IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Ławki na pustkowiu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Skąd : Hamilton, Kanada
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 2567
Dodatkowo : szukający, kapitan, prefekt fabularny
  Liczba postów : 753
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6697-deven-quayle#189490
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6699-relacje-indianskie-i-te-zupelnie-nie#189531
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6700-pocztowki-z-innej-epoki#189533
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7227-deven-quayle




Moderator






PisanieTemat: Ławki na pustkowiu   Nie Sty 17 2016, 14:12


Lawki


Jeśli szukasz zacisznego miejsca, gdzie nikt nie będzie zawracał ci głowy, to dobrze trafiłeś. Tylko śnieg, góry i trochę drzew. Uważaj na dzikie zwierzęta!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Ławki na pustkowiu   Sro Lut 03 2016, 01:34

Na szkolnych wyjazdach ciężko było mówić o wolnym czasie, jeżeli łączyć to z deklaracją opieki nad uczniami. Blythe całkiem lubił podróżować, ale zdecydowanie nie przepadał za śniegiem i zimą, depresyjną i ciemną. Zdawałoby się, że wszystko, co ciemne, było dla niego idealnym środowiskiem, ale to określenie nie zawsze się sprawdzało. Myśl, że wszędzie jest mnóstwo śniegu, niekoniecznie napawała go optymizmem, a pełny motel, w którym hałas w pewnym momencie stał się nie do zniesienia, tylko pogarszał ten stan. Z dwojga złego, wolał spacer po okolicy, bo z mrozem można było walczyć zaklęciami, a z bandą rozwrzeszczanych Hogwartczyków nie było tak łatwo. Przynajmniej ostre słońce nie próbowało spiec jego jasnej cery na nieprzystosowany do czerni, którą z takim umiłowaniem nosił, kolor. Akurat się złożyło, że cała ferajna nie potrzebowała w aż tak wielkiej opieki, dlatego z typową sobie szarmancją wyciągnął dłoń w stronę swojej żony i zaprosił ją uprzejmie na spacer, wierząc, że chwila wolnego należy im się w zupełności. Irinie należały się również solidne przeprosiny, ale przepraszający Archibald był cudem nie na ten dzień. Zresztą, chyba lista rzeczy, za które powinien ją przeprosić, sukcesywnie się powiększała.
Już wcześniej miał wrażenie, że wszystko wymyka mu się spod kontroli i, mówiąc bez ogródek, rzeczywiście tak było. Zatrzęsła jego światem, kiedy nie był na to gotowy, więc w odwecie ranił ich związek i każdego z osobna.
Nie miał dziś ani złego, ani dobrego nastroju, ale męczyła go myśl, że potrzebuje rozmowy. Potrzebował jej już dawno i przez to przedłużał swoją niewiedzę, niepewność i ogólne rozbicie, krążąc wciąż i rozmyślając, ale bez większych skutków. Pojedyncze myśli kiełkowały i wskazywały jakiś postęp, ale był zbyt mały. Miał wrażenie, że sam prowadzi do zniszczenia. Ba, miał pewność. Na przyznanie się sobie, że tkwi w nim ludzki strach, w dodatku związany z uczuciami, był zbyt dumny. W efekcie tego wszystkiego zamyślił się kompletnie, krocząc po śniegu razem z Irą, którą trzymał pod rękę, dopiero po chwili orientując się, że zatrzymali się przy ławkach, ale za nic nie mogąc stwierdzić, czy w tym czasie pani Blythe mówiła coś, czy przewędrowali taki kawał w zupełnym milczeniu. Spojrzał na Węgierkę nieobecnym wzrokiem.
- Wybacz - mruknął tylko, kolejny raz zbierając się w sobie i kończąc na niczym. Otworzył nawet usta, chcąc coś powiedzieć, ale jaki to miało sens, skoro pełne zdania i ich znaczenie malowały mu się tylko w myślach, a kiedy przychodziło do działania, wszystko ginęło w jakimś cholernym niebycie. - Uhm.
Tak właśnie Archibald był facetem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Ławki na pustkowiu   Sro Lut 03 2016, 02:02

Irina przez całą drogę rozprawiała o historii tego miejsca. Większość osób nie miała pojęcia gdzie się znajdują. Ona nie dość, ze jakiś magiczny sposób dotarła do takiej informacji, to jeszcze przygotowała sobie pełen zbiór ciekawostek, miejskich legend, historii, opowieści. W motelu zresztą zaznajomiła się z rodowitą mieszkaką Gór Skalistych. Wiedziała już wszystko o Górach Haydena i dolinie, o wszystkich wodach, o duchach, które tu krążyły (czyli najważniejsze, wiedziała, jaki rejonów unikać). Mówiła tak przez dobre kilka minut, zauważając jednak, że Archibald milczał. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo przecież milczał zawsze, dając jej spokojnie się wypowiedzieć, ale… jej mąż po prostu nie słuchał.
Masz może ochotę na gorący seks w tipi, Archibaldzie? — spytała całkiem poważnie, dopiero teraz nabierając pewności, że nie słuchał ani trochę. Zamilkła sobie, powtarzając dlatego zasłyszane historie w głowie, żeby ich nie zapomnieć. Nie traciła mimo wszystko entuzjazmu do spaceru. Dalej wydawała się tak samo optymistycznie nastawiona do tej wędrówki. Mimo, że Blythe okazał się trochę innym towarzyszem przygody niż zwykle. Żałowała tylko odrobinkę, że nie wzięła ze sobą jakiejś książki, żeby załatać tą przykrą lukę. Zdążyła się już przyzwyczaić do skupienia pana Blythe. Zatęskniła za jego lekkim, pobłażliwym uśmiechem, który wydawało mu się, że tak niezawodnie ukrywał w cieniu kapelusza. A dzisiaj… dzisiaj nawet nie wziął swojego kapelusza.
Nie jest Ci zimno w głowę? — spytała, patrząc w te ciemne patrzałki, spowite jeszcze większym mrokiem niż zwykle. Wpatrywała się długo, cierpliwie czekając na odpowiedź, ale żadnej się nie doczekała. Dlatego troskliwie zrzuciła z siebie swój płaszczyk, narzucając go na ramiona męża i narzuciła mu kaptur na głowę, całując go krótko w ramię, jego milczenie traktując dość naturalnie. Jakby zawsze tak ją traktował. Ignorował ją. Do ignorowania była przyzwyczajona całe życie. Laszlo ignorował ją aż ich drogi się nie rozeszły i każde z nich nie wkroczyło w swoje dorosłe życie. Mimo tego, kochała go dalej bardzo mocno, tak jak powinno się kochać dobrego brata. Uśmiechnęła się wesoło, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że jej serce, które Archibald tak wprawnie odbudował przez kilka lat znajomości, znów powoli zaczynało się kruszyć, a ona kolejny raz tego nie widziała.
Ponoć duchy zmarłych czarodziejów wspomagają tutejszy rozwój szamanizmu — dorzuciła ciekawostką, nie spodziewając się, że jej mąż się odezwie. Uniosła do niego odrobinę zaskoczone spojrzenie i nie posmutniała wcale, kiedy okazało się, że jego wypowiedź nie miała nic wspólnego z tym, co powiedziała.
Przecież to nie Twoja wina, ze umarli — wzruszyła ramionami, siadając na ławce, przyjmując jego brak skupienia dość godnie. Oparła przedramiona na tyle ławki, spoglądając na biały horyzont przed siebie i drzewa na skraju lasu..
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Ławki na pustkowiu   Sro Lut 03 2016, 02:34

Podziwiał ją i ten zapał, który jakimś cudem potrafiła wykrzesać z siebie w dziewięćdziesięciu pięciu procentach swojego życia, za towarzysza mając takiego mruka i ponuraka, jak on. Był na tyle nieobecny, że nie udało mu się zaprotestować, kiedy zdejmowała płaszcz i w trosce o jego zdrowie narzucała go na ciemną czuprynę przydługich włosów. Przemknął po niej spojrzeniem, uśmiechając się krótko, ale tak tragicznie smutno, że na nazwę "uśmiech" zasługiwało tylko uniesienie kącików ust. Oczu nie obejmował tym zupełnie. Przez moment chciał podchwycić temat szamana, ale nie miał nastroju, dlatego szybko porzucił ten pomysł. Umiał ukrywać niektóre rzeczy, ale tym razem było to zbyt męczące, aby próbował. Dodatkowo wiązałoby się to z oszukiwaniem Iry, a tego miał już serdecznie dość. Zaczynając od oszukiwania siebie, kończył na oszukiwaniu jej. Westchnął zrezygnowany i zdjął z siebie płaszcz Węgierki, nie dając jej zbyt długo siedzieć na zimnej ławce, bo przyciągnął ją do siebie - spokojnie i delikatnie, zwyczajnie aby poderwała się z tego kawałka drewna, po czym zatroszczył się, aby okrycie wróciło na swoje miejsce i zapiął je nawet, skupiając wzrok na kolejnych guzikach, a ostatecznie kierując go na jej tęczówki.
- Wcale bym się nie zdziwił, gdyby to jednak była moja wina - stwierdził, a do jego oczu wróciło nieco życia. Obłożył ławkę kilkoma zaklęciami, dopiero teraz pozwalając Irce na niej usiąść, ale sam stał jeszcze chwilę, rozglądając się po okolicy. W zasadzie lubił góry.
- Ira, skąd ty bierzesz tyle optymizmu? - zapytał wreszcie, przyglądając się odległemu szczytowi, który miał ochotę zdobyć bez żadnego powodu. Dopiero po chwili spojrzał na nią, zupełnie poważnie. - Ja nie jestem fair - oznajmił tonem, który w jego odczuciu miał świadczyć, że oboje są tego świadomi. Milczał dłuższą chwilę, ale coś w jego postawie i dziwnym, nietypowym nawet jak na niego, napięciu, mówiło, że nie skończył mówić, choć nie zapowiadało się na żadne wylewne monologi. - Naprawdę podziwiam, że to znosisz - zakończył, niespecjalnie chcąc finalizować w ten sposób. Nie o to mu chodziło, ale pustka brzęczała tak głośno, że musiał czymś ją wypełnić. Nawet nie chciał myśleć, co kryło się pod całą tą pozytywną otoczką. Był świadomy tak wielu rzeczy, a tak samo wielu nie wiedział. Miał tylko pewność, że to, co mu pokazywała, nie było do końca tym, co mogła trzymać w sobie. Co było, jakby nie patrzeć, jakimś podobieństwem do niego samego i może czymś, co byłoby odkrywcze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Ławki na pustkowiu   Sro Lut 03 2016, 03:08

