie wiesz, że fortepianowi, tak jak tobie, nie może się stać absolutnie żadna krzywda - uprzedził, stykając koniuszki ich nosów, zanim musnął krótko jej usta, tuż przed zabraniem ręki z jej talii, aby móc użyć różdżki Iriny do przywołania kieliszków niewerbalnym Accio i utrzymania ich w powietrzu. Dopiero wtedy odsunął się od żony na krok żeby napełnić szkło winem i pozwolić mu dalej lewitować, po czym usadził Węgierkę na krótkiej ławeczce, nie trudząc się wydłużaniem jej. Sam usiadł za kobietą, obejmując ją w talii i przyciągając jeszcze bliżej siebie. Kieliszki trafiły do ich dłoni dopiero wtedy, gdy Archibald uznał, że jest wystarczająco wygodnie. Jej subtelny, znajomy mężczyźnie zapach nie powstrzymywał go przed wodzeniem nosem po jej odsłoniętym ramieniu. Uśmiechnął się do siebie, wyczuwając jak pobudza nie tylko węch, ale i słuch. Miał ochotę musnąć klawisze fortepianu i powtórzyć to, co fundowała mu pani Blythe. Świeczek też mu brakowało i choć leżały spokojnie w którymś z pudeł, nie wyciągnął ich, pamiętając wciąż o jednej sprawie.
- To w jakich miejscach, poza moją nową sypialnią, jeszcze nie byłaś, Blythe? - zapytał, obracając lekko kieliszek między szczupłymi palcami. Miał ochotę na zdecydowanie zbyt wiele rzeczy na raz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 27   Czw Lip 23 2015, 20:37

Postawiona na ziemi powoli zsunęła dłonie z jego karku, opierając butelkę wina na swoim biodrze. Automatycznie przymknęła powieki na czas subtelnego smagnięcia warg pana Blythe i uśmiechnęła się lekko, po otwarciu oczu nie spuszczając z niego wzroku. Właśnie dlatego mogła szybko dostrzec kiedy przekrzywił mu się czarny kołnierzyk. Chwyciła go w palce jednej ręki, skoro drugą zajętą miała trzymaniem butelki wina. Dopiero, kiedy uwolnił jej dłoń z tego ciężkiego obowiązku niestłuczenia szkła, kiedy on cofajał się o krok, postąpiła za nim, sięgając drugą ręką do jego koszuli. Teraz już obiema wyrównała kołnierzyk, wsuwając smukłe palce prawie niezauważalnie pod materiał. W czasie kiedy Archibald nalewał im wina, przejechała z ciekawością opuszkami po jego obojczyku, przypominając sobie towarzyszące temu odczucia. To wrażenie wydawało jej się dziwne znajome, do tego stopnia, że próbując odkryć sęk tej historii, skupiła się na tej czynności na tyle, że dopiero, kiedy Archibald usadził ją na foteliku przed fortepianem, straciła koncentrację. Podążyła spojrzeniem za mężczyzną, przenosząc szczupłe palce na klawisze instrumentu, odkładając wręczoną jej lampkę wina na płaską powierzchnię na fortepianie, wbrew temu, pamiętając, że nie powinna mu się stać żadna krzywda. Rzuciła swoją wypowiedź jakby idealnie odczytując myśli Archibalda, chociaż przecież było to prawie niemożliwe. Prawie tylko dlatego, że potencjalnie mogłaby znać tajniki potrzebnej do tego magii, ale chyba nie była odpowiednią osobą, która byłaby w stanie je opanować.
— Możesz mi zagrać, co teraz czujesz, Archie?
Przeciągnęła miękką opuszką po jednym z klawiszy, przyciskając go lekko. Kiedyś uczyła się gry na pianinie, ale było to dawno, niewiele pamiętała, zresztą, okazało się, że nie to było jej największą pasją. Wyczuwając oddech pana Blythe na swoim karku, idealnie zsynchronizowana z jego ruchami, przechyliła głowę na bok pozwalając mu się przenieść na drugie jej ramię. Zrobiła to bardzo naturalnie, zanim oparła się rękoma na jego kolanach, masując ich zgięcie w zamyśleniu, kiedy zastanawiała się nad odpowiedzią.
— To bardzo zbudowane pytanie, Archibaldzie. I mogę na nie udzielić jeszcze bardziej zbudowanej odpowiedzi. Dawno nie było mnie w domu… rodzice przeprowadzili się do Peru. Badają kulturę Nasca — zastanowiła się nad tym dłużej, przerywając zabawę jedną ręką, żeby móc sięgnąć nią po lampkę wina. Zamoczyła w nim usta, kosztując kilkuletniego wina. — Ale do Twojej sypialni jest chyba odrobinę bliżej? — przechyliła głowę na bok, próbując spojrzeć na niego przez ramię i uśmiechnąć się bardzo niewinnie. W końcu tylko stwierdziła prosty fakt. Że miała dziwnie zakrzywione pojęcie drobnej różnicy w podróży stąd do jego sypialni czy stąd do Peru, to tylko szczegół.
— Chociaż musiałbyś poznać moich rodziców. Mama uraczyłaby Cię obiadem, który zawsze zachodzi w pamięć. Jakimś dziwnym przypadkiem kończy się po nim długim posiedzeniem w łazience. Raz mógłbyś się poświęcić. Zawsze się tak bardzo cieszy, kiedy ktoś chwali jej kuchnię. Nie musiałbyś kłamać, że było dobre, wystarczy, że powiedziałbyś, że jadłeś gorsze. Na jadłeś w życiu jakieś paskudztwa. Jeśli nie, musimy to nadrobić, żebyś nie musiał jej okłamywać. Tato… hmmm, tato pewnie stwierdziłby, że brakuje CI kilku kilogramów — chwyciła go za smukłe palce i przeciągnęła ręką do jego nadgarstka, całując wnętrze jego dłoni — opowiedziałby Ci historię o Hanzelu i Grecie. Chciałby Cię utuczyć jak chłopca z tej historii. A Laszlo… hmmm, Laszlo szczęśliwie już dawno z nimi nie mieszka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 27   Czw Lip 23 2015, 23:37

Im więcej ze sobą przebywali, tym bardziej synchronizowali ruchy, choć kłamstwem byłoby powiedzenie, że przypadkowe upadki i potknięcia nie były im na rękę. Jakby nie patrzeć, zbudowali na tym część swojej relacji, bo każdy taki moment był skrupulatnie przez Archibalda wykorzystywany. Ironia, bo wciąż zdawało się, że to on w tym związku był bardziej niezdecydowany i nie potrafił spojrzeć na niego pod kątem rzeczywistego padania światła. Im więcej myśli typu "trzeba coś z tym zrobić" gnieździło mu się w głowie, tym gorzej szło mu wymyślanie, co zrobić można. Prawda była taka, że wcale nie chciał nic zmieniać. Tylko wyrzuty sumienia względem Iry brzęczały czasami w jego głowie, dając znać, że mają inne pojęcie o małżeństwie. Uparcie trzymał się myśli, które sam sobie zaszczepiał, bazując na przeszłości, utrudniając wszystko tym, że trzymał je dla siebie, nie udostępniając ich w żaden możliwy sposób. Nie potrafił i nie chciał rozumieć, dlaczego instynktownie odsuwał od Węgierki najmniejsze niebezpieczeństwa, dlaczego jej dotyk i zapach działały na niego tak intensywnie i dlaczego wciąż grał w tę grę, równocześnie nie chcąc jej skrzywdzić. Może problem leżał tam, gdzie zaczynała się wykształcona idealnie umiejętność tłumienia wszystkiego, co niewygodne. Jedyne, do czego przyznawał się przed sobą, to zdziwienie, że wciąż odkłada zostawienie jej. Potrafiłby to zrobić, ale dawno nie było mu tak przyjemnie. Przy niej czuł bardziej. Uwalniała to, co kiedyś zdążył pogrzebać, zupełnie tego nieświadoma. Nie sądził, że ktokolwiek byłby do tego zdolny.
- Za moment. Mów do mnie - poprosił cicho, kiedy dźwięk pojedynczego klawisza gasł powoli. Nie oddalał się od jej ramienia, dopóki nie przeniósł na nie dłoni z jej talii, badając palcami wypukłości i zagłębienia jej obojczyka. Im więcej zmysłów poruszała, tym więcej potrafił przenieść na dźwięki. Coś jak tworzenie atmosfery. Dobre miejsce, przytłumione światło i cicha muzyka w tle, dopełniona ładnym zapachem świeczek. Irina miała ten komfort, że Archibaldowi wystarczało kilka podstawowych bodźców, aby mieć to wszystko na raz. Pamiętał jednak, że wyobrażenie jej głosu wcale nie da światła w ciemnym pomieszczeniu, więc w międzyczasie, wciąż skupiając się bardziej na drażnieniu jej skóry opuszkami palców, zapalił świeczki, lewitujące teraz gdzieś wokół. Niewielkie płomyki odbijały się w szkle i zdobiły powierzchnię fortepianu. Słuchał jej uważnie, wydzielając sobie dwie strefy. Jedną dla jej słów, drugą dla nut, wyznaczających jej własną melodię na pięciolinii, której nawet nie musiał spisywać. Posłał jej sugestywne spojrzenie, stanowiące jedyną słuszną odpowiedź na porównanie odległości między sypialnią a Peru. Zaśmiał się krótko na wzmiankę o obiadkach u matki Iry.
- Pomóż jej, a wszyscy to przeżyjemy - zaproponował, uznając to za najlepsze wyjście, godne miana kompromisu. Dziwnym trafem jakoś naturalnie przyjął myśl o poznawaniu jej rodziców, póki istniała tylko w domniemaniach. Poruszył lekko kciukiem, gładząc lekko miękki policzek, gdy wyczuł jej usta na swojej dłoni. Zostawił ją tak na moment, aby przesunąć lekko do tyłu, wplatając palce w jasne włosy. Przeczesał je delikatnie i opuścił dłoń z powrotem do jej talii, odwracając nieco głowę, aby móc napić się wina. - Byleby nie próbował tuczyć ciebie - odpowiedział, wracając do kobiety spojrzeniem. - Ja się jakoś wykręcę.
- Szczęśliwie? - pociągnął temat, opierając lekko brodę na jej ramieniu, nieprzypadkowo wtulając się w złociste loki. - Coś z nim nie tak? - zapytał, dbając o to, aby przytrzymała w dłoni swój kieliszek. Palcami sięgnął do klawiszy, trącając kilka z nich na próbę, powoli, ale składnie. Nie chciał zaburzać rozmowy konkretną melodią, coraz wyraźniej rysującą się w głowie, ale miał ochotę grać. Na szczęście nigdzie im się nie spieszyło. Na szczęście sypialnia była bliżej niż Peru.
- Mówiłaś do niego, kiedy śniłaś na jawie - przypomniał sobie, przerywając muskanie klawiszy i ulegając pokusie przebadania każdej, najdrobniejszej kostki jej dłoni, którą obejmował swoją. Niedługo później wrócił do testowania dźwięków, szukając w nich najpewniejszych i najbardziej podobnych. Swoich nie znał, tak jak nie widział swojego głosu, ale mógł nieco manipulować melodią, tworząc z niej coś wspólnego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 27   Pią Lip 24 2015, 23:39

