IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Romantyczne gniazdko

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : I
Wiek : 19
Skąd : Ottery St. Catchpole
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 6297
Dodatkowo : ścigająca, kpt
  Liczba postów : 2739
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7146-shenae-d-angelo#204090
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7147-shenae-d-angelo#204112
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7148-shenae-d-angelo#204119
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7244-shenae-d-angelo#204981




Gracz






PisanieTemat: Romantyczne gniazdko   Sro Wrz 02 2015, 00:40


Romantyczne gniazdko

Bardzo dobrze ukryte pomieszczenie. Jego rozmieszczenie znają tylko zwycięzcy wyścigu na beczkach, dla których specjalnie stworzone to zaciszne, dalekie od zgiełku miejsce. Można tu liczyć na całkowite odosobnienie. Pomieszczenie to urządzono z myślę o romantycznej kolacji, która stanowi główną wygraną w wyścigu. Kolacje podaje kilkoro rodowitych mieszkańców Atlantydy, znających bardzo dobrze regionalne potrawy, które przyrządzone z ich warsztatu stanowią raj dla podniebienia.

Miejsce dostępne tylko dla zwycięzców wyścigu w beczkach.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Romantyczne gniazdko   Sro Wrz 02 2015, 01:18

Pomijając sam fakt, że na wyścigi w beczkach dał się zaciągnąć podstępem - pozornie świetnie zakamuflowanym, nie spodziewał się wygrać kolacji. Nie żeby coś z nagrodą było nie tak - była właściwie lepsza niż ta z ich pojedynku, ostatecznie nieprzynależna nikomu, jakby pozostawiona na neutralnym gruncie. Jedynym możliwym, bo w ich konflikcie, który był prędzej niezgodnością zdań niż rzeczywistym konfliktem, nie było żadnych stron. Jak zwykle wszystko działo się niestandardowo, od tyłu, na odwrót i do góry nogami, a choć można było zaprzeczać i zapierać się każdą możliwą kończyną, miało to swój urok. Takim sposobem Archibald Blythe szykował się na randkę ze swoją już-żoną, pierwszą sensowną (Mowa znów o randce, nie o żonie. Żona była tylko jedyna i tylko sensowna, gwoli ścisłości, a że trochę się zamotał w swoich uczuciach, to już inna sprawa.) w karierze ich związku. Wykopał nawet wyjściowy kapelusz (pewnie ten ze ślubu, budzący skojarzenia...) i białą marynarkę, choć cała reszta ubioru pozostała klasycznie czarna. Gdyby ktoś wnikał bardzo dokładnie, pachniał na pewno też bardzo dobrze. Blythe i jakiekolwiek niedopatrzenie, gdy rzeczywiście wkładał w coś starania, nie miały racji bytu. Sprzeczność z natury.
Wracając jednak do samej wygranej, na którą najpierw musieli dotrzeć, błądząc trochę po Atlantydzie, jakimś cudem udało im się trafić w to tajemnicze miejsce, przygotowane specjalnie dla nich. Nie miał pojęcia, na ile organizacja opierała się na spontanicznym wymyśleniu nagrody (przecież nie każda para z rywalizacji była parą w dosłownym sensie), ale nie zamierzał wnikać. Rozejrzał się tylko po pomieszczeniu, ze zdziwieniem stwierdzając, że czuje się tu całkiem dobrze i, co jeszcze dziwniejsze, swobodnie. Podejrzewał, że to kwestia specjalnych zaklęć, których aurę niemalże wyczuwał. Była to jednak magia tubylców, niedostępna dla gości w takim stopniu, aby z miejsca ją zrozumieć - nawet jeśli było się profesorem Blythe. Wydawało się, że nikogo poza nimi tu nie ma. Niby dobrze, ale biorąc pod uwagę to, że na randce nie gotowało się samemu sobie, również źle.
- Myślisz, że mają tu miejscowe wino? - zapytał, przyglądając się z małym niedowierzaniem kieliszkom, ustawionym na stole. - Nie wiem z czego i jak mieliby je tutaj robić, ale jeśli mają jakiś sposób, dobrze byłoby wiedzieć - uznał, odsuwając Irze krzesło, zanim sam zajął swoje miejsce. Po kuchni na statku niekoniecznie miał ochotę na jedzenie, ale możliwe, że był to najwyższy czas na spróbowanie czegoś dobrego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Romantyczne gniazdko   Sob Wrz 12 2015, 01:37

Nie zrozumcie mnie źle. Nie to, ze Irinie nie śpieszyło się do tej romantycznej kolacji. Jedynej prawidłowej jaką kiedykolwiek posiadali, nie licząc jednej bardzo niezdarnej, podczas której zapoznawała się z dumnie wychowanym przez wtedy-jeszcze-nie-męża Rogogona Węgierskiego. Prawda, że miała rację, że węgierski? Ją po prostu odurzyło wszystko, co napotkali po drodze. Całe to błądzenie, odnajdowanie drogi, sprawiało wrażenie, jakby czekało ich coś niesamowicie nieprzewidywalnego w miejscu, do którego zmierzali. A musicie wiedzieć, że Irina uwielbiała niespodzianki. Prawie tak samo jak zagadki. A jak zagadką było rozwikłanie niespodzianki. Olaboga. Była w niebie. A przecież nie wierzyła w Boga.
— Archie, jesteś może chrześcijaninem?
To właściwie był ciekawy temat. Zawiesiła spojrzenie na jego tęczówkach. Ślicznych, ciemnych ślepkach, bo czasami miał taki właśnie wzrok, którym wszystkich straszył. Tylko nie Irkę. Zawsze przecież musiała działać wszystkiemu na przekór. Teraz zastanawiała się nad tym. Przeciągnęła dłonią po jego ręce, do przegubu, unosząc jego dłoń wyżej, łącząc go z własną w dogranym uścisku. Zgięła tylko jeden palec, ocierając się obrączką o tą samą, jaka znajdowała się na jego palcu.
— Nie jesteś — stwierdziła, nagle olśniona — chrześcijanie nie wyznają przedmałżeńskiego zbliżenia, ty uznajesz, prawda? — nie pytała go. Znała odpowiedź. Nie była pewna co zagnało ich do małżeństwa, ale to na pewno nie była potrzeba spełnienia fizycznego. Spełniali i dopełniali się już znacznie wcześniej. Przedmałżeńsko. Grzech. Nie, nie dlatego, że przed ślubem. Że nie poznali się wcześniej. Życie z Archibaldem było pełniejsze barw. Znaczy… wiecie. Głównie czerni, bo Irka znała tylko to, co kolorowe. Ale w czarnym połowicznie było jej też do twarzy. Tylko wtedy, kiedy ta odpowiednia połówka szła obok. To on prezentował się w czerni najlepiej. Schwyciła jego spojrzenie, przechodząc w drzwiach, stając w pomieszczeniu. Wyłapała kątem oka, że mężczyzna odsuwa krzesło. Chwilę potem jej wzrok pognał gdzieś dalej. Zgubił się, szukając nowych rzeczy do odkrycia. Naprawdę brakowało jej… przygody. Cofnęła się kilka kroków, tam, gdzie zapamiętała, stało wolne krzesło, którego Archibald nie zdążył sobie przywłaszczyć i… klap. Pacnęła lekko na uda Archibalda. Bo przecież nie wpadłaby na to, że jej mąż może być po ślubie dżentelmenem. Lista superlatyw jej pana Blythe nie przestawała jej wcale zadziwiać. Spojrzała na niego przez ramię, uśmiechając się mimo wszystko, opierając jedną dłoń na jego kolanie. Pomasowała miejsce od razu nad kolanem, nie opuszczając tego jakże wygodnego siedziska. Czasami wierzyła w przypadki. Nie stawała im na przekór. Chociaż wiadomo, przypadkom czasami trzeba pomóc. Dlatego PRZYPADKIEM postanowiła udzielić mu krótkiej lekcji historii. Pierwsze co, kieliszek, jeden z dwóch, wypełniony już wodą, przeturlał się po stole, kiedy spróbowała wychylić się do tego, który stał po drugiej strony, tylko PRZYPADKIEM, nie oblał jego, a ją samą. Oczywiście, PRZYPADKIEM, próbując się osuszyć prostym zaklęciem, wznieciła płomienie, pochłaniające ich krzesło żywym ogniem. Lepiej je niż ją, prawda? Podrywając się z krzesła, spadła na ziemię razem z nim, dla odmiany, tym razem ona na dole, on na górze. Close enough. Był bystry. Potrafił kojarzyć fakty. Rogogon węgierski, pierwsza iskra w gabinecie. Patrzyła mu bardzo inteligentnie w oczy. Nie manipulowała serią przypadków. Przypadki przecież chodzą po ludziach. Milczała i była to pełna wymowności cisza.
— Czy ja wiem. Posejdon to brat Dionizosa. Chyba lubili się razem napić — stwierdziła beztrosko po czasie, w którym, jak uznała, dość kreatywnie postanowiła mu przypomnieć, dlaczego czas, jaki ze sobą spędzili głównie przez ostatnie dwa lata nie był bez znaczenia. Dlaczego każde głupie, małe rzeczy kojarzyły się jej z nim, a jemu powinny z nią —Pili Ambrozję. Może to jakiś rodzaj tutejszego wina? — zasugerowała w ciemno, a skoro wszystko działo się na opak, zasugerowała mu prostą rzecz:
— Powiedz, że mnie nie kochasz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Romantyczne gniazdko   Nie Wrz 13 2015, 01:30

Zatrzymał się, bezwiednie pociągając Irę za rękę, gdy tylko usłyszał jej pytanie. Absurdalne w ten typowy, irkowy sposób. Uśmiech pojawił się powoli, wykrzywiając jego usta i przyjmując na nie rozbawienie, zalążek kpiny i tą typową cząstkę nieprzyzwoitości, którą uwielbiał wplatać w jej niewinne życie. Przeniósł wzrok na ich dłonie, aby za chwilę znów wpatrywać się w jej śliczne oczy, kręcąc powoli głową, na przytaknięcie, że nie jest chrześcijaninem. Kolejne słowa potwierdził unosząc nieznacznie wyżej kąciki ust, a te same ciemne ślepka, które tak teraz obserowała, błysnęły w akompaniamencie uśmiechu. Była to chyba wystarczająco wymowna odpowiedź, jak zwykle bez zbędnych słów.
Mogli nie wiedzieć, co zmotywowało ich do zawarcia oficjalnego związku, ale sprawa była nadzwyczaj prosta i dało się ją zamknąć w kilku słowach, być może w dwóch zdaniach, opierających się na szczęściu. Być może, gdyby Archibald nie bronił się tak mocno przed przeszłością i błędem, który przesądził o jego zamknięciu na pewne sprawy, może wtedy potrafiłby dostrzec istotę spontanicznej decyzji. W słowach Iriny było wiele racji. Pod skórą czuł, że to on nie może przyjąć ich w takiej formie, bo kłóciły się z wizerunkiem samego siebie. Potrzebował jej, ale nie przyjmował tego do wiadomości. Ostatnio potencjalnie nastąpiła jakaś poprawa i powoli zmierzał w dobrym kierunku, jednak tempo, które zaczynała narzucać, było zbyt szybkie. Zdążył jedynie nabrać pewności co do tego, że rozstanie wcale nie będzie dla niego najlepszym wyjściem. Był też na tyle bystry, aby zauważyć, że skoro myśli o tym, co byłoby lepsze dla niej, nie może być mu obojętna, a mimo tego skłon w stronę pojęcia zakochania wydawał mu się zbyt abstrakcyjny. Nie żeby miał coś do abstrakcji. Zwyczajnie obawiał się błędu w tym konkretnym momencie. Nie był gotowy na żadne wyznanie, obawiając się późniejszych konsekwencji. Zapewne obawiał się słusznie. Patrząc na kilka ostatnich dni wcale nie czuł, że powinien robić czy mówić coś, czego nie był pewien. Z niezadowoleniem zauważył, że zaczyna widzieć swoje potknięcia w przerażająco wielkiej formie, zwalając na siebie każdy element winy. Takie chwile nigdy nie były dobre. Potrzebował solidnego resetu i uporządkowania myśli, zwijających się w kłębek negatywnych emocji, nad którymi tracił kontrolę. Na domiar złego, jako kolejna nić do tego zwitka, dochodziła świadomość, że osobą wystawioną na te nieprzyjemności jest właśnie Irina. Miał szczerze dość sprzeczności, nawarstwiających się przy każdej sposobności. Chcąc ją chronić zaczynał działać, ale wybrane przez niego rozwiązania skutkowały odwrotnym efektem. Nawet jeśli miewał lepsze momenty, przez większość czasu chodził jak struty. Jej obecność także zmieniła wywierany na niego wpływ. Drobny gest, słowo albo zupełny przypadek z łatwością sprowadzały go do stanu, który sam nazwałby bezużytecznością. Jego kontrola wahała się nieustannie, obijając kantami o wszystko, czemu chciał zapobiec, co chciał powiedzieć, o co poprosić. Zamierał z nadmiaru. Tak właśnie zamarł też teraz, czując jak serce przyspiesza mu pod wpływem skojarzeń i serii przypadków. Nie analizował, czy były prowokowane, zamierzone, czy naturalne w swojej przypadkowości. Nie wystarczyło mu na to siły. Opadł tylko, opierając się dłońmi po obu stronach jej głowy, zahipnotyzowany jej inteligentym spojrzeniem. Kwestia o winie przewinęła się gdzieś z boku, ledwo muskając jego świadomość, ale dała mu czas na dojście do siebie. Oprzytomniał tuż przed jej ostatnimi słowami. Jakkolwiek nie pragnąłby odpowiedzieć jej w sensowny sposób, zastanowić się i wreszcie zrobić coś dobrze, nie mógł. Nie miał na to czasu. Przemyślenia też nie skutkowały żadną poprawą.
- Jesteś masochistką, czy robisz ze mnie większego sadystę? - zapytał, pochylając się bardziej i obejmując ją ciasno kolanami. - Nie. Nie, Blythe - odpowiedział stanowczo, nie spuszczając z niej wzroku. - To tak, jakbyś kazała mi kłamać. Im bardziej chcę cię chronić przed swoją zarazą, tym więcej wymagasz. Nie wiem, co czuję. Wszystko co ostatnio czuję skupia się na tym, jak mam bronić cię przed sobą. Nie potrafię odejść. Wcale tego nie chcę. Ale ty mnie nie znasz. Znasz tylko tę część, na którą miałaś wpływ - spokój musiał wejść mu w nawyk. Ton, jakim mówił nie zgrywał się ze słowami, nienaturalnie kontrastując z zachwianą konstrukcją nerwów. - To duża część, ale nie cała.
Głos nawet mu nie drgnął, ale serce łomotało za każde pożyczone od niego drgnięcie. Musnął jej usta swoimi, chcąc zatrzeć ostre krawędzie użytych słów.
- Pędzisz. Potrzebuję na to czasu. Wiem, że chcesz wiedzieć. Problem w tym, że ja też chcę. I zatrzymam cię przy sobie, egoizmu nie temperuje się tak łatwo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: jestem dobrym mężem i rozdzielam temat żeby przenieść zagubionego posta nieogarniętej żony   Pon Wrz 14 2015, 19:42

