IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Eastleigh

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Eastleigh   Nie Lut 14 2016, 19:14


Eastliegh

Niewielkie miasto w Anglii, położone w hrabstwie Hampshire, na południowy-zachód od Londynu. Nie wyróżnia się niczym specjalnym, wydaje się bardzo spokojnym miejscem.


Ostatnio zmieniony przez Archibald Blythe dnia Sro Lut 17 2016, 18:35, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Eastleigh   Nie Lut 14 2016, 19:14

To miasto nigdy się nie zmieniało. Otulało swoimi upiornymi ramionami mieszkańców, wciąż fałszywie i chłodno, dając im złudne nadzieje na zmiany. Tak przynajmniej sprawy wyglądały w tej dzielnicy. Na pozór wszystko było w porządku. Domy stały spokojnie, niewzruszone, a drzewa szumiały cicho. Czasem tylko w powietrzu zadrżał jakiś rozdzierający krzyk, który, o losie, był idealnym podsumowaniem tego miejsca. Archibald nasłuchał się ich tysiące. Były krzyki wściekłości, rozpaczy, bezsilności, sprzeciwu, rozpusty, bólu - wszystkiego. Najczęściej pojawiały się nocą, jednak w dzień, przemierzając ulicę wyglądającą na całkiem normalną, także można było się na nie natknąć. Dopóki nie opuścił Eastleigh, nie widział w tym nic nienaturalnego. Zawsze wpisywał to w otoczenie. Później jednak, za każdym razem kiedy wracał do czegoś, co jego rodzice zwykli nazywać domem, krzyki zwracały jego uwagę i dopiero po jakimś czasie zauważył, że nigdzie nie słyszał tylu wrzasków, co tu. Patologia rządziła się swoimi prawami. Czasem wychodziła na ulicę, ale zazwyczaj trzymała się na swoim małym terytorium. O tej dzielnicy zapomnieli najprawdopodobniej wszyscy bogowie, pozwalając pladze szaleństwa zagnieżdżać się w większości domów. Niektórzy wyczuwali zagrożenie, dziwną aurę tego miejsca i wynosili się momentalnie, jednak nie każdy miał ku temu warunki. Na pozór wszystko było w porządku, nikomu nie można było nic zarzucić. Ba, była to nawet jedna ze spokojniejszych dzielnic, jeśli nie wkraczało się w żadne mrukliwe uliczki, schowane gdzieś w sieci krótkich dróg wewnętrznych. Zaraza przeskakiwała bezszelestnie i tajemniczo z domu na dom, niszcząc ich wnętrza, a konkretniej ludzi, którzy je zamieszkiwali.
Cel. Wola. Namysł. Tego dnia przyszły mu wyjątkowo ciężko - na tyle ciężko, że zanim dotarł do owej dzielnicy, która tylko nie-mieszkańcom wydawała się przyjazna, musiał przewędrować przez pół miasta, bo zniosło go aż pod cholerny cmentarz. Obserwował go chwilę, z wyrazem konsternacji na twarzy. W końcu pchnął niewielką, żelazną bramę i przebrnął do grobu rodziców. Był zaniedbany, ale ktoś musiał usunąć z niego kwiaty, pozostawione tu przy ostatniej wizycie. Zwiędły i uschły zapewne szybciej, niż powinny. Państwa Blythe odwiedził z siostrami i głównie przez wzgląd na nie, jednak było to dobre dwa lata temu. Z trudem przypomniał sobie ten niezbyt przyjemny moment. Skrzywił się i rozejrzał, chcąc upewnić, że wokół nie ma żywej duszy, po czym zaklęciem, do którego musiał podejść trzykrotnie, usunął chwasty i wyczyścił nagrobek. Data jego dwudziestych dziewiątych urodzin stała się nagle bardziej przejrzysta i realna. Prawie siedem lat. Wyczarował niedbale kwiaty i opuścił cmentarz, kierując się w stronę pustego, starego domu, w którym od śmierci jego rodziców zupełnie nic się nie zmieniło.
Nic, poza brakiem pewnego istotnego elementu. Salon bez fortepianu wydawał się kilkukrotnie większy i dziwnie pusty, jakby ktoś zapomniał o zakomponowaniu przestrzeni. Nóżki pozostawiły ślady na parkiecie, ale kurz pokrywał wszystko tak grubą warstwą, że było to niewidoczne. Instrument zabrał stąd stosunkowo niedawno, umieszczając go w nowym mieszkaniu w Londynie, jednak nie trudził się wtedy sprzątaniem, uznając, że bezpieczniejsze jest pozostawienie tego miejsca pod przykryciem. Wtedy również tylko wszedł, zajął się fortepianem i wyszedł, nie rozglądając się ani nie rozpamiętując. Teraz, kiedy stał w progu salonu, dostrzegał, jak wielkiej części zabrakło i jak przytłaczająca bez tej części była reszta.
Nie do końca wiedział, jak udało mu się przebyć taki kawał drogi. Doszczętna pustka wprawiała go w stan odrętwienia i spowolnienia. Obserwował wszystko, choć znajome, jakby widział te rzeczy pierwszy raz. Skórzana kanapa i fotel, pusty kominek, mały stolik i kilka ramek ze zdjęciami, w tym jedna z rozbitą taflą szkła. Dywan, którego stonowane kolory przebijały się ledwo przez szary kurz. Kwiat, który próbował być ostatnią żywą duszą, ale zrezygnował wieki temu, opadając całkowicie z sił. Zasłony i przekrzywiony karnisz, rozpaczliwie trzymający się ściany. Przekroczył próg i zrobił kilka kroków, w półmroku odnajdując parę rozsypanych tabletek - dopiero kiedy pokruszyły się pod jego stopami. Im dalej szedł, tym więcej drobnych śladów, pozostawionych przez rodziców, odnajdywał. Spojrzał niechętnie na schody, mrużąc oczy i kręcąc głową z krzywym uśmiechem. Pamiętał, jak wyglądał jego pokój, sypialnia rodziców i mała łazienka na piętrze. Nie musiał tam iść. Usiadł na kanapie, wzbijając obłok kurzu, przez który zakaszlał kilka razy. Może powinien wrosnąć w otoczenie i pokryć się takim samym kurzem? Może Eastleigh było mu cholernie pisane? Może był taką samą porażką życiową, jak całe to miasto? Może. Zarzuciwszy nogi na oparcie z jednej strony, a stykając plecy z drugą, wpatrzył się w sufit upstrzony pajęczynami, nawet nie próbując się oszukiwać, że znajdzie tam odpowiedź.

Nie czując nic, nie czuł też zmęczenia, głodu, pragnienia ani ochoty na jakiekolwiek działanie. Falami przychodziło tylko kilka pojedynczych uczuć, których po pewnym czasie nie mógł od siebie odróżnić. Pierwszej nocy, bo dotarł w to miejsce pod wieczór, nie zmrużył oka, leżąc i przypatrując się nieistniejącym punktom. Gdyby chociaż się zamyślił... nie, leżał i nie potrafił zmusić się do przemyślenia całości. Czasami w mroku zdawało się przemykać jakieś światło, odbicie, czy krótka myśl. Krzywił się na kłujące prześwity smutku, zaciskał nieświadomie pięści ze wściekłości i zamykał oczy przy wyrzutach sumienia, negując ich istnienie. Kontury pomieszczenia rozjaśniały się stopniowo, ale Blythe zauważył to dopiero przy niewielkiej zmianie pozycji, przekładając się na bok, przeczuwając nadchodzące emocje. Pustka rozmywała się powoli i w porównaniu do swojego zastępcy zdawała się zbawiennym półstanem. Pierwsze bowiem pojawiły się wspomnienia. Zazwyczaj miał na takie okazje myślodsiewnię, sprawdzającą się nieopisanie dobrze. Przesiewał swój umysł, odgarniając najbardziej męczące i niewygodne momenty, aby móc zachować spokój. Kiedy zbierało się ich więcej albo gdy dawały znać o swoim braku, dręczącą pustką i irytującym poczuciem zanikania, musiał wybierać się na coś, co nazywał wycieczkami. Nazywał nie w sensie dosłownym, bowiem wszystko zawsze działo się tylko w nim samym. Nie wiedział o tym nikt - ani siostry, ani James, ani żadna przypadkowa osoba. Wycieczki były ogólnym podsumowaniem i przebrnięciem przez najgorsze, aby ostatecznie wrócić do dystansu. Niemalże za każdym razem coś na tym zyskiwał - uczył się, czy zauważał nowe elementy, o których istnieniu nie miał pojęcia. Nie było to naturalne i gdyby potrafił spojrzeć na całą sprawę z obiektywnej strony, wyszłoby na to, że pamięta każde niepowodzenie i nieprawidłowość, każdy niepoprawny gest wykonany w jego kierunku. Zapewne miało to udział w zdolności do obserwacji ludzi. W swoich wspomnieniach mógł obserwować ich do woli. I robił to, ucząc się, jak i dlaczego nie warto im ufać. Z każdym rokiem oddalał się od nich i zamykał w sobie, wierząc, że tak będzie lepiej.
Tym razem myślodsiewnia nie mogła mu pomóc. Zresztą pierwszą myślą, którą sobie zaszczepił, czując nadchodzącą falę i będąc świadomym, z czym się wiąże, była determinacja, aby nie działać, jak zawsze. Nie widział w tym postępu. Był jedynie przekonany, że wszystko, co miało nadejść, należało mu się w zupełności. Dlatego zapomniał o kamiennej misie, oddalonej od niego o kilometry. Późniejsze próby dotarcia do niej mogły skończyć się co najwyżej rozszczepieniem.
Dawno nie miał okazji doprowadzić się do takiego stanu. Był zupełnie bezbronny, jakby widział siebie sprzed trzydziestu lat - i właściwie tak właśnie się czuł. Zapędzony w kąt, samotny, bez determinacji i namiastki chęci. Zabawy nikt go nie uczył, wiec zamiast tego nauczył się obserwować. Zabawą zachłysnął się wiele lat później, tracąc umiar i zdrowy rozsądek. Rzecz nie leżała w agresji, ale w zapomnieniu. Nikt nigdy nie podniósł na niego ręki, dlatego też nie bał się ludzi. Nie ufał im za to, bo nie miał ku temu powodów. Dlaczego miał ufać, skoro kiedy byli potrzebni, nie mógł na nich liczyć? Na swoje nieszczęście, jego pamięć nie była ułomna. Napotkane trudności z dziecinną łatwością pojawiały się teraz, jak żywe. Pojawiały się zawsze, proszone i nieporoszone. Podsycane znajomym otoczeniem, które umarło śmiercią naturalną, rodziły się w nim na nowo. Ogrom bólu, jaki im towarzyszył, przygwoździł go do miejsca, w którym się znajdował. Był ironicznie dzielny, nie ruszając się, jakby w obawie przed kolejną lawiną, ale i w przeświadczeniu, że nie ma innego wyjścia. W ten sposób minął dzień, przynosząc ze sobą kolejną bezsenną noc i napad okropnego bólu głowy, który razem z nieszczęsnym zwątpieniem rozsadzał mu czaszkę.