Irka była chyba jedną z tych nielicznych osób, które po usłyszeniu słów: mów do mnie, rzeczywiście znajdowały całe wersy, które mogłyby teraz spłynąć z jej ust. Jedno, że wcale ją to nie krępowało, a wręcz przeciwnie, zachęcało do rozmowy, drugie, ze długo nie musiała myśleć nad tym, co chciała powiedzieć. Było tyle rzeczy, którymi chciała się podzielić z innymi, a z Archim lubiła się dzielić wszystkim. W ten sposób nie tyle poznał nudny opis jej dzisiejszego dnia. Ta węgierska, ekscentryczna osóbka lubiła opowiadać głębsze historie, albo snuć pewne refleksje o życiu. Blythe był świadkiem jej osobistych rozważań na liczne tematy. Każde słowo, które tak lekko wypływało z jej ust, brzmiało jakby pisała poezję. Tylko, że nie skupiała się na miłości, na rymach, na barwnych metaforach. Jej poezją była historia, analiza, prywatne rozważania, filozofie, świat przeżyć, który ją otaczał, a jej światek był bardzo zbudowany, ograniczony też, bo nie doświadczała w nim zła, agresji, przemocy, negatywnych uczuć. Jeśli nawet takowe istniały, nie było bardziej odpowiednich osób do ich odrzucenia niż Ira. Jej życie nie było usłane różami, ale dostrzegała w nim dobre strony. O nich właśnie opowiadała Archibaldowi. Obserwowała uważnie jego palce, przesnuwające się po klawiszach fortepianu i nawet zawieszała głos w momentach, w których w powietrzu rozbrzmiewały ważniejszy nuty. Łapała wtedy oddech, pozostawiała trochę miejsca na ciszę, zanim wracała do swojego monologu.
— Dlatego właśnie myślę, że to były wdzięczne do życia czasy — zakończyła, chwytając lampkę wina, żeby móc nawilżyć nieco gardło, nie tyle zmęczone opowieścią, co po prostu gotowe do następnych, stąd to przygotowywanie go do takiej możliwości.
Nie podjęła się jednak tego zadania, wsłuchując się w grane przez jej męża nuty. Oparła się na jego torsie, a że ta melodia w pewnym stopniu wpłynęła na jej interpretację chwili i zmysły, nie potrafiła powstrzymać się od chęci zmiany swojej pozycji. Przechyliła głowę na bok, ocierając się policzkiem o twarz Archibalda zanurzoną jak dotąd w jej włosach i wyciągnęła długą szyję. Żeby móc musnąć wargami skrawek jego skóry. Dosięgnęła akurat czubka nosa. Wibrująca w powietrzu muzyka była tak rzetelnym odzwierciedleniem wiszącego w powietrzu napięcia, że nie próbowała nawet się wstrzymywać, kiedy jej dłoń powędrowała do policzka Archibalda i skierowała jego twarz w swoim kierunku, wyginając się w taki sposób, żeby móc musnąć kilkakrotnie jego wargi. Głównie niecelnie kąciki jego ust, czy jego brodę, bo w tej pozycji te niezdarne pocałunki były i tak skutkiem dużej precyzji. Kończąc tą miłą pieszczotę, oparła się policzkiem na torsie męża, obracając się w jego stronę, cały czas uważnie słuchając granej melodii.
— z moim bratem jest więcej niż w porządku. Laszlo jest… Laszlo jest dość specyficzny.
Nie potrafiła nawet przekazać swojemu mężowi dokładnie tego co myślała. Próbowała zastąpić pewne przykre wspomnienia pozytywnymi, ale w przypadku jej brata było to bardzo duże wyzwanie. Zamyśliła się, analizując sposoby, w jakie mogłaby panu Blythe to zwizualizować.
— Dość niezależny. Lubi swoje towarzystwo. Nie przepada za dziwactwami. Lubi przeciętność, ale nie lubi ludzi przeciętnych. Hmm… jakbyś go poznał… Po prostu nie pomyślałbyś, ze jesteśmy rodzeństwem.
Postanowiła to wyjaśnić mu w ten sposób, zanim przchylając głowę odrobinę na bok, przeciągnęła dłonią po przedramieniu męża, sięgając mniejszych klawiszy fortepianu w innej tonacji.
— Myślę, że po prostu ciężko okazywać mu głębsze uczucia — uniosła wzrok do oczu Archibalda — jak Tobie. Tylko mu gesty też przychodzą ciężej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 27   Sob Lip 25 2015, 23:11

Arch z kolei był jedną z licznych osób, które słów Iriny lubiły słuchać. Wypełniała nimi ciszę, a nie od dziś wiadomo, że panu Blythe zapewnianie ciszy wychodziło znakomicie, dlatego właśnie wszystko było w najlepszym porządku. Tak jak on nadrabiał nieuwagę żony, usuwając jej kłody i inne krzesła spod nóg, tak ona nadrabiała jego niechęć do wypowiadania zbyt wielu zdań. Z jedną różnicą - przy Irinie zdarzało mu się mówić więcej, a ona uparcie nie chciała nauczyć się uważać na otoczenie! Uzupełnianie musiało wejść im w krew, bo optymizm Węgierki również miał swój wpływ na mężczyznę. Gdyby chciał zobaczyć go wyraźniej, może przestałby przejmować się niepotrzebnymi wyrzutami sumienia, podyktowanymi uprzedzeniami do siebie i przeszłości. Możliwe, że widział w niej swoje przeciwieństwo albo instynktownie wyczuwał, że los obdarzył ją cechami, które dla niego były niedostępne, zakopane, czy dawno odstawione na bok. Mógł ich też nie poznać. Porównanie ich żyć nie wyszłoby za nic - były tak odmienne i wypełnione skrajnie różnymi emocjami, że zestawienie ich musiałoby opierać się na najmniejszych szczegółach, które w całości mogły mieć marne znaczenie. Dlatego właśnie, słuchając o wszystkim, o czym Ira chciała mu opowiedzieć, nie porównywał. Umiejętność znalezienia dobrych stron była imponująca w takim stopniu, jak zadziwiająca. Blythe, choćby miał stawać na rzęsach, nie potrafiłby wykrzesać z siebie takiego podejścia.
Rozmowa przerywana chwilami ciszy i dźwięków fortepianu przychodziła im całkiem naturalnie (nie żeby mówiła tylko Ira, przypuśćmy że za Archa odzywał się instrument), a mężczyzna, z czymś na kształt zadowolenia, zauważył jak reakcje Iry przypisują się do wygrywanych nut. Milczała, gdy udało mu się złożyć sensowniejsze części melodii, choć wciąż robił to prowizorycznie; zaczynała mówić, gdy potrzebował więcej słów. Przekładał je na dźwięki, tak jak muśnięcia miękkich ust, zmuszające go do przymknięcia powiek, jak zapach i ciepło, emanujące od pani Blythe. Chętnie ułatwił jej pocałunki, schylając się nieco i odwzajemniając je równie niewinnie i niezdarnie, co zdarzało się wyjątkowo rzadko. Spisali wtedy kilka ładnych nut, a wino, którego krople zwilżyły moment później usta Archibalda, smakowało jakoś inaczej. Kieliszek znów lewitował obok, gdy mężczyzna oplatał pojedyncze pasmo włosów Iry wokół palca. Zbierał się powoli do włączenia drugiej ręki do gry, ale nigdzie im się nie spieszyło. Z niewyjaśnionych powodów, Laszlo wydawał mu się ciekawy. Nie dlatego, że według Iry był specyficzny, choć to też była jakaś wskazówka, ani nie dlatego, że porównała go do niego samego. Większy udział w zainteresowaniu miało połączenie zwid z gabinetu i sposobu, w jaki jego żona mówiła o swoim bracie. Musiała się chwilę zastanowić, a to w jej przypadku było wystarczająco inne. Zwykle znajdowała słowa od razu, jakby nie sprawiało jej to problemu.
- Gesty zastępują mi słowa - uznał, obserwując jej dłoń przy swojej, dopiero po fakcie reflektując, że to powiedział. Aż zatrzymał na chwilę palce, dając ciszy przewagę nad fortepianem, gdy dźwięki wygasły pod wpływem zdziwienia. Nigdy tak na to nie patrzył, a prawdy było w tym sporo. Chociażby wtedy, gdy wysłał siostry do Salem. Nigdy nie powiedział im, że to w trosce o bezpieczeństwo. Wrócił do grania, wyczerpując swój limit wyznań na dziś. To krótkie stwierdzenie było zaskakującym odkryciem, ale wolał wrócić na wygodniejszy dla siebie grunt. Do tematu Laszlo.
- Pewnie mielibyśmy problem z dogadaniem się - stwierdził, odwracając się w jej stronę. - A jak ty sobie z tym radzisz? - zapytał krótko, chociaż miał już pewien obraz tej sytuacji, wymykając się wolno ze swojego miejsca, aby usiąść przodem do fortepianu i przyłożyć do niego obydwie dłonie, ale oderwał je zaraz, czekając na odpowiedź. Melodię miał, jak sądził, gotową.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 27   Pon Lip 27 2015, 12:29