Ona nie zamierała wcale. Była tak samo opanowana i jednocześnie swobodna w swoich poczynaniach jak zawsze. Uniosła się lekko na łokciach, jeszcze bardziej zmniejszając między nimi odległość, wychylając głowę do tyłu. Zauważyła ciekawą rzecz, która jednak mogła poczekać. Nieważne, że krzesło paliło się za ich plecami, ale naprawdę… mogło palić się jeszcze pół minuty dłużej. Byli na Atlantydzie, sianie postrachu z powodu małego ognia byłoby czystą głupotą, skoro z każdej strony otaczały ich tysiące hektolitrów wody. Dlatego wróciła spojrzeniem do tęczówek oczu Archibalda, nie wspominając mu o tym, że zapomniał zgasić ten ogień. Zresztą, żaden ogień jaki między nimi stawał, jeszcze nigdy nie popsuł im nastroju, prawda? Wierzyła, że tym razem nie będzie inaczej. Nawet sobie pozwoliła swobodnie machnąć różdżką, tak, żeby pobawić się w Archibalda, bo zwykle to on miał oczy dookoła głowy. Tylko o ile bardzo udało jej się skupić swoją uwagę nawet na wielu czynnościach, bo słuchała słów pana Blythe, śledziła jego ruchy i przy okazji analizowała wszystko to w swojej głowie, o tyle poległa w jednej rzeczy, w której był niezastąpiony. W magii. Zagryzła delikatnie wargę Archibalda, kiedy musnął jej usta, wiedziała, że nie po to, żeby pozwolić jej na prowokacyjne gierki. Bardziej niż o nie, chodziło jej o zwrócenie jego uwagi na w pewnym stopniu zagrożenie jakie wywołała próbą ugaszenia pożaru. Bowiem zamiast krzesła, paliła się teraz podłoga, co było nielogiczne, bo przecież ogień nie miał się tam nawet czego chwycić. Chyba, że różdżki Irki, której końcówka zaczęła się trawić. Cofnęła wyciągniętą w tamtym kierunku rękę, patrząc w oczka Archibalda.
— Przepraszam. Słucham Cię — zapewniła go, wbrew temu, że pierścień ognia w magiczny sposób podążył za osmoloną różdżką Blythe. Bez znaczenia, którego. I tak znanym faktem było, że jej mąż uważał jej różdżki za podzielność majątkową, skoro przywłaszczał je sobie równie licznie jak kupowane dla siebie kapelusze.
— Jestem intelektualistką. To, co mam w sercu, muszę mieć w głowie, a jeśli czegoś brakuje mi w głowie, istotnego szczątku nawet informacji, to tego samego brakuje mi tutaj — sięgnęła po jego dłoń, kładąc ją na swojej piersi. Jej serce bilo stonowanie, w równym rytmie, wbrew temu, że adrenalina powinna jej skoczyć z momentem, w którym ogień się do nich bardziej zbliżył. No cóż… tak długo, jak Archie był blisko, tak długo nie był im on straszny. Szczególnie, że jak się okazało, kiedy wcześniej wyciągała rękę, żeby go ugasić, osmalając sobie tym różdżkę, był to sztuczny ogień, kompletnie zimny. Dlatego mogła sobie pozwolić go tak spokojnie ignorować. Cóż. Nawet ogień Irce nie wyszedł. Przynajmniej kiedyś dzieci może im wyjdą ładne, skoro to była praca wspólna. Irina zauważyła, ze praca wspólna szła im znacznie lepiej niż w pojedynkę. Nie tylko w kwestii magii.
— A teraz brakuje mi poważnej części informacji. Niewiedza to stan, który człowiek sam na siebie sprowadza, nie dążąc do zrozumienia. Nie rozumiem, jak można chcieć nie rozumieć na własne życzenie — jakkolwiek głupio to brzmiało, paradoksalnie, właśnie tej tylko jednej rzeczy pozwalała sobie nie rozumieć dalej. Dlatego brnęła przez temat, który był mu nie na rękę, ale… przecież nie naciskała go w tym wcale. Zadawała pytania. Ale prosiła o odpowiedzi, nie żądała ich wcale.
— Zapominasz, Archie. Znam wszystkie przykłady zaraz od zarania dziejów, ale żadna z nich nie przypominam sobie, żeby nazywała się Blythe — mruknęła ciut ironicznie, a odrobinę rozbawiona, odchylając sobie fragment jego koszuli, muskając wargami miejsce pomiędzy jego obojczykami, przechodząc swoją wędrówką wyżej, na jego szyję, w kilku zaledwie skromnych pocałunkach.
— Więc jestem po prostu słabą żoną, bo Cię nie znam? Kilka miesięcy temu znałam Cię jeszcze mniej, kiedy przysięgałeś mi…
Nic. Nie przysięgał jej nic, z czego już nie zdążyłby się wywiązać i co w tym momencie miałoby być dla nich dłużej istotne. Dlatego urwała i uśmiechnęła się niezrażona.
— I dotrzymałeś obietnicy. Przepraszam, Archibaldzie. Ja nie dotrzymałam swojej. Splamiłam Twoje nazwisko i wprowadziłam w twoje życie zawód, zdezorientowanie i nieszczęście. To już się nie powtórzy.
I nieważne co chciał jej odpowiedzieć, ona wiedziała, że nie miała prawa nigdy więcej poruszać tego tematu. Po prostu i przyjęła to ze spokojem, bo przysięgała mu dbać o jego dobro.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Romantyczne gniazdko   Wto Wrz 15 2015, 00:21

Sprzecznie ze swoją naturą - opanowania mógł jej teraz pozazdrościć. Zaczynając na samym rozkojarzaniu, poprzez płonące jak gdyby nigdy nic krzesło, a kończąc na różdżce, która jakimś cudem jeszcze nie zniknęła z dłoni Iriny, kompletnie tracił swoje główne cechy, pozwalając im się rozpadać. Nie dopuściłby do tego, gdyby nie nadmiar niezidentyfikowanych myśli. Zamęt tworzył zamęt, napędzając dziwną spiralę. Wybadał jej ruchy w trakcie swoich słów, nie przerywając jednak, bo, jak wcześniej zauważył, nie miał na to czasu. Zresztą kiedy ruszało się lawinę, nie sposób było ją powstrzymać. Przez nieznaczną sekundę obserwował kątem oka ten dziwny ogień, nienaturalnie spokojny i zimny, poświęcając mu zaledwie skrawek uwagi. Zmagał się już z gorszymi rzeczami, a aktualnie większym problemem wydawało mu się prowadzenie tej rozmowy. Pozwolił jej prowadzić swoją dłoń, układając swobodnie palce na jej piersi, wyczuwając dziwnie spokojny rytm, zupełnie inny niż jego. Czuli zupełnie inaczej. Archibald przez moment myślał, że może skupienie się na tempie jej serca pozwoli mu się uspokoić, ale efekty były raczej marne. Najwyraźniej działało to tylko w książkach i scenach odgrywanych na deskach teatru albo problem znów tkwił w nim. Przesunął dłoń wyżej, gładząc lekko jej szyję i opuszczając palce niżej, aby móc oprzeć je na posadzce. Oderwał na moment spojrzenie od jej oczu, przyglądając się ogniowi.
- Finite Incantatem - rzucił sucho, tracąc zainteresowanie palącymi się na różne sposoby elementami pomieszczenia. Zgasły. Oni na szczęście jeszcze nie gaśli. Na szczęście nie było to tak proste jak ugaszenie pożaru. Słuchał jej, znów nie wiedząc, co mówić. Gubił się w jej słowach, nie wspominając już o swoich własnych, których i tak miał niewiele. Nie odpowiadał więc, przyswajając powoli rozwój kolejnych zdań. Zagłuszała je muśnięciami opuszków i ust, wykradając mu resztki malejącej samokontroli, wątłego opanowania i nadszarpniętego spokoju. Kradła wszystko, co budował, ale wcale nie miał o to pretensji. Zwyczajnie docierała w miejsca, które tak skrzętnie ukrywał przed światem, a które chciał przed nią odsłonić. Może potrzebował tego bardziej niż ona sama. W ten sposób raczej ciężko było się tego dowiedzieć. Odchylił się nieco, prostując ręce, aby odsunąć się od jej ust. Chciał ich zbyt mocno, aby móc rozmawiać. Patrzył na nią chwilę zaskoczony, w ciągu sekundy odkrywając w sobie tak wiele rekcji na ostatnie słowa. Z początku chciał się zaśmiać, później konkretnie i niezbyt łagodnie dać jej do zrozumienia, że się myli, aż w końcu, pomijając wszystkie pół-wersje przychodzące mu do głowy, zniżył się, przepadając w najbardziej prymitywnej i ludzkiej formie. Nie miał ochoty na opamiętanie. Nie chciał więcej myśleć. W gruncie rzeczy nikt nigdy nie mówił, że życie z nim będzie łatwe. Przestał analizować i dociekać, co byłoby zrobić najlepiej, co byłoby odpowiednie, z czym którekolwiek skończyłoby dobrze. Nie zapowiadało się na to, aby mogli rozejść się i żyć szczęśliwie bez siebie. Dlatego całował ją bez opamiętania i myślenia, oddając się temu, na co miał ochotę. Szczerze i prawdziwie, nie odejmując sobie namiętności. Bez zastanowienia nad skutkami. Wyłączył się.
- Nie denerwuj mnie - wychrypiał jej w końcu do ucha, pomagając jej plecom unieść się lekko, prowadząc pod nimi dłoń. Mocno, tracąc subtelność i wyrafinowanie, w którym tak się specjalizował. Skoro tracił wszystko hurtem, wpadając w większe skrajności... - Od nieszczęścia jestem ja. Ja jestem problemem, nie ty - wyjaśnił nie mniej gwałtownie, jednak przytomniejąc potencjalnie z dziwnego stanu. Patrzył jej w oczy. Lepiej dla niej, że nie bała się tego wzroku. - Nie umiem mówić o tym, jak na mnie działasz, ale, cholera, do zawodu temu daleko. Dlatego zostaniesz Blythe tak długo, dopóki nie będziesz miała mnie dość. Nie ręczę za siebie, jeśli jeszcze raz przeprosisz mnie za coś, co nie miało miejsca - dorzucił, marszcząc brwi w niezadowoleniu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Romantyczne gniazdko   Wto Wrz 15 2015, 01:27

tam gdzieś w trakcie zaczyna być +18!

Irka w całym swoim Irkowatym życiu zaskakiwana tak naprawdę mocno, że w żadnych swoich wyobrażeniach nie byłaby w stanie przewidzieć tego konkretnego scenariusza, była tylko kilka razy. To znaczy, zaskoczył ją Laszlo Magyar (jej brat, jakby ktokolwiek zdążył się już na tyle przyzwyczaić do jej stałego nazwiska, ze stare odeszła, tak samo dla niego, jak dawno dla Irki, w zapomnienie), kiedy powiedział jej, że jest najlepszą siostrą, jaką kiedykolwiek poznał. Trochę się wyjaśniło, jak tylko się okazało, że nie mówił do niej, a przez telefon (taki mugolski przedmiot, którego działania Irka starała się nie zapominać, odkąd wdrożyła się w czarodziejski świat) do siostry zakonnej i najpewniej miał na myśli jakieś przyziemne sprawy, jak zwykłe grzecznościowe formułki. Niemniej, prawie dostałaby wtedy palpitacji. Innym razem było to, jak w wieku pięciu lat zbiła starożytną wazę, badaną akurat przez jej rodziców. Nigdy w życiu nie widziała większego zawodu na ich twarzach. Pomijając fakt, że w ogóle częściej oglądała inne twarze niż rodzicielskie. Na przykład twarze mumii. Jeśli można tak nazwać obandażowane, bezwładne cielska. W każdym razie, to był jedyny raz, kiedy wybuchła straszliwym płaczem w ich obecności. I nie była pewna czy bardziej zaskoczyło ją własne nieszczęście, czy rodzice, którzy najpierw upewniając się, ze córeczce nic się nie stało, mając już tą pewność, odstawili ją na bok, podskakując do potłuczonej wazy, zapominając kompletnie, ze istnieje coś takiego, jak rodzicielska troska.  Tym razem był to inny rodzaj zaskoczenia. Inny nawet od zawalenia się sufitu wykopalisk w trakcie badania bardzo cennego artefaktu. Było to zaskoczenie o zapachu archibaldowego szamponu do włosów, smaku jego ust, haptyce jego dłoni i w końcu, nieprzewidywalnej nieprzewidywalności jego standardowej nieprzewidywalności. Bo w jakiś sposób wypracowała już sobie wiedzę o tym, na jakich płaszczyznach ją zaskakiwał. Tym razem w żaden sposób nie była gotowa na przyjęcie złamania schematu jego spokoju. Do tego stopnia, że zanim oddała się swojemu mężowi, w sposób, w jaki powinna się oddawać żona, nie poczuwająca się do jakiegokolwiek obowiązku, a po prostu podzielająca jego pragnienia, najpierw zamrugała kilkakrotnie oczami, dopiero po momencie odkrywając tempo i reguły dynamicznej gry rozpalonych warg bardzo przebiegle zmieniające się tak szybko, ze kiedy docierała do sedna działania, zmieniał taktykę, pozostawiając biedną żonę cały czas krok za nim, więc kiedy Archibald odrywał od niej usta, Irina dopiero była na etapie odbierania ostatniego impulsu, podnosząc się tęsknie do góry za tymi niesprawiedliwymi ustami.
— Ale ty wcale nie wyglądasz na zdenerwowanego — musiała zauważyć, znacznie mniej zaskoczona tym, że przyjęła jego działania tak otwarcie, niż faktem, że serce jeszcze nigdy tak gwałtownie nie zmieniło jej biegu. Oddychała ciężko, niemalże czując, że pobladła. Ale był to dobry rodzaj blednięcia. Zdrowy. Odświeżający. Tylko przez skaczącą jej adrenalinę, buchało jej w głowie. Przyłożyła dłoń do skronii, mrużąc oczy w chwilowym otępieniu.
—Nieszczęścia zwykle chodzą parami. Może po prostu przejdziemy się razem na ten spacer? — zaproponowała, bardzo niepoprawnie pozytywnie, jak na to, ze patrzył na nią inaczej. Groźniej. Podobał jej się taki. To dokładnie tak, jak składasz jakąś zagadkę, rozwiązujesz jej szyfr i wydaje Ci się, że to już wszystko, ale kiedy otrzymujesz kolejny element układanki, z satysfakcją stwierdzasz, że teraz zagadka wydaje Ci się jeszcze pełniejsza, bardziej fascynująca, od kiedy odkryłeś jej nowe znacznie. Ba, zachwyca Cię tak, jak zachwycać nie powinna, bo chwilę temu byłeś pewien, że to już pełnia tego, w jakim stopniu coś jest Cię w stanie ująć za serce. Z Archibaldem było podobnie. Tylko jakoś dziesięć razy mocniej. Wszystko, co niosło ze sobą nazwisko Blythe, potęgowało wrażenia.
— To znaczy, że nie chcesz dać mi rozwodu? — zażartowała, być może trochę za szybko, spoglądając na niego w zastanowieniu. Oczy dalej jej się świeciły od ognia, jaki rozniecił, bo miał rację. Nie mogli zgasnąć, nie umieli tlić się powoli. Świecili jasno, nawet wtedy, kiedy los próbował zwiać ogień, a jak się okazało, tylko go rozniecił.
— Bo miałam nadzieję, że w podziale majątkowym przypadnie mi twój stryszek.
A miała wrażenie, że na tym stryszku może znaleźć więcej sekretów niż tylko bardzo stare woluminy książek.

Archibaldowy post:
Powoli wracał do siebie, oddychając szybko i chłonąc znajomy zapach, wreszcie odnajdując w nim nutkę spokoju. Tylko nieznaczną, prawię niezauważalną, ale chwycił się jej wszystkimi możliwymi zmysłami i choć pod palcami, wciąż mocno przylegającymi do szczupłego ciała Węgierki, czuł swoje napięcie, niwelował chwilowy brak kontroli. Zaśmiał się niemalże kpiąco, mrużąc oczy, w których wciąż czaiło się najwięcej emocji i sprzeczności, powoli ciągniętych do wewnątrz, jakby trzymanie ich na krótkich smyczach miało mu działać na dobre.
- Wcale nie muszę wyglądać - odpowiedział i z pewnością wcale nie musiał. Inna kwestia, że naprawdę zdenerwowany Archibald trafiał się wyjątkowo rzadko, a jeśli już - i tak tłumił połowę swojej złości, nie wypuszczając jej na zewnątrz w innej postaci niż zaklęcia. Wściekłość była dobrym wzmocnieniem czarów, ale niekontrolowana siała jeszcze większe spustoszenie. Mniej więcej takie, jakie przed chwilą miał w głowie. Droczył się z Irą, nie pozwalając na opanowanie adrenaliny, pochylając się nisko i dając złudne wrażenie kontynuacji, ale nie doprowadzał do niej.
- Hmph - prychnął cicho, wracając do kontroli tak chwiejnej, że wystarczyłby mały podmuch, aby znów się rozpadła. Stabilnych domków z kart jeszcze nie nauczył się budować. Mogły być wysokie, złożone z wielu elementów, ale pewnych reakcji nie dało się zatrzymać. Nie po takich przeprawach. Mogła być świadoma jego rozchwiania i niespójności, przejawiających się w głosie, ruchach palców i niezdrowym dystansie, tylko potęgującym pożądanie. Mogła go zburzyć jednym ruchem, gestem albo dźwiękiem, tylko dlatego, że był na skraju - na granicy, do której zbliżał się wyjątkowo rzadko i tylko w skrajnych sytuacjach. - Chyba nie mamy wyjścia, Blythe - poinformował, niespokojnie przyciągając ją do siebie. Odebrał jej żart na swój sposób, który w tym wypadku zaliczał się do kategorii "pół-żartem-pół-serio".
- Jak sobie na niego zapracujesz - wtrącił odnośnie stryszku, kontynuując ich wcześniejszą grę w spłatę długów, skoro już tak wpasowały się w ich standardy. Ich standardy, nie jego. Teraz musieli mieć już wspólne. - pokażę ci na nim parę ciekawych rzeczy, Blythe - kontynuował. Zero sugestii, jak zwykle. -  I wtedy pogadamy o spadkach. Wracając do rozwodu - temat wakacji. Nie ma to jak dobrze odpocząć, pojedynkując się z żoną o swoje sekrety, których ostatecznie wcale nie chciała poznać, aby później rozprawiać o domniemanych rozwodach. Weberłeberłeparoparbale byłby dumny. - Mniej więcej właśnie to - zaczął, pochylając się znowu, stopniowo nakręcając się coraz bardziej, bo jakby mało mu było dwóch przyspieszonych rytmów, nagle postanowił nadawać jak najęty. - Mniej, bo jeśli nie przestaniesz mnie denerwować, będę zmuszony wyegzekwować swoje "więcej" w mniej polubowny sposób. Jeszcze więcej, bo wyegzekwuję je na każdy możliwy sposób - zapewnił, z przedziwną łatwością odstawiając kontrolę kolejny raz. Nie dał jej nawet odpowiedzieć, z niebywałą mocą oddając się ustom żony, przerywając pocałunki w najmniej spodziewanym momencie, aby móc przygryźć jej wargę, nie zwracając większej uwagi na to, jak mocno to zrobił. Dźwięk pękającego kieliszka dotarł do niego z opóźnieniem albo zwyczajnie zarejestrował je w dobrym czasie, ale przetrawił dopiero oddalając się od Węgierki. - Kurewsko nieprzyzwoita randka - podsumował ze zjadliwym uśmieszkiem, unosząc się wyżej, momentalnie przerywając kontakt. Nie żeby go nie chciał. W tym momencie nie chciał nic bardziej, niż tego, ale bądź co bądź, był dorosły i potrafił nad sobą panować. Mógł bezkarnie udawać, że nie stracił panowania nad sobą. Bo dlaczego nie? Pękające kieliszki to jeszcze mały objaw utraty kontroli. Nic się nie działo, drodzy państwo.
- To może jednak kolacja? - zapytał, z niepoprawnym uśmieszkiem i uniesionymi brwiami, patrząc na Irę z góry i stwierdzając, że z tego miejsca jest zbyt daleko, ale bezpieczniej.