Podniósł się dopiero o świcie, mając wrażenie, że spędził na kanapie całe wieki, gdy stanął na zdrętwiałych nogach. Nieprzekonany zawędrował do kuchni, przetrząsając szafki w poszukiwaniu leków. W tym momencie nawet nie śnił o tym, że czary zdołałyby choćby pomóc mu przywołać tabletki, nie mówiąc o uśmierzeniu bólu. Znalazł kilka mugolskich specyfików i przejrzał je, odrzucając niedbale wszystko, co wyglądało mu na narkotyki, całą uwagę skupiając na odnalezieniu czegoś przeciwbólowego. Nie przejmując się datą ważności, a raczej zapominając o niej, przygotował dwie tabletki i odkręcił kran, chcąc je popić. Wody jednak nie było. Ściągnął usta w niezadowolonym grymasie i przełknął leki bez niej, dochodząc wtedy do wniosku, że wypadałoby pomyśleć o zakupach. Na tym się jednak skończyło, bo wrócił na swoje stałe miejsce, chowając twarz w dłoniach i wplatając palce we włosy, próbując pozbyć się natarczywego następstwa ostatniej rozmowy. Sam nie wiedział, czy jest gotowy na przemyślenie tego wszystkiego. Pierwszy odruch zmusił go do wewnętrznego buntu. Nie potrafił uwierzyć, gdy Ira mówiła, że go zna. On nie potrafił rozdzielić swojego świata na dwie części - części, którą z niego wydobyła, a o której sam sumiennie starał się zapomnieć, oraz części bez jej ingerencji - samotnej, rozbitej i nieufnej, a nawet skrajnej. Nic z jego gestów czy słów nie było kłamstwem, były najzupełniej prawdziwe, przyjemne, odświeżające i zapierające dech w piersi. Zachłysnął się nimi, a kiedy dostał czas do namysłu, stwierdził, że błędy z przeszłości odzywają się dosyć głośno. Stopniowo docierał do momentu, wyraźnie wskazującego na to, że powinien opowiedzieć jej o sobie nieco więcej niż mu się dotychczas udało. Nie mógł się zebrać, ale nie był to jedyny powód. Czegoś mu brakowało. I dopiero kiedy podjął próbę, wykładając prosto przed Irę część swojej duszy, kawałek prawdy, w którą wierzył, ułamek niepewności i lęku, dopiero kiedy zaczął mówić, zauważył, że wybrakowana była nić porozumienia. Potrzebował jej pomocy i nie istniało nic, czego mógł w tym momencie potrzebować bardziej. Jej stanowcze zakończenie tematu i odejście było dla niego nie tylko wielkim szokiem. Było też zranieniem. Echem i dławiącym uczuciem, którego nie potrafił się pozbyć, zarówno lata temu, jak i teraz. Nie winił jej w dalszym ciągu i nie był do tego w żaden sposób zdolny. Widział swoją winę, spotęgowaną do granic możliwości. Czuł zbyt wiele, aby wyodrębnić wszystkie składowe, ale wina wybijała się ponad wszystkie.
Zapewne miała rację i doszukiwał się na siłę powodów, ale z drugiej strony wcale nie potrafił odjąć nic od swojej prawdy. Dlatego tak bardzo się gubił, ginąc w sprzecznościach i sposobie, w jaki się wymijali. Archibald nie wiedział, jak to jest zwyczajnie być, bo ostatnie bycie nie było wystarczające. Odnosił się do przeszłości, ale robił to tylko dlatego, że nie chciał powtórki.
Krótka analiza niespójnych myśli przyniosła mu wniosek trzeciego, czy czwartego dnia - sam nie wiedział, bo godziny straciły jakąkolwiek płynność. W ciągu dnia zapadał w sen na chwilę, czasem na kilka godzin, i budząc się nie wiedział, ile czasu mogło minąć. Sen nie był w żadnej mierze spokojny, a o ile dało się go znieść, gdy był zwyczajnie męczący, tak iluzje, stające mu przed oczami, wcale nie były zbawienne. Głowa nie przestawała boleć, a wybudzanie się w stanie pewności, że Ira jest gdzieś blisko, skutkowało paskudnym ściskiem żołądka, który po pewnym czasie zidentyfikował się jako dziwna, nieznana mu jeszcze w takiej postaci, rozpacz. Bo Iry wcale nie było. Nie wiedział gdzie jest, co się z nią dzieje i świadomość ta nie dawała mu spokoju. Przyzwyczajony do specyficznej opieki nad nią, nie mógł uniknąć ponurych myśli. Chciał wyjść i dowiedzieć się czegokolwiek. Znaleźć ją w mieszkaniu, przy książce, spokojną i uśmiechniętą. Nie ruszał się, trwając w roli idioty wieków, nawet niekoniecznie czekając na cud - bo w cud nie wierzył - ale na jakieś rozwiązanie. Na ten moment mógł poszczycić się jedynie odkryciem, które jasno mówiło mu, że bez niej nie będzie dobrze. Z nią było dobrze. Przesiewając wątpliwości, których nie dało się wyłączyć, był z nią szczęśliwy. Zbyt wpłynęła na jego życie, wprowadzając w nie coś, czego sam sobie zabronił. Jej brak był teraz tak dotkliwy, jak całe nieporozumienie.
Chwilowo zyskał trochę motywacji, jak w jakimś dziwnym transie postanawiając wybrać się na zakupy. Sam nie wiedział, co nim kierowało i później nie do końca mógł sobie przypomnieć gdzie zaszedł, ale rzeczy wyłożone na kuchennym blacie uparcie przypominały mu, że chyba był głodny. Świtało mu też, że wpadł na genialny pomysł wysłania Irinie listu, ale nie miał sowy, więc ostatecznie uznał, że na planach się skończyło. Tymczasem list rzeczywiście został wysłany - mugolską pocztą, a jego treść była bardzo zwięzła, wciąż w typowy dla Archibalda sposób, choć przekaz mógł być nieco zaskakujący. Krótkie "potrzebuję Cię" nie doczekało się podpisu. Do skrajności jeszcze nie zszedł, ale łatwo było ocenić, że znajdował się bardzo blisko, bo w kolejnym dniu nie zostałoby mu nic innego niż "pomóż mi". Jeśli wcześniej był podłamany, teraz sięgał załamania.

Kolejna pobudka, przyprawiona wątpliwościami co do wysłania listu, który przecież mógł trafić tam, gdzie Iry nie było, okazała się najgorszą ze wszystkich. W pierwszej chwili nie wiedział, gdzie się znajduje, w drugiej był niezadowolony, że padło na Eastleigh, trzecia przypomniała mu całą resztę, a kolejne sprawiły, że skończył zły. Wkurwiony, krótko mówiąc, na siebie, na swoją niemoc i niezdolność do podniesienia się z tego, co sam sobie przygotował. Snuł się po całym domu, walcząc z rosnącym napięciem i frustracją. Skończyło się kilkoma fiolkami z podejrzanej apteczki rodziców, rozbitymi o ścianę i pękniętym lustrze, które zniszczył własną dłonią. Dopiero wtedy, patrząc na rozcięcie, prychnął zniesmaczony, śmiejąc się z siebie.
- Jestem najgorszym człowiekiem, jakiego znam, przysięgam - burknął do siebie, obserwując jeszcze chwilę zbite lustro, aby ostatecznie znów wrócić na kanapę i spróbować wyciągnąć kolejne wnioski. Zbierało mu się długo, a kiedy uderzyło, sprowokowane błędami, uderzyło zbyt mocno. Nie potrafił być już w żaden sposób obiektywny. Nie wobec siebie. I właśnie tacy ludzie byli najbardziej skrajni. Skryci i niezrozumiani, choć sami owo zrozumienie utrudniali.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Eastleigh   Pon Lut 15 2016, 09:47

Ira dawno juz nie dostala tradycyjnego, mugolskiego listu. Az wydawalo jej sie, ze ktos pomylil adresatow, szczegolnie, ze adres zwrotny byl jej kompletnie nieznany. Nawet jesli Archibald wspomnial jej kiedys o swoim miejscu zamieszkania to najpewniej go wcale nie precyzowal. Miala odeslac komus list, ale nie znala zadnej innej Iriny Blythe, a juz szczegolnie nie w ich miejscu zamieszkania. Otwierajac list mogla przewidywać kazda tresc tylko nie ta jaka zastala. Pismo znala na tyle dobrze, ze nie potrzebowala znac ani intencji i charakteru nadawcy, ani nie musiala patrzec na podpis zeby wiedziec kto adresowal kopertę. Chociaz po Archim nie spodziewalaby sie takiej drogi kontaktu. Chociaż przeciez byla pewna, ze przyzwyczaila sie do spodziewania sie niespodziewanego. Tylko chyba nie tej kategorii. Spakowala sie calkiem szybki. Zgarniajac w torbe tylko podstawowe części garderoby i ksiazke zanim udala sie na pociag. Tlumaczenie kasjerce gdzie lezy Eastleigh zajelo jej calkiem sporo. A dojscie do tego gdzie powinna sie przetransportowac i gdzie potem przesiasc jeszcze raz tyle czasu. O ile latwiej byloby sie po prostu teleportowac. Ale nie w tym zyciu, a przynajmniej nie w jednym kawałku bez Archibalda
Siedzac juz w pociagu na bardzo niewygodnym fotelu, wewnetrznie ubolewajac nad rozmiarem kroju pisma w ksiazce, jej mysli w koncu wyparly tak blahe problemy na rzecz tych powazniejszych. Czego mogla oczekiwac po tym spotkaniu i czy Arch byl w tarapatach czy tylko ona odczytała w tym liscie tyle desperacji. Akurat z pod reki Pana Blythe. Kazde inne: "Potrzebuje Cie" uznalaby po prostu za urocze. Tak samo jak i miasto do którego dotarla w koncu pod koniec dnia, pewnie mocno spozniona, bo otrzymany list docierał do niej zdecydowanie za dlugo. Gdyby nie swiadomosc tego faktu i komunikat wyslany jej przez meza, oewnie znalazlaby nawet czas na zwiedzenie malej miescinki, szczegolnie ze czesc obiektow wydawalaby jej sie bardzo interesujaca, gdyby nie przeszla obok nich obojetnie, zdecydowanie w koncu wchodzac do nieznanego jej domu Archibalda. Standardowo wygladala przy tym jakby czula sie w nim jak u siebie, chociaz byla tu pierwszy raz, a panujacy tu dziwny klimat odosobnienia i mrok wywolal w niej dreszcze. Ale nie to mile podniecenie jakie czula wchodząc do ciemnych, zakurzonych swiatyn, mimo ze ten dom wygladal na rownie zapomniany. Dreszcz wywolal w niej utrzymujacy sie na rownym poziomie stres.
- Archibaldzie, jestem - poinformowała przestrzeń wokół siebie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Eastleigh   Sro Lut 17 2016, 17:49