Patrzyła na niego uważniej niż zwykle, bo takiego mimo wszystko go jeszcze nie widziała. Jego smutne spojrzenie i jakieś opanowanie, którego jeszcze nie znała. Konsternacja, z jaką patrzył w przestrzeń sprawiała, że nie wiedziała jak powinna na to reagować. Jak dotąd jednak niewiedza w żaden sposób nie przeszkadzała jej w działaniach. Potrafiła improwizować i zbierać informacje doświadczalnie, dlatego nie kończyła na tym, że po prostu biernie przypatrywała się jego wycofaniu. Wpatrywała się może przez chwilę, stojąc prosto, otwierając szeroko oczy, migdałowym spojrzeniem obejmując całą jego osobę, kiedy opatulił ją w jej płaszcz i zapiął, jakby sama tego nie mogła zrobić, a jako, że zapiął aż po samą szyję to wyciągnęła ją wysoko, patrząc na niego trochę z troską, bo nawet ją zmartwił tym swoim podejściem. Tą jednak podświadomie miała wypisaną tylko w spojrzeniu.
A co, byłeś tu, jak umierali? Nie opowiadałeś mi tej historii — mruknęła odrobinkę uszczypliwie, patrząc na niego rozbawiona i wspięła się na palce, żeby dmuchnąć mu ciepłym powietrzem na oczy. Chciała żeby je przymrużył, a najlepiej zamknął, więc ucałowała go w powieki, pozwalając mu wsłuchać się w tą ciszę panującą wokół, zanim spostrzegła się, że on wcale nie chciał w tym momencie wyciszenia. Cofnęła się, zajmując miejsce na ławce, patrząc na swojego męża z dołu. Był bardzo nieswój. Położyła jedną rękę na oparciu ławki, wspierając na niej podbródek, a wzroku nie odrywała od jego twarzy, śledząc każdy najdrobniejszy jej miesień, szukając jakichś prawidłowości.
A słuchałeś mnie, kiedy ci mówiłam, że cię kocham? — spytała z ciekawości, bo sprawiał wrażenie, jakby to wyjaśnienie mu nie wystarczało, a przecież było jedynym sensownym, które wyjaśniało jakim cudem dalej trwała u jego boku pełna nadziei i przekonania, że to dobre miejsce, w jakim powinna się właśnie znaleźć. — Bo trudno byłoby nie usłyszeć, jeszcze ciężej nie zapamiętać. Mógłbyś mi nie uwierzyć, ale przecież mi ufasz, Archibaldzie. Dlaczego więc nie potrafisz przyjąć tego do wiadomości? Nie chcesz być szczęśliwy, czy nie chcesz być szczęśliwy ze mną? Może wiesz już, że nie potrafię Ci tego szczęścia dać? Bo jeśli nie, to nie mam powodów do zmartwień.
Uśmiechnęła się znów, bo mimo braku jakichkolwiek deklaracji, nie dawał jej też żadnych sygnałów o kończeniu tego związku, pocieszająco.
Wolałabym, żeby mój mąż mnie nie podziwiał, a szanował mnie i moje uczucia — powiedziała wprost, jednak bez cienia zarzutu. Patrząc na niego tylko w zastanowieniu, nie wiedząc skąd nagle w nim takie refleksje. Jakie to jednak miało znaczenie, skoro już dawno pogodziła się z tym, że była w tym związku jedyna osobą zdolną do miłości. Potrafiła przyjąć fakt, że nie była dla niego wystarczająco dobra. Nie była przecież ideałem. A on nie był jej bratem, żeby kochać ją mimo wszelkim niedogodnościom.
Ale miłość wybacza gorsze rzeczy niż przyczynianie się do rozwoju szamanizmu — skwitowała w końcu, unosząc lekko kącik ust ku górze, decydując, że ta zajadliwa uwaga była bardziej na miejscu niż jej własne potrzeby. W życiu ludziom, na którym jej zależało szła często na ustępstwa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Ławki na pustkowiu   Sro Lut 03 2016, 12:04

Przechylił lekko głowę, ulegając dziwnej bezradności. Musiał być w jakiś sposób nieswój. On nigdy, przenigdy, nie opowiadał o sobie i nie próbował tego robić, nie w takim stopniu, jak potrzebował tego teraz. Nawet nie chodziło o same opowieści, tylko o fakt, że kochała go, nie wiedząc o nim tyle, ile powinna. Ciążyło mu to niesamowicie. Wierzył jej, bo gdyby było inaczej, zapewne już zdążyliby się rozejść. I wtedy, czego nie był pewien, zostałby z ogromną pustką i jeszcze większym przeświadczeniem, że jego limit miłości w tym świecie został wyczerpany. Teraz tylko lgnął do szczęścia i uśmiechu, o którym czasami zbyt łatwo przychodziło mu zapominać, a który Irina skrupulatnie wymalowywała na jego twarzy. Jakaś nadzieja wierciła mu dziurę w tym strachu, do którego tak bardzo nie przyznawał się przed sobą.
Nie miał ochoty żyć w przekonaniu, że może owszem, kochała go, ale tylko tą powierzchowną część, którą jej pokazywał. Nieco się przed nią otworzył, ale wciąż stanowiło to niewielką część, a resztę sam widział w bardzo ponurych i depresyjnych barwach, kompletnie innych niż te, które prezentowała Ira. Obawiał się, że nie tego potrzebowała przy swoim boku. On w istocie chciał ją kochać, ale błądząc w przekonaniu, że kiedy nadejdzie ten moment, w którym pozna go bardziej, bez czego nie było nawet jak mówić o związku, zwyczajnie zrezygnuje. Był przy niej inny niż przy ludziach i na pewno musiała to zauważyć. Sam już nie wiedział, czy bywał sobą przy kimś, poza Jamesem. Temu idiocie można było powiedzieć wszystko, a jeśli nie, zawsze można było się wyżyć w pojedynku. Z tą różnicą, że Shepard znał go od wczesnych lat i był świadkiem każdej kolejnej rzeczy, która wystawiała Archibalda na próbę. Albo sam się na te próby wystawiał, jak razowy masochista.
I właściwie to nie do końca był nieswój. Był bardzo swój. Nie było mowy, że przebrnąłby przez temat z typową ironią, kiedy sprawiało mu to taki problem. Nie chciał udawać i ubierać wszystkiego w papierki, które wyglądały dobrze. W tej chwili nie zależało mu na tym, aby dobrze wypaść. Zapewne stąd ten brak kapelusza. Nie odpowiadał nic na żadne z wypowiedzianych przez nią zdań, zaczynając na nieopowiedzianych historiach, a kończąc na rozwoju szamanizmu. Dopiero wtedy skonfrontował z nią bardzo żywe spojrzenie - wciąż refleksyjne, ale zupełnie przytomne - badawcze i przenikliwe. Mogła je już znać.
- Omijasz niektóre rzeczy zupełnie jak ja - stwierdził, nie oczekując na to żadnej odpowiedzi. Nie wiedział, czy chciałby jakąkolwiek usłyszeć.
- Nie opowiadałem ci prawie żadnej historii - oznajmił, ale była to kolejna rzecz, wyłożona jak suchy fakt, bo nawet nie łudził się, że nie zdążyła jeszcze tego zauważyć. On widział aż za bardzo. - Średnio mi to wychodzi - uzupełnił, unosząc na chwilę głowę, aby móc spojrzeć w niebo, ale w porównaniu do niego było tak czyste, że zamknął oczy, aby za chwile, mrużąc je, znów spojrzeć na Blythe.
- Mam wrażenie, że są zbyt - zaczął, szukając końca zdania gdzieś w lesie, w którym ostatnio pewna Gryfonka postanowiła pobawić się w Czerwonego Kapturka. Skrzywił się nieznacznie, nie znajdując żadnego odpowiedniego określenia. - Um, trudne.
Bo najprościej było powiedzieć, że coś jest trudne.
- Są mniej więcej tak trudne, jak ja - określił, znów wracając do Węgierki wzrokiem. To był chyba najlepszy sposób, w jaki mógł jej to zobrazować.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Ławki na pustkowiu   Sro Lut 03 2016, 23:27

Nie wiedziała co omija, dlatego patrzyła na Archibalda licząc na to, że jej to wytłumaczy. Jeśli był człowiek, którego zupełnie Blythe nie potrafiła odczytać to była to chyba ona sama. Niektóre przykrości jakie się jej działy, zakopywała pod siebie nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Nie potrafiła powiedzieć Archibaldowi o czymś, co nie wiedziała, że przed nim ukrywa. Wstała z miejsca, patrząc na niego w skupieniu z tej pewnej odległości jaka ich dzieliła i wyciągnęła do niego rękę, odnajdując jego dłoń. Splotła ich palce razem, patrząc się w jego twarz z dzielącej ich odległości. Nie przeszkadzało jej nawet, że mąż zdawał się z jakiegoś powodu teraz dystansować. Wiedziała, że było to chwilowe. Jeszcze przecież nigdy nie dał jej samotności odczuć za długo.
— To opowiedz mi. Cokolwiek chcesz. Coś istotnego, mniej istotnego. Cos dalekiego, albo całkiem bliskiego, cokolwiek. Opowiedz mi coś, o czym nikt nie wie.
Podeszła do niego, obejmując jego ramię i oparła się podbródkiem na jego barku, wpatrując się w jego profil z dołu. Jej usta znajdowały się w ten sposób prawie przy jego policzku, a ciepły oddech owiewał jego brodę i szyję.
— Lubię skomplikowane historie — stwierdziła obejmując go od tyłu i wyciągnęła jego różdżkę, celując nią z nad jego ramienia w pobliskie drzewo — Hopsa! — mruknęła mu do ucha, ale dzięki Bogu to nie był żaden czar. Po prostu podświadomie czuła jakieś napięcie między nimi, które potrzebowała rozładować. Zaraz potem przekręcając różdżkę w dłoni, okręciła się wokół swojego męża i stanęła przed nim, przykładając jej końcówkę do piersi Archibalda.
— Nauczysz mnie zaklęcia, które pomoże tu zajrzeć? — uśmiechnęła się do niego, zbliżając się bardziej — nawet do tych najtrudniejszych rzeczy? Przyda się do tego jakiś urok?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Ławki na pustkowiu   Czw Lut 04 2016, 00:55