Irkowy post:
Irka trochę inaczej przechodziła niektóre stany emocjonalne. Musicie wiedzieć coś o archeologach. Archeolodzy to bardzo cierpliwi ludzie. Przez większość czasu. Siedzą na szczątkach historii, tylko, żeby się do tych szczątków dokopać, potrzebują przekopać setki kilometrów sześciennych ziemi. Potrzebują się po drodze trochę pobrudzić, a wtedy… wtedy stają się naprawdę podekscytowani, kiedy w końcu znajdą coś, co bardzo się im spodoba. Irina, choć mocno ekscentryczna, nawet wśród tej grupy, bardzo finezyjnych, ludzi, nie odchodziła w tym przykładzie daleko od schematu. Była cierpliwa, musicie przyznać. Towarzyszenie Archibaldowi Blythe przez tak długi czas i chęć towarzyszenia mu jeszcze dłużej, jakoś tak na oko przez całe jego życie, to okazywanie naprawdę mocnych, stalowych nerwów. Więc owszem. Była spokojna, wytrwała na pewno. Niekoniecznie powściągliwa, bo i ubrudzić w przeciągu ostatnich kilku minut dość wyraźnie jej się udało. Choć wcale nie miało to żadnego związku z tym, że tarzała się po ziemi w pomieszczeniu, w zamiarze (tylko?) przeznaczonym na randkę. Ale teraz grzebała w ewidentnych swoich szczątkach. Tych, które sprawiały jej najwięcej frajdy. Nie mowa tu tylko o jakiś wybiórczych fragmentach duszy Archiego, którymi, czy tego chciał, dzielił się ze swoją żoną. Była inteligentną kobietą. Zbyt inteligentną żeby nie potrafić odczytać pewnych podtekstów, których Archibald nie czytał tak dobrze. Ale przecież nic dziwnego. Już dawno ustaliliśmy, ze ekspertem od czytania, mimo wszystko, dalej pozostawała Irka. Tak teraz właśnie, korzystając z tej wiedzy, nie testowała jego kontroli bardziej niż to było potrzebne, ale też nie stawiała oporów, kiedy jego kontrola ulegała samodestrukcji. Może nawet gdzieś prywatnie liczyła na to, że ta kontrola w nim pęknie. W końcu człowiek jest najprawdziwszą wersją siebie, kiedy ulega instynktom. Ona z zawodu dociekała tylko i wyłącznie do prawdy. Dlatego nie mogło jej się nie podobać nic, co właśnie w tym momencie miało między nimi miejsce. Dochodziła do swoich wniosków powoli. Chociaż w pewnych aspektach niepozbawiona nadgorliwości, co można było uznać za naturalną reakcję jej ciała na działania jej męża. Całkowicie poprawną. W końcu po to między innymi mogli wziąć ślub, żeby tłumaczyć pewne działania konkretnym oficjalnym zapisem. Co bowiem państwo Blythe robili w swoim zaciszu pozostawało ich urzędowym, a nawet świętym (bo przecież ksiądz był obecny na ich sakramencie małżeństwa) prawem.
— Tak nagle zgłodniałeś? — odezwała się kanonizowanym prawodawstwem żona, pierwszy raz, wcześniej wyjątkowo jak na siebie milcząc, bo uwielbiała badać zmiany w tonie swojego męża, który nie wiedział, ale z odrobiną niecierpliwości w głosie, dodawał sobie dodatkowych atutów w jej oczach. Dlatego nie próbowała mu przerywać. Siadła po turecku, patrząc na mężczyznę z dołu, swoim dziecięcym spojrzeniem, bo mimo prawie już podeszłego wieku, oczy zawsze miała młode i czyste. To było takie białe kłamstewko, że zawsze była niewinna. Bo przecież nigdy nie chciała nie być. Nawet kiedy patrzyła na męża z dołu, z przekrzywioną od upadku sukienką, zarumienionymi od nadmiaru wrażeń policzkami, zaczerwienionymi od pocałunków wargami i z tej samej przyczyny unoszącą się niespokojnie piersią, to nie była przecież jej wina. To on postawił ją w tym położeniu. Dosłownie. Bo przecież on przyparł ją do podłogi, a potem sam przyparł się do jej ust. I nie było w tym żadnej jej winy. Bo to, że urzekała go swoim szczupłym ciałem to też wina tylko i wyłącznie stwórcy. Ewentualnie jej rodziców, że dali jej dobre geny, ale na pewno nie jej. Ona winiła czymś innym. Przeświadczeniem, ze każdy miał myśli czyste tak bardzo jak ona. Dlatego nie widziała nic nieroztropnego, ani nieobyczajnego w tym, ze kiedy jej mąż rozwodził się nad nieprzyzwoitością tej randki, ona rozpinała swoją sukienkę, porzucając ją w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą siedziała. Teraz leżał tam po niej tylko drobny ślad zbrodni w postaci skrawka materiału, zbyt grubego i dającego zdecydowanie zbyt dużo ciepła, jak ilość wrażeń, jakie dostarczył Irinie Archibald, a w czym ona nie pozostawała mu teraz dłużna, spacerując w bieliźnie przez całą długość pomieszczenia, prezentując długie nogi w szpilkach, wcześniej skrupulatnie ukrytych w sukience po kostki.
— Teraz to już zostało już tylko wino… — zauważyła stając przed stolikiem, pozbawionym potraw, bo te wcześniej zdążyły wylądować na podłodze. Sama winna tego zdarzenia uratowała co się dało. Pochyliła się nad stolikiem, bardzo zgrabnie, jak na swoją czasami niezgrabność, balansując na jednej nodze, bo drugą zgięła w kolanie, unosząc ją do góry, próbując sięgnąć do butelki z winem po drugiej części stołu. Archibald mógł biedną żonę wspomóc zaklęciem, gdyby nie pewne szerokie perspektywy jakie mógł teraz obserwować. Roboczo, jako, że czytają nas dzieci, załóżmy, że było to wszechstronne akwarium, sięgające od jednej do drugiej ściany w pomieszczeniu.
— i deser… — dokończyła, w końcu zawiedziona nie dosięgając butelki, ale przycupnęła sobie na stole, łapiąc za pucharek z atlantyckimi, podwodnymi owocami, w dziwnym musie, którego skład chciałaby potem poznać, bo smakował wyśmienicie. Siedząc tak na stoliku, machała nogami w powietrzu, szurając butami o podłogę, patrząc na męża z nad oblizywanej, bardzo niepozornie łyżeczki. Było w tym tak samo dużo beztroski i zabawy, że trudno było nazywać to kobiecym manewrem, szczególnie, że zaraz odetchnęła, odkładając pucharek na bok, jako, że jej oddech jeszcze nie wrócił do normalnego biegu.
— Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko? Trochę tu gorąco — rzuciła jakby rozmawiali o ostatnio przeczytanej książce i w końcu… przecież tak właśnie powinno być. Byli małżeństwem. Zgodził się z nią, że jeszcze byli i na razie żadne z nich nie planowało tego zmieniać, więc powinien być oswojony z widokiem pół-nagiej żony. Tyle o ile Ira znała pełne prawidłowości prawdziwych małżeństw. A kiedyś mu obiecała, ze będzie dbać o dobry status tego (podobno) nieplanowanego związku.

Archowe wypociny:
Od swoich standardów zaczął odchodzić już jakiś czas temu, razem z początkami bałaganu, rozprzestrzeniającego się w tempie Irki, która ów nieporządek wprowadzała, mącąc i poddając próbie archibaldowe odczucia, przeczucia i prawdy, jakie sam sobie ustalił. Ustalił w ciągu całych trzydziestu pięciu lat życia, co nie było wcale takim małym okresem. Wszystko wywróciło się do góry nogami, nic nie było tak, jak zawsze, nie było określonych schematów, a reakcja łańcuchowa postanowiła umknąć niepostrzeżenie i zwalić Blythe'owi na głowę wszystko na raz. Dlatego kontrola w pewnym momencie przestała pękać w określony i logiczny sposób, ba, przestała psuć się w sposób kontrolowany i pozwalający mu na panowanie nad sytuacją (nietrudno wyłapać sprzeczność, ale wystarczyło znać go kilka chwil i stawało się jasne, że przeciwstawne mieszanki wynikały z jego specyficznej natury) i wyważenie odpowiednich bodźców. Szybko okazało się, że tym razem to nie on wymierza ich dawki. Jeszcze szybciej, że ich ilość nie miała dziś większego znaczenia. W tym momencie stawał się przeraźliwie łatwym obiektem do podjęcia badań, wrażliwym na najmniejszą prowokację.
Była cierpliwa, tak jak i on sam, jednak w tej chwili musiała podtrzymywać tę cechę za obojga. Nie miał ochoty walczyć z chaosem. Nie był to pierwszy raz, kiedy przychodziło do konfrontacji z nieuporządkowanymi myślami w tak dużym zakresie, dlatego zdążył już zauważyć, że im dłużej próbował przeciwstawiać się naturalnemu porządkowi rzeczy, tym było gorzej. Od spokoju, utrzymywanego przez większość czasu, poprzez wszelkie bariery, nic nie gwarantowało całkowitego opanowania. Był zbyt burzliwy i przepełniony wspomnieniami. Musiał się wypalić. Zwalniał na chwilę, odnajdując szczątki rozsądku. Czuł, jak sam je przydeptywał. Leżące na chłonnej powierzchni, ostre i otrzeźwiające, zatapiały się powoli, aby znów pogrążyć go w czystym instynkcie i odruchu do czasu natrafienia na kolejny odłamek. Kończyły się. Wyczerpywała je wszystkie, kolekcjonując krótkie chwile cierpliwości, czy czegokolwiek innego, bo sam już nie wiedział, nie chciał ani nie próbował wiedzieć, czym były te okruchy, przenikające nielogiczne rozumowanie. Wszystko płonęło, w dziwnie nienaturalnej ciszy, bez trzasków i krótkich dźwięków.
Wspieranie kogokolwiek, czy siebie, czy Iriny, zaklęciem, w tym momencie na pewno nie skończyłoby się dobrze. Jego magia zachowywała się tak samo, jak cała reszta Archibalda - chaotycznie. Pomijając fakt, że nawet nie było mu to w głowie, nie byłby w stanie ukierunkować zaklęcia. Krótki moment otępienia wywołany nadmiarem, w którym nie czuł absolutnie nic, został zastąpiony falą pożądania, którego nie mógł opanować w żaden sposób. Wszystkie ruchy, słowa i spojrzenia Iry zlały mu się w jedną absurdalną całość. Próby sklecenia komentarza - z góry przegrane. Subtelny gest i opanowane budowanie napięcia? Wyczerpane. W gruncie rzeczy, pomijając zachłanność, był tego wieczoru dosyć monotonny. Jego wyłączenie się w takich okolicznościach nie mogło wyglądać inaczej. Nie stopniował. Od razu przechodził do sedna. Zanim się zorientował, marynarka znalazła się na podłodze, a on pochylał się nad swoją najniewinniejszą żoną na świecie, naturalnie leżącą już na stole, łapiąc oddech i orientując się, że czuje kości jej żeber pod swoimi palcami, a zaczerwienione ślady na jej skórze są jego dziełem. W międzyczasie pucharek potoczył się wesoło, łyżeczka zabrzęczała, zaś Blythe wbił spojrzenie w oczy Iry, dopiero wtedy trzeźwiejąc, co mogło nadać jego ślepkom nieco zdrowszą barwę. Nawet nie próbował sobie wmawiać, że nagły brak biustonosza nie był jego inicjatywą. Zamarł, przyglądając się jej w ciszy. Nie szukał słów. Przyzwyczajony do obsesyjnej myśli kontrolowania siebie, trzymał się chwilowego spokoju - zaskakującego, razem ze swoim drżeniem i każdym doznaniem, ogarniającym jego ciało. Zarysował kciukiem kształt piersi, przesuwając dłoń po ramieniu, aby ostatecznie otulić nią rozgrzany policzek i odgarnąć zaplątane na nim włosy. Wystarczyło, żeby przypomniał sobie, kto tu kogo niszczy.
- Zmieniłem zdanie. Ty egzekwuj wszystko, co chcesz.

Irkowo:
Źle Archibald zrobił, że nie określił żadnych ram czasowych egzekwowania tego, czego Irka mogłaby od niego chcieć. Szczególnie, że wraz z jej działaniami, nabierała śmiałości, żeby móc nieco przesuwać granicę tego, o co można jej prosić. Musiała się upewnić, że właśnie to dostanie, o czym powie głośno. Dlatego mocno skupiła się na reakcjach swojego męża, nie zapominając, że reakcje wynikają z działań. Jej działania były tak samo operatywne, jak obserwacje. Kompatybilne ze sobą nawzajem. Skoro patrzyła tak wnikliwie, musiała tak samo dosadnie współdziałać, w tym momencie swoimi dłońmi, które bardzo naturalnie odnajdowały sobie swoją ścieżkę na jego ciele. Nie bez oczywistych przygotowań. Smukłe palce odnalazły szybko haftki jego koszuli, odpinając regularnie jeden guzik od razu za drugim. Byłoby jej to zajęło nawet jeszcze krócej, zaskakująco, gdyby nie fakt, że Archibald sam prasował sobie koszule. Tą, tak skrupulatnie doszlifowaną, która zaraz potem, narażona na wymięcie się, opadła na krawędź krzesła:
— Tam będzie bezpieczniejsza — zapewniła męża, chociaż nie spodziewała się, ze materiał już w sekundę później zsunie się i opadnie na posadzkę. Ale nawet tego nie zauważyła, skupiona już tylko na mężu. Przyłożyła obie dłonie do jego piersi, ssąc lekko przeciętą wcześniej przez mężczyznę wargę. Trochę praktycznie, pozbywając się metalicznego smaku krwi z warg, a trochę odruchowo, kiedy zastanawiała się nad swoją odpowiedzią. Uniosła się nieco do góry, korzystając z niewymownej pomocy swojego męża, którego ramię, szczęśliwie, odczytując jej zamiary, czy całkiem przypadkiem, znalazło się pod jej łukiem pleców, umożliwiając kontakt dwóch pół-nagich ciał, absorbujących wzajemnie swoje ciepło. Jedną z dłoni przeniosła na własną, obejmującą jej policzek. Kciuk jego dłoni przeniosła na rozgrzaną wargę, pozwalając mężowi ułożyć palec w prowizorycznym okładzie na jej zranionych ustach, kiedy sama podjęła się w końcu swojej wypowiedzi.
— Przeprowadzałeś kiedyś prace wykopaliskowe? Otóż, kochanie, zaczyna się od tego, że zanim w pierwszej kolejności podejmiemy się jakichkolwiek badań, należy przebadać historię, przeprowadzić wiele analiz, postawić liczne tezy, dopiero potem można zacząć szukać źródeł archeologicznych w terenie — mruknęła dokładnie to robiąc moment wcześniej z nim, szukając podstaw, punktów zaczepienia, odniesienia i możliwości, teraz, kiedy je znalazła, powoli podejmowała się dalszych kroków — dopiero później można zacząć badać teren. Jest to żmudna praca, której wielu nie lubi, ale mi podoba się to napięcie i dreszczyk emocji, jaki towarzyszy podczas poszukiwań — mruknęła spuszczając wzrok na jego tors, przeciągając po nim wolnymi dłońmi w dół, do żeber, palcami wyczuwając odległości między nimi, wzrok unosząc do jego oczu — czasami się zapomina o tym, żeby obserwować wszelkie znaki, które mogłyby nas sprowadzić na dobrą ścieżkę — szukała w jego tęczówkach wszelkich zmian, rozszerzenia, czy zwężenia źrenic. Czekała aż napłyną jeszcze większą czernią — ja lubię kopać w nocy. Wtedy człowiek zdaje się całkowicie na swoje instynkty — tłumaczyła mu cierpliwie dalej, przeciągając ręce na jego plecy, masując drobiazgowo każdą kostkę jego kręgosłupa, nie spuszczając z niego spojrzenia. — Są takie punkty, w których wydaje nam się, ze powinniśmy coś znaleźć — to mówiąc zanurzyła dłonie niżej, w części lędźwiowo krzyżowej kręgosłupa, przechylając lekko głowę na bok — Ale czasami… tylko nam się tak wydaje i potrzebujemy pomocy z zewnątrz.
Ta cała archeologiczna opowieść musiała Irę naprawdę mocno angażować i podniecać w niej jej zapał do swoich zainteresowań, skoro podnosząc się w górę, pozwalała Archibaldowi zrozumieć pełnię swojej pasji, w galopującym rytmie jej serca, jakiego bicie musiał czuć tuż przy swojej skórze. Przywarła do niego dzieląc się z nim tymi swoimi zainteresowaniami i jak cichutko dawało sygnały jej ciało, nie tylko nimi. Musnęła wargami jego szyję, pomagając mu rozgryźć naturę domniemanej pomocy, jakiej czasem potrzebowało się w swoich poszukiwaniach. Była to pomoc niezastąpiona, najczęściej mocno oczekiwana, mile widziana, o czasami decydującej sile. Jej odsiecz na chwilę odebrała jej mowę, która w sumie w tym momencie była niepotrzebna. Miała zdolnego męża. Na pewno odnajdował się w tej całej koncepcji fizycznych metafor jakie mu serwowała, zatapiając dłoń przy końcowym odcinku jego krzyża w ciemnych, wąskich jeansach. Pozostawiona na jego szyi malinka miała być chyba synonimem dla śladów jakie się za sobą pozostawia po przeszukiwaniach terenów wykopalisk. Czy to w postaci tego właśnie soczystego elementu, czy wąskich zadrapaniach po paznokciach, jakie pozostawiła za sobą, szukając drogi do klamry jego spodni, powoli łykając, wraz z głębokim pocałunkiem, jaki mu w prezencie podarowała, trochę mężowskiej niecierpliwości.
— Najgorsze jest tylko to, że nigdy nie wiem, jak mi idzie? — zakończyła nieporadnie, zapominając z jakiej przyczyny wyszła w ogóle od tej opowieści. Czasem zdarzało jej się to na zajęciach, kiedy bardzo głęboko weszła w temat i traciła w pewnym momencie rozeznanie jak się w nim jej udało zakopać.
— Chciałabym wyegzekwować kilka metrów sześciennych w twoim domu, Archibaldzie — mruknęła już odchodząc od swojej barwnej historii, jedną rękę przykładając do jego twarzy, większość palców trzymając za uchem męża, gładząc go niesfornie, wraz z zaplątanymi pomiędzy knykcie swoimi włosami, wcześniej odgarniętymi przez mężczyznę na bok, łaskocząc go tym po policzku.
— I część twojego łóżka. Nie zajmuję dużo miejsca. Jakbyśmy się bardzo postarali, przez część nocy udałoby nam się eksploatować dokładnie taką samą jego część, z jakiej korzystasz w pojedynczym użytkowaniu. A tak całkiem obecnie i chwilowo... udałoby mi się wyegzekwować trochę Ciebie? W celach badawczych, oczywiście.