Dźwięk otwieranych drzwi wyrwał go z letargu, wzbudzając na chwilę wątłą czujność. Dywan w korytarzu zawsze dobrze tłumił kroki, ale z czasem Archibald nauczył się wyłapywać każdy odgłos, aby rozpoznawać, kto wrócił do domu. Było to jednak dawno, a teraz, choć nasłuchiwał bardzo krótki moment, nie dosłyszał kroków, dlatego uznał, że tylko mu się przesłyszało. Nie było to nawet dziwne. A konkretniej nie było dziwne do chwili, w której dom wypełnił się znajomym głosem. Blythe zamknął oczy, marszcząc się i przykładając dłonie do twarzy. Fakt, było źle i fakt, może majaczył, gdy zdarzało mu się trwać w półśnie, ale teraz wcale nie przysypiał. Obecność Iriny wydawała mu się jednak bardziej abstrakcyjna od majaczenia, dlatego zwlekał ze sprawdzaniem. Nie miał ochoty wstawać i kolejny raz przekonywać się, że wcale jej tu nie znajdzie. To nie było jej miejsce, nie było to też miejsce, którego by jej życzył, czy chciał, by się w takim znalazła. Było mroczne, smutne, ponure, wręcz depresyjne, zepsute. Nie wiedział, czy targnęła nim jakaś rozpaczliwa nadzieja albo jej resztki, czy chciał sobie udowodnić, że zaczyna świrować, ale głos wydawał się podejrzanie i niepokojąco realny, dlatego podniósł się i przeszedł z obojętną miną przez salon, aby oprzeć się o framugę i po chwili wpatrywania w schody z założonymi na piersi rękoma, odwrócić głowę w stronę wejścia. Nic, autentycznie nic nie zdziwiło go od dawna aż tak, jak Węgierka, która nie ruszała się z miejsca. Nie był nawet pewien, a raczej wcale się nie zastanawiał, czy zauważyła go przy tej framudze, ale odetchnął pod nosem, zerkając w jej stronę jeszcze raz, zanim wysunął się nieco do przodu, robiąc kilka kroków, ale ostatecznie zatrzymując się i nie podchodząc zbyt blisko. Wszędzie było ciemno, ale zdawało się, że pogoda postanowiła się dopasować do jego nastroju, osnuwając niebo ciemnymi chmurami i wpuszczając przez małe okienka w korytarzu słabe i blade światło. Minął rozbite lustro, robiąc jeszcze dwa kroki, ale znów zrezygnował, ściągając usta w zawziętym grymasie, kiedy ukochane poczucie winy postanowiło wymierzyć mu policzek. Dopiero teraz zorientował się, że list jakimś sposobem musiał jej wysłać. Przez sekundę analizował jeszcze, czy może przypadkiem nie wziął jakichś prochów, których w tym miejscu nie brakowało, ale uznał, że wtedy raczej by się nad tym nie zastanawiał. Zresztą, raz kozie śmierć, lepiej rozmawiać z ewentualną halucynacją niż dostawać pierdolca samemu!
- Witaj w domu Blythe, Blythe - mruknął ponuro, przypatrując się Irinie ze zmęczeniem i dziwnym zamgleniem, na które nigdy sobie w jej obecności nie pozwalał. Chciał się nawet uśmiechnąć, ale coś mu nie wyszło. - Trochę tu... - zaczął, zastanawiając się i rozglądając, ale miał tyle określeń, że sprawnie zatkały mu gardło i męczył się chwilę z opisaniem tego miejsca. Ostatecznie trafił na słowo, które wprawnie pokazało jego własny stan. - niewyjściowo.
Zamierzał dorzucić ironiczny do granic możliwości żarcik o sąsiadach spod piątki, ale jakoś nic więcej nie mogło się wydostać z jego krtani, za to im bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że ta Ira, która przed nim stała, była prawdziwa, tym bardziej mieszane miał uczucia. Z jednej strony wcale nie chciał żeby oglądała to wszystko, z drugiej - nie miał najmniejszej ochoty, aby jej tu nie było. Na szczęście nie miał siły i kreatywności na wyobrażanie sobie jej zniknięcia. Na nieszczęście, samo mu się to wyobraziło, przez co zrobiło mu się przeraźliwie dziwnie, nieprzyjemnie i miał wrażenie, że drugi raz nie będzie w stanie znieść tego ścisku, który brał go nawet teraz, na samą myśl, odbierając oddech. Ciężko stwierdzić, gdzie mieściła się desperacja tego człowieka, ale na pewno nie było jej w granicach średniej ludzkości, bo pytanie, które z siebie wydusił, było jednym ze szczytów owej desperacji. Desperacja szczytowała tak dobrze, jak oni w noc poślubną, jeśli ktokolwiek potrzebował dobrego odniesienia.
- Zostaniesz?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Eastleigh   Sro Mar 09 2016, 22:34

Pani Blythe nie miała takich samych problemów, co Archibald z interpretowaniem przestrzeni wokół nich. Nie wiązały jej z nia żadne wspomnienia. Wręcz przeciwnie, próbowała sobie jakąś opinię na temat tego miejsca wyrobić. Wchodząc do środka, kładąc swoją niewielką torbę obok siebie (bo jednak nie zabrała dużo książek), rozejrzała się wokół, podchodząc do ściany, na której wisiał smętny obrazek. Zgadywała, że nie przedstawiał szczęśliwej rodziny. Uniosła nawet różdżkę, mrucząc pod nosem krótkie Lumos, ale zaklęcie nie chciało zadziałac. Wstrząsnęła drewienkiem, a szkło obrazka za jej plecami pękło. Nie. Nie przyszła tu niczego rujnowac. Zwłaszcza niczego co należało do jej męża. Usłużnie, jakby słysząc jego napomnienie w głowie, schowała różdżkę, cofając się kilka kroków, aż nie uderzyła plecami o barierkę schodów za sobą. Obserwowała przestrzeń, ale poruszała się mniej więcej przy drzwiach, nie pozwalając sobie wejść głębiej. Jej uwagę skupiło dopiero skrzypnięcie deski od strony framugi drzwi do salonu. Automatycznie skierowała tam twarz. Chciała się instynktownie uśmiechnąć, ale twarz Archibalda nie wyrażała żadnych pozytywnych emocji. Jej mimikę ogarnęła bardzo skrupulatna konsternacja. Spróbowała wyostrzyć wzrok, spoglądając w błyszczące w ciemności oczy męża.
Dom ten w żadnym razie domu Blythe, jaki zostawili w Anglii nie przypominał. Jej kobieca delikatna ręka wprowadziłaby tu dość sporo zmian. Rozpoczynając o porządków na rozjaśnianiu ścian skończywszy. Oparła dłoń na barierce, obserwując zawahanie Archibalda, a przez krótki moment nawet przeszło jej przez myśl, że niektóre z desek kryły pod sobą jakieś zagrożenia. Tyle, że to nie była świątynia, nie musiała szukać zagrożeń wokół nich. Jedno największe widziała w spojrzeniu Archibalda. Stała w miejscu, bo czuła, że nie powinna narzucać mu żadnej odległości między nimi. Zrobiła tylko jeden krok w przód, ale dalej się nie ruszyła, stwierdzając, że w jakiś sposób Blythe musi być to nie na rękę, skoro sam nie zmieniał ich dystansu zbyt wyraźnie.
— Da się to naprawić — zauważyła już podnosząc różdżkę w celu użycia zaklęcia gospodarczego, ogarniającego przestrzeń, ale zamiast ją naprawić, wszystko wokół zaczęło się psuć. Wszystie ramki pospadały ze ścian, deski na schodach połamały się w pół, kurz wzbił się w powietrze, drażniąc nozdrza. Pospalały się wszystkie światła, które być może chciałyby jeszcze działać. Teraz już na pewno nie wyrażały takich chęci. Irka z niegasnącym zapałem opuściła różdżkę, rzucając naturalnie:
— Ojej, przepraszam — tak jakby nadepnęła mu na buta, a nie właśnie zrujnowała i tak już zrujnowany dom. — Na pewno potrafisz to zrobić lepiej — dorzuciła już z przekonaniem, podchodząc jednak bliżej, żeby wyjść z cienia i znaleźć się w samym środku niewielkiego światła, jakie rzucało malutkie okienko na profil jej twarzy.
— Jak długo będziesz chciał — zapewniła go — ale będzie trzeba wprowadzić tu trochę zmian.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Eastleigh   Czw Mar 10 2016, 01:33