W pierwszym odruchu chciał opowiedzieć jej historię o ludziach, którzy nie umieją rozmawiać. Wyjść ze swojej skóry, stanąć obok i bez powiązań ze swoim charakterem, zupełnie obiektywnie i lekko, bez większego trudu, opowiedzieć jej o człowieku, którzy nie potrafił rozmawiać. Na świecie było przecież mnóstwo takich ludzi i ta myśl zawsze napawała go jakimś smutkiem, dłuższą refleksją, a im dalej zachodził w życiu, tym bardziej się z tymi ludźmi identyfikował. W pewnym momencie przywędrował również w okolice naiwności, która cicho wyszeptywała mu do ucha, że wcale rozmów nie potrzebuje. Nie potrzebował też ludzi, dlatego zdystansował się i zapomniał, w jaki sposób się rozmawia. Był to jednak tak prywatny i zamknięty element, że przeszkodziła mu w tym bliskość. Bliskość sama w sobie nie przeszkadzała mu zupełnie, nawet w tym momencie - nie pozwoliła mu tylko stanąć obok, bo wtedy Ira straciłaby oparcie, a on - towarzysza, którego podświadomie potrzebował bardziej niż czegokolwiek innego na świecie. Pogładził więc swojego towarzysza po policzku, przez rękawiczki nie czując faktury skóry, ale że znał ją całkiem dobrze, nie przeszkodziło mu to w jakimś jej odczuciu. Przyjął jej mały występek bladym uśmiechem, przesuwając jednym palcem od końcówki różdżki, aż do dłoni swojej żony, którą pogładził lekko, wciąż w zastanowieniu. Nie zabierał jej swojej własności, pozwalając jej zatrzymać ją jeszcze na trochę, bo nie była mu potrzebna. Przeniósł dłoń do irkowego podbródka.
- Nie.
Krótkie zaprzeczenie zapewne nie było tym, co mogło rozładować napięcie, ale na to nie było prostej rady. Rozładowania potrzebował na Atlantydzie i nie otrzymał go, ale był bardziej niż świadomy, że nie zasłużył sobie na nie. Nie wtedy. Wyrzucał sobie wiele rzeczy - więcej, niż był w stanie pokazać, na udowadnianie zaś nie miał siły. Nie był dobry w drążeniu najmniejszych szczegółów, o ile nie dotyczyły zbliżeń fizycznych - w tym rzeczywiście potrafił zdziałać cuda. Teraz nie potrzebował rozładowania, ale zwyczajnej rozmowy. Człowiek, który nie potrafił rozmawiać, potrzebował rozmowy. Uśmiechnął się na swój absurd i z zewnątrz nie było możliwym wywnioskowanie, skąd wziął się ten uśmiech, znów pierwotnie nieodgadniony i zawieszony w nim samym.
- My nie umiemy rozmawiać - zaczął, zwalając winę na obojga, bo tak było prościej. Na rzecz tego krótkiego zdania pozbył się historii o człowieku. Nie spodziewał się żeby zabrzmiało to dobrze, jednak czuł, że "ja nie potrafię z tobą rozmawiać" i "ty nie potrafisz ze mną rozmawiać" kompletnie nie są na miejscu. Nie, nie tyle nie są na miejscu. Po prostu zdanie, które wypowiedział, było bardziej zgodne z prawdą. On umiał z nią rozmawiać, ona umiała rozmawiać z nim, ale ze sobą rozmawiać nie potrafili. Brakowało im tak sprawnego trafiania w pewne tony, jak przy tworzeniu kompozycji składających się z nic nieznaczących dźwięków-westchnień. Pan Blythe potrzebował innego rodzaju uwagi niż Pani Blythe, choć potrzebowali jej obydwoje. I to wzajemnej, nie z zewnątrz. - Jest tyle rzeczy, które chciałbym ci powiedzieć, ale nie potrafię - przyznał spokojnie, gładząc krótko linię jej szczęki, nie chcąc kończyć na tak okrutnym i zimnym stwierdzeniu, że są ze sobą, ale właściwie nie potrafią do siebie dotrzeć tak, jak powinni. Potrzebował chwili, aby mówić dalej, a spokój, który niewątpliwie od niego bił, był wciąż wypracowany, ale w tak tragicznym stopniu, że wręcz automatyczny. Albo zwyczajnie taką miał naturę.
- Nie jestem dobry w opowiadaniu historii, a wszystkie, jakie przychodzą mi do głowy są tragicznie trudne - powtórzył się, ale musiała mu to wybaczyć. - Powiedziałaś mi... - kiedyś... - ... kiedyś, że nie wszystko da się przekazać gestami. To prawda. Ze słowami jest tak samo. To dla mnie trudny język, kiedy przychodzi do opowiadania. Bardzo krępujący i ograniczający do granic możliwości - kolejny wstęp miał za sobą. - Dlatego wolałbym ci pewne rzeczy pokazać niż opowiedzieć, ale kiedy obserwuję ludzi, dochodzę do wniosku, że dowiadują się o sobie pewnych rzeczy dopiero wtedy, kiedy zaczynają o nich mówić. Nie o sobie nawzajem, tak też, ale o samych sobie. Dlatego nie mogę ci wszystkiego pokazać, a nawet nie mam do tego możliwości. Próbowałem i jedynym, co wyszło z tej próby było to, że pękłaś - powiedział, dopiero po fakcie orientując się, że zabrzmiało to kompletnie inaczej niż zakładał i przez to zaczął delikatnie... panikować. Poruszył się niespokojnie i opuścił dłoń, przytrzymując ją na plecach Iry, uciekając wzrokiem, ale wpadł w jakąś dziwną pętlę i mówić musiał, choćby po to, aby sprostować i wyjaśnić, że jej "pęknięcie" nie było dobre dlatego, że czuła się źle. - Pękłaś i udowodniłaś mi, że nie jestem w stanie uniknąć zadawania ci bólu, jakkolwiek nie staram się tego pominąć. Szanuję twoje uczucia i naprawdę nie zdajesz sobie sprawy, jak... Ugh - przerwał, nie mogąc słuchać sam siebie. Pokręcił głową, porzucając temat, ale uparcie chcąc uchwycić się innego. - Nie zrozumiałaś tego, co chciałem ci przekazać zaklęciem i wybrałem zły moment. Nie mogłaś zrozumieć, bo nie masz bazy, nie znasz jej i nie wiesz, jak działam i na czym się opieram - wyjaśnił, czując przy okazji, że zrzucił z siebie jeden z wielkich ciężarów, a przynajmniej znaczną jego część. Nie mógł nic poradzić na to, że uciekł wzrokiem.
- Nie potrafię się określić. Nie jestem w stanie kłamać i składać pustych deklaracji, których sama byś nie chciała, dlatego unikam odpowiedzi. Widziałaś, ile i jak czuję, ale nie wiedziałaś, dlaczego. Nie mam cholernego pojęcia ile rzeczy o tobie nie wiem, ile nie wiem o sobie, ale wciąż czegoś mi brakuje, nie mogę tego znaleźć, nie mogę, nie umiem i nie chcę cię zostawiać, nie umiem kłamać i obiecywać, że będzie dobrze - wyrzucił, lekko drżącym głosem, co skłoniło go do przerwania w tym momencie. Na moment. Bo potrzebował jeszcze coś dodać, zanim sama miała odpowiedzieć, albo i nie odpowiedzieć, na to, co mówił, a tak długo nie mówił z nią jeszcze nigdy. Tak długo mówił tylko w Ministerstwie Magii, składając raporty - chłodno i bezwzględnie, obiektywnie.
- Nie wierzę, że to co robię, może dawać ci tyle szczęścia, ile mi przekazujesz - spojrzał na nią, na wpół roztrzęsiony, nieco zszokowany, w jakimś stopniu z ulgą, a w jeszcze innym - z bezradnością. - Chowasz coś przed sobą, tak jak ja unikam odpowiedzi. Ja po prostu nie wiem gdzie jestem, Ira.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Ławki na pustkowiu   Sob Lut 06 2016, 02:18