Archibaldy
Szelest koszuli osuwającej się z krzesła na podłogę zanikł gdzieś pomiędzy przyspieszonym oddechem a cichym szumem przesuwanych po ciele dłoni. Kawałek starannie wyprasowanego materiału był tak mało istotny, że musiałby naprawdę wytężyć myślenie, aby domyślić się, że Ira mówi właśnie o nim. Albo wciąż nie był w stanie, albo zwyczajnie nie chciał analizować tej krótkiej wzmianki, pozwalając żonie na odsłonięcie bladych ramion, nieskalanych morskim słońcem. Na szczęście zajęć im nie brakowało. Na krótką chwilę oddaliły się od ciepłej skóry, pozwalając Archibaldowi dźwignąć się zwinnie na stół, bo przeszkody i niedogodności związane z pochylaniem się i ograniczonymi manewrami stawały się prawdziwie nieznośne i irytujące. Przymknął nieco powieki i uniósł głowę, przyglądając się Węgierce z uśmiechem, zbliżającym się niemalże do triumfalnego, choć jak zwykle stonowanego w swoim wyrazie, kiedy przeciągał dłonią po jej kręgosłupie, mocno przypierając szczupłe ciało do swojego, zgrywając się z jej krótką sugestią i w tym samym momencie przesuwając kciuk na wargę, kiedy tylko ją uwolniła. Poruszył lekko palcem, nieświadomy, że słuchając jej i obserwując miękkie usta, sam przygryza wargę - robił to zresztą tak często, że przestał zauważać ten odruch. Starał się wyłapywać każde słowo spływające z jej ust i łączyć je w logiczną całość, ale jej działania były tak absorbujące, że część wypowiedzi zniknęła gdzieś w niebycie, zastąpiona krótkim wstrzymaniem oddechu, nieznacznym pogłębieniem uśmiechu czy otarciem bioder. Najwyraźniej gra rządziła się swoimi prawami, kiedy rozdzielała role w tej rundzie. Tym razem to Ira dręczyła go powolnym tempem i niespieszną wypowiedzią, budowaną z każdym kolejnym milimetrem jego ciała, wybitnie podatnego na jej prowokacje. Wyczulony na wszelkie odniesienia, wyłapywał to, czego w danej chwili najbardziej potrzebował. Różnica polegała jednak na tym, że podporządkował się, nie przyspieszając jej kwestii. Hamował swoje tempo, przekładając je na siłę, z jaką przesuwał palce, wyczuwając kości pod delikatną skórą, przenosił na spojrzenie - czyste i głębokie w takim stopniu jak odważne i nieskrępowane. Modyfikował niecierpliwość, jednocześnie rozkoszując się czasem, który mu poświęcała. Czerpał na zaś, zapamiętując każdy ruch i dźwięk, poświęcając jej każdą najmniejszą cząstkę swojej uwagi. W końcu udało mu się nakierować zmysły na jeden tor, skoro w ostatecznym rozrachunku wszystkie skupiały się w jednym punkcie. W niej. Zaśmiał się krótko, przyznając jej tym samym rację - w nocy rzeczywiście było bardzo w porządku. Sam co prawda nie kopał wcale, nie tylko w nocy, ale porównanie łatwo było rozpracować. Zatroszczył się więc o to, żeby światła, poza kilkoma świecami, zgasły. Przy okazji kilka naczyń - pełnych czy pustych, zupełnie bez znaczenia - postanowiło poobijać się o elementy otoczenia, ale patrząc przez pryzmat rzeczy, które zniosło dziś to pomieszczenie, nie była to wielka tragedia.
Wyprostował się lekko, mimowolnie napinając mięśnie, czując przyjemny dreszcz płynący wzdłuż kręgosłupa. Przytrzymywał ją, naśladując jej wcześniejszy ruch. Przesuwał palce w górę, masując powoli kręgosłup, aby ostatecznie przejechać miękko dłonią po jej lewej łopatce, kontrastując siłę obydwu działań. Działali trochę jak lustrzane odbicia, naśladując się wzajemnie. Wbrew pozorom było to dosyć odkrywcze. Niepowtarzalność ich powtarzalności polegała na tym, że mogli nauczyć się, czego doświadczają. Wcześniej to on budował napięcie leniwym tempem, tłumiąc ogień, który później mógł podnieść się z większą siłą, nawet nie mając pewności, jak w praktyce działa to rozwiązanie. Teraz pokazywała mu, że działa znakomicie. Stopniowe budowanie kontaktu nie tylko pozwoliło mu skupić się na tym, czego najbardziej potrzebował, ale też porządkowało niemały chaos, przez który nie mógł podjąć żadnej decyzji. Ostatecznie i tak wszystko kończyło z łatką wielkiej sprzeczności. Najwyraźniej musieli do tego przywyknąć. Do pomocy podszedł dosyć szybko, pozwalając niecierpliwości na częściowe przejęcie sterów, choć w gruncie rzeczy nie zdołał zrobić zbyt wiele. Jeszcze. Wolną dłonią przebadał swoje nowe znamię, aby za chwilę przenieść palce do jej ucha, odsłaniając je i drażniąc nieco płytką paznokcia, mając zamiar wyszeptać do niego kilka słów, ale pocałunek, który pokrzyżował mu te plany, okazał się znakomitym zamiennikiem. Dłonie Irki, działające sprawnie przy klamrze, na pewno nie odebrały mu zachłanności. Przytrzymał jej wargę między zębami, maltretując ją jeszcze przez ułamek sekundy.
- Znakomicie, Blythe - zapewnił, mrucząc krótko do jej ucha - Działaj tak, jak działa się w ciemności - podpowiedział, nawiązując do instynktów. - Tylko pewniej.
- Wyegzekwowałaś - potwierdził szybko, z wielką lekkością oddając jej kilka metrów sześciennych swojego mieszkania. Mogli podzielić każdy na pół. Pochylił się niecierpliwie, chcąc kolejny raz wyjść od pocałunku, ale zatrzymał się, wysłuchując kolejnych słów, niewątpliwie przypadających mu do gustu. Reakcja jego ciała na tak niewinny gest, jak subtelne gładzenie za uchem, była dosyć wymowna. Przytrzymał tam jej palce, sugerując, że powinna to zapamiętać. Złożony komentarz zaczął od kontynuowania poprzedniego zamiaru, do którego teraz było mu bardzo blisko - wystarczyło kilka milimetrów, aby uniemożliwić Irinie mówienie czegokolwiek, angażując jej usta do swojego rytmu. Dopiero, gdy wymęczył je dostatecznie, pomagając też rozprawić się z nieznośną klamrą paska, odpowiedział w najbardziej bezpośredni sposób.
- Przechrzcimy każdy milimetr tego mieszkania - obiecał, wyślizgując pasek ze szlufek, ale nie odrzucając go na bok. Objął nim talię Węgierki, pociągając go dosyć energicznie do góry. W porównaniu do ich ciał, pasek był zimny. - Tylko trochę? - zapytał, przyglądając się jej. Uniósł brew, obdarzając ją wyzywającym uśmiechem. - Jeśli możesz żądać, żądaj stanowczo, skarbie - doradził, przytrzymując dłoń pod jej karkiem i zniżając się, aby móc przebiec ustami po ścieżce, którą sekundę wcześniej wyznaczał metalową częścią paska. Zatrzymał się na chwilę, zwilżając sutki końcem języka i przygryzając je lekko, zwieńczając krótką, ale za to konkretną, pieszczotę malinką, umiejscowioną tuż pod jedną z jej piersi. Nie malowała się na jej śniadej skórze aż tak kontrastowo, jak na jego bladej szyi, a w rozedrganym świetle świec była jeszcze mniej widoczna, ale z pewnością zaistniała. Tak jak dwie kolejne, tuż pod nią. Dobrze jednak pamiętać, że Archibald zwykle działał w kilku miejscach na raz, nie pozwalając na zastój, tym razem zajmując się wewnętrzną stroną ud Irki.
- Możesz wykorzystać swoje "trochę" do dowolnych celów.

Irkowe egzekwowanie:
Nie musiał długo czekać aż pierwszy, wyraźny dreszcz wstrząsnął jej drobnym ciałkiem. Wygięła się w jego kierunku tak niekontrolowanie, że aż udało jej się podrażnić nieco skórę na udach, kiedy dosięgła w swoim odruchu klamry jego paska, jeszcze zanim ten opuścił szlufki. Tak działał na nią dotyk w dole jej krzyża. Aż poprawiła się pod nim, podnosząc się w górę, żeby jego dłonie mogły zawadzić o miękkie pośladki, a z nich droga do kręgosłupa była już naprawdę krótka. Korzystając z okazji, że znalazła się wyżej, podciągnęła się na jednej ręce do góry, drugą pozostawiając na jego karku, kiedy ustami przywarła najpierw do jego szyi, a potem za ucho. Pierwsze pocałunki były zaledwie smagnięciem ust, ale przecież zwrócił jej uwagę, że nocne poszukiwania wymagają większego zaangażowania i zdecydowania. Pozostawiając mokrą wędrówkę za swoimi wargami, odnalazła pierwsze źródło swoich poszukiwań. Jak na profesjonalnego, doświadczonego archeologa przystało, na tym punkcie skupiła się najdłużej, penetrując ten teren mięsistymi, mokrymi pocałunkami, bo jak się okazuje nadszedł czas na eksploatację zdobytych skarbów. Zresztą, znalazła ich kilka. Przyciągnięta paskiem w jego kierunku, czuła się jeszcze pewniej, choć rozpraszał ją różnicą temperatur, wywołując tym samym niekontrolowane dreszcze. Jak to w nocy. Jak na wykopaliskach. Człowiek potrzebował ciepłego okrycia. Dlatego właśnie, tym można było tłumaczyć jej niezdarność, że kiedy, próbując znaleźć pod sobą przestrzeń do oparcia się na łokciu, straciła równowagę, natrafiając na ulokowaną w powietrzu przestrzeń. Koniec stołu. Niespodziewanie opadła na blat, ciągnąć swojego mężczyznę za sobą. I tym było jej okrycie. Jego tors, którym przylgnął do jej klatki piersiowej, jeszcze przed chwilą dopieszczonej przyjemnym powitaniem jego warg i ust. Mruczała na jego skórę, bo przecież musiała dbać o to, żeby nie zginęli w całkowitych ciemnościach, dlatego jej własna świeca gdzieś tam się tliła malutko, w głośnych, urywanych oddechach i uroczych mruknięciach, właśnie takich jak to, które z siebie wydała, zamykając dłonie Archibalda na swoich udach, którymi docisnęła się do jego boków. „Dzień dobry, cudotwórcze łapki”. Przygryzła końcówkę płatku ucha męża, zaczepnie, żeby usłyszał przekaz. Nawet zapomniała, że do tego używa się słów.
Nie wiedziała kiedy jej ruchy stały się tak zaborcze. Może ponaglał ją fakt, ze powoli plecy uciekały jej ze stołu, zniżyła się więc nieco, jednocześnie ustami zjeżdżając od jego ucha, przez szyję do obojczyków, kąsając go lekko, w trakcie kiedy jej dłonie szukały kolejnych archeologicznych zasobów. Odpięła jego spodnie, ale żeby je z niego zrzucić, potrzebowała dobrze się pod nim ułożyć. Wypinając biodra w górę kilkakrotnie, w trakcie kiedy bawiła się ze spodniami, nieznośnie opornymi do opuszczenia szczupłych pośladków. Dlatego jeszcze kilka razy dźwignęła miednicę w górę, ocierając się faliście o bokserki męża. Przynajmniej jego jedną różdżkę udało jej się uratować. Bo nad drugą znęcała się bliskością ożywionych bioder. Sztuką było zrzucić z Archibalda spodnie na tak małej przestrzeni. Czasami Blythe musiał nie doceniać właściwości magii. Tej, którą Irka postanowiła, nie tak od razu, się wspomóc. Najpierw uniosła się z powrotem w górę, przejeżdżając drewienkiem po plecach męża. Troszeczkę ostrzegawczo? Nie planowała. Ale przecież nie mógł narzekać. Jego różdżka, tak bardzo świadoma, bo była to archibaldowa różdżka, odpowiednio reagowała na jej bliskość. Zresztą, nawiasem mówiąc, nie tylko jedna blythowska różdżka. Ale wracając do tej magicznej. W starciu z niesfornymi paluszkami blythowskiej żony, wydała z siebie żałosne iskierki, jakby wyczuwała kres swojego istnienia. W gruncie rzeczy, słusznie. Bo były to cieplo-zimne iskierki, które oprószyły plecy Archibalda zanim Irina szepnęła pod nosem prostą inkantację. Bo wiecie, doszła do wniosku, że dobrze byłoby powiększyć gabaryty stołu. Problem był nie w chęciach, a w umiejętnościach. Może zabrakło jej trochę oddechu, bo decydując się na ten szept, dopiero co oderwała usta od torsu męża, oddychając bardzo nierówno i przerywanie, albo po prostu w przepływie emocji pomieszały jej się formułki, bo stół, zamiast zmaleć, skurczył się do mikroskopijnych rozmiarów, a państwo Blythe wylądowali metr niżej, na podłodze. Irka z zaskoczeniem rzuciła, krótkie:
— Och jej… — przestraszona aż odrzucając od siebie różdżkę, która poturlała się po ziemi, chowając się pod krzesłem. Najpewniej przed Irą, bo przed Archibaldem chować jej się chyba nie zdarzało. Irka w tym czasie, szukała sobie wygodnej pozycji, bo choć aż taka stara nie była to od tego upadku zagruchotało jej w kościach. A może to była wina tego, że wylądowała prosto na zminimalizowanym stoliku, łamiąc go w strzępy. I jak ktoś jej powie, ze jest chuda to na pewno nie zapomni opowiedzieć historii, jak swoim tyłkiem złamała stół w pół!
— Obiecujesz? — dopytała, odzyskując przynajmniej wątek. Chwyciła twarz męża w dłonie, patrząc mu w oczy, swoimi, rozognikowanymi, radosnymi i w sumie też pragnącymi kontaktu z mężem — Musisz o mnie wiedzieć, że jestem bardzo precyzyjna w każdym calu — zapewniła męża, precyzując swoje żądania i cele, zgodnie z radą męża bardzo dokładnie. Dlatego bardzo na miejscu, pozbyła się ostatniego elementu garderoby najdroższego sobie Archibalda, dążąc do egzekwowania nowych warunków. Nad, którymi musiała się jeszcze zastanowić, ale na szczęście inteligentni ludzie się nie nudzą, dlatego znalazła sobie tymczasowe inne zajęcie. W które uwikłała wargi, język i podniebienie swojego męża. Zamykając tak samo jemu, jak i sobie dopływ powietrza, niemożliwie dotkliwie przeżywała każde dotknięcie zimnej klamry na plecach, z którym normalnie wcześniej wzdychała, a teraz po prostu trzymała je w sobie, gotowe do opuszczenia jej warg, jak tylko znudzi jej się torturowanie ust męża. Czyli jeśli coś by temu nie zaradził, to w jakimś przyszłym stuleciu. Bo pamiętamy, że mądrzy ludzie się nie nudzą. Szczęśliwie, temperatura ciała Irki szybko pozbawiła paska jego chłodnych właściwości. Tak jak Irki, jej nowe zajęcie, myślenia. Zaangażowana tak w pocałunek, zapomniała i o oddechu i o egzekwowaniu różnych spraw. Dlatego oderwała się od męża, a przynajmniej chciała, ale zamiast pożegnać jego wargi, przyssała się do jednej, dolnej, przynajmniej dopóki pozwolił jej na to jeszcze oddech. Położyła dłoń na jego torsie, odsuwając mężczyznę od siebie na chwilę, żeby zmagazynować odpowiednią ilość zapasów powietrza. Dłoń trzymała na jego piersi, w miejscu, gdzie powinno znajdować się serce, dociskając palce do jego żeber je osłaniających.
— W jakim zakresie… stanowczo? — odetchnęła, trochę zaniepokojona rytmem bicia swojego serca, przez który aż oczy zaszły jej mgłą. Tak intensywnie dzisiaj na nią działał Archibald. Nie wiedział, jak wiele tracił, nie dopuszczając do siebie swoich uczuć. Uchyliła powieki, bardzo leciutko, patrząc tą pełnią brązowych patrzałek na męża, czekając na jego odpowiedź. Mówiła prawdę, wcześniej, naprawdę wolała być dokładna, nie pozostawiać miejsca na żadne niedomówienia.
— Może użyjemy sobie na moim „trochę”, trochę bardziej? Przepraszam… - przełknęła głośno ślinę, układając sobie dopiero w głowie jego rady. — Nie trochę. Bardzo. Znaczy… stanowczo. Chcę od Ciebie stanowczo… więcej. — poprawiła się, będąc bliżej idealnego wzorca egzekwowania. Chociaż tak arbitralnie to jeszcze się chyba o nic nie ubiegała.
— Chcę, żebyś mi zaśpiewał. I chcę wyegzekwować czegoś, czego nie chcę.
Tak pokrętnie, ale bardzo błyskotliwie wpadła na pomysł jak rozwiązać pewną swoją inną obawę.