Zdecydowanie miał do czynienia ze swoją żoną i gdyby tylko jego stan emocjonalny nie był aktualnie tak lichy, zaśmiałby się swoim charakterystycznym śmiechem, przyjemnie drażniąc irkowy zmysł słuchu. Właściwie ten dźwięk był bardzo trafnym podsumowaniem jego charakteru - krótki, w jakiś sposób konkretny, ale wypełniony masą emocji - może był tak dobitny przez owe wymijanie uzewnętrzniania się. Tym razem nie pozwolił sobie na żaden dźwięk, pozostawiając po słowach Iry nienaturalną ciszę. Niekoniecznie zależało mu na ratowaniu jakiejkolwiek deski z tego domu. Nie były niebezpieczne, raczej niesprzyjające. Zakaszlał mimowolnie, rozganiając lekko kurz sprzed swojej twarzy i przywołał na nią znikomy uśmiech, nieco na siłę, ale mimo wszystko dzięki żonie był w stanie w ogóle to zrobić. Wciąż nie wiedział, co powinien mówić i jak dotrzeć do wspólnej płaszczyzny w ich światach, ale obecność Iriny działała kojąco. Potrzebował jej, a skoro już to wiedział, wszystko powinno stać się łatwiejsze. Nistety - nie było. Archibald Blythe i "łatwo w życiu" kłóciły się ze sobą z natury.
Stał więc tak przez krótką chwilę, wyglądając tak, jak się czuł - jak kilkudniowy zarost. Zreflektował się niespodziewanie szybko, zdobywając na zmniejszenie dystansu, a skoro już się na ten krok zdecydował, zmniejszył go do możliwego minimum, nawet nie zauważając, kiedy obejmował swoją Blythe, zamierając w bezruchu. W zasadzie była to kompletna pierdoła. Bywali bliżej i bardziej, romantyczniej i intensywniej, a mimo tego serce postanowiło roznieść swoje echo dosyć konkretnie po jego ciele. Zdawało mu się, że powinien się odsunąć, że może chce to zrobić, ale nie był wcale taki pewien. Dlatego przesunął tylko głowę, aby móc mówić do ucha Węgierki.
- Jest idealnie, tego domu nie da się uratować - stwierdził, w myślach dopowiadając sobie, że mogliby go spalić. O, to byłoby bardzo romantyczne. Lepsze niż niejedna randka.
- Chcę żebyś wiedziała wszystko - oznajmił cicho, zdając sobie sprawę, że w ten sposób jego głos nie straci na swojej wartości i rzeczywiście zabrzmiał dosyć pewnie, bez załamań i nieprawidłowych nut. Dopiero z tą świadomością mógł odsunąć się na kilka centymetrów, zatrzymując dłoń przy gładkim policzku. Nie zwrócił uwagi na swoje zjawiskowe rozcięcie, przypatrując się uważnie Irinie. Czuł się nieoswojony. Trochę jakby musiał budować wszystko od nowa i po części tak było, choć głównie chodziło o to, że nie wiedział co i jak mówić, aby nie skończyć jak poprzednio. Bał się jej odejścia i kolejnego nieporozumienia, więc tym bardziej bał się mówić. Chciał tylko żeby zrozumiała, dlaczego jest taki, jak jest, równocześnie poznając to, jaki był. Mogła mówić, że go zna i mogła go znać, ale dopóki on sam nie mógł tego potwierdzić, nie mogli być kompletni. Wciąż było mu trudno, a usilnie szukanie słów i określeń zakończyło się porażką. Co nie zmieniało faktu, że wiele malowalo się w jego oczach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Eastleigh   Czw Mar 17 2016, 00:13

Irka nie odsuwała się od swojego męża wcale. Objęła go w pasie, bo dalej małżeństwem przecież byli i był to jej małżeński obowiązek. Zresztą, nie ukrywając, bardzo ten stan rzeczy jej się podobał. Przymknęła powieki wtulając się w ramię mężczyzny, wdychając jego zapach. Nie widzieli się maksymalnie może kilka tygodni, ale jako, że od przeszło roku spędzali ze sobą większość każdego dnia, miała prawo się stęsknić. Wcześniej nie musiała się zastanawiać czy jak wróci do domu to go zastanie. Ich dom, bo mieli teraz wspólny, był bez niego dziwnie pusty. Brakowało jej jego towarzystwa. Wszystkiego co z nim związane. Jego dotyku. Uśmiechnęła się dlatego delikatnie, mrucząc mu wprost do ucha:
Wszystko da się uratować, Archie. A my chcemy coś dzisiaj uratować, prawda? Możemy zacząć od domu — a skończyć na czym? Mógł się domyślić, co Irka mogła chcieć ratować. Zaskakująco Archibald ją ubiegł. Odchyliła się w tyłu, patrząc w jego tęczówki, pozostawiając ręce oplecione wokół jego szyi i trąciła go zaczepnie noskiem, nieznacznie przechylając głowę na bok. Spoglądała w jego oczy z niegasnącą uwagą.
W takim razie chcę wiedzieć wszystko. Chcesz żebym zadawała konkretne pytania? — mogła. Mogła zrobić cokolwiek, żeby mu to ułatwić, ale liczyła też na jego kreatywność. Przecież to był Archibald, na pewno miał już jakiś pomysł. Niebanalny z pewnością. Musiał go mieć, a jeśli nie, improwizował zawsze tak samo dobrze.
Kochanie, możesz mówić. Nie wiem jeszcze jak długo potrafię milczeć. Jeszcze nigdy mnie nie sprawdzałeś tej kwestii.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Eastleigh   Czw Mar 17 2016, 02:14

Jej bliskość też była mu na rękę. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że ostatnimi czasy mógł ją sobie tylko wyobrażać i błądzić w sennych iluzjach, aby potem znów wracać do świadomości, że nie, wcale nie, że była daleko. A nawet w tych złudzeniach nie potrafił wyczuć tego znajomego, choć nowego, i niemalże ekscytującego uczucia, jakie wywoływało jej towarzystwo. Pech chciał, że potrafił dostrzec to dopiero po nieprzyjemnych incydentach. Mógł się bronić i pielęgnować swoją wypracowaną barierę, ale doszedł już do punktu, w którym uświadomił sobie, że ją kocha. Znał to uczucie. Było jednak inne, tym razem skalane wątpliwościami i nieufnością, ale i opierające się na zupełnie różnych czynnikach. Wstrzymał oddech, niezależnie od siebie, nie kontrolując tego odruchu, kiedy mówiła i spoglądała mu w oczy tym typowym, irkowym wzrokiem, z którego z taką łatwością wyłapywał inteligencję i ciepło. Jak w dennej romantycznej scenie, ale chyba nie miał siły się opierać, był zresztą tak wymęczony bezustanną walką ze wszystkim, co postanowiło się sypać, że tracił część swojego charakteru. Jego rozbicie polegało na nieokreślonym skakaniu od jednego elementu, do drugiego i wciąż ciężko było przewidzieć, gdzie go zniesie, dlatego skrajności jak najbardziej mogły się zdarzyć, ale kiedy przychodziło do zatrzymania się na polu "nie wiem", zamierał i zawieszał się, kolejny raz tonąc w swoich refleksjach. Uśmiechnął się bardziej do siebie, niż do Iry, na myśl o ratowaniu domu. Mieli w tej kwestii inne zdanie.
- Mam ważniejsze rzeczy do ratowania niż dom, którego nie da się uratować. Ale możesz go zwiedzić, to dobry początek - uznał, marszcząc brwi na ułamek sekundy, chwilę przed tym, jak powiódł nosem po linii jej nosa i brwi, ostatecznie znów kończąc ze swoim policzkiem przy policzku Węgierki, ustami lekko i nieświadomie muskając jej ucho. - Dobrze cię widzieć, Blythe. Nie masz pojęcia, jak.
Poprawiała mu humor w tempie ekspresowym. Nie można było mówić, że był teraz wesoły, bo z tą melancholią wcale nie walczyło się łatwo, jak i z samym Archibaldem, ale wciąż uśmiechał się lekko, kręcąc głową, zanim odsunął się, aby zlustrować ją wzrokiem i upewnić się, że rzeczywiście chce wiedzieć wszystko. Dla niej musiało być to prostsze. On nie był tego wcale taki pewien.
- Chcę - zdecydował, widząc w tym pośrednie wyjście. Pośrednie, bo jego sposób nie zakładał wcale mówienia, a raczej nie opierał się na nim. Zaśmiał się krótko. - Przecież wiesz, że nie mogę mówić. Ale lubię, kiedy mówisz. Pokażę ci, nie dzisiaj, nie tu, ale pokażę. Tyle, ile będziesz chciała wiedzieć - obiecał, w tym samym czasie przenosząc rękę z jej szyi do dłoni, aby móc objąć ją delikatnie i nie odsuwając się zbyt znacznie, poprowadzić w głąb korytarza. Minęli kilka zdewastowanych ramek, rozbite przez Archibalda lustro, na którego nieregularnej tafli przyschło trochę krwi, a potem zakręcili, aby znaleźć się w salonie z pustką po fortepianie i masą podejrzanych specyfików w każdym kącie. - Pytaj. Powiem tyle, na ile dom mi pozwoli.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Eastleigh   Pią Mar 18 2016, 02:46