Nie powiedział jej żadnej nowości. Tyle jego inteligentna żona już dawno zdążyła się domyślić. Uśmiechnęła się kątem ust, odrobinę ironicznie. Z kolei to on brzmiał, jakby do niego to dopiero dotarło. Zaśmiała się tym rozbawiona pod nosem, psując dotychczasową melodię kilkoma skocznymi nutami, dostosowanymi do jej szczerego, chociaż cichego śmiechu. Razem z nim przekręciła się w miejscu, nie wiadomo kiedy i jak, siadając przodem do niego, na jego udach. Blythe, która nie rozpraszała się pomiędzy inne czynności, wbrew ogólnej opinii, cieszyła się dobrą zręcznością. Może nie grzeszyła siłą, ale zgrabność z jaką obróciła się na krzesełku, bardzo szybko, sprawnie lądując na nogach męża, przypominała, że Ira często być może sama chciała być ratowana. W przypadku Archibalda weszło to w pewien dzienny rytuał. Węgierka bardzo mocno szanowała takie przyzwyczajenia. Oplotła ręce na karku pana Blythe, dokładnie tak, jak niegdyś magicznego dnia w jego gabinecie i uśmiechnęła się, lekko opierając się plecami o fortepian, a chociaż mogłoby się wydawać, że będzie przeszkadzać, z Archibaldem mieli pewną niewyjaśnioną umiejętność synchronizowania się do swoich ruchów. Nie mogła wiedzieć, kiedy powinna wychylić się do przodu, ułatwiając mu grę, ale czas miał pokazać, że zdecydowanie musiała to przeczuwać. Nikt nie mógł mieć takiego szczęścia, żeby się tak przypadkiem dopasować. Zresztą, Irina nie wierzyła w zbieżność losu i ślepe trafy.
— Są rzeczy, których nie można przekazać tylko gestami — jej wypowiedź zabrzmiała poważnie, zrujnowana przez późniejszy dźwięczny śmiech. Nie tak magnetyczny i wibrujący jak rzadki, ale godny zapamiętania śmiech Archibalda, chociaż prawie równie przyjemny. — Szczerze, najdroższy? — pochyliła się nad jego uchem, jakby chciała zdradzić mu sekret. W rzeczywistości, właśnie tak było — Nie radzę sobie.
I wyprostowała się, zanim się cofnęła do tej pozycji, muskając wargami płatek jego ucha, skoro już nadarzyła się do tego okazja. Przechyliła z zainteresowaniem głowę na bok, przypatrując się mężczyźnie przez chwilę, zanim podjęła beztrosko dalszą część wypowiedzi.
— Jestem ucieleśnieniem wszystkiego tego, czego nie lubi w ludziach. Chaosem… — mówiąc to odpięła jeden guzik jego czarnej koszuli, zanurzając dłoń pod nią, tylko po to żeby zrobić sobie miejsce na niewinny pocałunek na jego mostku — … absolwentką instytutu magicznego. Słabszym ogniwem. Zapalonym archeologiem i historykiem. Utrapieniem, które trzeba było pilnować. Jego niechcianym cieniem. Beztalenciem. Przeciętnością we wszystkim co szanuje i ekstrawertycznością wszystkiego czym gardzi.
Zawiesiła się, zastanawiając się nad tym, co sam Archibald powiedział, dochodząc w końcu do wniosku:
— Nie dogadywałbyś się wprost proporcjonalnie do tego, jak dobrze rozumiesz mnie. To chyba obowiązkowa zależność.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 27   Pon Lip 27 2015, 14:14

Dziwił się głównie dlatego, że gesty były ujściem, które domyślnie kontrolował. Potrafił przerwać i zmienić swoje zachowania, jeśli tego chciał. Jednak przy Irze zazwyczaj nie chciał nic zmieniać, pozwalając sobie na trochę i trochę więcej w charakterystycznie stonowanej formie, uzupełnianej słowami, co potwierdzałoby słowa Węgierki. On sam nie potrafił się w niej określić, będąc gdzieś na granicy zgody i zaprzeczenia. Okazywanie uczuć i przekazywanie za pomocą słów nie rozwijały się tak sprawnie jak opanowanie i kontrola. Na własne życzenie odciął się od tak ważnych elementów, od małego ucząc się, jakie rany mogą nieść ze sobą. Miał zły przykład i jakkolwiek silnie by nie zaprzeczał, musiał przejąć od tego przykładu, jeśli nie dwóch, jakieś wzorce. Skupiając się na odcięciu od nich, pogłębiał je bardziej, szukając drogi w błędnym przekonaniu o samym sobie. Teraz, kłócąc się z prawdziwymi emocjami, które potrafił wyróżnić, nie mógł wiedzieć, że była jego zbawieniem. W całym tym skomplikowaniu przeczuwał tylko, że może ją zranić. Powtarzał to sobie bez końca, ale egoizm zawsze wygrywał. Wszystko działało na zasadzie standardowej kłótni - przysłonięcie lepszych części, paląca niepewność. Nie trzeba chyba mówić, że zdolność do krycia własnych emocji była tu na miarę złota. Nie zdradzał się nawet na chwilę ze swoimi wątpliwościami, a raczej tak to interpretował.
Wesoły śmiech wprowadził kolejny brakujący element, o którego potrzebie nie miał pojęcia. Nie spotkał się z nim tak dawno, że zupełnie zapomniał, jak może być przyjemny. Ciepło. Pozostawił je w sobie, nie trudząc się na odpowiedź. Skoro oboje wiedzieli, że słowa czasem były niezbędne i znali tendencję Archibalda do unikania ich, uznał, że sprawa jest jasna. Nie potrafił wyrazić wszystkiego. Za to z łatwością zapamiętał śmiech i część towarzyszących mu uczuć, wyczuwając skrajną różnicę między nim, a tym, co miała powiedzieć. Nie radzę sobie w ustach Iriny, nawet jeśli miał świadomość, że nie radziła sobie z dużą częścią magicznego świata, brzmiało inaczej. Subtelnym ruchem przeciągnął dłonią po jej talii, słuchając słów, z którymi nie mógł się zgodzić. A mimo wszystko było w nich coś znajomego. Na tyle znajomego, że potrafił spojrzeć na Laszlo z nieco innej strony. Nie przeczył i nie zapewniał bezsensownie, że nie była beztalenciem. Oboje doskonale wiedzieli, że nie była. Dał jej tylko odczuć, poprzez spojrzenie i dotyk, że jest inaczej. Kiedy ludzie mieli tendencję do przewartościowywania słów i zapominania o gestach, u niego działało to zupełnie na odwrót.
- Mam pewną tezę na jego temat, ale wolę się z nią nie spieszyć - odpowiedział, widząc w ich relacji trochę siebie i sióstr, zwłaszcza Utopii. Nie miał pojęcia, w jakim stopniu Laszlo był uświadomiony w sprawie Iry, ale Archibald u młodszej siostry potrafił dostrzec chęć zwrócenia na siebie uwagi. Wiedział, czego potrzebuje, ale nie był zdolny do zapewnienia jej tego.
Uśmiechnął się do Węgierki, nie do końca znajdując słowa. Nie zawsze ją rozumiał, ale po części dlatego tak ich ku sobie ciągnęło. Choć teraz, znów się dziwiąc, rzeczywiście wiedział, o czym mówi. Dzięki temu potrafił nakreślić mniej więcej jej relację z bratem.
- No, Blythe. Nie do końca wiem, czy potrafię grać co czuję, kiedy ciężko stwierdzić, ale zawsze możesz użyć słów za mnie - wymruczał, drażniąc tym zdaniem usta pani Blythe i powoli przyciągając ją bliżej, aby móc sięgnąć wszystkich klawiszy. Musnął jej wargi przelotnie, uśmiechając się prawie niezauważalnie, ale wątłe cienie na twarzy zdradziły go bez większych problemów. - Lubię się z tobą umawiać, więc za moją dobrą grę, liczę na późniejsze, tak samo dobre, śpiewanie.
Pierwsze dźwięki dotrzymały towarzystwa pocałunkowi, na jaki się zdobył. W imię późniejszych nut, które wciąż mogła mu dyktować.

gramy sobie oczywiście to, ale bez śpiewania i trochę bardziej zróżnicowane I love you
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 27   Wto Lip 28 2015, 14:27