Czarny Pan Archibald
*nie taki czarny, bo nagi to bialutki!*
Momentalne i bardzo dosłowne uniesienie wyrwało mu z piersi triumfalne mruknięcie, przechodzące w przyjemny, krótki śmiech. Korzystając z okazji, subtelnie musnął ustami gładką skórę, wcale nie zapominając o dalszym zaangażowaniu swoich zręcznych palców. Wypowiadały kwestie adekwatnie do chwili, dopieszczając każdy szczegół, wibrującymi nutami ocierając się o ciało, drażniąc słodko każdy nerw, który postanowił stanąć im na drodze. Mocniej, kiedy poczuł dłoń na karku, odczuwając ten dotyk bardziej niż którykolwiek inny. Choć w ich położeniu wydawało się to nie tylko niemożliwe, ale i nie do końca bezpieczne, wysunął się do przodu o nieznaczny kawałek, pochylając równocześnie, w reakcji na idealnie dobrany zestaw pobudzenia zmysłów. Wypuścił powoli powietrze, ciepłym oddechem dopieszczając jej biust, aby za chwilę znów zwilżyć go dwoma krótkimi pocałunkami, zakończonymi krótkim westchnieniem. Absorbował jej dreszcze, rozkoszując się najdrobniejszym ruchem i świadomością, że sam je powoduje. Gwałtowne pociągnięcie w dół tylko dodało do ognia. Chwilowe przyćmienie umysłu, spowodowane niespodziewanym ruchem, zakończyło swoje istnienie szybciej niż je zaczęło, a mimo tego zdążyło odegrać dosyć ważną rolę w tym spektaklu. Skonfrontowało Archibalda z prawdziwym uderzeniem zmysłowości i zmysłów pani Blythe. Zdawało się, że gra na nim bardzo sprawnie, przeskakując po klawiszach z niebywałą gracją. Łączyła dźwięki, ba, nie tylko dźwięki - każdy możliwy fragment sprowadzała do miana detalu, związując je ze sobą naturalnymi przejściami. Dopowiadając gesty i zwielokrotniając swoje chęci budziła go coraz mocniej, prowadząc ścieżką, której nie znał - bo choć wiele razy zaspokajał swoje potrzeby, kojąc niespokojny umysł tymi sposobami, nie mógł wyzbyć się uczucia odosobnienia. Skrajnie, bo w tak bliskim kontakcie ciężko było o samotność, ale tylko dlatego, że pewnych odczuć, kiedy się do nich przywykło, nie dało się zastąpić niczym innym. Irina jednak nie tylko zdawała się wypełniać pustkę, ale czyniła wszystko bardziej realnym i bliskim. Wtykała mu w ręce cząstki świata, który zbierał powoli po rozsypce. Miał wrażenie, że świeca, będąca efektem synestetycznego pomieszania zmysłów, jest ciepła i reaguje zupełnie realnie i rzeczywiście - wrażliwa na każdy podmuch, wywołany choćby szeptem. Ogień był prawdziwy, migotanie wydobywało z cienia niewyraźne kształty - podświadomie malujące się jako dobre. Potrafił wyobrazić sobie nawet jej zapach, przyprószony amortencją i wonią pergaminu. Ogień, skoro autentyczny, zwyczajnie stawał się ciepły. Czuł go zawsze, mniej lub bardziej, czasem tylko jako ciche echo, włóczące się w oddali; i to od niego musiał się tak uzależnić. Lgnął do niego, pragnąc poznać potęgę, jaką mógł się unieść. Jak ciężko było zostawić ciepło na rzecz chłodu? Od tak sprawnej iskry, nabierającej pewności w swoich posunięciach, na pewno ciężko.
Nie żałował Irinie przyjemności, oddając się momentowi i choć doskonale wiedział, że to niemożliwe, mógł sobie równie dobrze wyobrażać, że ów moment będzie trwał dłużej. Tylko z tego powodu nie przyspieszał, czując, i zapewne delikatnie przekazując kobiecie, dreszcz, jaki wstrząsnął jego ciałem, trzymając w gotowości mięśnie. Zdążył ledwie musnąć dłonią jej łono, kiedy zeszła niżej, rozprawiając się ze spodniami, zmuszając mężczyznę do machinalnego przesunięcia ręki na jej biodra, podążające w najbardziej słusznym kierunku, jaki mógł im dyktować. Tyle że to nie on tu dyktował. Tym razem sięgnął ustami do szyi żony, krótko naznaczając ją mocnymi pocałunkami, które złagodził, a może wzmocnił, krótkim przeciągnięciem nosa po linii żuchwy kobiety. W połowie drogi do ucha, wyrwała z niego ciche syknięcie, wywołane deszczem iskier, które wyczuł na swoich plecach. Zbyt pochłonięty jej ciepłem i zapachem, nie przeanalizował zagrożenia, jakim była jego własna różdżka w jej dłoni. Różdżka, nie rogogon. Bardziej poruszył go szept, który, zdaje się, wykręcił płomień świecy w łuk. Zaabsorbowany całością zjawisk, wyłączając samo zaklęcie, ciągnące ich ku ziemi, zorientował się dopiero gdy wyczuł niesamowite łupnięcie w kolanach i łokciach. Jęknął krótko, raczej nieświadomie. Było w tym tyle dobrego, że jako-tako podtrzymywał Węgierkę, więc ból rozłożyli na dwoje. O ile w ogóle go odczuli...
- Przysięgnę - poprawił ją twardo, zachrypniętym głosem, badając uważnie jej spojrzenie, w swoim nie tracąc typowych dla niego cech - spostrzegawczości, inteligencji i, jakżeby inaczej, pożądania* (gwiazdkę czytaj na końcu!). Przysięgi stały wyżej w hierarchii niż obietnice. Opuszkami palców musnął lekko irkowy policzek, tuż pod błyszczącym okiem. - na swoje instynkty, Blythe - dokończył z uśmieszkiem. Skoro przysięgał na instynkty, raczej nie miał wyjścia i musiał trzymać się danego słowa. Na instynkty zdał się natychmiastowo, choć właściwie robił to już od jakiegoś czasu. Przyjął ochoczo jej pocałunek, zatracając się w nim i odwzajemniając, tak jak potrafił najlepiej. Jedną dłonią przytrzymywał Irę w talii, zaciskając lekko palce i masując powoli; drugą podążył za jej palcami, drocząc się, gdy pozbawiała go ostatniej części ubrania, aby chwilę później przytrzymać jej rękę na swoim biodrze. Razem z uwolnieniem oddechu udało mu się zaśmiać trzema podobnymi nutami, przeciągniętymi mrukliwie jeszcze do jej ust, gdy przytrzymywała jego dolną wargę zębami. Podgryzała dziś znakomicie.
- Nawet w tym najbardziej nieprzyzwoitym - oddychał nierówno, przypatrując się przymkniętym oczom i wsłuchując w głos, wyjątkowo zniewalający w swojej urywanej, gwałtownej odsłonie, odznaczającej się od chwilowej plątaniny, stopniowo układanej w konkretne żądanie. Uśmiechnął się, kolejny raz obdarzając ją cichym, stłumionym śmiechem, a raczej jego zalążkiem. - Więcej? - dopytał cicho, zahaczając palcami o materiał jej bielizny, prześlizgując się pod nim. Archeologiem może nie był, ale niektóre badania wychodziły mu ponadprzeciętnie dobrze. Instynkt?
- Nie chcesz? - wymruczał pytająco kolejny raz, pochylając się, aby na moment przygryźć jej wargę w zastanowieniu. Przydługie włosy zahaczyły o jej czoło i policzki, smagając je lekko. Pozbył się ostatniego skrawka materiału, przysłaniającego jej ciało, odrzucając go niedbale. Rozchylił lekko jej nogi, masując delikatnie najczulszy punkt. - Kieruj mnie. Zaśpiewam, jak pokażesz mi swoje tempo - obiecał, odruchowo zniżając biodra.

*yup, dalej widzę tą emotkę >:C

♥ ♥ ♥:
Patrzyła na niego mieszanką pewności i zdecydowania ze zwątpieniem i uległością jednocześnie. Nie była przy nim pewna wielu rzeczy. Dopiero uczyła się go czytać, tak, jak uczyła się czytać wprawnie i szybko książki, a czytała je znacznie zręczniej niż amatorski użytkownik. Archibald był jednak cięższy w analizie. Nie mówił nic ponad rzeczy, które tylko po bardzo skrupulatnym połączeniu ich w całość zdawały się istotne. Ponad to, nie odpowiadał na pytania, a jedynie udzielał aluzji, które mogłyby pomóc znaleźć odpowiedzi. Nie opowiadał o sobie dużo i nie mówił o uczuciach. Nie dało się go łatwo poznać, na pewno nikomu w tym nie pomagał. O wiele łatwiej było jej badać jego reakcje, a to, mogła i chciała robić, dumna z tego, że chociaż tyle mogła z niego wyciągnąć. Dlatego badała każdy cal jego ciała, przeciągając opuszki palców po kości biodrowej męża najpierw delikatnie, potem dociskając dłoń do jego skóry. Obserwowała różnicę ich karnacji. Wyraźny kontrast odznaczał się między jej śniadą dłonią, a jasną barwą jego ciała. Jedynym ciemniejszym akcentem był cień, jaki rzucały jego wysunięte kości na skórę, czy ślady paznokci, jakie zostawiła wędrując imigracyjnie do jego uda, obserwując niegłębokie zaróżowienia, które zaraz znów wróciły do swojego porcelanowego kolorytu. Prowadziła w dalszym ciągu swoje badania, a najważniejsze spostrzeżenia pozostawiała w formie notatek na jego ciele. Zawsze gdzieś dopisywała drobnym druczkiem swoje uwagi. Drobne malinki, przy szyi, za uchem, Zaczerwienienia na jego skórze, czy zachodzących krwią wargach. Te zapiski, musiała zadbać, żeby odnawiać co kilka chwil, dlatego złożyła ciepły pocałunek na jego ustach, pozwalając mu je potem zniżyć do swoich piersi, by i on zostawił po sobie ślad. Dobrze im się współpracowało. Archibald miał wrodzony talent do eksploracji. Nie musiała go nawet mentorować. Sam dobrze wiedział na czym polegały poprawne badania. Tylko składał bardzo dużo deklaracji, a w życiu, jak w archeologii nic nie było nigdy pewne.
No nie wiem, mój kochany, trochę dużo masz tych milimetrów w domu. Nie możesz sobie pozwolić na próżnowanie — podniosła się lekko, owiewając jego ucho ciepłym oddechem — cele dobieraj sobie realnie, tak, żebyś był pewien ich zrealizowania. Podać Ci przykład?
Lubiła przykłady. Lubiła podawać setki przykładów. Historycznych, naukowych, opartych na tezach, czy przewidywaniach. Lubiła przykłady jak wszystko inne, do czego, chcąc się tym podzielić, mogła używać słów. Słowo – to coś, co dało początek historii, a przecież ją wielbiła porównywalnie z archeologią. I właśnie słowem, najchętniej się posługiwała. W każdej dziedzinie, słowo było najlepsze. Dla kogoś z bogatą wyobraźnią z pewnością.
Może na początek przechrzcimy każdy milimetr tego pomieszczenia? Małymi kroczkami.
Nie było duże. Na pewno mniejsze od jego mieszkania. Ale dość, hm, powiedzmy sobie, abstrakcyjnie, może nawet niefunkcjonalnie zbudowane. Ale jej mąż przecież lubił wyzwania. Właśnie stawiała mu jedno z nich. W celach poznawczych. Zanim przynajmniej treść wyzwania zakłóciło jej westchnienie. Świeca świeciła dzisiaj bardzo nierównie, niepewna swojego dokładnego kształtu. Dopiero próbowała się uformować. Nie znajdowała dla siebie tylko jednej postaci. Przepływała pomiędzy wieloma, od małej iskierki, po nieco większy płomyk, czasami targany w górę przy wyższych oktawach jej westchnień, jak jedno z tych, które w niej wywoływał poruszając najwrażliwsze punkty w swoich badaniach.
Mam wrażenie, że nasze definicje nieprzyzwoitości mogą się od siebie nieznacznie różnić. Możesz mnie nauczyć swoich pojęć —  odetchnęła podnosząc się na tyle, żeby móc opleść ręce wokół jego karku. W ten sposób jej usta znajdowały się bardzo blisko jego ucha, więc mogła pozwolić swojej świecy na lekkie przytłumienia ognia, kiedy mówiła ciszej, pozbawionym równego oddechu tonem:
Dokładnie o tyle więcej o ile mi dasz — doprecyzowała uśmiechając się lekko i mógł ten uśmiech bardzo dobrze wyczuć, skoro jej usta przylegały do płatka jego ucha. Ułatwiała mu i sobie dzisiaj trochę przestrzeń badań. W końcu, skoro już pewien teren, w który Archibald się zapuszczał, znała, nie byłoby przecież oszustwem mu pomóc. Działali przecież w jednej ekipie badawczej. Nawet jeśli czasami działali nierówno i każdy zajmował się własnymi wykopaliskami. W odnajdowaniu niektórych zasobów postanowiła mu pomóc, delikatnie przykładając palce do jego własnych, naprowadzając go na pewne tory, kontrolując jego powolne jeszcze ruchy. Takie tempo jej odpowiadało. Do wszystkiego potrzeba było czasu.
Jeśli mam Ci akompaniamentować, będziesz się musiał bardziej postarać. Nie umiem tak ładnie śpiewać. Musisz mnie ośmielić. W zamian podzielę się swoimi talentami. Myślisz, że możemy wymienić doświadczenie w ten sposób?
Nie mogła poradzić, ze była za grzeczna na wysuwanie żądań. O wiele łatwiej wychodziły jej prośby i sugestie. Czasami nawet zachęta. Powoli wzrastający płomień świecy kiedy przyśpieszał jej oddech.
Nie chcę się dłużej domyślać czy jesteśmy razem w życiu, czy na papierze. Nie chcę być niepotwierdzoną historią o jakiej piszą na kartach historii, czy w urzędowych dokumentacjach. Nie chcę być Zaginioną Atlantydą mugoli. Wolę być czarodziejską Atlantydą, tą która egzystuje naprawdę. I nie chcę swojej drugiej połówki Atlantydy dzielić z turystami.
W ten pokrętny sposób próbowała się dowiedzieć czy była dla niego jedną. Niekoniecznie tą jedyną, tylko po prostu… nie uważał, że lepiej byłoby rozwiązać jej wątpliwości niekoniecznie legalizacją związku, bo tą mieli już za sobą, ale zapewnieniem, że jego legalizacja nie była tylko skutkiem palenia oprylaka? Potrzebowała tylko wiedzieć, gdzie kończy się jego granica zabawy. Mogła się z nim bawić w dom, ale nie chciała do niego zapraszać innych gości. Kobiet. Nie chciała widzieć innych kobiet w ich wspólnym domu. Nawet jeśli był wspólny tylko dlatego, że była bardzo nieupierdliwym współlokatorem. Zajmowała mniej miejsca niż jej książki, na przykład. Nie była tylko pewna, czy jej książki zajmują mniej miejsca niż książki Archibalda.
Nie chcę zgadywać, czy paliłeś kiedyś oprylaka z kimś innym. Albo co gorsza, palisz?
Nie była nawet świadoma, że poruszając ten temat, zawiesiła jego dłoń w bezruchu, skazując ją na zapoznawanie się z ciepłem i niecierpliwością jej gotowego do przyjęcia go w życiu, w domu i w sercu, łona. Tego bardziej dosłownego też, jak miał okazję na pewno, właściwie sobie, zauważyć.