Irka co prawda często sprawiała wrażenie, jakby zaabsorbowana jedną czynnością traciła koncentrację w innej, ale to nie było do końca prawdziwe. Instynktownie mogła się chwytać kilku rzeczy na raz, godząc je ze sobą, o ile niektóre pozostawiała w strefie instynktu i swojej dobrej intuicji. Dlatego, nawet jeśli nie obnosiła się ze swoim zainteresowaniem stanem jego dłoni, już dawno zdążyła go zauważyć. Chwytając ją pomiędzy własne palce, kiedy jej mąż objął jej rękę, od razu pociągnęła lekkim ruchem dłoń do swoich ust, całując ją króciutko w rozdarcie. Ciepłe wargi być może zwiększały drażliwość na dotyk, ale za to troskliwość z jaką odciągnęła rozcięcie na jego ręce od swojej twarzy i chęć objęcia go opieką kiedy dmuchnęła na zranienie już z odległości, były tak szczere i tak czyste u podstaw, że ciężko było jej mieć za złe drobną niedogodność, kiedy rana dotykała gorących, drażniących swoją temperaturą ust.
Chcesz mnie uratować? — uśmiechnęła się do niego ciepło, nie wiedząc w jakim kierunku idzie ta dyskusja, ale nie chciałaby obrać złej trajektorii. Ostatnio taką obrali i nie podobał jej się cel, w jakim zmierzali. Ona miała własne. Nie potrafiła zrozumieć decyzji męża, ale zrezygnować też. Jak na tak inteligentną osobę, miotała się dość łatwo w tych relacjach, bo miała w sobie tyle rozsądku żeby pamiętać, co dokładnie mu ostatnio powiedziała i jak powinno się to skończyć, i posiadała zdecydowanie więcej nieopamiętania, kiedy z powrotem stawała twarzą w twarz z Blythe. To się chyba profesjonalnie nazywało miłość. Ona kwitowała to w głowie jako obłęd. Tak, była obłąkana. Co gorsza, podobał jej się ten stan. Ten karygodny sposób w jaki zamiatała swoją inteligencję na bok, tylko po to żeby być… ze swoim mężem. Nieważne co mówiła wcześniej. Nieważne, jak on ją odtrącał. Gdzieś w głębi duszy, musiała wiedzieć, że nie robi tego specjalnie, że potrzebuje tylko porządnego kopnięcia na zapęd, które mu dała, nie używając do tego nawet porządnej siły, tylko zwykłej, irkowej prostolinijności i delikatnie dozowanej bezpośredniości.
Nie mam pojęcia — przyznała mu rację, albo chciała mu przyznać rację, w końcu był Archibaldem, rzadko jej nie miał, a jak nie miał to tylko dlatego, ze tylko ona mogła wiedzieć lepiej. Ale ona pewnie czytała w książkach. On miał wiedzę zupełnie inną, doświadczalną i tą, którą nazywała jego wrodzonym geniuszem i tym wyszkolonym genialnie geniuszem też — jak bardzo? — podłapała jego wypowiedź, naprawdę chcąc wiedzieć czy tęsknił i w jakim stopniu.
Ale najpierw pogładziła jego poharataną dłoń kilkoma palcami, dopiero po chwili pozwalając mu się pociągnąć w głąb mieszkania.
Dlaczego ta dłoń tak wygląda? — zadała pierwsze pytanie. Uderzyła od razu w centrum. Była jakaś przyczyna dla której uderzał nią w lustro. A Irina zadała tylko jedno pytanie, ale była mądra, bo to jedno ciągnęło za sobą mnóstwo innych odpowiedzi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Eastleigh   Sob Mar 19 2016, 00:43

Nie chodziło nawet o kopnięcie na zapęd. W najprostszy z najprostszych sposobów potrzebował człowieka, który potrafiłby go zrozumieć, przynajmniej w jakiejkolwiek części - kopów dostał wiele i w końcu sam nauczył się, jak je sobie wystosowywać, tylko po to, aby nie musieć czekać na motywację ze strony innych ludzi. Przyjął jej opiekuńczy gest całkiem spokojnie i naturalnie, łącząc go z osobą Iry bardzo sprawnie, bo choć zazwyczaj on sam musiał się troszczyć, aby nic się nie stało, to ona była w tym związku bardziej serdeczna i ciepła. Archibald, mimo swojej bezpośredniości, miał problemy z przedstawianiem niektórych uczuć i zazwyczaj owijał je w inne papierki. Przekaz był ten sam, ale sposób inny. Mimo tego wcześniej nie udało mu się zapakować nic tak dobrze, aby ukryć to przed samym sobą.
Zaśmiał się kolejny raz, z ulgą przyjmując fakt, że przychodzi mu to naturalnie i nie musi nic wymuszać. Skrępowanie i echa poprzednich dni wcale nie chciały odejść tak łatwo.
- Zawsze - potwierdził, z uśmieszkiem wymalowanym w kąciku ust. Może powrót do swojej charakterystyki nie był taki trudny? Albo to Blythe ułatwiała mu wszystko. Zastanowił się chwilę, kiedy pociągnęła kwestię tęsknoty. Do wylewnych nie należał i raczej nie próbował ujmować nic w przesadnie poetyckie określenia - zwłaszcza teraz. Dlatego zastanowił się chwilę, szukając odpowiedzi gdzieś w ścianie, zanim wrócił do niej wzrokiem, dosyć stanowczym i stabilnym, choć zaskoczonym. - Jak nigdy wcześniej - podsumował ostatecznie, gdzieś w podświadomości wyczuwając, że to i tak zbyt dużo jak na jego granice szczerości i wylewności.
Salon nie zmienił się wiele od tych kilku minut, na które go pozostawił, ale mimo wszystko rozejrzał się po nim, z zaciętością wymalowaną na twarzy próbując walczyć z pytaniem, jakie padło. Nie był z tego dumny, zadowolony też nie, ale coś podpowiadało mu, że nie ma miejsca na łatwe pytania. Skoro pozwolił pytać i deklarował, że chce, by wiedziała, nie było innej drogi. Musiała jednak odczekać dobrą chwilę, zanim uporządkował myśli, powalczył ze sobą i zdecydował się zacząć. Uformowanie odpowiedzi było trudnym zadaniem i nie chodziło nawet o same słowa, ale o to, co miały opisywać. On nigdy nie przyznawał się nikomu do momentów słabości, i choć robił już dla niej wyjątki, wciąż stanowiło to spore wyzwanie. Darował sobie wymijające "lustro było paskudne" i każdą inną wymówkę. Próbował, ale myśl, że wyobrażają sobie pewne sprawy zupełnie inaczej dręczyła go w takim samym stopniu, więc ostatecznie, już nieświadomie, starał się wyminąć pytanie.
- To były ciężkie dni - podsumował, po czym momentalnie zorientował się, że znów brnie naokoło, nie dając żadnej konkretnej odpowiedzi. Pokręcił głową, częściowo zrezygnowany, częściowo z siebie kpiąc. - Opowiedz mi coś o mnie. Jak mnie widzisz, jak mnie sobie wyobrażasz - poprosił, pomijając fakt, że to klucz do odpowiedzi, bo jego zdaniem było to zupełnie oczywiste. Gorzej, że w zasadzie nie było i tylko on miał takie wyobrażenie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Eastleigh   Pon Mar 21 2016, 22:29

Cieszyła się z jego słów. Nie mogła wiedzieć, że musiał się zmuszać, żeby powiedzieć jej tak dużo, bo przecież ona sama tyle razy mówiła mu wprost jak niewyobrażalnie za nim tęskniła, mimo, że zwykle nie widziała go wtedy tylko koło kilku godzin, że po prostu założyła, że to naturalne, ze po kilku tygodniach można przyznać, że tęskniło się jak nigdy. Odkąd się znali, od dawna już nie byli od siebie tak bardzo daleko na tak długo. Nawet kiedy jeszcze byli przyjaciółmi, a nie małżeństwem, był zawsze blisko, przychodziła do niego po porady, po pomoc w sprawie zaklęć. Ba, czasami przychodziła po prostu sprawdzić wypracowania w jego gabinecie, tylko dlatego, ze jej był tak zwalony książkami, że nie można tam było się z niczym rozłożyć. Można powiedzieć, odkąd pierwszy raz na siebie wpadli ich drogi niezmiennie się krzyżowały. Aż trudno uwierzyć, że przed Hogwartem się nie znali. Irina miała już teraz wrażenie, jakby Archibald był niezastąpionym elementem jej życia. Częścią jej życiorysu, bez której wszystko się rozlatywało. Ostatnio trzycimiorki, które zdemolowały znów jej gabinet bez jego udziału, krzesła, na które wpadała, bo nikt ich przed nią nie usuwał. Nie była świadoma, ze po prostu podświadomie potrzebowała go i każde potknięcie o książkę w ich mieszkaniu czy nóżkę stołu to upominanie się jej ciała o pana Blythe.
Nie miała też gotowej odpowiedzi na to, kim dla niej on był. Jak go widziała. Widziała go na wielu płaszczyznach, w każdych okolicznościach inaczej. Teraz wyglądał trochę przerażająco, pytając ją o rzeczy tak głębokie w tak poważny sposób, jakby od tego zależeć miała ich przyszłość. Czuła presję, a chociaż lubiła adrenalinę, to nie ich związek chciała stawiać na szali, zwykle wolała swoje życie, by zdobywać wiedzę. Nie chciała narażać związku by zdobywać miłość. Mimo to odpowiedziała – bo pytał, a ona lubiła udzielać odpowiedzi.
Jesteś bardzo troskliwym, wielopłaszczyznowym mężczyzną, bardzo skomplikowanym, o bardzo bogatym fundamencie emocji i o bardzo wielorakiej osobowości, o szerokim spektrum umiejętności i talentów i tak samo zbudowanym wnętrzu, jak zewnętrzne uzdolnienia. Jesteś unikatowy, bardzo niepowtarzalny i jesteś zagadką, którą pragnę rozwiązywać i kochać w istocie samego kochania. Jesteś szyfrem nie do rozwiązania, którego lubię łamać. Jesteś moją nauką nowego języka i kultury, której nie znam. Jesteś moim reliktem, który próbuję odkryć. Jesteś moją pasją i wszystkim tym, co kocham. Jesteś moim mężem i pragnieniem, zapałem. Jesteś niepowtarzalną osobowością. Artefaktem o własnej niepowielalnej wartości. I widzę Cię ze mną, niezaprzeczalnie. I pragnęłabym w naszej przyszłości z Tobą założyć rodzinę.
Zamilkła, wpatrując się w jego oczy. Powiedziała wszystko i powiedziała wszystko z wiadomą sobie bezpośredniością, bo przecież chciał znać tą odpowiedź i pozwolił jej zadawać pytania, więc spytała:
W czym się mylę, Archibaldzie? Co całe życie studiuję historię, ale naszej dalej nie rozumiem. Do czego zmierzamy? Chciałbyś ze mną odkryć taki. drobny kawałek historii w porównaniu do wszystkich przygód, które już razem przeżyliśmy? Czy wolisz zapisać taką, o której oboje kiedyś zapomnimy?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Eastleigh   Wto Mar 22 2016, 01:12