Obserwowała go uważnie, nie widząc żadnej znajomej prawidłowości w tym, jak Archibald się zachowywał. Nie było w tym nic złego, rozpoznawała w tym zachowaniu jej pana Blythe, tylko po prostu wszystko inne nie było jej znajome. Przyzwyczaił ją do czegoś innego, dlatego teraz przyglądała mu się bardziej badawczo, ale też i z troską wypisaną w irkowych oczach. Te migdałowe tęczówki patrzyły na niego bardzo miękko. Poruszyła lekko brodą, kiedy ją za nią chwycił i opuściła różdżkę w dół, nie wiedząc co właściwie miała z nią zrobić tak bez pomocy Archiego. Jeden z nielicznych chyba razy, jak nie pierwszy, zagryzła wargę w obecności mężczyzny. Jednak nie ze względu na skrępowanie. Powstrzymywała się od komentarza, bo każdy, który teraz przychodził jej na myśl wydawał jej się zupełnie nie na miejscu. Dlatego milczała, nie odrywając spojrzenia od tych ciemnych tęczówek, teraz możliwie jeszcze ciemniejszych niż zwykle. Uśmiech, który wstąpił na usta jej męża sprawiał wrażenie nie pasować do treści słów. Cofnęła się krok, nie chcąc mężczyzny teraz ani rozpraszać, ani opuszczać za daleko. Jakiś podświadomy impuls podpowiadał jej, że nie powinna. Zamiast tego zrobiła coś innego, co znów podpowiadał jej instynkt. Odnalazła jego dłoń, chwytając ją w swoją, bawiąc się jego palcami na wyciągniętej swojej ręce. Obserwowała swoje gesty, ale słuchała jego wypowiedzi, nieświadomie gładząc jego skórę w synchronizacji z jego ruchami. Kiedy on robił pauzy na kropki, Irina gładziła lżej jego skórę, a przy każdej niekontrolowanej zmianie tempa mówienia, zwalniała lekkie głaskanie wierzchu jego dłoni, w zamyśleniu interpretując jego słowa. Dla odmiany tak, jak wtedy kiedy była zaangażowana w czytanie wyjątkowo pasjonującej, ale ciężkiej w analizie lektury.
— Każda historia zawsze musi mieć swój początek — stwierdziła w końcu, uśmiechając się pokrzepiająco i podeszła jednak bliżej, zadziwiająco szybko łapiąc, co mógł mieć na myśli, mimo, że szczegóły jej uciekały. Rozumiała raczej ogół tego, co do niej mówił, bazę, ale same konkrety były jej obce. Nie mogła się z nim podzielić żadnym swoim mocno intymnym wspomnieniem, nie wiedząc, które dokładnie z nich były istotne i warte przytoczenia w tym momencie. Chciałaby, ale nie potrafiła tego stwierdzić. Z jej sposobem usposobienia i zakopywania nieprzyjemności pod siebie, nie sięganie po nie więcej i chowanie się za optymizmem, zupełnie nieświadomie, nie było rady na to, żeby spełniła oczekiwania Archibalda. A bardzo chciała. Wiedziała, ze coś jej umyka, tylko nie potrafiła zweryfikować w żaden sposób, czym to owe „coś” było.
— Jak…? — podłapała jego wypowiedź, gładząc go po policzku i podeszła krok bliżej, ciągnąc go za język. Chciała wiedzieć. Rozniecił w niej tą chęć wiedzy. I chciała też rzucić jakieś sprostowanie. Nie mogła się godzić dokładnie na wszystko, co do niej mówił. Wspięła się na palce, pochylając się nad jego uchem, tak jakby zdradzała mu największy sekret. Zresztą szeptała słowa, chociaż w promieniu może i nawet kilku kilometrów od nich nie można było znaleźć żywej duszy.
— Znam pewnego człowieka Archibaldzie. Znam go, lepiej niż on się tego spodziewa. Znam go z różnych stron, z tych, z których on sam siebie nie poznał, których pewnie nie potrafiłby sobie przypisać, gdyby spojrzał na siebie z boku. Powiedziałby, że jest innym człowiekiem. Innym niż ten, o którym chce mi opowiedzieć. I miałby rację. Nie znam tamtego człowieka, ale ten i tamten człowiek, chociaż są do siebie bardzo podobni, żyją na innych fundamentach. Nie rozumiem co chcesz mi powiedzieć. Masz rację. O tamtym osobniku wiem dokładnie tyle ile mi powiedziałeś, czyli nic. Jednak, jeśli próbujesz mi powiedzieć, że Cię nie znam, Archibaldzie Blythe – pozwól tylko, ze Ci przypomnę, że mamy 2016 rok. Nie 1980, czy lata 90-te. A na czym, ja na czym, na latach ja się znam. Nie możesz mi powiedzieć, że moja prawda o Tobie jest mniej prawdziwa, od tej prawdy, którą chciałbyś, ale nie potrafisz mi przedstawić. Nie ma prawdy prawdziwszej. Bo jeśli ta osoba, którą poznałam jest Tobą, tylko inną odsłoną Ciebie, zakładam, że jest prawdziwa. Jeśli każdy Twój uśmiech, każdy Twój gest, każde słowa, którymi mnie obdarowujesz, każda myśl, którą mi o sobie wpoiłeś jest kłamstwem… Archibaldzie, gdyby to wszystko co mi pokazałeś było oszustwem. Wtedy masz prawo mówić, ze Cię nie znam. Twoje życie to nie czasy starożytne owiane mgłą i wielką tajemnicą czy domysłami. Twoje życie od pewnego czasu jest pod moją baczną obserwacją, a od jakiegoś, jest naszym wspólnym życiem, więc jeśli chcesz mi powiedzieć, że było to zwykłym złudzeniem i Twoim żartem… — zawiesiła glos, cofając się od jego ucha, opadła na stopy, patrząc w jego tęczówki, zbliżając się jeszcze bardziej, dopóki nie oparła się na jego piersi, dość bezpośrednio patrząc mu w oczy z jeszcze mniejszej odległości. Tak jak nie powinna, wiedząc, jak trudna jest ta rozmowa, ale miała tą śmiałość. Kto, na Merlina, jak nie jego żona powinien ją mieć? — Nie chcesz, prawda? To, co próbuję Ci powiedzieć, to nieważne ile wiem o Twojej przeszłości, bo jest ona tylko Twoim wspomnieniem, którym się możesz ze mną podzielić, jeśli chcesz. A jeśli mi ufasz, zrobisz to, wcześniej czy później. Badam historię, Archibaldzie. Potrafię czekać ćwierćwiecze na nowy interesujący fakt niezbadanej historii. Myślę, że mogę poczekać nieskończoną ilość czasu na to, co ty masz mi do przekazania. A jeśli nie potrafisz ująć tego w słowa, nie po to przeczytałam w swoim życiu setki, jak nie tysiące książek, żeby teraz nie móc spróbować Ci w tym pomóc. Możesz mówić o mnie wszystko, ale nigdy… nigdy Archibaldzie nie próbuj nawet myśleć, że nie dajesz mi szczęścia. I nie wymawiaj się mną kiedy uciekasz przed czymś co dotyczy Ciebie. Mój mąż powinien być na tyle inteligentny, żeby dostrzec ironię w tym, jak brzmi to, co do mnie mówi. Bo tylko kobieta niespełna rozumu żywiłaby tyle uczucia i pasji do kogoś kto ją unieszczęśliwia. A ty, mój drogi Archibaldzie, jeszcze nigdy w życiu nie nazwałeś mnie ułomną.
Ta rozmowa rzeczywiście była za trudna. Ira sama nie pamiętała kiedy wypowiedziała tyle istotnych słów na raz, z których każde miało jakiś głębszy sens. Mówiła dużo, ale w większości opowiadała bardzo abstrakcyjne rzeczy, czy powtarzała pewne zasłyszane historie, mało w tym było opowieści o niej. Teraz wszystko dotyczyło tylko Archibalda. A skoro jego to i jej części świata, bo Blythe jej świat opanował w bardzo dominujący sposób. Cofnęła się, w finiszu tej dyskusji, dochodząc do jednego wniosku:
— Jeśli będziesz sobie szukał powodów, dla których nie powinieneś być ze mną i dla których ten związek czyni Cię nieszczęśliwym, bo masz wrażenie, że unieszczęśliwiasz mnie, to zawsze te powody znajdziesz. Jeśli nie chcesz mnie kochać z tego i z wielu innych powodów, to nie będziesz mnie kochał nigdy. To nie ja jestem w tym związku nieszczęśliwa. Nikt nigdy w moim życiu nie pochłonął mnie w tym samym stopniu co ty. Jeśli chcesz z tego rezygnować na gdybanie Cja nizy nasze małżeństwo jest właściwie, to powinieneś się zastanowić czy tego właśnie chcesz. Bo gdybyś nie chciał mnie zostawiać, tak jak mówisz, po prostu byś tego nie robił i nie zastanawiał się jak tego NIE zrobić, wiedziałbyś, że wystarczyłoby być. Nie potrafię Cię nie kochać, Archibaldzie i nie zmusisz mnie, żebym nie kochała. Nie przekonasz mnie, ze Cię nienawidzę, ani że mnie unieszczęśliwiasz i nie będziesz ze mną, póki nie pogodzisz się z tym, kim jestem i kim jestem dla Ciebie. Jesteś tutaj. Tutaj to ja, a jeśli nie chcesz mnie… – zawiesiła ton i rozchyliła wargi w tym momencie czując coś, czego nie czuła często w życiu – złość — JA NIE JESTEM IDEAŁEM, ARCHIBALDZIE! — podniosła ton, który zaraz wyciszył się do drżącego szeptu — Więc jeśli szukasz go we mnie i w tym związku, który nie będzie perfekcyjny, to powiem Ci gdzie nie jesteś. Przy mnie Cię nie ma. I nie będzie, jeśli nie będziesz tego chciał.
Po tych słowach odwróciła się, bo cokolwiek by teraz nie powiedział, nie miało to znaczenia. Sam musiał zdecydować, czego właściwie chciał. Bo jeśli nie jej, bo jeśli było tak dużo powodów, ze względu na które nie mógł z nią być, bo jeśli tak często to powtarzał, bo jeśli nic z tym nie robił, prócz patrzenia na problem w czarnych barwach, bo jeśli był pewien, że nie potrafi o tym mówić, a co dopiero tego rozwiązać… to nie było dla nich już żadnej nadziei. A ona skończyła z walczeniem za niego i za siebie.
„Nie zostawię Cię” – to za mało i zapominał się…
… że ona mogła zostawić jego.
Decyzja nie należała tylko do niego.

zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Ławki na pustkowiu   Sob Lut 06 2016, 15:09