X
Sam proces nauki, a przykład owego mieli podany praktycznie na tacy w swoich sytuacjach - zbliżeniowych i niekoniecznie, potrafił być równie przyjemny i satysfakcjonujący, jak sama wiedza. Jeżeli zdobywało się ją od podstaw, stopniowo odkrywając coraz więcej, drążąc temat z fascynacją i oddaniem, ciężko było o rozczarowanie. W takim wypadku porażka albo zawód mogły wiązać się tylko z nieciekawą puentą - dennym zakończeniem, przeczącym wszystkiemu, co działo się po drodze. Nie znaczyło to jednak, że najprostsze finisze zawsze były złe. Choć sprowadzenie wszystkich możliwości do kilku ukierunkowanych przykładów graniczyło z cudem, ułatwienie mogło być zwiastunem zaskoczenia. Lawirując pomiędzy zawiłościami, metaforami, wskazówkami, niedosłownością, poruszając się zawsze pod osłoną mgły i zatajając fakty (albo bardziej - trzymając je wyłącznie dla siebie), Archibald miał w sobie dużo prostoty i oczywistości. Często to na ich tle budowały się skomplikowane wieloznaczności i pętle. Najbardziej czytelny stawał się przy bezpośrednim kontakcie, w bliskiej konfrontacji, co zdążyła już zauważyć. Pozwalał jej na to, co nie zdarzało się często - być może tym go ujęła. Nie dopuszczał do siebie ludzi, odgradzając się psychicznym murem, który czasem musiał wesprzeć również dodatkiem czysto fizycznym. Trzymał się na dystans, chroniąc swojej prywatności, aby z bezpiecznej odległości móc obserwować otoczenie i nie tak rzadko posuwając się do sterowania nim. Świadomość miał wypracowaną bardzo dokładnie. Niezależnie od tego, czy była to świadomość świata, ludzi, zachowań czy odruchów, czystą analizą dochodził do sedna, ukrytą perswazją osiągając stawiane sobie cele. Fosa zazwyczaj była niezawodna. Ira jednak, idąc za jej żywiołowością, potrafiła być tak samo silną wodą, jak i ogniem. Nie wykorzystywała wyrwy w murze, którą ktoś kiedyś zostawił - a takie również dałoby się znaleźć, nie uciekała się do postępów, kombinowania ani podchodów, na które reagował alergicznie. Dążenie do zdobycia jego uwagi za wszelką cenę zazwyczaj było równe ze spisaniem na straty. Ona zwyczajnie utworzyła sobie przejście, taranując tak delikatnie, że nawet nie zareagował. Może dostrzegł coś kątem oka i nie chciał widzieć więcej, dążąc do przełamania schematów i nudy, przemykających pod każdym zabezpieczeniem. Węgierka szybko przeniknęła do fizycznej bliskości, nawet nie tej najbardziej dosłownej i bezpośredniej, ale do jakiejkolwiek. Zainicjowała kontakt, który nic nie wymuszał. Zazwyczaj jeśli ktoś coś zaczynał, był to Archibald. Później podzielili się tą rolą, ale początek zależał głównie od niej.  Dzięki temu wprowadzeniu skończył z uzależnieniem od jej badań. W duchu współczesności - na całym tym murze wypisała mu "przepadłeś, Archie". Ale dopisała serduszko, bo przecież nie była wandalem.
Wracając jednak do tego, co wypisywała na jego ciele, a nie na murze i umyśle, kombinacja drapnięć, muśnięć, pocałunków i westchnień sprowadzała go do stanu, któremu do używalności było daleko. Chyba że za używalność przyjąć tylko jedną funkcję, w takim wypadku wprawiła go w stan używalności ponadprzeciętnej. I nie była to wcale używalność słowna, z którą już i bez dreszczy miał problem w jej towarzystwie. Zaśmiał się z realności swoich celów, zakańczając przyjemny dźwięk krótkim "hm?". Na szczęście wcześniejszą używalność słowną uzupełniała za niego. Niezawodna, jak zawsze!
- Skoro to jest realne - zaczął, przerywając na moment, aby przejechać językiem po jej skórze. - mieszkanie zdążymy przechrzcić kilka razy. Ty jesteś dokładna, a ja nie próżnuję - uzupełnił. - Poprowadzę cię po milimetrach, żebyś mogła je policzyć.
Wstrzymał na chwilę oddech, nawet nie zauważając, kiedy w jej westchnięcia wplótł swoje. Świadomie czy nie - zacisnęła palce na jego karku, drażniąc paznokciami skórę. Mówiąca o nieprzyzwoitości brzmiała tak nowo, że aż uchylił powieki, które uprzednio przymknął, koncentrując się na migotaniu płomienia. Przygaszony jej szeptem wypowiadał się jeszcze wymowniej. Nawet uśmiech, zmieniający subtelnie nuty jej głosu, dawał się odczuć.
- Najwięcej, Blythe - sprostował, deklarując i wskazując jej ponownie, ile powinna żądać. W tej zabawie w mentora, nawet przy tak pokaźnych roszczeniach, pozostawał stopień wyżej. Podczas gdy ona precyzowała oczekiwania lub wymagania, jak kto woli, on zwyczajnie egzekwował to, czego chciał. Przeszedł etap żądań, a po uzyskaniu zezwolenia, zwyczajnie korzystał. Przy różnych wykopaliskach najwyraźniej dało się dotrzeć do wspólnego celu. Czerpał z jej wskazówek, ale nie poddał się im całkowicie. Musnął ustami szczupłe ramię, zaznaczając obojczyk.
- Przed chwilą byłaś bardzo dobrym podkładem - skomplementował, wracając ustami do jej szyi. - Jeśli tak dalej pójdzie, będziemy doświadczonym duetem.
Rozumiał jej intencje i porównania, w zasadzie od wtedy, kiedy zaczęła mówić, czuł, że zmierza w tym kierunku, ale dopiero ostateczne podsumowanie rozwiało wątpliwości. Nie tylko dłoń trwała w bezruchu. Zatrzymał się całkowicie, na sekundę pozwalając niechcianej myśli wkraść się do umysłu. Nie miał na nią ochoty. Nieprzyjemny dreszcz zmieszał się z podnieceniem, więc automatycznie wybrał to, co było lepsze. Poruszył się, pragnąc odnaleźć w nagłej ciszy cokolwiek. Pierwszym, na co natrafił poza ciałem Iry, był jej zapach. Skupił się na nim, powoli przesuwając się wyżej, aby móc zaangażować usta w pocałunek. Nie chciał streszczać jej swojego życia ani tłumaczyć, co działo się kiedyś. Nie w tym momencie. Nie spieszył się, wyważając tempo, aby zgrać je z dłonią, która niestrudzenie rozpieszczała jego żonę. Wykradł z jej ust kolejny dźwięk i dopiero wtedy oddalił się o milimetry, aby móc spojrzeć jej w oczy. Przynajmniej tu mógł być szczery. Tu nie musiał się oszukiwać.
- Nie palę. Nie zdradzam cię. - odpowiedział bezpośrednio, nie pozostawiając żadnych wątpliwości. O ile mu wierzyła, rzecz jasna, bez takiej podstawy wahanie było oczywiste. - Tylko nie pozwól mi odejść, bo oboje na tym stracimy - prośby nie zdarzały mu się często. Szczególnie te zupełnie poważne. Dlatego, chcąc mieć prośby jak najszybciej za sobą, kolejny raz przypadł do jej ust, nie pozwalając na żadne zapewnienia, obietnice, kolejne pytania. Pamiętał też o tym, co wyegzekwowała, a że egzekwowała bardzo ładnie, nie było żadnych przeciwwskazań, aby trochę pomanipulować swoim głosem. W najprostszy sposób. To, co było zepsute, czasem trzeba było naprawić; złączyć to, co było zerwane. Najbardziej naturalnie przyszło mu kilka wersów.
- You're the Conversation, I'm the Game. Photographs paint mistakes in your suitcase. So listen, Conversation, I've lost the way. I want to be the fool in your suitcase.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Romantyczne gniazdko   Czw Gru 10 2015, 15:45

What is love:

Jako osoba bardzo rzadko uciekająca się do podstępów, jeśli nie wcale, była pewna, ze nie robił tego specjalnie. Nie rozpraszał jej w celu uniknięcia rozmowy na niewygodne dla niego tematy. Była do tego tak przekonana, jak co do tego, że to o czym chciała z nim rozmawiać było dla niej bardzo istotne. Ostatecznie nie była już pewna w co wolała wierzyć bardziej. W jego czyste intencje, czy w swój zamiar rozmowy. Skutecznie, świadomie, czy nie, przesunął te rozważania na chwilę na bok. W jego towarzystwie popełniała wiele karygodnych błędów w podstawach komunikacji. Komunikacja, na ten przykład, miała na celu, właśnie, komunikowanie. Istniała sama dla siebie. Gadanie dla gadania. Oni nie gadali. Nie wymieniali się słowami rzucanymi w eter. Tylko ona mówiła, a on słuchał i dawał jej jedynie myśleć, ze odpowiada naprawdę. W rzeczywistości, pobudzał jej rozum do zadawania kolejnych pytań, na które, znów, nie odpowiadał. To nie był problem, ze nigdy tego nie robił. To było po prostu trudniejsze, zrozumieć go, kiedy nie udzielał jej żadnych odpowiedzi, a tylko subtelne wskazówki. A chociaż Ira nie lubiła łatwych rzeczy, trudne, jak wszystkim, sprawiały jej… cóż, no… trudności. Zwykle sobie z nimi dobrze radziła, ale nie kiedy jej myśli uciekały ku innym, mniej banalnym rzeczom niż zrozumienie. Emocje i wrażenia były właśnie takie, nietuzinkowe. Archibald dostarczał jej tej nietuzinkowości całkiem sporo. Tak od serca. Ironicznie, bo przecież jak twierdził, wcale jej nie kochał. Cały był dość ironiczny w zagmatwaniu definicji zakazanej miłości. Wrzucał w tabu kochanie go, kochanie jej, kiedy kochanie się, wyraźnie, przychodziło mu z kolei bardzo naturalnie, a już dla odmiany ich kochanie siebie, stwarzało mu pewne problemy natury moralnej. Przynajmniej tej moralności, która siedziała głęboko zakorzeniona w nim, bo na pewno Ira do niej się nie poczuwała. Ze swoją chęcią rozmowy na temat jakiegokolwiek kochania zajmowała raczej przeciwne stanowisko. Nie była tak wrażliwa na subtelne różnice w jakichkolwiek stopniach kochania, siebie, go, jej, się. Dla niej byłoby zbyt małostkowym rozróżniać te rzeczy. W życiu każdego człowieka istnieje tyle rzeczy wartych zapamiętania, że dzielenie jednego tematu na części stawało się dużym marnotrawieniem dla tego, co mogło zastąpić to miejsce. Zamiast więc rozdrabniać się pomiędzy bardzo drobne różnice w kochaniu. Wolała kochać go po prostu. Bez podziału. Kochać jego, się i z nim – dwa ostatnie brzmiały nawet lepiej nierozdzielone spójnikiem.
Miłość przybierała dla niej różną formę. Nie chodziło o to, żeby dobrze razem brzmieć, a jak widać, tworzył się z nich całkiem niezły duet, jak już słusznie pan Blythe zdążył zauważyć. Tylko chyba chodziło o to, żeby dobrze się w tym brzmieniu czuć. A ona czuła się bardzo dobrze. Obecnie, w swoim ułożeniu i tak ogólnie blisko niego. Nie zawsze w ten najbardziej dosłowny sposób jak teraz. Miłość ma chyba to do siebie, że tak samo doświadczać jej można w milczeniu ؎ jeśli milcząc jak oni teraz, za sprawą miłej pieszczoty dla ust, to jeszcze lepiej, ale też i w żywej rozmowie – nawet jeśli czasem rozmowa znaczyła salwę westchnień i innych dźwięków, które lubiła nie mniej od słów. Najbardziej bowiem lubiła dzielić się nimi z nim. I chociaż przyjmował to bardzo chętnie, to zupełnie nieświadomie, że nie musiał przyjmować ich tak przekonująco. Zaangażowanie, jakie jej pokazywał było dla niej zaprzeczeniem tego, co z kolei czasami zdarzało mu się mówić. Nic więc dziwnego, że Irina, koniec końców, dostrzegając wszystkie te szczegóły, zaczynała się gubić. Jej zmorą było to, ze czasami widziała za dużo. Może nawet więcej od niego, skoro wyraźnie widziała miłość wokół nich. Gdzie popełniła błąd? Tego nie była właśnie pewna. Ale wierzyła mu i wierzyła mu tak samo mocno, kiedy przekonywał ją, że on nie kochał jej. Nie zauważyła więc żadnej nieprawidłowości w tym, że tym samym przestała wierzyć sobie. „Kocha Cię” – uspokajała się tą myślą wcześniej, odkrywając, że „Wcale nie”, bo w tej kwestii więcej on miał do powiedzenia od niej. Próbowała się przekonywać: „że to w sumie nieistotne”, jakie to miało znaczenie, skoro „było jej tak dobrze”, ale już „tak było dobrze” wcale dobre nie było.
Więc przyznajesz, że jesteśmy razem? — uśmiechnęła się, łapiąc oddech i kolejną głupią nadzieję na to, że to do czegoś ich prowadziło. Naiwne serce chwytało wszystko, co jej podrzucał. I było coś uroczego, w tym, w jaki sposób wierzyła w to, ze to mogło się zmienić i coś równie smutnego w tej jej wierze, która to właśnie niewinne serce narażała na zranienie. Może teraz Ira nie widziała tego w ten właśnie sposób, ale Archibald konsekwentnie dawał jej złudne poczucie bezpieczeństwa i wiary, tylko po to, żeby kiedyś tą pełną ufności istotkę, jakim bez wątpienia była jego żona, złamać. I nawet nie był świadomy tego, jak przywiązywała się do każdej jego, nawet najdrobniejszej, obietnicy. Mówiąc, że jest jedną i że chętnie by jej nie zostawiał, słyszała: „kocham”, nawet jeśli każdy inny, adekwatnie do jego słów, usłyszałby: „to tylko dobry seks”.  Bo przecież o czym innym do stracenia mógł mówić? O niej? Nie można posiadać kogoś, kogo się nie kocha. Ona mogła stracić jego, to prawda, bo była mu całkiem oddana. Oddała mu siebie, ciało, duszę, wszystko jemu dała. A chociaż nie przyjął tego wcale, jej drżące serce leżało teraz dokładnie między nimi i łatwo było je zdeptać. Najgorsze w tym wszystkim było to, że koniec końców, w całej tej chorej sytuacji – była szczęśliwa.  Do następnego wypowiedzianego: „kocham Cię”, niewypowiedzianym z jego ust, które pozbawi ją złudzeń. Ktoś w końcu to serce zdepcze, bo stali za blisko niego, żeby tego uniknąć.
Gdzie chciałbyś, kochanie, iść? Tutaj nie ma za dużo przestrzeni, w którą mógłbyś uciec —mruknęła rozbawiona, jakby na dowód tego, przyciągając go do siebie, zgubiona. W nim, w jego dotyku, w pocałunkach, w słowach, które modulował w przestrzeni. W jego postrzeganiu świata. Bo wiedziała, ze widział go na większej ilości przestrzeni.
Pamiętasz to zaklęcie? To, które miało mi odpowiedzieć na to, co czujesz? Chciałabym to wiedzieć teraz — mruknęła szeptem tak melodyjnym, że wbiła się pomiędzy nuty, które odśpiewywał, bez większej ingerencji w piękne słowa kilku wersów.
I była albo głupia, albo odważna, że postanowiła zignorować fakt, ze to samo zaklęcie, we wcześniejszym użyciu było źródłem największego bólu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Romantyczne gniazdko   Sob Sty 30 2016, 02:14