Gdyby tylko zdobywanie się na wyznania przychodziło mu łatwiej i gdyby nie skupiał się aż tak na głębi, którą chciał jej przekazać, czy na pięknym sposobie przedstawienia, powiedziałby jej znacznie więcej i byłyby to rzeczy zupełnie prawdziwe (i zapewne wciąż piękne). Była to jednak jedna z fundamentalnych cech jego charakteru i wbrew wszystkiemu dodawała mu nietypowego uroku - kiedy decydował się na słowa, łatwiej było je zapamiętać. Były wręcz bardziej odczuwalne. Nawet on sam czuł je bardziej, kiedy krystalizował wiele rzeczy w pojedynczych zdaniach - lubił ich intensywność i dobitność.
U niego sprawy miały się podobnie, choć wciąż na archibaldowy sposób - inaczej. Jeszcze nie był w stanie ułożyć wszystkiego w logicznym porządku, którego tak szukał we własnym chaosie, ale już zdążył wyplątać z tego wyraźną nić, na tle reszty wyglądającą jak włos jednorożca. Nie wyobrażał sobie życia bez niej, nie tylko z egoistycznych pobudek - potrzebował jej uśmiechu i radości, ale chciał ten uśmiech wywoływać. Chciał składać jej świat zewnętrzny, aby mogła spokojnie dokonywać kolejnych odkryć i pragnął, aby swoim sposobem bycia pomogła mu składać jego własny, niestabilny do granic możliwości, świat wewnętrzny. Był poważny, ale nie bez powodu. Potrzebował jej, potrzebował jej słów i wstępów, opowieści - tych w trakcie marszu przez niezbadane tereny, opowiadanych z entuzjazmem, ale także ściszonym głosem, w domowym zaciszu. Chciał rozmawiać, bo tego brakowało mu w życiu, a była jedną z nielicznych osób, które go w rozmowach nie irytowały. Pragnął zaufania i wiary - w nich właśnie, bo sam nie mógł wierzyć w swoją wierność i dopiero oswajał się z faktem, że jest za późno, aby mógł wycofać się i żyć tak, jak wcześniej. Wcale nie mógł, ale przede wszystkim wcale tego nie chciał. To Ira, jako jedyna, ciągnęła go do przodu, motywując do postępu i zachęcając, najprawdopodobniej nieświadomie, do wyjścia z dna. Ich problemem było tylko to, że wybicie się z dna nie było proste - ani dla tego, kto na dnie przesiadywał, ani dla tego, kto chciał pomóc albo zwyczajnie pomagał. Do związku zaś musiała zdobyć miłość i właściwie już jej się to udało.
Słuchał jej uważnie, utwierdzając się w przekonaniu, że opis nie jest kompletny. Nie odrywał od niej spojrzenia, przenikliwie szukając odpowiedzi na pewne zasadnicze pytanie: dlaczego? Dlaczego widziała go w ten sposób, dlaczego przedstawiała tak nienagannie? Brakowało mu w tym wad, a co za tym szło - autentyczności. Doskonale zdawał sobie z nich sprawę. Odpowiedzi jednak przyszły zaskakująco szybko. Pierwsza była oczywista. Przecież sam chciał żeby tak go widziano, taki wizerunek sobie tworzył, kryjąc słabości. Druga była zaskoczeniem. Miłość jest ślepa.
A mimo wszystko, słuchając jej, miał wrażenie, że tym razem będzie mu nieco łatwiej. Drgnął tylko nieznacznie na wzmiankę o zakładaniu rodziny, mrużąc ledwo zauważalnie oczy.
- Nie chcę i nie potrafiłbym zapomnieć - zaczął, standardowo od końca. Na zapominanie było za późno. - Sam nie wiem, może do szczęścia. Nie wiem, gdzie i w czym się mylisz, nie potrafię tego wskazać. Wiem za to, że coś pomijasz. Widzisz, jestem trochę jak ten dom. Wewnątrz jest zupełnie inaczej niż mogłabyś przypuszczać, ale o ile na zewnątrz odnosi się pozytywne wrażenie, po wejściu widzisz to - ruszył lekko wolną ręką, omiatając obojętnie przestrzeń salonu. - i możliwe, że nie wiesz, co myśleć. Ja pomyślałbym, że ktoś spieprzył komuś życie. Rodzina to dla mnie trudny temat - przyznał, nie wyzbywając się w ciągu całego wyznania ani trochę powagi. Mieli kolejny mały zgrzyt, bo on o zakładaniu rodziny ani śmiał myśleć. Miał ją, czy tego chciał, czy nie. Jego siostry były jak córki, których wcale się nie domagał i choć nigdy nie przyznałby się do tego na głos, były ciężarem, zwłaszcza na początku. Kochał je, ale był zadowolony, że nie musi z nimi mieszkać i że są już na tyle dojrzałe, aby dbać o siebie. Co nie znaczyło, że zakres jego obowiązków się zmniejszał, bo czasem solidnie utrudniały mu pewne sprawy.
- Ręka to ofiara słabości. Bywam wściekły. To nie są dobre momenty, to skrajność. Ale z tobą jest jakby... - przerwał na moment, pozwalając sobie znaleźć odpowiednie słowo, korzystając z chwili przerwy i podchodząc bliżej kolejny raz. Bo chciał, bo mógł i potrzebował. Dlatego puścił jej dłoń i przeniósł swoje palce do jej twarzy, podążając opuszkami po linii jednej brwi, obok oka, muskając subtelnie kość policzkową i badając lekko dolną wargę, obserwując całą ścieżkę ze skupieniem i typowym dla siebie napięciem. Dopiero po tym uniósł spojrzenie, dosyć niespodziewanie, zgrywając je z zakończeniem zdania, które okazało się nadzwyczaj proste. - łatwiej. Chcę zagrać w twoją grę, Blythe. Mój pionek ruszył bez mojej wiedzy dużo wcześniej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Eastleigh   Czw Mar 31 2016, 21:50

Czasami za mocno ufał jej inteligencji. Przekręcał wszystko na swoją korzyść, tak jak teraz, zakładając, ze wiedziała o czym mówił, bo w pewnym aspekcie wiedziała, a w innym chciałaby od niego usłyszeć dokładnie te słowa, które powinien wypowiedzieć, zamiast tych, które założył, że będą brzmiały lepiej, bardziej adekwatnie do jego usposobienia, a Irka nie miała już siły na podchody, zabawę w kotka i myszkę, bo czasami, długo wabiony nagrodą człowiek, może się zdemotywować, kiedy jej nie dostaje. To było jak z odkrywaniem historii. Kiedy zbyt często natrafiasz na ściany i nie dostajesz żadnej odpowiedzi, w końcu zaczynasz się interesować innym tematem, a Irka, choć była cierpliwa, ostatnio zdawała się być chyba zbyt wyrozumiała. Ucałowała jego palce, zaraz przy obrysie własnych warg i ujęła jego dłoń w swoją, trzymając ją między palcami, kiedy spytała go wprost:
Kochasz mnie, Archibaldzie, czy masz ochotę na seks? — pytała bezpośrednio, lekko złośliwie uśmiechnięta, bo grali swojego czasu w wiele gier, a Archibald uciekając od niej i od swoich uczuć wyrwał ich oboje z kontekstu, musieli go wspólnie znaleźć, zanim chciałby z powrotem wrócić do kontynuacji tej dyskusji. Dalej bał się tej kwestii jak ognia, a Blythe obawiała się więcej niż tego. Pierwszy raz w życiu obawiała się, ze jej mąż może nie być do końca pewien odpowiedzialności za słowa, które wypowiadał. Bo jak można było kogoś kochać tylko w połowie i ufać mu tylko po części? Bo ponoć nie chciał być daleko od niej, a robił wszystko, żeby ją odtrącić. Ponoć ją kocha, a próbował jej udowodnić, że go nie zna. Ponoć chciał grać w jej grę, ale czy ta gra nie polegała na tym, że powinna być ich wspólna, a nie jej własna?
Ja… nie sadzę, żeby to było teraz możliwe. My nie potrafimy ze sobą rozmawiać, Archie. Ty nie potrafisz mi zaufać. Przepraszam. Nie chciałam Cię zmuszać do brania udziału w grze, na którą nie jesteś gotowy. I… ja chyba nie chcę, żebyś się czemuś poddawał bezwiednie, bo wiedza, to coś czego człowiekowi nie można odbierać i ja nie powinnam tego robić Tobie.
Wyminęła go, kompletnie pogubiona w tej rozmowie. Archibald dawał jej tak sprzeczne sygnały, że ciężko było jej złożyć to co mówił w jedną całość. Czy zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo wszystko skomplikował? Nawet jej umysł nie był w stanie nadążyć za tym co mówił. Odeszła kawałek, zbierając potłuczone szkło z lustra, odsuwając butem śmieci pod ścianę, ogólnie próbowała doprowadzić ten pokój do porządku. Nasunęła jej się pewna myśl w chwilę potem.
Nasze małżeństwo wygląda jak ten dom, a ty nie chcesz go ze mną posprzątać — mruknęła odwracając się do niego przez ramię — Dbasz tylko o nasz ogródek. Wyrównując grządki w ogródku nie naprawimy tego, co jest w środku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Eastleigh   Pią Kwi 01 2016, 01:32