Na chwilę zamilkła, zbyt mocno skupiona na jego grze, zapominając, że przecież ona nadawała mu jej rytm. Obróciła się przez jedno ramię, przytrzymując dłoń na jego kolanie. Przypatrywała się jak zgrabnie jego palce poruszały się na klawiszach. Już wiedziała skąd ta ich zręczność. Jeszcze półtorej roku temu, pozycja w jakiej się znajdowali, zasiadając w niej w jego gabinecie, wydawała się mocno dwuznaczna, ale chyba małżeństwo niosło ze sobą pewne przywileje, przez które każdy swobodny gest Iriny czy Archibalda wydawał się bardziej niewinny niż jeszcze jakiś czas temu. Wracając spojrzeniem do oczu mężczyzny, zakończyła temat Laszlo jednym zdaniem:
— Troszczy się o mnie na swój własny sposób.
Irina w swoim świecie nie mogła zakładać, ze jest inaczej. Nieważne jak często nie przyznawał się do niej przy ludziach i ile razy powiedział jej dużo niemiłych słów, w dalszym ciągu była pewna, że koniec końców, postawiony pod ścianą zawsze musiałby przyznać, że siostra nie była mu całkiem obojętna. Co śmieszne, w jakimś stopniu miała rację. Nieważne ile razy inni jej mówili, że Laszlo Magyar oficjalnie odcina się od rodziny i ma ich wszystkich gdzieś, wiedziała, że prawda jest gdzieś obok i tak w pełni zna ją tylko sam Laszlo. Dlatego nie było sensu kontynuować tego tematu.
— To miała być Twoja melodia, Archie. Ja jestem zaledwie muzą, to ty jesteś artystą — uśmiechnęła się do niego, przykładając dłoń do jego karku, kiedy złożył głębszy pocałunek na jej ustach — Zaśpiewam — obiecała mu z taką łatwością, że aż ciężko było wyczuć czy odczytała z jego słów pewną dwuznaczność, którą wplótł w swoje słowa. Irina często rozumiała tylko co chciała rozumieć, albo co chciała żeby inni myśleli, że rozumie. W gruncie rzeczy Archibald dowiadywał się, że ta jej niewinność to naprawdę jej duża siła.
— Chcesz słów, Archibaldzie? — upewniła się, przysuwając się do niego, żeby opleść jego szyję ramionami, pochylając się nad jego uchem. Mówiła spokojnym, stonowanym tonem, jakby opowiadała mu bajkę, w rzeczywistości w jakichkolwiek opowieściach nie było jej równych. Chociaż w tym momencie, chciała się spróbować w innej opowieści. Przecież też innej potrzebował do napisania tej melodii. Podniosła się lekko, całując pojedynczymi muśnięciami jego powieki, zmuszając go do przymknięcia oczu i zrzucając z siebie apaszkę, zakrapianą jej perfumami, obwiązała jego oczy materiałem. Chciała mu pomóc w odnalezieniu odpowiednich nut. W końcu jaką byłaby muzą, gdyby nie spełniała swoich obowiązków? Przy okazji chciała doświadczać zupełnie tego samego świata przeżyć, co on. Skoro jego świeca zgasła, Irina uniosła wzrok do świeczek, które nieznacznie oświetlały pomieszczenie, gdyby nie one, pogrążyłoby się ono w mroku. Kobieta wyciągnęła różdżkę, próbując zgasić je zaklęciem. Bezskutecznie, jak dało się przewidzieć. Więc moment później Archibald mógł poczuć lekki świst powietrza i nacisk na udach, zanim ciężar całkowicie zelżał. Zsunęła się z jego ud, podchodząc do magicznie lewitujących świeczek, zdmuchując ogień. Dopiero wtedy, wróciła do mężczyzny, obejmując go tym razem od tyłu, ocierając się miękkim policzkiem o jego twarz, zanim schowała swoją w zagłębieniu jego szyi, muskając jego obojczyki ciepłymi wargami, zwilżonymi moment wcześniej spożytym winem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 27   Wto Lip 28 2015, 20:22

Odwzajemnił spojrzenie ze spokojem. Nie dziwiło go, że tak szybko potwierdziła niewypowiedzianą jeszczę tezę. Znała swojego brata i była inteligentna, a jej odpowiedź obudziła pewnego rodzaju nadzieję, że jego siostry myślały podobnie. Niewątpliwie była to najzdrowsza forma dla ich relacji.
- Dobrze, że jesteś tego świadoma - zakończył. Miał nieodparte wrażenie, że ta ukryta i nieco zachwiana troska będzie jedyną rzeczą, która nie zepsuje doszczętnie wizerunku Laszlo w jego oczach. Czuł się trochę nieswojo, mając tak wyrobiony obraz człowieka, którego nigdy nie poznał.
Każdy jej ruch, wywołujący choćby najmniejszy powiew, skutkował wzmocnioną wonią jej perfum, których pochodzenia jeszcze nie zdążył się domyślić. Nie zastanwiał się nad tym, dlaczego jej zapach był atrakcyjny niemalże do granic możliwości, skupiając się bardziej na tym, co wywoływał. W połączeniu ze zbawiennymi dźwiękami fortepianu, działającymi perfekcyjnie od wielu lat, stawał się jeszcze bardziej inspirujący, wypełniając całą obecną przestrzeń. Spojrzenie usuwało się w cień pod naporem bezszelestnych pocałunków, ingerujących w sferę dotyku, prowokującego falę fizycznych odczuć, budzących z kolei coraz więcej emocji niepewnego, wręcz nieznanego albo zapomnianego, pochodzenia. W nietypowy dla siebie sposób odstawił analizę, rzeczywiście skupiając się na tym co a nie dlaczego czuje - pozwolił jej na zakrycie oczu, machinalnie schylając głowę, ułatwiając jej wiązanie apaszki, przyjmując delikatne smagnięcia palców i materiału. Skupienie pozwoliło mu na uśmiech dopiero, gdy miał odpowiadać na jej słowa, ucząc się wypowiadania własnych. Odrzucił wyrzuty sumienia, nie znajdując dla nich najmniejszego skrawka. Zagłuszone przez całą resztę postanowiły zamilnkąć. Nie był to zresztą ich czas. Dopóki nie musiał myśleć, jak łatwo było je zagłuszyć, nie musiał się przejmować.
- Jest tyle ciebie we mnie, że ciężko to odróżnić - mruknął, wyczuwając jej ucho przy swoich ustach. Uniósł nieznacznie głowę, zatapiając się w jej włosach, czując jak uśmiech ociepla jego usta w reakcji na kolejną złożoną obietnicę. Niewinność, choć wcale na to nie wyglądała, była bardzo na swoim miejscu, budząc go jeszcze bardziej, ścierając się z jego pragnieniem, rosnącym w coraz szybszym tempie. Wzmacniała słowa i gesty, wytrącając kolejne dźwięki spod palców Archibalda, trafiające na swoje miejsce - na pięciolinię.
Najniższa linia z owej pięciolinii, poświęcona instrumentowi, którym sam manipulował, utrzymywała całą resztę. Drugą, względnie stabilną, przyjmującą słowa i przyjemny ton głowu. Trzecią, drżącą lekko pod wpływem ciepła i zapachu. Czwartą, smaganą opuszkami palców i całymi dłońmi, pieszczoną pocałunkami. I ostatnią, piątą, najbardziej rozchwianą i niepewną, odpowiadającą pragnieniu. Była najwyżej i mogła uwolnić się najłatwiej, drżała więc zależnie od ilości bodźców, kontrolowanych przez niższe linie. Trzymała się w ryzach, dopóki chęć gry miała jeszcze jakiś sens. Malała, wymazywana skutecznie przez obecność i, tak samo kuszące jak niewinne, ruchy pani Blythe. Chwilowe zniknięcie nie zmniejszyło napięcia.
- You're the conversation, I'm the game - zaśpiewał cicho, mrukliwie rozedrganymi nutami, zanim oderwał palce jednej ręki od klawiszy, zubożając nieco ilość dźwięków, w tym samym momencie, czując ciepłe usta na swojej skórze, zmienił nieco rytm i charakter melodii. Przyspieszył, wolną dłonią odnajdując sprawnie jej policzek, szukając jej ust, przy których błądził teraz, nie rozpoczynając pocałunku.
W jego świecie działo się teraz tak wiele, że tracił kontrolę. Przygryzł własną wargę, oddalając się na krótką chwilę, gdy podnosił się od fortepianu, grając jeszcze ustatnie kilka dźwięków. Urwał przy ostatniej nucie, która mimo swojego braku zdawała się brzmieć w powietrzu, zastąpiona zetknięciem ust pana i pani Blythe. Palce przesuwane po ciele Węgierki pracowały tak samo zręcznie, a może nawet zręczniej, jak przy klawiszach fortepianu, muskając jej skórę na zmianę delikatnie i mocno, masując zgrabne ramiona i muskając talię. Zatracił się w niej, nawet nie orientując się, że znosi ich gdzieś do tyłu, dopóki nie wpadli na pojedynczą pufę, stojącą w całej reszcie nieładu. Wciąż miał zasłonięte oczy. Przerwał, nie odsuwając się jednak, kiedy przyciągnął Irę do siebie, zapobiegając upadkowi. Uśmiechnął się.
- Wygrałaś, Blythe - podsumował, dopieszczając ją jeszcze kilkoma spokojniejszymi pocałunkami, choć wyraźnie dawał jej odczuć, że musi się kontrolować. - To, co czuję, łatwiej mi grać w ten sposób.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 27   Wto Lip 28 2015, 21:35

Milczała, dobrze wiedząc, że w jego odczuciu, nuty, jakie rozbrzmiewały przez fortepian, były znacznie bogatsze o jego prywatne odczucia. Nie przeszkadzało jej to. Oparła się na jego ramieniu, muskając jego ramiona wargami, potrafiąc sobie niemalże wyobrazić to, co teraz widział i czuł Blythe. Nie sądziła, żeby w gruncie rzeczy przez swoją synestezję odczuwał znacząco więcej od niej. Uśmiechnęła się, pozwalając mu badać opuszkami palców lekko wykrzywione w tym geście jej wargi i ucałowała jego dłoń na moment przed tym jak mężczyzna szarpnął się do góry. Jakby spodziewając się tego ruchu, wyprostowała się w idealnym momencie i cofnęła o krok, zadzierając głowę do pocałunku.
Niepotrzebnie przestałeś śpiewać — mruknęła, oplatając ręce na jego karku i więcej nie zdążyła dodać pomiędzy pocałunkami, czując jakiś opór za plecami Archa. Może lepiej, ze za nimi, bo gdyby to była ona, pociągnęłaby ich obu w dół, na mebel. Tymczasem zaśmiała się dźwięcznie w jego usta, podążając wargami za jego, kiedy składał na nich subtelniejsze pocałunki. Wiedziała, ze wygrała. Nie była tylko pewna co chciał jej powidzieć. Spojrzenie teraz w jego oczy, interpretowanie jego gestów, skupianie się na cieple jego ciała, dopasowanego do jej. Ramionach oplatających ją w talii, tonie jego głosu. To był jej błąd. Była znawczynią historii, znała wszystkie możliwe opowieści – tragiczne, miłosne, wojenne, magiczne, mityczne, ale żadna z nich nie przygotowała jej na epizod państwa Blythów.
Tak, Blythe?
Uniosła do niego rozbawione spojrzenie. Nie byłaby panią Blythe gdyby łatwo byłoby z nią wygrać, na jakiejkolwiek płaszczyźnie. Z panem Blythe spędziła też dostatecznie dużo czasu, żeby wiedzieć, że jego dumy nie dało się podkopać tego rodzaju przegraną. W gruncie rzeczy, kiedy wygrywała, wygrywali oni oboje. Kwestia połączonych priorytetów. Nie mogła udawać, że nie dostrzegała tego drobnego szczegółu.
To dlatego, że tak bardzo uwielbiam grać z Tobą w gry, Archibaldzie. Nabrałam w nich wprawy. Mam propozycję kolejnej gry — podniosła się na palcach, żeby szepnąć mu te sowa do ucha, jak największą tajemnicę. Ostatnio zdradzała mu ich całkiem dużo. Dziecięcych marzeń, dorosłych wspomnień, nieznacznych historii, pobudzających opowieści, trochę sekretów poznania siebie. I złapała się na tym, ze zarówno przed nim, jak i przed sobą trzymała jeszcze jeden, niewypowiedziany głośno sekret. Z całą swoją dobrodusznością, szczerością, jak mogła się nim nie podzielić. Trzymając dłonie przy jego karku, zakończyła wypowiedź:
Nazywa się: „Kocham Cię”.
Alea iacta Est – pomyślała. Kości zostały rzucone, panie Blythe.
Zagrasz ze mną?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 27   Wto Lip 28 2015, 22:22