poza wywodem czysto filozoficzno-psychologicznym - +18 :v

Sprzeczności i niedopowiedzenia były jego specjalnością. Nauczył się ich zdumiewająco szybko, potrafiąc kierować rozmowami nie tyle na swoją korzyść, co odwodząc temat od siebie samego. Wolał dystans. Wolał wiedzieć, niż żeby to o nim wiedziano. Niektórym brakowało tej cechy i nawet nie musieliby postępować dokładnie jak on, wystarczyłoby, gdyby nieco wszystko zrównoważyli - nie potrafili tego. Ludzie, w jego mniemaniu, byli niesłychanie ułomni i zastani, zaślepieni tym typem egoizmu, który nie pozwalał im się rozglądać. On również był egoistą i akceptował ten fakt. Nie miał jednak problemu z obserwowaniem świata i zapamiętaniem kilku podstawowych praw nim rządzących. Kiedy więc trafiał na ludzi wykazujących większe znamiona rozumu, trzymał się ich. Na swój sposób, ale jednak. Ira niezaprzeczalnie się do nich zaliczała, w tym momencie chyba najbardziej ze wszystkich należała do tej grupy i nawet zdołała wyodrębnić sobie własną. Nieokreśloną.
Nie potrafił do końca przyznać, że są razem, są szczęśliwym małżeństwem i kochają się. Może było to zbyt proste na jego proste skomplikowanie. Nie było mowy, że nazwałby ją przyjaciółką. Nie dlatego, że nią nie była - była, owszem. Jednak nawet on, tak bardzo rozpustny, nie uprawiałby seksu z przyjaciółkami, gdyby jeszcze jakieś miał. Wyjaśnianie, że jest "czymś pomiędzy" było z kolei dziecinne i stanowiło idealny przykład ucieczki od zobowiązania. Nie chciał zobowiązań. Nie chciał krzywdzenia. Nie chciał samotności, nie chciał przerywać kontaktu, nie chciał upraszczać ich relacji do miana przyjaźni, którą nie była. Nie chciał wielu rzeczy. Dlatego nie nazywał. Tylko w jakiś sposób w tym wszystkim, poza samą prymitywną chęcią ciała, chciał jej. Cały czas więcej, stopniowo dorastając do spostrzeżenia, że nie było takiego momentu, w której by jej nie chciał. Ale wciąż było mu mało. To nie stanowiło miłości. Samej Irze nic nie brakowało. To on był niekompletny, wyrwany z kontekstu.
Nie był specjalnie powolny. Zazwyczaj swoje tempo kontrolował i kierował nim tak, aby dopasowało się do sytuacji - podbudowując napięcie, uspokajając otoczenie, czy zwyczajnie dając mu czas na reakcję. Wiedział, jak działać sprawniej. Węgierka burzyła to i była przy tym niesamowicie autentyczna i urzekająca. Potrafiła go złamać, ale jakby nie patrzeć, wszystko działo się dosyć szybko. Przejście z etapu na etap, skoczne i nieregularne, nie zajmowało im zbyt wiele czasu, a na obecnym stanęli w zastraszającym dla niego tempie. Gra rzeczywiście mocno się rozkręciła. Do tego stopnia, że zupełnie nie pamiętał, co myślał na jej początku. Pamiętał tylko impuls i przekorną ochotę muśnięcia, nie, nie muśnięcia, wyczucia jej ust. Kiedy jeszcze nie zaplątał się w nic skomplikowanego, nie próbował być ostrożny. Trudno powiedzieć, czy tego żałował. Miewał różne momenty. W każdym razie, jego potrzeba czasu wynikała z wcześniejszych doświadczeń i nijak myślał o ich wymazaniu. Skrajnie różne sytuacje wciąż opierały się na tym samym. Z drobną różnicą - o ile w pierwszym przypadku serce podał na tacy, tym razem bronił go dzielnie.
Być może potrzebował rozmowy. Rozmów. Dużej ilości rozmów o wszystkim. Rozmów w jego typie, ale jednak bardziej angażujących jego samego. Nie potrafił z marszu opowiedzieć o sobie, kryjąc się głęboko. To nie działało w ten sposób. O ile miał przeczucie, że rzeczywiście potrafią się zrozumieć, nie miał na to przełożenia. Ufał jej, ale ciążyło mu, że tak mało o nim wie. Chciał jej przekazać wiele rzeczy, ale zwyczajnie nie potrafił. Może tylko nie potrafił zacząć. A kiedy wchodziło się na właściwy tor rozmowy, potrafiła płynąć sama i człowiek nawet nie zauważał, kiedy rzeczywiście zaczyna się mówić o trudnych i ukrytych rzeczach. Ciężko było mu przyjąć do siebie jej wyznanie, bo problemem nie było to, że w nie nie wierzył, ale fakt, że wciąż było sporo rzeczy, które musiała w nim poznać. Nawet jeśli nie dla siebie - dla niego. Skąd jednak miała o tym wiedzieć, jeśli nie mówił? W dużej mierze jego trudność polegała na tym, że trzeba było się nagimnastykować, aby znaleźć punkt, z którego coś ruszy dalej, a potem szukać zupełnie innego punktu, bez którego nie było mowy o postępie. Nie było to błędnym kołem, ale uparcie dążyło do tego miana, odwijając się tuż przy złączeniu, sugerującym właśnie taki kształt. Był trudny w interpretacji, bo nikt nie znał kontekstu. Udowodnił to sobie kolejny raz, gdy bezpośrednio pokazał jej swoje wielkie bagno uczuć, którego nie była w stanie zrozumieć. Tym samym wymierzył cios prosto w nią, choć wcale nie zamierzał. Dlaczego miałby chcieć rozrywać jej serce na strzępy, kiedy było tak ciepłe i sprawiało, że coś w jego życiu się zmieniało. Czuł to podświadomie i podświadomie trzymał się jej mocno, być może mocniej, niż ona sama. I może dlatego to wyczuwała. Musieli znaleźć do siebie drogę, bo wbrew pozorom, wciąż tego nie zrobili. Wciąż skakali po losowych polach, omijając podstawowe. Ślub był bonusem, seks urozmaiceniem i kaprysem. Wszystko wciąż było podświadome.
Zaśmiał się krótko.
- Blythe, równie dobrze mogę mówić wszystko, żeby było mi wygodnie - przyznał szczerze, znów uciekając od odpowiedzi. - Nazywanie cię moim nazwiskiem już coś znaczy, nie sądzisz? - zapytał mrukliwie, wciąż mącąc, ale skompletowanie całej kwestii zajęło mu sporo czasu, kiedy podążył ustami nieco niżej, stęskniony za jej ciałem.
- Niedaleko - odpowiedział, badając delikatnie, ale dosyć stanowczo, jej najczulszy punkt i czując, jak kącik ust drżąco unosi się do góry w uśmiechu, uniósł też swoje spojrzenie, bo bezczelne wpatrywanie prosto w oczy też nie stanowiło dla niego żadnego trudu. - Tutaj - wyjaśnił krótko, łapiąc jeszcze jej kwestię, zanim udał się na swoją niedaleką wycieczkę. Zastanawiał się moment nad odpowiedzią, wahając się przy decyzji. Z jednej strony teraz mógł przekazać jej ni więcej, ni mniej, jak ogromne pragnienie, przez które niemalże drżał. Z drugiej, coś przypadkiem mogło zaburzyć cały przekaz, a nie było nawet mowy o tym, że zinterpretuje wszystko odpowiednio. Poza tym, w takim stanie próby rzucania złożonych zaklęć mogły zwalić im Atlantydę na chude ciałka. Jak był w stanie trzymać się jakiejkolwiek logiki? Kto by to wiedział.
- Nie. Nie chcę pamiętać i bardzo się zdziwię, jeśli ty chcesz - postanowił, chwilę później wzdychając do ucha Węgierki, tym razem będąc źródłem nieco przyjemniejszego bólu, niż ostatnio.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Romantyczne gniazdko   Sob Sty 30 2016, 04:49

Takie +18 z bajek dla dzieci

Miała mu nie pozwolić odejść. Swoje zadanie potraktowała dość poważnie, bardzo zachęcająco akompantiamentując mu w jego działaniach, dokładnie wiedząc, jak bardzo lubił muzykę. Ona muzyki nie znała. Zdawała się w niej tylko na instynkty i może żadna z niej była kompozytorka, ale przynajmniej jeden jej rodzaj potrafiła bardzo dobrze tworzyć. Piękne nuty spływały z jej warg, kiedy uchylała je bardzo delikatnie, a jeszcze piękniejsze, kiedy oddawała się tej twórczej wenie, w jaką popadli, nie przejmując się niewygodną pozycją, czy nie zawsze dobrze strojącymi w jej przypadku instrumentami. Te, na których grał Archibald zdawały się zawsze grać dobrze. Czegokolwiek nie dotknęła się jego magiczna rączka, to przecież rodziło dobre owoce. Nikt, jak jej mąż nie był tak perfekcyjny w kilku dziedzinach, nie będąc w nich doskonałym wcale. Kochała jego niedoskonałości. W jakiś chory, ironiczny sposób kochała nawet to, jak szczuł ją swoją miłością, nawarstwiając między nimi napięcie. To, któremu teraz pozwalał z niej spłynąć w zaledwie kilku wprawnych elementach swojej gry. Instrument jej ciała wygiął się w łuk przy kolejnym naciśnięciu klawisza. Tak, jak skomplikowany mechanizm pianina z łatwością ulegał kilku tylko ruchom palców Archibalda, tak samo Irina teraz poddawała się tego samego, bezbronna wobec muzyka, który z jeszcze większa łatwością ujarzmiał swoją żonę, jak tylko fortepian. Nie było już mowy o rozmowie. W tym momencie już nie mówiła, w pewnym sensie może śpiewała. Najpierw cicho, dopiero później coraz głośniej, szukając własnych instrumentów, którymi mogłaby się wspomóc. Znalazła jeden, na którym gra szła jej chyba całkiem nieźle. Palce przesnuły się po całym jego zarysie, zachęcając do wspólnego duetu. Jakkolwiek nieporadnie, bo przecież w obecności takiego wirtuoza, który nie zaprzestawał wcale swojej gry, trudno było się skupić. Nie onieśmielał jej. Irina musiałaby się wtedy zgodzić, ze ktoś potrafi wprawić ją w dyskomfort, a zbyt mocno wierzyła w ludzi, żeby to przyznać. Motywował ją za to. Dla niego uczyła się grać w jego nutach. Opuszki palców badały więc odnaleziony przez nią instrument bardzo wnikliwie, z poważnym podejściem do tej kwestii. Jeśli jednak miała wejść w tą symfonię, potrzebowała trochę przestrzeni. Zagryzła wargę nie wiedząc jak o nią poprosić. Nie musiała. Jeden utwór skończył się jej fasadowym zawołaniem jego imienia.
Przepraszam — usta ułożyły się w słowa i nawet wypuściła powietrze z płuc z wyraźnym świstem, czując jak całe jej napięcie zdążyło już z niej ujść, ale nie padły żadne słowa, tylko raczej nieme przeprosiny, że nie wzięła w tej arii większego udziału. Potrzebowała chwili na zregenerowanie sił, żeby odkupić ten błąd. Wy wszyscy, którzy to czytacie, pewnie kupiliście bilety na dłuższą symfonię. Irka nie chcąc zawieść niczyich oczekiwań podjęła się jednak konfrontacji ze swoim wybranym instrumentem. Przez chwilę bawiła się nim prawie niewinnie w dłoni, odpokutowując, że na chwilę straciła zainteresowanie nim, żeby potem udowodnić, że jednak jest zaangażowana w poznanie jego właściwości bardziej niż była wcześniej. Dociskała palce do osobliwych, czułych punktów, które, jak się domyślała, mogły zesłać na nich pierwsze, jakiekolwiek zadowalające ją nuty, ale żeby tego sobie nie upraszczać za bardzo, bo proste rzeczy były nudne i niestworzone dla Blythe, przywarła wargami do ust Archibalda, całując je tak samo rozkosznie, jak namiętnie, w równym tempie melodii, jaką chciała im wyegzekwować. Archie kiedyś jej powiedział, że powinna bardziej przekonana stawać na wysokości postawionych sobie zadań. Zjechała wargami niżej, na jego szyję, dając mu szansę dać sygnał, jak jej to szło. Grała pewnie, bo miała dobrego nauczyciela, lekkie posuwiste ruchy po częściach instrumentu też były raczej trafione, skoro poznała go już wcześniej i źródło oddawania najlepszych nut. Nie przeszkodziło jej to jednak szukać takiej kombinacji ruchów, która uczyniłaby tą grę lepszą. Przy tej okazji, postanowiła rozwiązać jeszcze inną, nurtującą ją kwestię.
—  Powiedz mi, Archie… Mam naciskać na Ciebie czy nie naciskać wcale?
Dała mu do zrozumienia o treści swoich słów w swoich ruchach, ale wyłącznie w celach demonstracyjnych, żeby lepiej zrozumiał przekaz, zapamiętał go na dłużej i wziął go sobie bardziej do serca. Mężczyźni ponoć byli bardziej doświadczalni od kobiet, kobietom czasami wystarczały tylko słowa, oni potrzebowali jeszcze czynności. Znała psychologię. Rok zaliczania fakultetu na archeologii w końcu na coś jej się przydał — i… jeszcze jedno…
Niepokojąco zmieniła pozycję, siadając mu na kolanach. Wyraźnie poddała się tej grze. Bardzo jej się spodobało komponowanie. Teraz musiał pilnować, żeby nie przejęła pałeczek, skoro już załapała, o co w tym dyrygowaniu chodzi. Bardzo stanowczym ruchem, raptownym i dynamicznym ruchem, jak na dyrygenta przy ożywionej muzyce przystało, złączyła ich instrumenty we wspólnej grze, być może nawet z początku zbyt gwałtownej i porywistej, bo zaraz zwolniła tempo, pozwalając ażeby ta siła jej dyrygowania była zaledwie tylko jednym tonem, zanim poruszyła muzykę w wrażliwą, choć stanowczą płynność.
… chciałbyś być razem, czy może jednak… — dopytała, zawieszając grę, żeby gdzieś w powietrzu zginęło proste westchnienie, zanim zakończyła wypowiedź — … osobno? — tutaj ich duet na chwilę się rozłączył. Patrzyła mu w oczy, uśmiechając się skromnie, a jako, że wybór mógł być dość ciężki, mógł się trochę zgubić w nagłych zmianach temp melodii, pochyliła się nad nim znów, wznawiając ten sam rytm, co przed chwilą, na obu instrumentach, szeptem pytając zaraz obok jego ucha — Co wolisz? — przygryzła je, poruszając pałeczkami bardzo wprawnie, nie dając mu przejąć kontroli nad jej własną muzyką, która zaraz potem… ucichła, a Irka opadła na ziemię obok Archibalda, rumiana na twarzy, bo był to jej pierwszy tego rodzaju występ. Chciała, żeby to on zdecydował, czy chciał w nim dotrzeć do końca, czy sam wolał dojść do tego, jak miał się skończyć.
Jak się zdecydujesz, daj mi znać.  
Czasami bywała zadziorna, ale tylko wtedy, kiedy sytuacja sama się o to prosiła. Była inteligentną kobietą, wiec inteligentnie reagowała na pewne kwestie. To po prostu musiało być zakorzenione w jej naturze. Nie złośliwość. Bystrość z jaką wyłapywała i wykładała na stół szczegóły. Z dobroci serca, żeby nie wytknąć, a pokazać ludziom pewne nieprawidłowości. Żeby następnym razem dostrzegali je już sami. Czasami konieczny był do tego niesforny komentarz. W niektórych przypadkach, jak w tym, wystarczył tylko gest.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Romantyczne gniazdko   Sob Sty 30 2016, 23:27

+18

Muzyka zawsze działała na niego ponadprzeciętnie pobudzająco. Przynosiła ze sobą jeden z tych momentów, w których zatracał się w swoich zmysłach na tyle, aby móc się w nich pogubić i nie musieć niczego żałować, ani nawet pamiętać. Wszelkie połączenia nie miały znaczenia. Odczuwał każdym zmysłem oddzielnie, a synestezja stanowiła jakby dodatkowe dwa. Nie wiedział, jak to jest ich nie posiadać. Czasem jednak działały bardziej, wszystkie na raz, bombardując go prawdziwą lawiną odczuć - jak teraz. Sam dźwięk głosu Iriny był wystarczająco przyjemny, a jeśli dołączyć do tego sposób, w jaki ów dźwięk wydawała, obrazy, majaczące mu na horyzoncie zmysłów, jej zapach, ciepło i zupełnie wszystko, co składało się na Irinę Blythe - zaczynał gubić się bardzo szybko. Nawet świeca, ich nieodłączne towarzystwo, zdawała się dążyć do wyższego erotyzmu, rozbłyskując w tempie Węgierki, ze światłem i mocą jej odpowiednimi. Automatycznie grał swoje nuty, nie zapominając o zróżnicowaniu melodii, zatapiając się w tworzonym przez nich dziele. Nie pamiętał nawet, kto zaczął i skąd przypłynęła idea. Był tak zaangażowany i zaaferowany dźwiękami z danej chwili, że nie pamiętał już kilku poprzednich, ale wciąż bardzo sprawnie tworzył i przyjmował kolejne. Łapał każdy ruch i drgnięcie, potęgując je w sobie, przebiegając wolną dłonią po zarysie kręgosłupa, z niemożliwą precyzją i pieczołowitością przyciągając do siebie upragnione ciało. Tym razem zupełnie improwizował, kontrolę dało się wyczuć jedynie w pojedynczych akordach, dlatego chętnie oddawał się nie tylko chwalebnym partiom irkowych westchnień, ale również jej grze. Właściwie sięgali poza granice fortepianowej gamy. Bliżej im było do całej orkiestry. Różnorodnie, ale jednak składając się w jedną całość, którą nie sposób było uzyskać za pomocą jednego instrumentu.
On też się oddawał. Traktował jej zadanie równie poważnie i jakaś mała, obecna cząstka rozsądku, zawieszona daleko i mająca zadziałać dopiero później, gdy miał odzyskać zdolność do przetwarzania informacji, pokryła się warstwami ulgi, szczęścia i nawet nadziei. Aprobował jej podejście, zaangażowanie i podziwiał zdolność do niezrażania się. Potrzeba bliskości absolutnej rządziła się swoimi prawami, ale wcale nie było tak, że rozdzielał ją od rzeczywistych uczuć. Niezależnie od tego, czy miłość miała być im pisana, czy nie, ich ciała zgrywały się ze sobą i był to zwyczajny, goły fakt. Ale choćby chciał, nie potrafiłby powiedzieć, że to tylko gra i zgodność feromonów. Przekroczył ten etap. Prawdopodobnie wcale go nie było. Może nie wpisywał się w ich przestrzeń od początku. Dlatego cząstka rozsądku była niezmiernie wdzięczna za miliony otrzymanych szans, czas i poważne podejście do kwestii. Archibald mógł odpuścić przez swoje przeświadczenie, że całe to zamieszanie wyjdzie jego żonie na złe. I choć był egoistą, unikającym przywiązywania się do ludzi, nie mógł nic poradzić na to, że przywiązanie działało niezależnie od niego.
W reakcji na swoje imię, usłyszane w tym tonie, przyjął zimny dreszcz, przeszywający całe ciało. Niewykluczone, że dał się odczuć także samej sprawczyni - w chwilowym zaciśnięciu palców i mocniejszym akcencie utworu. Pozwolił jej na wszystko.
Robił dla niej masę wyjątków, od samego początku. Pozwalał wejść do swojego świata, niejednokrotnie umożliwiając jego eksplorację, która tylko wymagała drobnego dopracowania. Pozwalał jej na chwile zapomnienia i na prowokacje, na ujrzenie garstki prawdziwych oblicz i na poznanie zachowań, na zaskakiwanie i opowieści, na zwracanie się do niego per Archie. Jeszcze nie zdążył zauważyć, że nie tylko mu to nie przeszkadza, ale również najzwyczajniej go pociąga. To, co u innych irytowało, u niej nie było drażniące. Składało się na olśniewającą całość, dla której zrobił wyjątek i pozwolił wywoływać palące wyrzuty sumienia. Za siebie. To wszystko było jednak częścią przeszłych i przyszłych rozmyślań. W teraźniejszych oczywistym stanem było kochanie jej. Nie widział, i nie chciał widzieć, świata poza nagim, kościstym jak on sam metr siedemdziesiąt siedem, rozpieszczającym go właśnie do granic możliwości. Niemożliwie do opisania pragnął w tym samym momencie wszystkiego na raz.
Nie był dłużny w pocałunkach, ale urywał je, przyspieszonym oddechem wyrywając z siebie nuty, aby za chwilę gorączkowo odszukiwać jej usta. Prawdziwie odetchnął dopiero w swojej przerwie na solowy występ. Prawie, bo dziś nic nie było solowe. Nie powstrzymywał swojej krótkiej improwizacji, oczarowany jej postępami i całkowicie na nich skupiony. Akcentował najlepsze momenty na jej skórze, zachęcając żonę swoimi sprawnymi palcami, którymi powiódł po jej dłoniach, ramionach, szyi, aby ostatecznie podrażnić paznokciami zgrabną talię. Z trudem wyłapał jej słowa, targnięty kolejnym dreszczem. Tym samym nie było mowy, aby mógł je zapomnieć. Nie odpowiedział jednak, przyglądając się jej spod uchylonych powiek. Zdążył machinalnie objąć jej biodra, zanim zaskoczyła go nagłą raptownością i szalonym tempem. Z początku, po pierwszym i przeciągłym wyrazie zadowolenia, zamilkł, przymykając oczy, nakierowując jedynie kompozycję ich sztuki, pozwalając Irze na całą resztę, w tym dyrygowanie tempem. Uchylił znów powieki, zlewając z jej słowami swoje westchnienie. Dłonie ześlizgnęły się nieco z jej bioder, gdy uciszyła ich prywatną orkiestrę. Wciąż milczał, jakikolwiek znak dając dopiero śmiejąc się trzema prostymi, ale głębokimi dźwiękami, gdy zadawała mu pytanie. Przyciągnął ją mocniej do siebie, zderzając kilka nut, ale wciąż nie ingerował zbyt znacząco. Do momentu, w którym poczuł nieprzyjemny chłód. Nie miał pojęcia, skąd nagle wzięło mu się tyle spokoju, który dziwnie hamował niepohamowane rzeczy. Nie ruszał się chwilę, aby za moment wyczuć opuszkami palców talię Iriny, wodząc po niej krótko. Miał wrażenie, że swoją muzyką pobudziła obydwa ciała na tyle, że wystarczało niewiele, aby odczuć wiele więcej. Odwrócił się w jej stronę, przypatrując się chwilę w milczeniu, wyczuwając napięcie, które tym razem stworzyli oboje. Zapewne dlatego odczuwał je jeszcze mocniej. Delikatny pocałunek, którym ją uraczył, był kontrastowy do całości. Szczególnie do niego samego. Trwał zaledwie chwilę i tchnął zupełnym spokojem, był lżejszy od czarnych piór na jego kapeluszach, ale tak samo zgrabny, jak krótki ruch, pozwalający mu na muśnięcie jej ucha tak samo subtelnym szeptem.
- Razem - wydusił w końcu, na granicy słyszalności i zapamiętania. Mocno ulotne, ale jednak prawdziwe, stanowiło zalążek zapewnienia, że gra jest warta świeczki.
A później pomógł jej w dalszej nauce komponowania, dając przykład składania pocałunków, podgryzień, smagnięć i wilgotnych ścieżek na jej ciele w jedną, sprawną całość. Przygryzł delikatnie jej palce, za chwilę odpuszczając im i, przebrnąwszy do bioder, skupiając się na krótkim muśnięciu koniuszkiem nosa strategicznego punktu, moment później prowokująco przesuwając po nim koniuszkiem języka. Nie byłby jednak sobą, gdyby nie odwdzięczył się zaskoczeniem. Poprzestał na tym, wracając ustami do drobnego ucha i sprawnie przejmując pałeczkę. A właściwie batutę. Nie zrobił tego tak gwałtownie, jak wcześniej Ira, mając na względzie jej zaznajomienie z kontynuacją utworu, ale nie żałował sobie wcale, układając nuty tak, aby było mu wygodnie.
- Gdybyś nie przerwała, zrozumiałbym przekaz w takim samym stopniu - wymruczał na wydechu, trzymając się blisko jej ust.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Romantyczne gniazdko   Wto Lut 02 2016, 13:22