Problem zaplątał się gdzieś i Archibald sam nie potrafił dostrzec, gdzie dokładnie zniknął. Choć nie było to wcale odpowiednie słowo - był wciąż, ale kamuflował się sprawnie, sprawiając, że patrzyli na niego w zupełnie inny sposób. Nie wiedział, czy problem był wspólny, czy jego własny, czy powinni widzieć go razem, osobno, nie widzieć wcale, czy udawać, że nie widzą. Czuł się jak w błędnym kole, ale nie do końca chodziło o to, że te kręgi zataczał. Obserwował tylko, jak zataczają się wokół niego, a każdy kolejny błąd, każde słowo, stanowiące próbę wydostania się z tego paskudnego położenia, skutkowały pogorszeniem. Nie chciał jej wabić, mamić, ranić, oszukiwać, a robił to nieustannie. Miał świadomość, że był toksyczny, tak samo jak wiedział, że komplikuje, ale im bardziej się starał, tym bardziej psuł. Nie potrafił sobie odpuścić, choć od tak dawna zdawało mu się, że powinien zrobić to dla jej dobra.
- Seks? Zawsze - odpowiedział przekornie, ale w obliczu całego pytania zabrakło mu entuzjazmu i nie zabrzmiał tak wiarygodnie, jak zawsze. Zawsze, ale nie teraz. Wszędzie, ale nie tutaj. Prawdziwe zdanie brzmiało fałszywie, najwyraźniej w tę stronę także potrafił. Skoro każda próba była zła, prawda mogła ugiąć się pod ciężarem wyrzutów sumienia.
Otwierał już usta, chcąc użyć tych najbanalniejszych słów, zamierzając opisać w paru innych nieco więcej - kilka rzeczy, które składały się na to, że kochał. Nie bał się sformułowania, ba, on zwyczajnie wolał mówić inaczej, ładnie, nieprzeciętnie i niejasno, choć w tym wypadku przekaz był bardzo jasny. Mógł jej to powiedzieć, napisać, zaśpiewać, cokolwiek chciała - w tej najprostszej formie, w zlepku "kocham cię", ale miał wrażenie, że to zbyt mało i wcale nie czułby się lepiej, akurat w tym momencie używając tylko krótkiego określenia. Potrzebował autentyczności, a krótkie "kocham" mogłoby zabrzmieć jak fałszywa prawda. To tego się bał. Kolejnej nieudanej próby szczerości, która zawaliłaby fundament, którego nie widział - ale Ira widziała. Wyprzedzała go, choć wcale się nie ścigali. Otworzył więc usta, chcąc zacząć od tego nieszczęsnego i zbyt wąskiego "kocham cię", kiedy poukładał parę uzupełniających słów, ale zajęło mu to zbyt wiele czasu. Węgierka była szybsza o ułamek sekundy. Czy nie mówił jej ostatnio, że nie potrafią rozmawiać? Trafiła z tym stwierdzeniem w idealny moment. Posłuchał jej i nie powiedział nic. Poddał się, pierwszy raz od dawna, czując otępiającą bezradność. Może lepiej, że zaczęła pierwsza, bo w kontekście jej słów każde jego wyznanie, choć prawdziwe, musiałoby zabrzmieć jak wymuszone. Jak to się działo, że każda próba, nawet ta niepodjęta, była niepoprawna? Zamknął oczy, czując chwilowy napływ żywej paniki, kiedy wyminęła go, nieświadomie spychając na niego przeświadczenie, że opuści ten dom. Był niemalże pewny, że dała mu ostatnie zdanie, punkt do przemyślenia, przed wyjściem. Odetchnął niespokojnie, przetrzymując najgorszą falę, choć czuł, nawet fizycznie, ból. Cierpiał zupełnie świadomie, ale nie ufał sobie, dlatego odłożył swoje próby na bok. Nie było mu ani trochę lżej, zdolność do jakiejkolwiek oceny sytuacji postanowiła zniknąć razem z trzeźwym myśleniem, kolejny raz pozostawiając tylko tępe uczucie gdzieś w klatce piersiowej, momentami promieniujące na resztę ciała, jakby chciało się upewnić, że w razie czego dotrze wszędzie. Nie zamierzał sprawiać jej przykrości, najzwyczajniej w świecie nie miał siły nawet na taką ewentualność. Ponad wszystko nie chciał jej zniknięcia. Otworzył oczy, czując niewyobrażalną ulgę i składając sobie najbardziej absurdalne obietnice. Przestał analizować jej słowa w swoim kontekście, negując wszystko, w co wierzył. W porządku. Będą sprzątać dom. Potrzebowali tego i nie było mowy o tym, że był to fałsz. Skoro miał jej ufać, musiał zacząć od tego, czego potrzebowali.
- Chcę - powiedział tylko, głosem połamanym do szpiku kości, ale krótkie słowo zminimalizowało tą małą ułomność. Kolejny raz zamknął oczy, czując nieznośne pieczenie i wmawiając sobie, że to kurz. Nie musiał walczyć z tym długo. Spojrzał na Węgierkę z pokrzepiającym uśmiechem. Kupka nieszczęścia i pokrzepiający uśmiech zawsze w modzie. - Zależy mi na tym. Zacznij sama albo rozejrzyj się jeszcze, zrobię zakupy żeby jakkolwiek to ogarnąć. Pół godziny i jestem z powrotem - zakomunikował, zbierając się chwilę do wyjścia. Nawet nie zapomniał zabrać pieniędzy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Eastleigh   Pią Kwi 01 2016, 02:03

Irina gubiła się w natłoku myśli i w ogromie niewiedzy i niepewności, jaka zawisła między nimi. Potrafiła rozwikłać największe zagadki ludzkości i historii życia, ale to, co działo się między nimi było poza jej pojmowaniem. Trudno powiedzieć czy o cokolwiek obwiniała swojego męża. Siebie na pewno za to, że nie potrafiła zrozumieć, co do niej mówił. Dotarło to do niej ostatnim razem, bo kiedy była pewna, że wiedziała, o czym mówił, wyprowadził ją z błędu. Teraz w początku rozmowy też, wydawało jej się, ze zna grunt na którym stoją, w końcu. Nie było tak wcale. Chwiali się bardzo niebezpiecznie i Blythe nie była pewna, w jakim kierunku przechylała się ich szala. Chciała dać swojemu mężowi szczęście, którego widocznie nie potrafiła zmaterializować w sposób, który Pau Blythe sprawiłby prawdziwą radość. Jak dotąd myślała, że jej obecność w jego życiu potrafi coś zmienić. To nie wystarczało. Cały czas robiła coś źle. Narastające problemy zaczęły się od niej, nie od niego, więc chyba oboje mieli coś na sumieniu.
Wstała z kucek obserwując mężczyznę, kiedy opuszczał salon i tym razem była krok za nim, nie zdążyła go zatrzymać, kiedy wyszedł. Tak naprawdę, nie była pewna czy posprzątanie tego domu coś zmieni. Przecież nie o niego chodziło. Nie musiała się rozglądać, w pomieszczeniu panował totalny chaos, jak w jej głowie. Uśmiechnęła się pokrzepiająco do siebie, jak zawsze oszukując się, że jest dobrze, ale nie było.
Po jego wyjściu chyba nawet z racji braku innych zajęć rzeczywiście zajęła się porządkowaniem przestrzeni, ale wszystko wydawało się zawalać w pozostałościach po wątpliwym dobrobycie. Udało jej się pozbierać do końca szkło, nawet się przy tym nie raniąc, wrzucić wszystko do znalezionego pudła i to samo zrobić z resztkami potłuczonych ramek, które wcześniej zrzuciła z ścian. Dalej, pół godziny zdawało się wlec niemiłosiernie. Mimo, że nie sprzątała tu dłużej niż kilku minut, czuła się tymi porządkami przytłoczona. Wyciągając różdżkę, miała to wszystko naprawić, ale zapominała się –nie umiała w magię. W miłość też nie, jak się okazuje. Bo jeśli ten dom miał być metaforą ich związku, to jeśli wzbiła kurz w powietrze prosty zaklęciem Chloczyść i zakrztusił się nim bardziej niż wspomogła przestrzeń, jeśli Levicorpiusem wbiła resztki po ramkach w ścianę i jeśli zamiast odsłonić zasłony w oknach, spaliła je zaklęciem, które nawet nie powinno działać w ten sposób. Jeśli próbując zamoczyć znalezionego mopa zaklęciem, żeby móc wyczyścić schody, zalała parter, kompletnie nie wiedząc, jak pozbyć się tryskającej z różdżki wody, to jak to świadczyło o jej umiejętnościach utrzymania tego małżeństwa? Im bardziej próbowała wszystko ratować, wszystko się psuło, więc najpewniej, kiedy Archibald wrócił do mieszkania, zastał je w stanie stukrotnie gorszym, a Irkę, siedzącą na schodach z kostkami zamoczonymi w wodzie, zapłakaną, trzymającą jakieś zdjęcie w dłoniach. Uniosła do niego twarz, bo czekała na niego i chciała, żeby dostrzegł jakiś postęp w porządkach, kiedy wróci, ale nie było widać żadnego, chyba, że wprost proporcjonalnie odwrotny.
Starałam się — uśmiechnęła się do męża, ocierając własne łzy, panując nad rozchwianym głosem, żeby nie musiał się litować nad jej stanem. Bo wszystko było dobrze, prawda? Dało się jeszcze wszystko złożyć w całość? — Ale trochę popsułam — dodała śmiejąc się z własnej bezsilności, wstając ze schodów, ale łzy same ciekły z jej policzków.
Nie masz żadnych wspólnych, rodzinnych zdjęć — zauważyła bez sensu, zupełni bez sensu dodając: — My też nie mamy żadnego wspólnego zdjęcia — ale ten bezsens miał więcej logiki niż pobocznemu obserwatorowi mogłoby się wydawać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Eastleigh   Pią Kwi 01 2016, 16:05