Bliskość i ilość gestów, zagłuszająca palące wyrzuty sumienia, działały przerażająco dobrze. Zapominał się, przypłacając to kolejnymi pocałunkami, działając wbrew świadomości nieuniknionego kryzysu. Egoistycznie brnął dalej, zachłannie korzystając z tego, co mu oferowała, rozkoszując się niewinnością, której mu brakowało. Nie mógł przenieść jej na siebie i nie robił tego, staczając się w drugą stronę. Przysłonięcie wszystkiego pożądaniem szło łatwo. Było mu dobrze, kiedy mógł czuć więcej. Jeszcze lepiej, kiedy mógł czuć ją przy sobie, rozkoszując się każdą cząstką jej ciała, do którego nie powinien rościć sobie prawa. Może zbyt przyzwyczaił się do dyktowania zasad, którym ulegała; cenił sobie dodatkowe, wprowadzane przez nią. Szanował szczerość, serwowaną od samego początku i choć wtedy potrafił wykrzesać to samo z siebie, w pewnym momencie ukrył wątpliwości. Próbował przekazać jej, że takie zakończenie może być złym pomysłem. Zaczął temat, przeglądając papiery, które pojawiły się tajemniczo w ich otoczeniu, gdy budzili się obok siebie nadzy w Nowej Zelandii. I teraz, błądząc w swojej własnej winie, próbował usprawiedliwiać się jej słowami, tłumacząc przed samym sobą, że nie popada w błędy przeszłości. Chciał uwierzyć, że Ira, chcąca spróbować jakoś ułożyć ich przypadkowe małżeństwo, sama skazała się na to, czego się obawiał. Nie chciał jej skrzywdzić. W jakimś sensie czuł,  że była dla niego bardzo ważna, nie potrafiąc zdefiniować swojego podejścia. Tak jak w innych sytuacjach – nie znajdował słów. Coś, co się czuło, trudne do ujęcia w zdania, zapewniało mu mnóstwo przemyśleń, zazwyczaj w jednym tonie, pretendującym do swoistej mantry. Nie możesz jej skrzywdzić. Co z tego, skoro potrafił cofnąć ją i schować na rzecz przyjemności? Nie mógł, a mimo tego właśnie to robił.
I poczuł to właśnie teraz, w ciemności i bezruchu. Wszystko magicznie zatrzymało się na chwilę, obojgu serwując ponadprzeciętnie wysokie dawki emocji. Archibald, tak niewzruszony i stały, stanowiący idealny przykład spokoju, czuł jak wszystko, co przed chwilą wywołali, pęka. Nie miał siły mrugnąć, wpatrując się w jej oczy, błyszczące blisko w kompletnej ciemności. Tylko wątłe światło wpadające przez okna pozwalało na obserwację tęczówek, które teraz oczekiwały od niego odpowiedzi. Nie był zdolny do oderwania wzroku, czując, jak sam topnieje pod wpływem jej emocji. Czekał, jakby czas miał go zbawić.
- Ira, ukradłaś mi wszystkie słowa - zaczął, z niezadowoleniem, na które prawie nie było tu miejsca, czując, jak głos zaczyna się łamać. Nie bał się tego, że zacznie patrzeć na niego inaczej. Cierpiał, wiedząc, że właśnie rujnuje jej część życia. Nie przeceniał się, nie umieszczał na wyższej pozycji niż zajmował, zwyczajnie się nie oszukiwał. Sytuacja postanowiła się odwrócić, ale tym razem to nie on był pokrzywdzony. W jakimś sensie również, ale nie tak bardzo, jak Węgierka. Dawno nie czuł rozpaczy. Dawno nie czuł paniki. Niepewności. Nie miał pojęcia, jak trafnie była w stanie odczytać to wszystko z jego oczu, ledwo widocznych w mroku. W ciągu zaledwie godziny odczuł więcej niż przez długi czas, nie wyłączając złości, która kiełkowała powoli, kierunkując się w jego stronę. Część jego świadomości wciąż próbowała przypisać winę Irze, ale część ta została ogłuszona momentalnie. Wystarczył ułamek sekundy niewinnego spojrzenia.
- Nie potrafię.
W całej swojej absurdalności, cierpiąc razem z nią, nie potrafił wypuścić jej z objęć. Wciąż pragnął przypaść do jej ust i mieć ją blisko, karcąc się równocześnie. Miał wrażenie, że mija się z czymś istotnym. Teraz jednak było to tak małe i przysłonięte resztą, że nie znalazł miejsca na uświadomienie sobie, czym owe coś było.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 27   Nie Sie 02 2015, 20:57

Wpatrywała się w jego tęczówki oczu, jak to Ira. Bez namolności, bez cienia wymuszenia na nim jakiejkolwiek odpowiedzi, już, teraz, zaraz. Była cierpliwa. Jej spojrzenie było czyste, pozbawione negatywnych emocji. Jej migdałowe oczy błyszczały, nie tylko dlatego, że blask świecy odbijał się w jej źrenicach, tworząc z pięknego brązu płynne złoto. Kiedy przechyliła głowę lekko na bok, uwalniając tęczówki od tak silnego refleksu ognia, te oczka dalej się świeciły. Po prostu. Pewną energią, żywiołowością i niekonwencjonalną (dla kontrastu) prostolinijnością, jaką emanowała kobieta. Dłonie trzymała dalej splecione na jego karku, nie wyczuwając w jego słowach niczego ostrzegawczego. Żadnego sygnału, że zaraz będzie próbował jej przekazać przykrą prawdę. Była w niego zawsze pełna wiary. Nawet jeśli dostrzegła lekkie cienie, jakie przemknęły w jego tęczówkach i wbrew temu, że słyszała w jego tonie lekkie niezadowolenie, nie wzruszyło to jej, ani nie zbiło jej pewności siebie. Uśmiechnęła się uroczo, w typowy, Irkowy sposób, bo Archibald wiedział, że miała takowe magyarowe uśmiechy, które potrafiły zniewolić swoją prostotą i dobrodusznością. Nawet kiedy wyraźnie rozmowa szła w innym kierunku niż węgierka chciałaby żeby szła, kobieta ni traciła swojej aury. Zadarła podbródek, ocierając się z nim nosami zaczepnie. Wolałaby ukraść serce niż słowa, ale słowa też brzmiały dobrze. Zaśmiała się szczerze rozbawiona.
— W historii zapisane są różne rodzaje kradzieży. Na część z nich reaguje się lepiej niż na inne — zaznaczyła, sięgając ustami do jego ust, kiedy akurat jej odpowiedział. „Nie potrafię”. Wpatrywała się chwilę w jego tęczówki oczu, zamierając tylko na krótki moment, zanim jej miękkie wargi opadły na jego, wcale jego słowami niezniechęcone.
— Jeszcze. To się zmieni, Archie.
Opadła na dół. Każda kobieta na jej miejscu powinna poczuć ukłucie bólu, cokolwiek. Po niej nie było widać żadnego zawodu, niepewności, żalu, czy każdej innej emocji, która mogła zdradzić jej małe cierpienie. Ona pozostała niezmienna. Jakby jeszcze mając w sobie wiele pokładów dobrodziejstwa na tyle, żeby nie tylko wybaczyć mu, że nie podzielał jej uczuć, ale wybaczyć sobie, że być może się z czymś pośpieszyła.
— To nic, panie Blythe. Mamy przed sobą jeszcze całe wspólne życie. Dopóki śmierć nas nie rozłączy.
Uśmiechnęła się zadziornie, zanim zgrabnie wyswobodziła się spod splotu jego rąk i pocałowała go jeszcze w czubek nosa.
— Dobranoc, Archibaldzie. Widzimy się na statku, Trzeba się popakować.
I wycofała się, stając jeszcze w drzwiach na krotko. Oparła się rękoma o framugę, tuląc się do niej na krótko.
— Liczę na to, że weźmiesz ze sobą kilka skromnych tomów książek, które Ci podeślę.
Uśmiechnęła się w sposób, przez który trudno było jej odmówić i zniknęła za drzwiami, jakby bardzo dobrze pogodzona z tym, co właśnie miało tu miejsce.

zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 27   Pon Sie 03 2015, 22:38