Wymagania stawiane Archibaldowi przez życie były zazwyczaj bardzo wysokie. Trudności podano mu na tacy tak wcześnie, że teoretycznie zdążył się do nich przyzwyczaić i znosił je dzielnie, bez narzekania ucząc się, jak sobie z nimi radzić. Nie miał nauczyciela, przewodnika, mentora, idola, wzoru. Miejsce na łzy wyczerpało się w kilku pierwszych latach, bo właściwie nigdy nie miały większego znaczenia - wcale nie pomagały w pokonaniu barier i kłód, zwalających się uparcie pod stopami. Nikt nie wyciągał ręki, kiedy łzy płynęły strumieniami, dlatego nie były ratunkiem. Przystosowany, o ile człowiek jakkolwiek może przystosować się do cierpienia, brnął naprzód swoim sposobem, na wszelkie komplikacje mając tylko jedno wyjście - przebrnąć i pokonać. Sprawdzało się znakomicie i miało ogromny udział w kształtowaniu silnego charakteru. Nie prosił o pomoc. Był niezależny, zdystansowany i skuteczny. Dopóki w grę nie weszły wyższe wartości, o których niekoniecznie miał pojęcie, wszystko trzymało się na swoim miejscu. Dopiero kiedy świat trząsł się w posadach, coś zaczynało zaburzać cały ten wypracowany mechanizm. Przeciętna trudność nie była wystarczająca, aby do tego doprowadzić, ale miłość okazała się aż zanadto zdeterminowana. Ustępstwa i wyjątki szły z nią w parze. Nowe, nieznane tereny wypełnione były świeżym powietrzem, nawet w stanie przyprawienia sporą dozą demoralizacji i zepsucia. Nowe słońce zaślepiało, budząc przy okazji element, którego zawsze brakowało. Był. Głęboko, cicho i szalenie istotnie. A kiedy rozbudzony wydostał się na zewnątrz, został rozbity na najmniejsze kawałki, których zbieranie zajmowało całe lata. Wiele z odłamków było zaufaniem. Poskładane pieczołowicie wciąż zdawało się kłuć boleśnie, kiedy tylko próbował wyciągnąć je na zewnątrz i przywrócić światu i sobie. Rozpadało się w mgnieniu oka, za każdym razem stanowiąc coraz większe wyzwanie. Inna część była nadzieją. Kolejna, wiarą. Szybko okazało się, że najlepiej odsunąć je od świata, bo kiedy stykały się z nim, nie działo się nic dobrego. Najtrudniejszą próbą w życiu Archibalda był powrót do poprzedniego stanu. Do stabilizacji i spokoju.
Nie przypuszczał, że kiedykolwiek będzie próbował użyć poskładanych cząstek. Pierwsze cząstki, a właściwie cząstki cząstek, wyrwały się same, gwałtownie, czując nowe, świeże powietrze. Pozwolił im na to, z uwagą starając się dopilnować, aby nie uciekło ich zbyt wiele. Ale to nie było proste. Wyzwania nigdy nie były proste. I tym razem, drugi raz w swoim życiu, nie poradził sobie z wyzwaniem. Stąpał z uwagą, ale kiedy rozpętała się burza i wszystko znów zaczęło rozsypywać się bez jego pozwolenia, sam zaczął strącać elementy. Z cichym sykiem spadały na twardy i ubity grunt, tworząc małe kopce. Jak piach. Drobne jak piach i sypiące się przez palce. Patrzył na nie bezradnie, w osłupieniu, nie mogąc się ruszyć. Chciał dobrze. Chciał tylko dobrze.
W takim samym osłupieniu słuchał tych wszystkich słów, szumiących razem z kolorowym piaskiem. Nie czuł smutku, bólu, ani nic takiego. Czuł zwyczajne odrętwienie i pustkę, ale jeszcze nigdy nie odniósł wrażenia, że pustka, czyli nic, może być tak ciężka. Pogubił się już dawno, a teraz gubił się jeszcze bardziej, wyłapując wszystko i interpretując z sennym opóźnieniem. Nie rozumiał nic. Siebie, jej, ani tych wszystkich słów, swoich słów, jej słów. To była jedyna interpretacja, jaką był w stanie się w tej chwili poszczycić. Stopniowo zbierał w sobie te zdania, ale przybierały kształt włóczni, które dodatkowo sam w siebie wymierzył. Nie widział ich jeszcze. Pustka przysłaniała mu wszystko.
Był w stanie pokręcić jedynie niemrawo głową, w zaprzeczającym geście, nie chcąc godzić się na rozwój sytuacji, kiedy w pewnym momencie zaczął czuć, że obraca się nie w takim kierunku, w jakim powinna. Coś zakiełkowało, ale nie było wcale zbawienne. Rozpacz obudziła się na krótki moment, skonfrontowana ze złością Iry. I choć chciał ruszyć się i zatrzymać ją, nie był w stanie. Gdzieś w krtani utknęły mu dwa krótkie słowa "Nie, proszę", ale nie zdołały się wydostać. Z każdym krokiem Węgierki, zwiększającym odległość między nimi, pustka oddalała się. Z opóźnieniem zaczął rozumieć, że nie zrozumieli się kompletnie. Nie winił jej i nigdy tego nie robił - tak jak Ira brała na siebie walkę o ich związek, tak Archibald na siebie brał całą winę. Tego nauczyło go życie. Kiedy Ira zakopywała za sobą nieszczęścia, Archibald zbierał je sumiennie. W ten sposób uczył się na błędach. Choć starała się wytłumaczyć mu błędy, które popełniał, odniosła zupełnie odwrotny skutek. Miał wrażenie, że było ich dwa razy więcej. I nie rozumiał, kiedy mógł popełnić ich aż tyle. Problemem bowiem było to, że nie wzięła pod uwagę, że w jego własnym odczuciu mówił prawdę. I rzeczywiście była to prawda. Jego prawda, którą starał się ratować i tłumaczyć, określać, czego potrzebuje i bez czego nie będzie w stanie ruszyć dalej. Ale było to zbyt wiele.
Chcąc przedstawić swój punkt widzenia, stał się bardziej winny.  Chcąc prosić o pomoc, niemalże przekonany, że nie ma takiego prawa, pozbawił jej siebie. Nikt nigdy nie nauczył go prosić o pomoc, tak samo, jak nikt nigdy nie nauczył go kochać. Kiedy zaś próbował uczyć się tego sam, działy się złe rzeczy, skutki były opłakane, a on kończył w jeszcze większym niezrozumieniu i niezdolności do kolejnych prób. Nie miał pojęcia co i jak ma mówić, robić, aby być fair, nie kłamać (choć wcale tego nie robił) i zobrazować jej swój świat. Bo bez tej części, której nie znała, nie było Archibalda Blythe. Żył z tą częścią całe życie i nie było mowy o wymazaniu jej i życiu tylko inną częścią. Życie w połowie nie było satysfakcjonujące, dobre, ani normalne.
Odbierał sprzeczne informacje, zderzające się w coraz szybszym tempie. Nie wybierał się nigdzie i gdyby nie to, że w pewnej chwili przypomniał sobie, gdzie i dlaczego jest, zapewne stałby tam o wiele dłużej, a już zaczynało się ściemniać. Nie chciał widzieć dłużej tego miejsca, tej przerażającej czystości, a świadomość, że wszystko narasta w nim stopniowo, także nie wróżyła dobrze. Hampson nie był zadowolony, kiedy Blythe zachrypniętym głosem tłumaczył mu o nagłej sytuacji, zmuszającej go do opuszczenia ferii zimowych. Od dyrektora dowiedział się, że niedawno jego żona pojawiła się w podobnej sprawie i że równie dobrze mogli załatwić to razem. Archibald oznajmił mu sucho, że obydwie sprawy nie są ze sobą powiązane, a jego pobyt w tym miejscu nie jest możliwy, dlatego bez względu na decyzje będzie musiał opuścić motel. Niechętnie, ale z typową dla niego troską, Hampson uległ. Dopiero przy zbieraniu swoich rzeczy zauważył, że nie ma swojej różdżki. I chyba pierwszy raz  w życiu nie zrobiło mu to różnicy.
W pierwszym odruchu chciał udać się do Londynu, jednak zaraz po pojawieniu się tej myśli, zrezygnował. Chciał zaszyć się w dziurze, z dala od świata, ludzi i jakichkolwiek powiązań z żywymi. Zatłoczony Londyn nie był dziurą. Jaka więc była największa dziura?
Eastleigh. Największa dziura jego życia.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Rok Nauki : VII
Wiek : 18
Skąd : USA, Moira
Galeony : 582
Dodatkowo : wilkołak
  Liczba postów : 1123
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12242-vittoria-brockway
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12245-szufladki-titi
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12243-poczta-titi
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12244-vittoria-brockway




Gracz






PisanieTemat: Re: Ławki na pustkowiu   Pon Lut 22 2016, 15:27

Ten spacer z Adamem nie był tak nieprzyjemny jak się spodziewała. O dziwo nie wpadł jeszcze na żaden głupi pomysł żeby zrobić jej kawał. Nie gadał też jak zdziecinniały idiotą, tylko całkiem rzeczowo i nawet ciekawie. Czy to możliwe, że jest prywatnie inny niż sobie wyobrażała? Titi tak szybko szufladkuje ludzi, że ciężko było jej w to uwierzyć.
Cały czas szukała jakiegoś pomysły na zbliżenie się do niego. Wprawdzie uroczo się trzymali za łapki, ale On nie miał jej lubić. On się miał zakochać szybko i bez pamięci. Nie miała zamiaru dochodzić do tego miesiącami. Liczyła, że wystarczy tydzień. Choć jeśli był niepewny w miłości to móglby wystarczyć nawet dzień. To się okaże.
W międzyczasie wpadła na głupi pomysł. To miejsce do którego zmierzali było słynne z tego, że pojawiały się tu dzikie zwierzęta...
- Zobacz tam! To jednorożec? - Zawołała wskazując w kierunku pustej przestrzeni. Jeśli odwrócił się to już po chwili jedyne co widział, to śnieg. Dostał piękną śnieżką w czoło. Dziewczyna zaśmiała się przesuwając nieświadomie (ale czy na pewno?) w kierunku bardziej śliskuego podłoża. Sama nie zamierzała dostać. Już wystarczająco rumieniła się z zimna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Ravenclaw
Rok Nauki : VII
Wiek : 19
Skąd : Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 433
  Liczba postów : 363
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12019-adam-henderson?nid=1#323429
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12036-adas#323462
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12037-redbird#323469
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12039-adam-henderson#323489




Gracz






PisanieTemat: Re: Ławki na pustkowiu   Pon Lut 22 2016, 16:01

Co myślał o tym całym spacerze? Niepotrzebnie się upierał. W towarzystwie dziewczyny czuł się swobodnie, czuł jakby znał ją całe życie a nie tych kilka minut. Czy Lilith oby na pewno wiedziała co robi? Musiał pogadać z nią o tym co zrobiła porozmawiać. nie zamierzał już na nia krzyczeć, bo w gruncie rzeczy nic złego nie zrobiła. Wolną dłonią potargał swoje włosy w taki sposób, że idealnie opadły tworząc zgrabny bałagan na jego głowie. Przynajmniej miał nadzieję, że włosy nie stoją na wszystkie strony. Rzadko kiedy go nie słuchały. miały szczęście.
Kiedy dziewczyna wskazała jakieś zwierze odwrócił się by coś zobaczyć, ale tylko zobaczył biel. Ah, jak to dobrze, że wziął ze sobą kurtkę! A miał wyjść w krótkim rękawku! Dobrze, że posłuchał swojej niezbyt bystrej głowy! Dziewczynie to musiało być naprawdę zimno. Jeśli już mowa o zimnie to dostał śnieżką. Nie wziął ze sobą rękawiczek, ale zauważył, że dziewczyna też ich nie ma. Musiało jej być przez samo to zimno. Czy dobrym pomysłem byłoby wrzucić ją w zaspy? Nie! Adam, nie rób tego! Coś mu podpowiadało tak.
Zaśmiał się mimo wszystko i zbliżył się do niej - chcesz dostać czy tylko się ze mną drażnisz?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Rok Nauki : VII
Wiek : 18
Skąd : USA, Moira
Galeony : 582
Dodatkowo : wilkołak
  Liczba postów : 1123
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12242-vittoria-brockway
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12245-szufladki-titi
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12243-poczta-titi
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12244-vittoria-brockway