+18

Chwila takiej przerwy mogła być nawet odświeżająca, żeby w dalszym ciągu ich gry, to zawsze w jakiś sposób musiała być jakaś gra, symfonia mogła trwać dalej tak samo mocno angażując muzyków. Przechyliła głowę, patrząc na niego z boku z rumianymi, przegrzanymi policzkami, przyjmując bardzo łatwo jego dłoń na swojej talii. Pojednanie muzyków. Uśmiechnęła się kątem ust, ulegając pokusie wyciągnięcia dłoni do policzka, już męża, na chwilę zapomniała o muzyce. Wpatrywała się w jego oczy swoimi roziskrzonymi tęczówkami, uchylając wargi, żeby zaczerpnąć zimnego powietrza wywołujące dreszcze na jej ciele, ale przecież nie długo, bo mróz w płucach troskliwie przegonił Archibald, przyciągając ją do siebie. Nie była oklumentką, ale zmiana w jego stanowisku, z roznieconego i niesfornego, do absolutnego spokoju, pozwoliła jej przewidzieć następny, ciepły, oddany pocałunek. Oddała go, nastawiając się do niego bardzo uniwersalnie. Angażując się, jakby miałby on być ostatnim tego wieczoru i całując z czułym przekonaniem, gdyby jednak nie było to pożegnanie koncertu dzisiejszego dnia, a przywitanie kolejnej serii nut.
Dawał jej małe szczęścia, te wszystkie niewielkie radości składały się na jedną wielką, nawet jeśli brakowało kilka elementów poprawnie działającego związku w ich małżeństwie, cieszyła się ze wszystkich drobnych upominków jakie jej dawał. Piękny głos, który pamiętała przy swoim uchu, zmieniający tonacje i treści, pewne, aczkolwiek delikatne dłonie i ramiona, w których czuła się bezpiecznie, mimo, że nigdy nie spodziewała się, ze świat w jakiś sposób stwarza jej zagrożenie. Obecność Archibalda upewniała ją, że wcześniej, mógł. Teraz była już bezbronna tylko wobec niego. Ale przecież w żadnym scenariuszu nie przewidywała, żeby Blythe mógł zrobić jej krzywdę. Niespecjalnie na pewno. Uśmiechnęła się uroczo, na jego słowa, zadowolona z jego odpowiedzi. Dużo ją uczył. Uczył ją egzekwowania swoich potrzeb i osiągania zamierzonych celów, mimo, że oboje przybierali do tego różne metody. Uczył ją zapomnienia i dostrzegania w życiu innych wartości niż książki, podróże i zasłyszane historie.
A te wartości rosły w niej i upominały się o siebie bardziej bądź mniej intensywnie w zależności od sytuacji. Teraz rozdzierały jej pierś, próbując się z niej wyrwać, razem z westchnieniem z jej ust. Skoro już się zdecydował na któryś ze scenariuszy, nie opierała mu się wcale Zresztą, Irka stawiająca opór przed Archibaldem brzmiało dość nierealnie, żeby móc w to uwierzyć. Pani Blythe, w całym swoim skupieniu straciła swoje tempo, na nowo wsłuchując się w ich rytm. Jak się okazało, odnalazła go całkiem szybko. Była bardziej niż gotowa na kolejny koncert, a on bardziej niż pewny jak wyraźnie akcentować tempo i dynamikę ich wspólnego utworu swoją batutą.
— Wtedy mógłbyś mi nie odpowiedzieć głośno — rzuciła akcentując słowa podobnie do swojego męża, w przeciwieństwie do niego, nie potrafiąc nie skosztować jego warg, które były już i tak niebezpiecznie blisko jej własnych, żeby móc je ignorować. Czułaby się nie-sobą, gdyby mogła tak po prostu lekceważyć ich bliskość. Dłonie ulokowała na jego plecach, podążając nimi wzdłuż kręgosłupa. Dlaczego mieliby się skupiać tylko na dwóch instrumentach, skoro posiadali ich znacznie więcej. Pocałunkami zbłądziła na swoje ulubione obojczyki, dłońmi badając kręgi na plecach. Wargi odrywała od jego skóry tylko w celu zaczerpnięcia powietrza. Nie mogła się zdecydować co w tej symfonii jest najważniejszym elementem, ale każdy jej takt i uderzenie sprawiały, że nuty spływały same, coraz mniej przemyślane, a wypuszczane instynktownie, bez udziału rozsądku. Całowała szyję męża, pozostawiając za sobą mokre ślady, aż nie dotarła do miejsca za uchem, drażniąc go ciepłym powietrzem z warg i ich fakturą, na moment przed tym, jak delikatnie przygryzła płatek jego ucha.
— A jesteś pewien, że zrozumiałeś? — mruknęła prawie na bezdechu przyzwyczajając się do metrum ich utworu na tyle, że mogła się odezwać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Romantyczne gniazdko   Wto Lut 02 2016, 23:55

+18

Przerwa była przydatna chociażby dlatego, że Archibald miał chwilę na przewertowanie swoich odczuć. Intensywność uwielbiał ponad wszystko, ale tego wieczoru (oraz przez ostatni czas) miał w sobie mnóstwo nerwów, napięć i wątpliwości. Nie było wcale tak różowo i owe wątpliwości nie rozwiały się nagle i magicznie, ale uciszyły i straciły nieco na swojej mocy, kiedy wypierały je instynkty. Bezpieczniej było się poddać właśnie im, rozwiązując na pewien czas kwestię kochania, czy nie kochania, możliwych zranień, blokad i niedopowiedzeń albo braku kilku elementów w ich koślawej układance. Bawili się w gry dla dorosłych, ale robili to trochę jak dzieci. Ira kochając pierwszy raz (prawdopodobnie), Archibald nie wierząc, że kocha, i że mógłby być w tym szczęśliwy. Na tych polach byli nieco bezradni, choć niektóre wychodziły im niczym czysta poezja.
Chwila oddechu pozwoliła zaczerpnąć mężczyźnie spokoju, nie dlatego, że zdążył się wypalić, ale dlatego, że zdążył oddalić to, co było męczące. Odwróciła jego uwagę, uleczając na jakiś czas styrany umysł, otrzymując przy okazji świadectwo tego, że czasem i on tracił kontrolę. Logicznym było dla niego, że gdyby mógł, w sytuacji takiej dezorientacji i stresu, odmówiłby i przerwał jej prowokacje - które mogły tymi prowokacjami wcale nie być. Jednak tym razem to ona zapoczątkowała ten ogień, wprowadziła utwór i przesunęła swój pionek do przodu, przeganiając go na polu, leżącym ciut dalej niż startowe, a jego wrodzona chęć do dominacji nie pozwoliła mu stać spokojnie. Co więc zrobił? Olał całą resztę. Niesamowitym było to, na jak wielu płaszczyznach działali. Fizycznej, psychicznej, zmysłowej, żywiołowej, muzycznej... I wciąż nie odczuwali przesytu. Wzbudzała w nim fascynację, dzięki której miał ochotę kontynuować to wszystko i przez którą reagował tak, jak przeciętny facet - prymitywnie i pożądliwie, mimo wszelkim czynnikom, pretendującym do miana przeszkód. W takich momentach mógł taranować te przeszkody bez opamiętania. I najwyraźniej właśnie to robił, przerywając na ten jeden, krótki moment spokoju tak obezwładniającego, że nawet nie wiedział, co właściwie się dzieje, wystawiając stopę w kierunku znajomego i stałego gruntu - namiętności. Zapisał sobie w pamięci ową przerwę, ale miała majaczyć jak nierealny sen, bo było jeszcze za wcześnie, żeby wyciągnął z niej większe wnioski. Dotarcie do samych głębin musiało zająć trochę czasu. Archibald również uczył się od swojej urokliwej żony, choć przyjęcie niektórych lekcji wcale nie przychodziło mu tak łatwo, ze względu na jego oporny charakter.
- Faktycznie - rzucił szybko, tłumiąc jeden z przyjemnych dźwięków, aby móc się w jakiś sposób odezwać, a kąciki ust uniosły się prawie niezauważalnie w górę. - Sprawnie kradniesz mi słowa - uzupełnił z przypomnieniem.
Zwolnił na moment, chcąc przedłużyć wszelkie bodźce w ilości, jaką otrzymywał. Przymykając oczy oddawał się całkowicie jej delikatnym i zrównoważonym ruchom i słodkiej melodii, skomponowanej idealnie z jego własną, na którą nie zwracał teraz tak wielkiej uwagi, pozwalając swemu dyrygenckiemu instynktowi działać... instynktowanie. Wciąż podparty na jednym łokciu, przeniósł drugą rękę na talię Iriny, aby zaraz pokierować palce wyżej, przeprowadzając je po cudownie rysujących się żebrach, aby ostatecznie natrafić kciukiem na przyjemną wypukłość jej piersi. Nie zostawił jej samej sobie, w tym samym momencie reagując na jej niesforną pieszczotę ucha. Zaakcentował kilkoma sprawnymi ruchami swoje zadowolenie, nie mogąc powstrzymać, kolejnego już, śmiechu.
- Zobaczymy - wymęczył w odpowiedzi, czując, że słowa mają coraz większy problem z ustawianiem się w miejscu przyspieszonego oddechu, którym torturował zmysł słuchu swojej żony. Póki jeszcze miał sposobność, mógł coś dorzucić, tym bardziej, że po jednym słowie, usta jakoś potrafiły oswoić się z obecnością kilku innych. - Blythe - nie ma tak szybko, nie ma tak łatwo, i tak musiał urywać - mogę - możesz, nie możesz? - cię pieprzyć do końca świata? - dopytał, akcentując końcówkę śmiechem, o dziwo - radosnym, co albo świadczyło o jego niezrównoważeniu psychicznym, albo zwyczajnie o tym, że było mu dobrze. Kolejny raz wpłynął na tempo ich symfonii. Rozładowywał się stopniowo, równocześnie czując, jak Ira rośnie sobie w nim samym, wypełniając coraz większe przestrzenie, chociaż do punktu kulminacyjnego jeszcze ciut-ciut mu brakowało.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Romantyczne gniazdko   Sro Lut 03 2016, 01:18

+18

Ira swój osąd miała znacznie czystszy od Archibalda. Dla niej wszystko wydawało się prostsze odkąd myśli, potrzeby i uczucia zgrywały się dla niej w jedno. Żadne nie zakłócały siebie nawzajem. O ile łatwiej było podążać tą ścieżką i nie dawać się zmącić niczemu innemu. Jej sumienie było czyste, dlatego też uniesienia sprawiały jej znacznie więcej przyjemności i szybciej to spełnienie do niej docierało. Archibald potrzebował więcej czasu, ale na szczęście miał zdolną żonę, która potrafiła jego potrzebom podołać. Taka była dobra i kochająca, że nawet własne apogeum rozkoszy potrafiła przełożyć. Dla niego. Potęga uczucia.
Wsłuchała się w jego dźwięczny śmiech, zapominając o muzyce, o nutach, symfoniach, utworach. Był Archie i była ona i jego oddechy i ich wspólne westchnienia i wspólne stęknięcia, już nie wiedziała czyje. Było bardzo dużo ich w powietrzu i bardzo dużo palącego gorąca w piersi, bardzo mało powietrza, ale totalnie za wiele życiodajnej energii. Wszystkie komórki jej ciała rwały, a żyły wrzały od nadmiaru emocji. Kiedy zadał jej swoje pytanie, uśmiechnęła się tajemniczo, nic już nie mówiąc, zresztą, żadne słowo nie mogłoby już spłynąć z jej ust. Przyłożyła dłoń do jego policzka, kciukiem gubiąc się gdzieś przy jego wargach. Rozchyliła je, badając palcem te usta, te same, które wypowiadały te słowa. Przejął nad nią całkowitą kontrolę. Wygięła się w łuk chwilowo pozbawiona możliwości mówienia. Dlatego zamieniła pozycje, sugestywnie najpierw wyginając biodra w jego kierunku, a potem obracając się razem z nim, bo przecież nie chciał, żeby było jej przykro, że nie ustąpił jej w tak błahej sprawie — Kochanie… — sapnęła mu do ucha, zanim zajęła się jego pieszczeniem, kontrolując trochę tempo, dynamizując je, bo dawno już nie grali tak długiego koncertu o ile w ogóle. Jedną dłonią podążyła tęsknie w dół, bo dawno nie zwiedzała rezerwatu smoków, tego, w którym uwielbiała tylko jedną osobliwą siłę jednej konkretnej rasy – węgierskiej. Zajęła się nim powiedzmy, bazowo, zgłębiając doznania. Dotarła do swoich granic jeszcze przed nim, komunikując to odpowiednim brzmieniem w powietrzu, a chociaż wiedziała, że on potrzebował jeszcze chwilkę czasu, odmówiła mu tej przyjemności, opadając obok niego, jeszcze na chwilę pochylając się obok jego ucha, z trudem składając słowa: — … pieprzy to się sałatkę, a to też wedlug preferencji, mnie możesz co najwyżej kochać, tylko jeśli Ci pozwolę.
I cmoknęła go jeszcze bardzo usłużnie w nosek, a potem już trochę bardziej złośliwie, bo mokrym pocałunkiem za uchem, przeciągając koniuszkiem tylko języka po jego płatku i zebrała się z trudem na nogi.
Nie było w tym żadnej jej winy. Starała się.
Mógł ją kochać bardziej. Wtedy by doszedł.
Teraz zostało mu dochodzenie już tylko do pewnych wniosków, kiedy jego żona po spektakularnym uwieńczeniu wieczoru zdołała dźwignąć się, zarzucić nawet na siebie niedbale sukienkę, wbrew wszelkiej logice i fizyce, widocznie popychana jakimś impulsem, odnajdując prostą drogę do wyjścia. Bez niego.
O sprawiedliwej obustronnej miłości Ira mogła czytać tylko w książkach, więc Archibald mógł zapomnieć o równie sprawiedliwym seksie. Ale w całej swej łaskawości mogła mu użyczyć dobrą lekturę.

ztx2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Romantyczne gniazdko

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Romantyczne gniazdko
» Romantyczne (choć i nie) spotkanie przy pełni księżyca!

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
reszta świata
 :: 
Atlantyda
-