Swoją delikatnością i niezmiennie pozytywnym podejściem nie tyle, co zbiła go z tropu. Zwyczajnie pogłębiła zasłużone wyrzuty, które fundował sobie od jakiegoś czasu. Przez myśl przemknęło mu nawet, że może pospieszył się ze swoją rozpaczą, którą niewątpliwie czuł. Obserwował ją, przyjmował jej pojedyncze reakcje, tak nierówne temu, co od niego usłyszała. Wciąż chłonął jej obecność, dziwiąc się jej spokojowi. On, wbrew wszelkim zewnętrznym pozorom, nie był spokojny. Każdy pojedynczy nerw ciała wiedział, jak wszystko wali się w jednej sekundzie, wzburzając pył składający się ze wszystkiego, co czuł teraz i chwilę wcześniej. I właśnie przez to nie potrafił do końca uwierzyć w jej reakcję. Nie poddał się ochocie objęcia jej policzka dłonią, nie powiódł opuszkami po jej ślicznych powiekach, wiedząc, że wtedy pociągnąłby swoją niewiedzę dalej, a poruszając ją, wzbudzałby ciekawość. Swoją własną. Dążyłby wtedy do rozbicia tej skorupki, którą tak sprawnie się otoczyła. Ale namącił wystarczająco wiele i chyba tylko to powstrzymało go, aby nie zrobić czegoś jeszcze.
Nie zrobił więc nic, poza powiedzeniem jej "dobranoc".
Gdyby nie widmo czasu, jaki przetrwał, próbując wyleczyć się ze swojego absurdalnie złamanego serca, pewnie przyjąłby jej reakcję z ulgą. A teraz, być może nieświadomie, pokazała mu, jak sam działał, nie zdradzając swoich emocji. Obudziła w nim niepewność i frustrację. Nie chciał widzieć jej cierpienia, ale fakt, że trzyma w sobie odczucia z tego konkretnego momentu, nie wypuszczając ich wcale, nie był od jej cierpienia lepszy. Dlatego postawił się w jej sytuacji, przypominając sobie o wszystkim, co sam czuł kilka lat wcześniej. I choć nic nie mogło być takie same, a sytuacja odwróciła się kompletnie, rozpoznawał ten nietypowy rodzaj chłodu, ogarniający powoli całe ciało. Nie emanował od Iry, byłoby to niemożliwe. Emanował od jej braku i nie mógł się go pozbyć nawet zakopując się w ciepłej pościeli. Od nadmiaru myśli, zderzających się ze sobą w prawdziwie chaotycznych kombinacjach, nie wiedział już, co czuje. Nie spał tej nocy, ale co dziwniejsze, nawet fortepian nie był wystarczający do wypełnienia pustki.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 27   Sob Gru 26 2015, 23:46

Niekoniecznie-przepadający-za-tym-okresem-roku-Archibald obudził się tego dnia wcześniej niż Irina, która z kolei zdawała się obeznana z tradycjami i całą otoczką. Nie zamierzał przeszkadzać jej w świętowaniu i, uwaga, postanowił się nawet w jakiś sposób zaangażować. Prezentami musiał zajmować się co roku, więc nie robiło mu to większej różnicy, a zeszłoroczne święta (eheheh...), choć trochę szalone, były całkiem oryginalne. Nudno nie było. Tym razem Psychosis postanowiła zgubić się gdzieś na drugim końcu globu, dlatego do opieki zostawała im tylko Utopia. Ostatnio nieco się o nią martwił. Nie wyglądała zbyt dobrze, chodziła niekoniecznie uśmiechnięta, a sam Blythe wnioskował, że z Avalon wcale nie było jej tak różowo, jak to wszystko zaplanowały. Nie chciał jednak pytać. James miał co robić i nad jego nieobecnością nie było trzeba specjalnie rozpaczać. Mieszkanie ledwo co zostało umeblowane do końca, fortepian miał się nadzwyczaj dobrze, a Jeremy i Deb zdecydowanie mieliby ochotę na zostawienie tu po sobie paru śladów. Obędą się więc bez włóczęgi-Sheparda.
W każdym razie, Blythe nie mógł odmówić sobie świątecznej pobudki w swoim prawie-świątecznym stylu, pomrukując żonie do ucha wesołe w archibaldowy sposób (czyt. prowokacyjny) "wesołych świąt", dopieszczone późniejszym "masz jedno świąteczne życzenie, Blythe, nie zmarnuj go" i rozbudzającym pocałunkiem. W szczycie formy przeturlał się nad Węgierką, aby wstać z łóżka po jej stronie, licząc że w ten sposób nabierze jeszcze więcej motywacji do świątecznego archibaldowania. Przeciągnął się, trącając jeszcze Irkę w bok.
- Zostawimy ciasteczka z Nokturnu i czarne mleko dla Jamesa, na wszelki wypadek, gdyby postanowił zrobić nam niespodziankę - poinformował. Takim akcentem rozpoczęli swój świąteczny dzień.
Przygotowania w zasadzie musieli rozpocząć dzień wcześniej, po powrocie z Hogwartu. Archibald wahał się, czy nie zaprosić wtedy także Utopii, co zapewne nieco przyspieszyłoby cały proces, ale ostatecznie uznał, że to ograniczy jego frywolne żarciki, na które miał tego dnia wyjątkowy humor. Zaprosił więc siostrę na święta, kiedy już wszystko (albo większość) miało być przygotowane. Miała zostać u nich kilka dni.
Dom był już udekorowany. Porozumienie obydwu stron zakładało trochę jemioły, trochę świeczek, iglastych stroików, kilka magicznych kul ze śniegiem, lewitujących pod sufitem, które świeciły lekko (przygotowali je razem, ale Arch zajął się zaczarowaniem), trochę czarnych piór i ozdób, a była tez nawet choinka (uparł się na czarną gwiazdę na czubku). Jemiołę Archibald nauczył się wykorzystywać do własnych celów, lewitując ją czasem nad sobą, czasem nad Irką, dzięki czemu nie mógł narzekać na brak rozpusty podczas przygotowań. W jakiś sposób musiał poprawiać sobie nastrój!
Prezent Utopii sprawiał trochę problemów. Nad ranem postanowił włamać się do ich sypialni i wyśpiewać kilka smutnych nutek, które wygnały Archibalda z łóżka, aby prezent mógł załatwić swoje potrzeby w ogródku sąsiadów. Na szczęście wszyscy spali. Potem został magicznie, ale bezboleśnie i komfortowo uciszony. Blythe wyczarował mu iluzję Utopii i zamknął w piwniczce, aby mogli się tam bawić, a pomieszczenie obłożył zaklęciem wyciszającym. Tuż przed jej przyjściem, rzecz jasna. Zanim to zrobił, prezent postanowił poplątać się im pod nogami i pomóc w kuchni. Irka pewnie nie żałowała mu smakołyków.
W końcu rozległ się dzwonek do drzwi. Narrator nie do końca jest pewien, na jakim etapie stały przygotowania, poza prezentem schowanym w piwniczce, ale nie miało to większego znaczenia, Utopia zawsze mogła pomóc im w wykończeniu wszystkiego. Archibald właśnie zawieszał jemiołę, która wreszcie powinna znaleźć sobie miejsce, a nie lewitować w tę i z powrotem, jak jej wygodnie.
- Otworzysz? - poprosił Irkę, zerkając na nią krótko. Nie wiem, jak wyglądała, ale na pewno ślicznie!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : VIII
Wiek : 20
Skąd : Hereford, Anglia
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 1231
Dodatkowo : najmłodsza Blythe, klon Psyche
  Liczba postów : 1084
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8678-utopia-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8680-utopia
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8682-utopia
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8681-utopia-blythe




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 27   Nie Gru 27 2015, 00:20

Mimo że do tej pory Utopii doskwierał wszechogarniający smutek, potwornie cieszyła się na święta spędzane z Archibaldem i Iriną. Jednak w tym uroczym obrazku brakowało Psychosis, która Merlin jeden wie gdzie teraz była, doceniała to, co miała. A musiała przyznać, że choć bywało różnie, brat pozostawał też jej przyjacielem i zawsze zjawiał się w swój specyficzny sposób, gdy najbardziej potrzebowała wsparcia i towarzystwa.
Pogoda najwyraźniej przestała się obrażać i na czas świąt zdecydowała się nadać typowo grudniową atmosferę, co w połączeniu z lampkami i świecącymi na pomarańczowo latarniami nadawało cudownego klimatu nawet tak obskurnej ulicy jak Tojadowa. Właściwie to nic złego w tym miejscu nie było, przynajmniej nie dla przeciętnego przechodnia. Blythe’ówna miała już jednak swoje przeboje związane z tymi alejkami i wolała o nich nie wspominać. Nie w ten dzień, gdy miała spędzić miło czas w towarzystwie brata i jego żony. Kodując sobie w głowie nowe postrzeganie blokowiska, kładła szczególnie nacisk na wigilijną kolację, która zapowiadała się równie udanie, co poprzednia.
Szybkim krokiem podeszła do odpowiedniego budynku i weszła schodami na górę, kierując do odpowiedniego mieszkania. O dziwo nawet nie poślizgnęła się na oblodzonym progu.
Szkoda, że nie słyszała uwagi o ciastkach dla Jamesa, bo pewnie śmiałaby się do rozpuku, ale i tak uśmiechnęła się szeroko, gdy stanęła przed drzwiami z numerem dwadzieścia siedem i zapukała.
W progu powitała ją Irina, z którą przywitała się uściskiem. Od poprzedniego roku nauczyła się, że o ile w szkole powinna do niej podchodzić tak, jak do każdego innego nauczyciela, tak w domu mogła sobie pozwolić na traktowanie jej jak żony brata. A Archibald nie mógł sobie wybrać lepszej wybranki, niż ulubiona profesorka młodej Gryfonki. Miał wyczucie, trzeba mu to przyznać.
Ładnie wyglądasz – zwróciła się do Iry, choć nadal brzmiało to trochę dziwnie, zważywszy na to, że jeszcze wczoraj pytała panią profesor o zaległą pracę domowej, której nie zrobiła, bo (znów) opuściła lekcję. I dlatego już z góry spodziewała się reprymendy od Archibalda… chociaż znając jego, mógł to zignorować, zostawiając siostrę w niepewności i z kacem moralnym.
Pozbyła się swojego płaszcza, zostawiając go w korytarzu. Po ostatnich świętach i Psychosis wywracającej się na obcasach wolała nie przesadzać ze strojem, uznając, że będzie się lepiej czuła bez szałowej kreacji.
Cześć, braciszku – zawołała do Archibalda siłującego się z zaklęciami na jemiołę. – W tym roku nie będzie biegających indyków, prawda?
Stojąc w tym domu, czuła wielką ulgę. To tak, jakby oderwała się od wszystkich swoich problemów. Jedynym, co dało się tutaj poczuć – choć miejsce było zupełnie inne – to magia poprzednich świąt Bożego Narodzenia. Prawie jak w Opowieści wigilijnej, choć nie tak przerażająco i bardziej radośnie.  
Pomóc ci w kuchni? – zapytała bratową, uznawszy, że Archi z pewnością poradzi sobie śpiewająco bez dwóch kobiet nie potrafiących posługiwać się poprawnie różdżką. Jednak gdy weszła do odpowiedniego pomieszczenia, widok nieco ją zdziwił. Talerze lewitowały po pomieszczeniu, składniki same się kroiły i wpadały do odpowiednich naczyń, jak gdyby ktoś wcisnął je do jakiejś bajki, a nie prawdziwego życia. Niemalże dosłowna magia świąt.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 27   Czw Gru 31 2015, 02:18