Gracz






PisanieTemat: Re: Ławki na pustkowiu   Pon Lut 22 2016, 18:11

Lilith była biedna, bo nie miała wyboru. Na nieszczęście Gryfonki Vittoria miał na nią bardzo duży wpływ. Właściwie, to można powiedzieć, że negatywny. Wykorzystała jej naiwność w każdym calu. Młodsza koleżanka musiała jej przynosić czekoladki, dostarczać informacji, a czasem po prostu Amerykanka zabierała ją ze sobą w mniej lub bardziej przyjemne miejsca – przykładowo do baru, by ta mogła potem odprowadzić ją do domu. Niewiele osób o tym wiedziało, ale odkąd jej najlepszy przyjaciel zginął w ataku na Salem miała problemy z alkoholem. I to dość znaczne chociaż od ostatniej popijawy starała się trzymać daleko o Ognistej Whisky. Nie zamierzała po raz kolejny przelizać się z jakimś uczniem Hogwartu, który potem będzie za nią łaził mówiąc o zauroczeniu. Jak można się zauroczyć w kimś, kogo się nie zna. Faceci chyba już tak mają i to właśnie chciała wykorzystać w kontaktach z Adamem. A że była trzeźwa i doskonale się kontrolowała – tym lepiej.
- Dostać? No wiesz ty co? Zaatakowałbyś biedną dziewczynę – Mina zbitego pieska była idealnym dodatkiem do tej sytuacji. Zbliżył się jeszcze bardziej. Jeszcze kawałek... BACH! Wpadł prosto w pułapkę. Nie bez powodu zaglądała gdzie jest najwięcej lodu na ziemi. Gdy złapała go za ramię i pociągnęła do siebie nie było siły, która pozwoliłaby mu utrzymać równowagę. Natomiast ona? Specjalnie poleciała na tyłek. Więc wyglądało to jak bardzo nieszczęśliwy wypadek, w którym ona legła w zaspę, a Adam prosto na nią. Zaśmiała się z całej tej sytuacji. Dobrze, że brzmiał to tak realistycznie. Miał być blisko. Jak najbliżej. Tak blisko, żeby mogła mu się wpatrywać w oczy. I tak blisko, żeby miał pełną możliwość ją pocałować. Miała zamiar mu w tym pomóc dlatego kiedy już spoglądał na jej uśmiechniętą twarz zagryzła lekko wargę. Zastawiła na niego kolejne sidła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Ravenclaw
Rok Nauki : VII
Wiek : 19
Skąd : Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 433
  Liczba postów : 363
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12019-adam-henderson?nid=1#323429
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12036-adas#323462
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12037-redbird#323469
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12039-adam-henderson#323489




Gracz






PisanieTemat: Re: Ławki na pustkowiu   Pon Lut 22 2016, 18:48

Biedną dziewczynę? Co to miało być?! Biedna dziewczyna pierwsza zaczęła! Z tego łatwo wnioskować, że wcale nie była taka biedna. No może jednak. Widać było, że zamarza z zimna.
- Nie chcę nic mówić, ale jestem ciekaw kto zaczął- powiedział i wzruszył ramionami.
Nie sądził, że będzie tak ślisko. Nie sądził, że straci kontrolę. Niestety nie potrafił złapać równowagi. Na szczęście lub nie szczęście upadł na dziewczynę. Czy przygniótł ją? Pewnie tak, przecież nie był taki lekki. Chociaż kiedy usłyszał jej śmiech jemu samemu zachciało się śmieć. Kiedy podniósł głowę spotkał jej oczy. Były takie idealne otoczone zasłoną rzęs. Nigdy nie wiedział jak dziewczyny to robiły, że z dnia na dzień były takie piękne. Czary? Makijaż? To chyba na zawsze pozostanie ich sekret. Spuścił wzrok na jej usta, które przygryzała. Miał ochotę aż powiedzieć by tego nie robiła, bo pękną jej z mrozu. Nie wolno było ust nawet w taką pogodę oblizać! Cóż, ale musiał przyznać, że to nawet mu się podobało. Dziwnie na niego działało. O co w tym wszystkim chodziło? Nigdy tego nie robił, zwłaszcza po półgodzinnej znajomości, no chyba, że dla zakładu tak jak kiedyś, ale zbliżył swe usta do jej i musnął je delikatnie a potem coraz śmielej czekając aż mu przywali w twarz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Rok Nauki : VII
Wiek : 18
Skąd : USA, Moira
Galeony : 582
Dodatkowo : wilkołak
  Liczba postów : 1123
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12242-vittoria-brockway
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12245-szufladki-titi
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12243-poczta-titi
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12244-vittoria-brockway




Gracz






PisanieTemat: Re: Ławki na pustkowiu   Pon Lut 22 2016, 19:12

Zaczęła? Ja nic takiego nie widziałam. Przecież to była zaspa z drzewa. Titi broń boże nie brała w tym udziału i... Kogo ja próbuję oszukać. Takie akcje były do niej podobne. Właściwie, gdyby w jakiś sposób Adam był jej bliską osobą, to pewnie by dostał jeszcze mocniej tym śniegem. O, Lilith by dostała.
- To... Zdawało Ci się – Wyszczerzyła się. To był ten typ dziewczyny, na którą leci Adam? Właśnie ten? Taka wesolutka, urocza, roześmiana, zabawna. No cóż. Jej kompletnie przeciwieństwo. Jeśli uda jej się to utrzymać w miarę długo, to będzie naprawdę sukces aktorski. Może nawet wyjedzie gdzieś i za parę lat usłyszymy o jednym z jej filmów. Właściwie to wyjazd był jak najbardziej w planach. Ale bycie sławną kompletnie nie. Nie pasowało to do niej.
Miała nadzieję, że warto było zostać przygniecionym. Wprawdzie sama upadła kompletnie bezboleśnie, ale jednak on się nie spodziewał więc runął jak długi. Umrzeć nie umrze. Płakać też nie będzie. Ale trochę się pewnie poobijali przez tą sytuacje. Oh żeby było warto!
Co do rzęs to akurat tu dziewczyna miała dość duże szczęście w genach. Miała ciemne włosy, ciemne brwi i przez to też ciemne rzęsy. Do tego błękitne oczy i jasną cerę. Ten kontrast podkreślony dodatkowo czerwoną szminką naprawdę był ciekawy. Nie uważała się za bóstwo, ale widziała też, że nie jest brzydka. Zresztą miała w sobie część wili o której nie wiedziała i zapewne w wielu przypadkach to również mogło pomagać. Ah, gdyby tylko chciała mieć facetów. Dobrze, że miała ich gdzieś. Adam to wyjątek, który sam się prosił. Trzeba było uważać komu się robi żarty.
I wpadł. Kurcze, spodziewała się, że zajmie to kilka tygodni. Łudziła się, że może uda się to załatwić w jeden dzień. Ale że pół godziny?! Ten to musiał być naprawdę zdesperowany. Trochę to żałosne. No ale jak najbardziej jej w tym momencie pomógł w słodkiej zemście. I kiedy ją pocałował zamknęła oczy oczywiście oddając pocałunek. Może dobrze, że jakiś czas temu robiła to po pijaku z Lucasem. Przynajmniej wiedziała, że jeszcze pamięta jak to się robi. Niestety w tym nie potrafiła udawać słodziutkiej i speszonej. Zawsze miała tendencje do pogłębiania pocałunku i zamieniania go w bardziej silny, bardziej pożądliwy. Mimowolnie zrobiła to też w tym wypadku. W głowie odliczyła minutę, a potem odsunęła się od niego.
- Jezu, przepraszam... - To również było częścią planu. Dokładnie to, że najpierw go przeprosiła. Potem chwilę na niego popatrzyła... I znowu go pocałowała. Miała nadzieję, że utonął w chwili. I że jest co najmniej zauroczony. Kwestia rozkochania go w sobie na zabój będzie już tylko momentem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Ravenclaw
Rok Nauki : VII
Wiek : 19
Skąd : Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 433
  Liczba postów : 363
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12019-adam-henderson?nid=1#323429
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12036-adas#323462
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12037-redbird#323469
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12039-adam-henderson#323489




Gracz






PisanieTemat: Re: Ławki na pustkowiu   Pon Lut 22 2016, 19:36

Szczerz? Był zaskoczony faktem, że go nie walnęła czy też nie zaatakowała w inny sposób. Jaki był pocałunek? Dość dziwny jak dla niego. Taki gwałtowny. Zupełnie jakby miał zaraz uciec, albo się rozpłynąć w powietrzu. Możliwe było, że niektóre dziewczyny tak miały. Smutne, ale prawdziwe. Przy pocałunku delikatnie objął ją w pasie. Miał się na baczności. Nie chciał jej unieść swetra, zupełnie by zamarzła. Miał nadzieję, że chociaż ciepło jej się zrobi.
Kiedy Titi przeprosiła uśmiechnął się do niej.
- spoko, mogę się teraz pochwalić kolegom, że zaliczyłem całusa i to z dziewczyną! - powiedział i się lekko zaśmiał. Tak, mógł się pochwalić, nawet na cały hogwart rozpowiedzieć. znał osoby, które z łatwością by to zrobiły w ciągu niecałej godziny! Cóż.. ma się te znajomości.
Kiedy ta go pocałowała był zaskoczony. Czy się zauroczy? Oh, szczerze to trzeba w to wątpić. Można się całować, uprawiać seks i tak dalej, ale do uczuć tu daleko. Chłopak zawsze był otoczony murem z lodu. Mógł udawać, ale co by mu to dało. Dał się całować i nawet czerpał z tego przyjemność. Liczył na coś więcej. Może nawet udałoby mu się zaliczyć. Ale uczucia, zauroczenie? On nawet nie wie co to takiego, a to takie smutne. Nawet własna rodzina go nie kochała. Życie było brutalne, ale da się przeżyć. Czy dziewczyna wpadnie jeszcze na jakiś pomysł? W każdym razie nie zamierzał za nią latać. Po mniej więcej takim samym czasie odsunął się od niej i z pewną trudnością uniósł się na nogi i podał jej rękę.
- Chcesz tu do cholery zamarznąć?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Rok Nauki : VII
Wiek : 18
Skąd : USA, Moira
Galeony : 582
Dodatkowo : wilkołak
  Liczba postów : 1123
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12242-vittoria-brockway
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12245-szufladki-titi
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12243-poczta-titi
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12244-vittoria-brockway