Irina powitała Utopię tak jak na inteligentną kobietę przystało. Bo jako węgierka, może nie powinna tego wiedzieć, ale jako osoba wykształcona, zapoznana z tradycjami i obyczajami kraju, w który żyła, znała pewne angielskie zobowiązania. Więc kiedy mąż poprosił ją o otworzenie drzwi, poczuła się w tym właśnie, angielskim, obowiązku, przywitać młodą Blythe wyjątkowo ciepło. Bo o ile Utopia tego nie zauważyła, o tyle Irina okazała się wyjątkową spostrzegawczością, zauważając nad ich Glowami wesoło dyndającą jemiołę (a może pamiętała o tym, że właśnie tam ją powiesiła). Wystarczyło więc tylko, że w tym samym momencie, w którym siostra Archibalda przestąpiła próg, Irka spróbowała zamknąć drzwi, i… ups. Znalazły się pod roślinką. Należało dopełnić formalności, więc zanim Utopia zdążyła uciec, czy raczej niczego nieświadoma przenieść się w nie domyślając się nawet tego, w bezpieczniejsze miejsce, Irina już chwytała ją pod podbródek składając na jej wargach soczysty, pachnący czekoladą, której pani Blythe wcześniej kosztowała w kuchni, pocałunek. Już nawet nie wgłębiając się w zapach mydła z karku Archibalda, który jego żona obcałowywała z wyjątkową wiernością dla tradycji (wcale nie widząc nic dziwnego w tym, że przez cały dzień, jemioła, którą ona sama powiesiła nad drzwiami, w jakiś magiczny sposób przemieszczała się za pewną małżeńską parką w ich wspólnym mieszkaniu). Lepiej było nie myśleć, gdzie jeszcze słodkie usteczka Irki się dzisiaj znajdowały, bo być może, wyszłyby z tego jakieś mocno kazirodcze niebezpośrednie pocałunki. Dla dobra ogółu skupmy się więc na tym jednym – Irkowym z Utopią, po którym pani Blythe wróciła do swoich zajęć, machając w powietrzu dłonią.
Ach! Jeszcze nie zdążyłam się przebrać — a warto zauważyć, że odkąd spędzała więcej czasu z Archibaldem, nieświadomie ubierała się nawet inaczej, pozostawiając wyciągnięte, wygodne swetry na pidżamę nocną. Oczywiście w te zimne noce, w które nie spała nago. Zwykle dziwnie zbiegało się to z obecnością, czy też nieobecnością w domu jej męża. — Ty wyglądasz… zupełnie jak Archie! Widać rodzinne podobieństwo — skwitowała nie mogąc nie zauważyć pewnej zależności ubrania się na czarno, więc pewnie znów Irka swoim strojem nieznacznie się wyróżniała.
W kuchni myślę, że wszystko działa jak należy — zauważyła Irka, wchodząc za Utką do pomieszczenia i uśmiechnęła się lekko — Archibald służy mi niezastąpioną pomocą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : VIII
Wiek : 20
Skąd : Hereford, Anglia
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 1231
Dodatkowo : najmłodsza Blythe, klon Psyche
  Liczba postów : 1084
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8678-utopia-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8680-utopia
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8682-utopia
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8681-utopia-blythe




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 27   Nie Sty 03 2016, 17:57

Już na samym wstępie Utopia została obdarowana całusem od swojej bratowej, nauczycielki, niemalże dwukrotnie starszej od siebie kobiety. Jakkolwiek by jej teraz nie określiła, za każdym razem brzmiało dość absurdalnie, ale znajdowała się w domu, w którym pojęcie normalności nie mieściło się nawet w słowniku.
Zatem nazwisko Blythe stało się oficjalnie synonimem czerni – zażartowała, dopiero teraz uświadomiwszy sobie, że rzeczywiście jej garderoba ostatnimi czasy aż za bardzo przypominała tę starszego brata, choć z jego szafy przestała korzystać już dawno temu. Być może miało to jakiś związek ze zniknięciem Psychosis, z którą to lubowały się w podkradaniu Archibaldowi kapeluszy.
Mój brat i gotowanie? Ciężko mi w to uwierzyć – stwierdziła, gdy była już pewna, że czujne ucho pana Blythe’a nie dosłyszy jej słów, choć oczywiście mogła się mylić. Nie bez powodu jej brat stał się głównym bohaterem koszmarów młodszych uczniów Hogwartu, nie mówiąc już o Salemczykach, którzy dziwnym trafem słysząc jej nazwisko, widzieli przed oczami postać mężczyzny, a nie znanej im już doskonale Utopii.
Uśmiechnęła się, czując kompozycję zapachów roznoszących się po kuchni. Tak dawno nie miała okazji zasmakować w domowej kuchni, żywiąc się głównie w szkole lub daniami na szybko, nad którymi nie musiała spędzać wielu godzin przy garnkach. Zwłaszcza ostatnimi czasy nie miała ochoty nie tylko na przyrządzanie sobie jedzenia, ale też w ogóle na same go spożywanie. Nic dziwnego, że naprawdę zaczynała przypominać Archibalda, skoro stała się upiornie blada i jeszcze bardziej przeraźliwie chuda. I pomyśleć, że to wszystko przez miłość, którą od wieków określa się najpiękniejszym uczuciem, jakiego zaznała ludzkość. Patrząc na brata i Irinę i nie mając ani trochę świadomości, jak bardzo skomplikowana bywała ich relacja, zazdrościła im tego, że na siebie trafili. Wydawali się być dla siebie stworzeni, podczas gdy Utopia wciąż gubiła się we własnych uczuciach. Ubzdurała sobie, że odnalazła miłość swojego życia, by ta chwilę potem dojść do wniosku, że padło nie na tę osobę, co trzeba. Avalon pozbyła się Cichego, wiele miesięcy później Cichy pozbył się Avalon. Mijali się nawzajem w swoich zamiarach, ostatecznie na zawsze wyparowując z życia Utopii. Nie powinno się żałować znajomości z ludźmi, którzy pozostawili po sobie jakieś dobre wspomnienia. Oni – nawet jeśli tylko na chwilę – pojawiają się po to, by dać jakąś lekcję, a gdy już odegrają swoją rolę, po prostu znikają. Często się za nimi tęskni, jeszcze częściej chce po prostu zapomnieć, ale nie zawsze jest to możliwe. Oboje jednak zdołali przekonać Gryfonkę, że nie należy się zastanawiać się nad tym, co mogło by się wydarzyć, tylko czerpać przyjemność z tego, co się ma w danej chwili. Że czasem można patrzeć, ale nie zawsze widzi się, że szczęście ma się tuż pod nosem. I że zamiast wierzyć w niespełnione ideały, trzeba je dostrzegać w osobach, które na pozór nie mają z nimi nic wspólnego. Zwłaszcza że owe wyimaginowane ideały często mają te swoje równie nieprawdziwe, którymi nie jesteśmy my sami.
I w ten właśnie sposób Utopia doszła do wniosku, że nie powinna się zbytnio zamartwiać tym, co dotąd ją spotkało tylko czerpać radość ze spotkania z dwójką osób, z których jedna krzątała się po kuchni, a druga po pokoju, rozwieszając ostatnie ozdoby, aby nadać tym świętom tradycyjnego klimatu.
Utopia oparła się o stół, święcie przekonana o tym, że w tym miejscu zupełnie nic nie stało, ale niestety jej oczekiwania nijak się miały do rzeczywistości, przez co zrzuciła na podłogę miskę wypełnioną jakąś nieznaną przez nią potrawą. Przerażona spojrzała na naczynie rozpadające się w drobny mak, bo nie zdążyła go w porę złapać. A na dodatek zawartość rozbryzgała się po podłodze i szafkach, zostawiając po sobie rozciapany ślad.
Prz…przepraszam – wyjąkała do Iry, a potem jak oparzona wybiegła z kuchni, by zawołać Archibalda. Na pewno znał jakieś zaklęcie, które ocaliłoby jeden z zapewne dość istotnych elementów kolacji. Przy okazji przemknęło jej przez myśl, że mogłaby wykorzystać ten krótki moment na podrzucenie prezentów pod choinkę. Nadal bowiem leżały bezpiecznie ukryte w jej torbie, którą zostawiła w korytarzu tuż obok butów. Czyżby los jej sprzyjał nawet wtedy, gdy coś psuła?

Piszę ja, żeby Arch miał jakieś zajęcie w poście.
Archie, ratuj kolację!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 27   Sob Sty 30 2016, 00:04

Jemioła okazała się niebywale uparta. Wyrywała się Archibaldowi z rąk, jakby zapamiętując, że ma się poruszać po pomieszczeniu, w efekcie czego nie dość, że na początku wylądowała nad głową Iry i Utopii, później zapragnęła przemieścić się dalej. Jednakże zanim to nastąpiło, Węgierka postanowiła popisać się znajomością tradycji, wywołując na twarzy mężczyzny powątpiewająco-rozbawiony uśmieszek. Nie żeby specjalnie się zdziwił, przecież mieli do czynienia z Irą, której prostoduszność często przejawiała się w tak niespodziewanych czynach. Wciąż była tak samo urocza. A Blythe, ten najstarszy z obecnych, wciąż nie powstrzymywał się od komentarzy.
- Zostaw coś dla mnie, Blythe - rzucił podejrzanie niewinnie (naprawdę! potrafił tak, czasem nawet potrafił patrzeć niewinnie), nie podbarwiając swojego, a równocześnie swojej żony i swojej siostry, nazwiska żadnym podtekstem, jak to miał w zwyczaju, jeśli chodziło o ich prywatne sam-na-sam. Tym samym żadna nie mogła mieć pewności, do której się zwracał. Albo był na tyle uniwersalny, że mówił równocześnie do obydwu, a kontekst i tak się zgadzał. Maksimum uniwersalności w świątecznym wydaniu. Bardziej dziwił się zupełnie spokojną i stonowaną reakcją dziewczyny.
- Cześć - odpowiedział jej, śmiejąc się krótko na wzmiankę o indyku. Tak, tak, on też czasem się śmiał! - Jest mnóstwo innych rzeczy, które mogą biegać - uzupełnił.
Przysłuchiwał się krótkiej wymianie zdań, równocześnie zdzielając niesforną jemiołę zaklęciem, przez co na włosy Utopii posypało się kilka listków. Roślinka znieruchomiała, a Archibald, korzystając z okazji, przeniósł ją w mniej inwazyjne miejsce, niż drzwi. Nigdy nie wiadomo, kto postanowi znaleźć się przy progu, kiedy Ira będzie otwierać drzwi! Zlustrował Utopię spojrzeniem, z łatwością zauważając, że wygląda nieco mizerniej, niż ostatnio, a mizerniała już od jakiegoś czasu. I choć się martwił, nie znalazł sposobu na rozmowę. Szczerość w ich przypadku była mocno ograniczona charakterem Archibalda. Nie mógł jej po prostu zapytać, czemu chudnie i smutnieje. Nie dał więc po sobie poznać, że rzeczywiście to dostrzegł.
- Coś trzeba zmienić - uznał, mrużąc oczy, jakby sugerując, że nie ma takiego podkradania czerni. Przywołał jeden ze swoich starych kapeluszy i zamienił go w elfią czapkę, którą przelewitował na głowę siostry. - To na wszelki wypadek, żeby nas nie myliła - burknął, wydzielając tę kwestię specjalnie dla Utopii, bo Ira była już gdzieś z przodu, kierując się do kuchni. Został jeszcze w tyle, chcąc się upewnić, że jemioła nie będzie więcej sprawiać problemów, przy okazji planując zajrzeć do Prezentu, ale nie zdążył tego zrobić, bo zaraz zrobiło się głośno.
- Nic nie rozumiem, zweryfikuj tempo - poprosił, rozumiejąc jednak na tyle, aby udać się do kuchni. Wyjrzał zza framugi, oczekując najgorszego, ale z początku nie zauważył nawet, co się stało. Dopiero po dwóch krokach i rozejrzeniu się między blatami, wszystko stało się jasne. Cóż, na pewno było to mniejsze zamieszanie niż Archibald z zasłoniętymi oczami i indyk harcujący wokół. Poradził sobie z małą tragedią dwoma ruchami różdżki. Gorzej jednak, że coś zaszeleściło złowieszczo i zaraz mogli dostrzec upartą jemiołę, pędzącą w ich kierunku, a konkretniej w kierunku pana Blythe, który musiał się uchylić żeby nie dostać roślinką po twarzy. Zamiast tego oberwało się ścianie, ucierpiała sama atakująca (wyglądała już mizerniej niż Utopia), ale zapał nie ostygł. Zamiast ponownie podjąć próby uszkodzenia swojego przeciwnika, wniosła się średnio zgrabnie nad głowy państwa Blythe i uporczywie dygotała, obsypując ich liśćmi.
- Majstrowałaś przy niej? - zapytał Węgierkę, rozumiejąc, że jemioła dopomina się o miłość zawsze, wszędzie i u wszystkich. Aż tak jej o to nie prosił!

/wątek niestety umarł śmiercią naturalną, PIERWSZY RAZ W HISTORII NIE PRZEZE MNIE! UDOKUMENTOWANY FAKT!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 27   Wto Lis 29 2016, 20:51

Z pozoru wszystko było jak dawniej i trwało w tej koszmarnej, zastałej rutynie. Archibald jednak wcale nie odczuwał jej tak głęboko. Obowiązki, jak zwykle spiętrzone i zabierające większość czasu, stały się bardziej męczące niż zwykle, ale nie mógł narzekać na zastój w pracy - zawsze działo się coś, czego nie dało się przewidzieć. Na pewien czas, z racji zamieszania w kwestii rozgrywek quidditcha, musiał zrezygnować z jakichkolwiek lekcji dodatkowych. Tym samym wygospodarował chwilę czasu dla siebie. Z Irką, choć mieszkali pod jednym dachem, widywał się teraz skrajnie rzadko - obydwoje mieli teoretycznie te same obowiązki, ale ich natężenie i godziny pracy, potrafiły rozmijać się idealnie. Nocne sprawdzanie referatów najbardziej dawało się Blythe we znaki. Nie pierwszy raz myślał o zmianie pracy, ale coś go jednej w tym Hogwarcie trzymało. Choć trzeba przyznać, że nieco spasował.
Teraz z kolei pochylał się nad stertą odręcznych notatek, starając się ułożyć je w logicznej kolejności.  Wyłapanie samej formuły zaklęcia zajęło mu sporo czasu. Nie miał też pewności co do sposobu jego rzucania, ale nie chciał trudzić Iriny łamaniem szyfrów. W zasadzie sam zapis był dosyć prosty, ale niektóre jego elementy wciąż stanowiły zagadkę - szczególnie te przetarte i niewyraźne, gdzie litera mogła być, chociażby, cyfrą lub specjalnym znakiem. Miał ochotę zaryzykować. Nie chciał próbować ani na ludziach, ani na zwierzętach.
- Bez sensu - mruknął niewyraźnie pod nosem, odganiając kota, który właśnie zaczynał swój typowy rytuał łaszenia się. Paskudny sierściuch kleił się do Archibalda odwrotnie proporcjonalnie do okazywanej mu niechęci. Na szczęście przyzwyczaił się trochę do Iry, kiedy sam Blythe protestował przeciwko zwierzakowi, nie karmiąc go. Skrzywił się do kota, składając notatki w jeden stosik i wydobywając spod nich książkę, w której zaszył się, czekając na Isolde. Ostatnio jego jedynymi lekturami były te, w których mógł natrafić na wzmianki o legilimencji i oklumencji. Zapadł na jakąś dziwną chorobę zbierania najdrobniejszych informacji, czym irytował sam siebie, ale biedaczek uparł się, że uczyni swój umysł nieprzeniknionym.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 23
Skąd : Kornwalia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 4302
  Liczba postów : 1821
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5500-isolde-bloodworth#159733
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5523-powiazania-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5520-isolde-bloodworth
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7230-isolde-bloodworth#204739




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 27   Czw Gru 01 2016, 12:41

Isolde wyglądała i czuła się lepiej niż kiedykolwiek. A w każdym razie lepiej niż kilka miesięcy temu, kiedy przypominała strzępek nieszczęścia, spięta i zimna, skupiona wyłącznie na swojej pracy, oddana jej duszą i ciałem. Nadal ubóstwiała tę robotę, nadal dawała z siebie wszystko, ale nie obarczała się dodatkową pracą, tylko dlatego że cierpiała na nadmiar czasu i czarnych myśli. Odkąd w jej życiu pojawił się Kaden, wszystko nabrało kolorów. Zaskakiwał ją na każdym kroku i Isolde w końcu doszła do wniosku, że wbrew temu, co zawsze uważała, lubi być zaskakiwana. W każdym razie przez Kadena.
Poza tym zgodnie z tym, co napisała Archibaldowi w liście, czuła się właściwą osobą na właściwym miejscu. Współpracownicy liczyli się ze zdaniem Isolde, mimo jej młodego wieku, a szef bez wahania przydzielał bardzo odpowiedzialna zadania. Awans wisiał w powietrzu, ale Isolde nieszczególnie się tym przejmowała. Nie była karierowiczką, ale człowiekiem z poczuciem misji. A odkąd zarówno życie zawodowe, jak i prywatne zaczęło się układać, wyglądała zdumiewająco dobrze. Biła od niej pewność siebie.
List Archibalda przyprawił ją o dreszcz podniecenia, bo grzebanie w zaklęciach było jej wielką pasją, na którą jednak nie miała zbyt wiele czasu. Zresztą pewne rzeczy pozostają niezmienne i Isolde nie przegapiłaby żadnej okazji, by nauczyć się czegoś nowego, zwłaszcza od Archibalda, którego darzyła niezmiennym szacunkiem. Jednak mimo powagi zadania, Is nie byłaby sobą, gdyby nie przyniosła ciasta. Drożdżowego ciasta z rabarbarem i kruszonką, własnego wypieku. Bo czy poważne rzeczy nie mogą być okraszone odrobiną słodyczy? Zapukała do drzwi mieszkania Archibalda, trzymając w dłoniach pojemnik z ciastem. Wyglądała tak niewinnie z błyszczącymi niebieskimi oczami i złocistymi włosami zaplecionymi w warkocz, że nikt by nie wpadł na pomysł, że ma do czynienia z aurorem, który wcale nie wpadł z czysto towarzyską wizytą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Mieszkanie nr 27

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

 Similar topics

-
» Mieszkanie
» Mieszkanie 18 - Marceline Delacroix i Madison Richelieu
» Mały salon
» Mieszkanie Curtis Juvinall i Raphaela De Nevers
» Mieszkanie Emmy

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
mieszkania
-