Gracz






PisanieTemat: Re: Ławki na pustkowiu   Pon Lut 22 2016, 20:08

Jak widać dziewczyna była przekonana, że w całym tym swoim planie jest dalej, niż naprawdę była. Szkoda, że jej nikt nie uświadomił. Może wtedy nie dałaby się skazić tym pocałunkiem. Owszem był miły. Ale całowanie się zawsze było miłe. Nie znam osoby, która tego nie lubiła chyba, że była jakaś chora psychicznie. Czy poczuła jakąś iskrę? Nie, ale ona nie wierzyła w takie czary. Nawet ze swoją pierwszą, największą miłością nigdy nie miała motylków w brzuchu i fajerwerk w tle. Już wtedy uznała, że to po prostu mit. Najwyraźniej ona jest pozbawiona zdolności odczuwania aż takich emocji. Więc zostawała w etapie przyjemności i radości, że nie ślinił się jak jakiś buldog.
- Wooow. A ja czym się mogę pochwalić? – Zaśmiała się. Stop. To był szczery śmiech, czy tylko mi się zdawało? Na krótką chwilę naprawdę udało mu się ją rozbawić, bo nie spodziewała się, że akurat to powie. Zaskoczona sama sobą postanowiła skupić się znów na całowaniu z nim. Lepiej tego nie analizować, bo dojdzie jeszcze do jakiś chorych wniosków. A nie o to w tym wszystkim chodziło.
- Ten sweter jest cieplejszy niż myślisz – Uświadomiła go, ale mimo wszystko podała mu rękę pozwalając się podnieść. I co teraz? Ma się do niego lepić jak jakiś rzep? Musiała się zastanowić. Skoro zachowuje się jak... Właściwie to jak Lilith, to co by gryfonka zrobiła? Pewnie by się po tym wszystkim nie zbliżała do chłopaka, bo nie wiedziałaby co o tym myśleć. Także ani się nie przytuliła do Adama, ani nic. Po prostu stała obok. Jak tak teraz myśleć, to krukon pasowałby do ów namolnego dzieciaka. Podobny tym denerwujących ludzi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Ravenclaw
Rok Nauki : VII
Wiek : 19
Skąd : Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 433
  Liczba postów : 363
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12019-adam-henderson?nid=1#323429
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12036-adas#323462
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12037-redbird#323469
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12039-adam-henderson#323489




Gracz






PisanieTemat: Re: Ławki na pustkowiu   Pon Lut 22 2016, 20:40

Czym ma się pochwalić? Czy musiała? nie wystarczyła jej ta satysfakcja, że pogadała z takim facetem jak on? to wielkie przeżycie spędzić jakieś półgodziny z postrzeleńcem. Chociaż nie, nie ma czym się chwalić.
-Hm..- udał, że się namyśla. - pewnie nasze spotkanie zachowasz dla siebie bo aż wstyd powiedzieć komuś, że zadajesz się z kimś takim jak ja- mruknął i westchnął głośno.
Wsłuchał się w jej śmiech. Wydał się zupełnie inny niż te poprzednie. Jednak zignorował to. Nie sądził, że śmiech może się wydać inny. Aż wypróbował to i sam się zaśmiał.
- jak jest ciepły to w porządku. Myślisz, że pora już się rozstać?- zapytał i zrobił kilka kroków do przodu wciąż trzymając ją za rękę. Nie chciał wyjść na takiego co najpierw całuje a potem ucieka, ale co miał robić? nawet już nie wiedział jakiego tematu się podjąć. Nie chciał zaczynać żadnych drażliwych, ale nie bardzo coś o niej wiedział.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Rok Nauki : VII
Wiek : 18
Skąd : USA, Moira
Galeony : 582
Dodatkowo : wilkołak
  Liczba postów : 1123
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12242-vittoria-brockway
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12245-szufladki-titi
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12243-poczta-titi
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12244-vittoria-brockway




Gracz






PisanieTemat: Re: Ławki na pustkowiu   Pon Lut 22 2016, 20:53

Teraz mu nagle wielkie ego urosło? Matko. Ten facet jest gorszy niż baba z okresem. Nigdy nie wiadomo czego się po nim spodziewać. Titi nie przepadała za takimi osobami. Wolała mieć całe życie zorganizowane w 100% i nie być zaskakiwaną. Niestety odkąd się przeniosła do Hogwartu, to było to niemal niemożliwe. Już sam teren szkoły był dla niej obcy i ciągle się gubiła, a to często psuło jej plany.
- Zachowam dla siebie. Ale z innych powodów – Brzmiało to bardzo zagadkowo, ale nie rozwinęła tej myśli. O co tak naprawdę chodziło? Nie chciała żeby ktokolwiek odkrył jaki jest jej plan. Ale brzmiało to co najmniej ciekawie i tajemniczo.
- Pod warunkiem, że usłyszę „Do zobaczenia” - Nie miała zamiaru go przetrzymywać. Sama musiała to wszystko jakoś ogarnąć. Nie chciała popełnić żadnego nierozsądnego kroku. Poza tym planowała się spotkać z Lucasem i raz na zawsze wyjaśnić mu, że ona się do związków nie nadaje. To też mądrym było rozstanie się. Później do niego napisze czy coś. Uśmiechnęła się jeszcze raz i PUF. Teleportacja to super sprawa. A na trzeźwo jeszcze lepsza. O, à propos bycia na trzeźwo. Miała ochotę się czegoś napić. Chyba jednak złamie swoje postanowienie.

Z/t
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : II
Wiek : 21
Skąd : Anglia, Cotgrave
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 308
  Liczba postów : 331
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12277-edward-harper#327635
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12284-ktos-chce-cos-od-harpii#327714
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12283-kwiaty-tanatosa#327713
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12285-edward-harper#327718




Gracz






PisanieTemat: Re: Ławki na pustkowiu   Czw Lut 25 2016, 22:43

Kto do cholery jasnej wymyślił śnieg? Żeby tego było mało, żeby w zimę oprócz śniegu było cholernie zimno. To jest jakieś przekleństwo. Jakby nie mogło świecić piękne słoneczko zawsze i wszędzie, nie wiem jak wy, ale ja bym był najszczęśliwszy na świecie, gdybym nie musiał walczyć z żywiołami natury i męczyć się z każdym krokiem. Okropność. Przyjechałem na te ferie tylko i wyłącznie dlatego, że Jessie również tutaj jest. A to dawało mi wiele okazji do wrobienia go w niemałe kłopoty. Mogłem podrywać jego laski, mogłem mącić w życiu wszystkich uczestników ferii, a zamiast tego co? On wyparował jak to zazwyczaj robił, gdy tylko byłem w pobliżu. Nie wiem czy on jest głupi… więcej szkód jestem w stanie narobić jak go nie ma w pobliżu. Wtedy mam pełne pole do popisu mogę udawać go, a jak na razie to jest najlepsza zabawa na jaką wpadłem.
Tak czy siak… dalej nie mam zielonego pojęcia co ja robię na mrozie w takim miejscu… chyba upadłem na głowę, że szukam nadziei na jakąś ciekawą akcji na takim odludziu jak tutaj. Najlepiej będzie jak sobie usiądę i zignoruję to, że jest mi zimno jak diabli…
Muszę przyznać, że te widoki są ładniejsze niż przypuszczałem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 21
Skąd : Londyn, Anglia
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 433
Dodatkowo : szukająca
  Liczba postów : 1320
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11413-oriane-l-carstairs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11414-male-przyjaznie-milosci-i-wrogowie-ori#306244
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11416-shadow#306304
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11415-oriane-leonie-carstairs#306303




Gracz






PisanieTemat: Re: Ławki na pustkowiu   Czw Lut 25 2016, 23:14

Oriane od zawsze nie przepadała za śniegiem. Był zimny, zbyt biały, a gdy się roztapiał tworzył kałuże błota i wody. Nie wspominając już jak dostanie się on za koszulkę. Uczucie od którego można umrzeć, a co za tym szło - śnieg był niebezpieczny. I raczej nic nie wyciągnęłoby jej na ten ziąb gdyby nie chęć pobycia sam na sam ze swoimi myślami. Musiała przyznać, iż przyjazd tutaj nie był tak do końca złym pomysłem. Było tutaj wiele miejsc w których mogła pomyśleć. A o czym? O całym jej dotychczasowym życiu. Ostatnio nawet zaczęła się zastanawiać czemu trafiła do Slytherinu. Jednak po dwóch dniach intensywnego rozmyślania znalazła przyczynę. Dziadkowie. W końcu to oni wychowywali ją przez większość czasu. To oni wpajali jej różne zasady. Jednak to już się skończyło. Po ukończeniu przez nią 17 lat nie mieli najmniejszego na nią wpływu przez co zaczęła się zmieniać. Stała się bardziej przyjacielska, otwarta, a nawet nieśmiała. Choć nadal nie ufała od razu ludziom to jednak zmiany były widoczne gołym okiem. Zastanawiała się tylko czy to dobrze czy źle? Z czasem z pewnością się tego dowie.
Idąc w kierunku ławki znajdującej się na totalnym pustkowiu nawet nie zauważyła Jay'a. Tak bardzo pochłonęły ją jej myśli. Dopiero gdy usiadła na niej i uniosła do góry głowę chcąc się rozejrzeć dostrzegła jego. Jej oczy momentalnie zrobiły się większe.
- Co ty.. Jak.. Co tutaj robisz? - no i super. Już po wypowiedzeniu kilku słów zrobiła z siebie idiotkę. Bravo Oriane. Odruchowo odsunęła się od niego jednak nie zwróciła uwagi na to, że siedziała już na skraju ławki. W spektakularny sposób wylądowała w śniegu wymachując przez to rękoma. Mimo całej tej sytuacji na jej ustach pojawił się nikły uśmiech, jednak tak szybko jak się pojawił tak szybko znikł.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : II
Wiek : 21
Skąd : Anglia, Cotgrave
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 308
  Liczba postów : 331
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12277-edward-harper#327635
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12284-ktos-chce-cos-od-harpii#327714
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12283-kwiaty-tanatosa#327713
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12285-edward-harper#327718




Gracz






PisanieTemat: Re: Ławki na pustkowiu   Czw Lut 25 2016, 23:25

Tego to ja się chłopak nie spodziewał. Nawet w takim miejscu zdołał znaleźć obiekt, którym może się zabawić. Ten zaskakujący zbieg okoliczności sprawił, że aż wyszczerzył swoje bialutkie ząbki w stronę zamyślonej Rii. Kto jak kto, ale on, to miał prawdziwe szczęście. Nie dość, że spotkał swoją ulubioną zabawkę, to do tego, nie może już uciec, ponieważ sama się do niego dosiała. Jeżeli nie chce zrobić z siebie wariatki, to będzie tu grzecznie siedzieć i go znosić.
Chłopak oparł łokieć o ławkę i odwrócił się do niej przodem. Wpatrywał się w nią ‘rozmarzony’ i z wielkim ‘uczuciem’ w oczach. Trzeba przyznać, że aktorem, to on był niezłym. Kiedy dziewczyna odzyskała przytomność, chłopak bez zastanowienia złapał za jej dłoń i ucałował wewnętrzną część dłoni.
- Moja pani… – wydukał nie odrywając od niej swojego natarczywego spojrzenia. Ciekawe jak na to zareaguje Oriana. Zresztą ciekawy miała charakter dziewczyna jak na ślizgonkę… no cóż takie rzeczy się zdarzają. On aż zbyt często słyszy, że powinien być Ślizgonem. A tak naprawdę to miał to gdzieś. Domy to był głupi podział, nigdy mu się nie podobał – Z tęsknoty nie mogłem wytrzymać bez ciebie księżniczko – wydukał puszczając jej oczko. W głębi duszy śmiał się tak bardzo, że aż miał ochotę sturlać się na ziemię – więc przybyłem na twoje żądanie – ponownie ułożył usta w tym samum miejscu chcąc jeszcze bardziej zmieszać dziewczynę.
- A ty co tutaj robisz? – zapytał posyłając jej zabójczy uśmiech numer pięć i w końcu puszczając jej dłoń – Przy takim zamyśleniu, to nawet nie wiedziałabyś, że ktoś cię okradł.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 21
Skąd : Londyn, Anglia
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 433
Dodatkowo : szukająca
  Liczba postów : 1320
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11413-oriane-l-carstairs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11414-male-przyjaznie-milosci-i-wrogowie-ori#306244
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11416-shadow#306304
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11415-oriane-leonie-carstairs#306303




Gracz






PisanieTemat: Re: Ławki na pustkowiu   Czw Lut 25 2016, 23:45

W miarę szybko podniosła się ze śniegu w który wpadła. Parę płatków padło za jej płaszcz przez co jej ciałem wstrząsnął dreszcz. szybko jednak otrzepała się z pozostałości białego puchu i z powrotem usiała na ławce. Nie miała najmniejszego zamiaru uciekać od niego.
Jego natarczywe spojrzenie wpływało w dość zaskakujący sposób na Rię. Nie denerwowało jej, a wręcz przeciwnie było nawet przyjemne choć niekomfortowe. Bo jak człowiek ma się skupić gdy z taką natarczywością ktoś się w ciebie wpatruje? No nie da się! Tak więc trochę zajęło Rii dojście do siebie i wydukanie sensownego zdania.
- Wybacz ale nie twoja i nie mów tak do mnie. - zabrała swoją rękę nie odrywając od niego spojrzenia. Za każdym razem jak go spotykała zastanawiała się czy to co do niego czuła było prawdziwe... Może po prostu chciała czymś zająć myśli. Jednak im dłużej patrzyła w jego oczy (a halooo! miała do nich słabość xd z resztą jak do każdych xd) uświadamiała sobie, że jej uczucie było prawdziwe. W końcu nie spotykała by się z kimś kto w żadne sposób nie wywołuje u niej pozytywnych uczuć. Jednak była też druga strona medalu: to właśnie przez Jaya tak bardzo znienawidziła gryfonów.
- Gdyby było tak jak mówisz to sam byś mnie znalazł. - ironiczny uśmieszek zagościła na jej ustach. Czy on naprawdę myślał, że po tym co jej zrobił tak łatwo mu wybaczy? Niedoczekanie jego! - i zdecydowanie nie prosiłam o ciebie. Na pewno jest wiele innych panien łaknących twego towarzystwa. Czemu im nie możesz zawracać głowy?
Po woli zaczynał ją irytować jak i wprawiać w zakłopotanie. A trudną jest sztuką ją w nie wprawić jeśli nie jest pod wpływem alkoholu który zdecydowanie przytępia jej obronę na to.
Nawet nie zdawała sobie sprawy, że w dalszym ciągu trzymał jej dłoń póki nie puścił jej. Zimno jakie na niej poczuła nie spodobało się jej i to bardzo. Szybko schowała ją do kieszeni.
- To chyba nie jest twoją sprawą. - widząc jego uśmiech przygryzła dolną wargę. Zawsze lubiła to w jaki sposób się uśmiechał. - Za wiele by nie zabrał. - czy on naprawdę myślał, że dała by się okraść? - A ty? Co robisz w takim miejscu i to w dodatku sam? Żadna dziewczyna nie była chętna aby zająć ci trochę czasu? - zrobiła smutną minkę lecz nie mogąc dłużej wytrzymać tak zaśmiała się krótko patrząc z powrotem w jego oczy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : II
Wiek : 21
Skąd : Anglia, Cotgrave
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 308
  Liczba postów : 331
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12277-edward-harper#327635
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12284-ktos-chce-cos-od-harpii#327714
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12283-kwiaty-tanatosa#327713
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12285-edward-harper#327718




Gracz






PisanieTemat: Re: Ławki na pustkowiu   Pią Lut 26 2016, 00:02

Analizował każdy jej gest, każdy ruch i każde słowo. Nie mógł wypaść z roli. Musiał zrobić to jak najlepiej potrafił. W końcu za niedługo Ria może wpaść na prawdziwego Jaya i wtedy może być ciekawie, jak chłopak nie będzie wiedział o co jej chodzi. Teraz musi zdobyć jak najwięcej punktów, żeby w przyszłości móc łatwo ją ponownie nabierać. Och ta kobieta była taka prosta i naiwna, że aż czasami robiło się to nudne…
Swoim spojrzeniem lustrował ją intensywnie, jakby chciał wyczytać z niej jakąś opowieść, historię, którą ukrywała głęboko w sercu. Miał oczywiście ku temu cel. Bo kiedy człowiek przyzwyczai się do czyjegoś wzroku, a ten nagle zniknie, może zacząć odczuwać jego brak… i właśnie do tego dążył Ed, żeby odwrócić swoje namiętne spojrzenie w odpowiednim momencie i zmusić dziewczynę do tego, by błagała go o to, by znowu ją nim zaszczycił. Jak na razie trwał w tej pozycji upracie.
- Cóż mi po innych kobietach, gdy pragnę tylko ciebie – gryffon wystawił w jej stronę dłoń i złapał za kosmyk jej włosów, zawijając go na palec – zawróciłaś mi w głowie Oriano i nic na to nie mogę poradzić… – wraz z ostatnim słowem ponownie się wycofał, a wraz z wycofaniem, odwrócił wzrok. Przyglądał się uważnie krajobrazowi myśląc co jeszcze powinien powiedzieć… czy już powinien na nią spojrzeć? Czy jeszcze potrzymać ją w niepewności?
Odpowiedź na jego ostrzeżenie nie za bardzo go zaskoczyła. Uśmiechnął się pod nosem i zwrócił się ponownie w jej stronę.
- Żartujesz sobie? – zapytał i złapał dziewczynę za podbródek. Sam długo nie wytrzymał nie wpatrując się w nią… No cóż musiał przyznać, że oczy to ona miała nieziemskie – Sama w sobie jesteś drogocenna i chodząc tak samotnie… gdybym był na miejscu złodzieja, już dawno bym cię skradł, by mieć cię dla siebie.
Może chłopak nie był zbyt dobry w podrywie. Mówił tylko to co mu przychodziło do głowy. Mogły to być banalne rzeczy, jednakże… ten ton, ta mimika twarzy i ten błysk w oku… to wszystko wyrażało jak wiele ‘uczucia’ w to wkłada.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 21
Skąd : Londyn, Anglia
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 433
Dodatkowo : szukająca
  Liczba postów : 1320
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11413-oriane-l-carstairs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11414-male-przyjaznie-milosci-i-wrogowie-ori#306244
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11416-shadow#306304
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11415-oriane-leonie-carstairs#306303




Gracz






PisanieTemat: Re: Ławki na pustkowiu   Pią Lut 26 2016, 11:45

Czuła jego spojrzenie. Wręcz ją parzyło. Nie, nie było nieprzyjemne lecz można by rzec że niekomfortowe. Nie lubiła jak ktoś się w nią wpatrywał w ten sposób. Choć musiała przyznać sama przed sobą, że podobało się jej to. No proszę, komu by się nie podobało takie zainteresowanie płci przeciwnej swoją osobą? Chyba nie znalazł by się taki czarodziej.
Jego następne słowa wywołały gorąco w jej ciele. Cóż mi po innych kobietach, gdy pragnę tylko ciebie . Jeszcze nigdy nie usłyszała tego od żadnego chłopaka. Nawet od tych którzy mówili, że kochają ją. Może to i dobrze, bo i tak na końcu ją zdradzali. Każdy jeden. Czy naprawdę jej czegoś brakowało, że musieli szukać tego w innych? Czy naprawdę była tak beznadziejna?
- wybacz ale nie wierzę w żadne twoje słowo. - mimo, iż jej głos był słaby, nie spuściła z niego swojego spojrzenia. W jednym momencie nawet złapała się na tym, że chciała aby i on na nią spojrzał. Chciała znów poczuć ten "dotyk" na swojej skórze. - Gdyby faktycznie tak było jak mówisz nie szukał byś rozrywki w innych. Zresztą... to bardzo ciekawe. Każdej to mówisz? - może i już dawno zapomniała o uczuciu jakim go obdarzyła jednak mimo wszystko coś jego słowa w niej budziły. Jakąś cząstkę jej serca która za wszelką cenę chciała być uśpione. Bo czy można na nowo zaufać komuś kto już raz nas zdradził? Odpowiedź była prosta i jednoznaczna - NIE!
- Doskonale wiesz, że ja nigdy nie żartuję. - oczywiście było to kłamstwo. Zdarzała jej się ta forma rozrywki ale tylko i wyłącznie po upojeniu alkoholowym. - Tak? Ciekawa jestem co powiedziała by ta rzesz twoich fanek. Je też byś wszystkie skradł aby były tylko twoje? - lustrowała go spojrzeniem. Chciała widzieć każdą reakcję na jego twarzy.
- Kiedyś lepiej wychodziło Ci wprowadzenie mnie w zakłopotanie albo doprowadzenie do momentu gdy nie mogłam zaczerpnąć tchu. Czyżby twój czar uleciał? - ironiczny uśmieszek ozdobił jej usta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Ławki na pustkowiu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

 Similar topics

-
» Ławki pod wielkim drzewem

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
reszta świata
 :: 
Gory Skaliste
-