Państwo Blythe byli mocno pochrzanieni. Razem i osobno, w próbach odnalezienia właściwej ścieżki albo chociaż dobrego kamienia, na którym mogliby przysiąść i odpocząć od męczarni, które wzajemnie sobie zadawali, szukając tej dobrej drogi. Najbardziej pochrzaniony był zaś fakt, że może właśnie stali na tej drodze, ale nie widzieli jej i nie potrafili wykorzystać albo zwyczajnie trafili na przeszkodę okropnie trudną do pokonania.
Blythe wyruszył dzielnie, ale niedługo mógł się nacieszyć pozytywnym rozpoczęciem wyprawy. Pustka w głowie była dręcząca w tym samym stopniu, co nadmiar i chaos. Otępienie odbierało mu chęci do walki o cokolwiek, pozostawiając miejsce na tylko jedną, rozpaczliwą myśl, przyćmiewającą rozsądek i zmysł orientacji w terenie. Szedł w drugą stronę, orientując się, że w ten sposób dotrze co najwyżej do dworca. Zawrócił, mijając znów dom i zatrzymując się kilka kroków później, nie patrząc na niego i próbując skupić myśli na jakimś konkretnym celu, chociaż na chwilę, na teraz. Na prostej drodze też dało się zgubić. Czuł się dziwnie - pusto i niepewnie. Ciężko było pozbyć się czegoś, co przez całe życie było ważną częścią, nieważne jak trudną, ale czuł presję, konieczność i przede wszystkim strach, że jeśli nie zrobi czegoś inaczej, nie będzie lepiej. Przyjmował wszystko pokornie, unikając swojego filtru i wypracowanej obiektywności. Czy na tym polegało zaufanie? Nie miał pojęcia, ale na ten moment nie widział go w żaden inny sposób. Skoro całe życie udawał, że jest silny, dlaczego nie mógł poudawać do końca? Układał sobie nowe wartości na zakurzonych półkach. Przerażająco sprawnie wybrał z tych sklepowych przydatne rzeczy, wracając z torbami pełnymi detergentów, ścierek i nawet jedzenia, bo jego aktualne zapasy były bardzo niewystarczające, a kiedy otworzył drzwi, siłując się z nimi chwilę, bo, jak się okazało, napierała na nie woda, mała fala omiotła jego kostki, pozostawiając w butach solidne kałuże. Spojrzał w górę, dostrzegając Irkę na schodach i kolejny raz wmurowało go w podłogę. Odczekał, aż woda wypłynie, dopiero wtedy ruszając w jej stronę, chlupocząc chwilę na przemokniętym dywanie. Zdjął buty żeby nie irytować się ich stanem i niewygodą, poza tym przy wchodzeniu do domu właśnie tak się robiło. Zdejmowało się buty. Torby zaległy gdzieś przy schodach, a on sam wspiął się na kilka stopni, uśmiechając się do żony. Otarł łzy z jej policzków.
- Ciągle się dziwię, że jeszcze masz ochotę próbować - no jasne, niektórych rzeczy nie dało się wyeliminować i Blythe pozostawał tak samo ponury, jak zazwyczaj. - Masz moją różdżkę? - zapytał, w tym samym momencie uznając, że nie ma to znaczenia i przywłaszczył sobie tę Irki, obracając ją chwilę w palcach. Smród spalenizny i woda? Póki co, nie wnikał.
- Mam - stwierdził głucho, pozbywając się jeszcze jednej łzy, która utkwiła po drugiej stronie jej twarzy, i chwycił znów jej dłoń, wplatając w nią zgrabnie swoje palce. Na zdjęciu, które trzymała, widniały jego siostry z matką. Jego zdjęć nie było ani w salonie, ani w korytarzu. - Ale masz rację, my nie mamy żadnego - potwierdził, nie widząc w tym nic zbytnio dziwnego, bo niespecjalnie garnął się do zdjęć. Jakichkolwiek. - Może jak będziemy trochę bardziej wyjściowi, niż teraz? Bez kapelusza się nie liczy - uznał, zabierając się do ogarniania szkód. Kilka zaklęć zajęło mu więcej czasu niż zwykle, ale ostatecznie wysuszył wszystko, pozbył się smrodu spalenizny, kurzu i poukładał wszystkie rzeczy na ich miejscach. Dom jak nowy, ale właściwie tak stary, że aż ścisnęło go w żołądku, kiedy zobaczył wszystko w takim stanie, jak kiedyś. Jedyną różnicą był brak fortepianu i zasłon. Za wszelką cenę zatrzymał to w sobie i rozejrzał się dzielnie, sprawdzając, czy czegoś nie pominął.
- Cóż, jeszcze drugie pół parteru i całe piętro, mamy co robić - uznał, opuszczając salon i ciągnąc Irkę za sobą żeby nie musieć oglądać się na pomieszczenie. - Bez magii też sobie poradzimy - stwierdził, zabierając torby z podłogi i wchodząc po schodach na górę. Skrzypnęły w tym samym miejscu, co zawsze, zatrzymując go na chwilę. - Chodź, pokażę ci zdjęcia - rzucił do tyłu, wznawiając swoją krótką wspinaczkę na piętro, gdzie przeszedł do sypialni rodziców, przyglądając się zakurzonym ramkom na komodzie. Przetarł dwie z nich dłonią, dokładnie pamiętając, gdzie były miejsca każdego zdjęcia. Na pierwszym nie mógł mieć więcej niż 3 lata i zupełnie nie przypominał siebie, zapewne nigdy w życiu nie szczerzył się tak potwornie, jak wtedy. Rodzice zabawiali go, puszczając wokół modele miotły. Drugie z kolei zdawało się wyrwane z kontekstu - był na nim starszy, w rodzicach widoczne były już pierwsze objawy zepsucia, a on stał, rozglądając się nerwowo i uśmiechając bardziej na polecenie, niż z własnej woli. Przynajmniej nie był już małą kluską, na oko można było go ocenić na osiem, może dziewięć lat. Zwyczajne zdjęcia, ruchome i typowe.
- Liczę na rewanż, Blythe - rzucił beztrosko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Eastleigh   Pią Kwi 01 2016, 23:26

Opuściła dłoń ze zdjęciem, wpatrując się w jego oczy z uwaga, kiedy ścierał z jej policzka kolejną łzę. Przełknęła głośno ślinę i zamrugała kilkakrotnie, próbując wrócić do pełnej koncentracji nad tym, co do niej mówił i pozbyć się mgły przed oczami. Dlatego kolejne łezki spłynęły po jej licu, a ona powtórzyła za nim:
Różdżkę? — to było dobre pytanie. Czy miała jego różdżkę. Spojrzała na własną, oddając mu ją potulnie, w momencie, w którym sama podniosła dłoń do policzka, ścierając swoje łzy. Mruknęła całkiem naturalnie — Zgubiłam — bo była przyzwyczajona do tego, ze jej różdżka zwykle nie zabawiała u niej dłużej niż kilka miesięcy. Dlatego właśnie nie poczuła całej powagi sytuacji. Zgubiła coś, co należało do Archibalda najpewniej całe jego życie, a potraktowała to tak, jakby na wykopalisku zgubiła okulary – bo okulary też całkiem często gubiła, mimo, że rzadko je nosiła. Może właśnie dlatego, że nieczęsto miała je przy sobie. Tym razem wyciągnęła je z kieszeni płaszcza z futerału, próbując wyostrzyć swój wzrok i założyła je na nos, pociągając nim jeszcze dwa razy, zanim z wdzięcznością ucałowała jego policzek – mężowy, znaczy się. Wiedział, jak ją uspokoić, sama jego obecność wystarczyło, a następnie łatwość z jaką doprowadzał jej bałagan do porządku.
Zdjęcie ślubne? — zaproponowała, sięgając do jego dłoni i oparła je na swoich policzkach, żeby pomógł jej zetrzeć resztki słonej wody z policzków — z sukienką możliwie jak najbardziej różną od wizualizacji ducha? Widziałam jedną ładną, ale akurat kupowałam książki.
Nie dodała, ze zabrakło jej pieniędzy, bo to przecież akurat było oczywiste. Bo wróćmy się do tego co powiedziała: „kupowała książki”. To przecież było jednoznaczne. Kiedy on sprzątał, ona starała się za dużo nie psuć, odkąd zabrał jej różdżkę było to o wiele prostsze. Następnie ruszyła razem z nim na piętro, podchodząc do ramki, którą ściągnął z komódki.
Moje się nie ruszają, ale mam jedno we wnętrzu grobowca. Jest na nim też mumia.
A raczej też dzieci państwa archeologów, bo to mumii robiono zdjęcie, a nie im, oni załapali się przypadkiem. Mała Irka, ciekawska, zaglądała do sarkofagu, a Laszlo, który znając życie miał jej pilnować, niewiele starszy od niej, łypał na nią wściekle z boku kadru.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Eastleigh   Sob Kwi 02 2016, 01:33

Częściowo wracał do normalności, a przynajmniej starał się przywrócić tę część, która była jeszcze zdolna do przetwarzania rzeczywistości i tego, co działo się wokół niego. Nie funkcjonował tu zbyt dobrze, i choć dom był cichy, wcale nie czuł się w nim lepiej, ale gdyby zastanowił się bardziej, gdyby był w stanie to zrobić, zapewne dostrzegłby, że to nie tylko kwestia domu. Nie był w stanie, dlatego się nie zastanawiał. Nie przypominał sobie także żeby kiedykolwiek starał się tak dla kogoś, poza sobą. Starania nie otępiły go jeszcze do tego stopnia. On też widział wszystko przez mgłę, ale jego mgła była nieco inna i wcale nie zależała od łez.
Wiadomość o utracie różdżki niespecjalnie mu pomogła i choć nie miał jej długo, pamiętał, jak ciężko było się przestawić po tej, z której korzystał ponad dwadzieścia lat. Nowa różdżka wydawała się kapryśna i nie czuł się z nią zbyt pewnie, ale czas zrobił swoje i Archibald przywykł. Jak widać, nie na długo.
- Um. Nie szkodzi - rzucił tylko, cudem unikając zająknięcia, znów z deczka martwym tonem, uciekając na chwilę wzrokiem w kant jednego ze stopni schodów. Wracaj, gnido. Wywołał w sobie krótką myśl, szukając motywacji. Tonący brzytwy się chwyta. - Karę dostaniesz po kolacji - dorzucił luźno, dodając swój prowokacyjny uśmieszek, bo jak inaczej mógłby być wiarygodny? Ze skrajności w skrajność.
- Cudownie. Najbardziej odległa będzie czarna, idealny wybór - rzucił pół żartem, pół serio, bo przecież wszyscy wiedzieli, że czarny był jedynym słusznym kolorem, a każdy inny był respektowany, jeśli tylko Irka go chciała. Gdyby poprosiła go teraz o hodowlę sklątek tylnowybuchowych, pewnie też by się zgodził, więc kolor sukienki nie robił mu większej różnicy. Najpierw porządki, potem zakupy. Spojrzał w międzyczasie na torby, walcząc z myślą, że kompletnie nie ma na to siły.
- Mumii jeszcze nie przyszło mi zobaczyć. To jakaś tradycja, zdjęcia z mumiami? - dopytał podejrzliwie, przechylając głowę, mrużąc jedno oko i unosząc brew nad drugim.
Zniknął chwilę później w drzwiach, przywołując miskę, ale coś poszło nie tak i narobiła strasznego hałasu, obijając się o schody, bo Blythe miał okrutny problem ze zmuszeniem jej do uniesienia się o kilka centymetrów wyżej, więc zwyczajnie udawał, że wszystko jest w porządku. Praktyka czyni mistrza, prawda? Ustawił ją na wolnym krześle i przywołał płyn, ścierki, po czym wypełnił wodą, jak gdyby nigdy nic szykując się do sprzątania. Podwinął rękawy i chwilę później wycierał resztę ramek. Było ich w tym domu zbyt wiele. Odsłaniał kolejne zdjęcia, głównie Utopii i Psychosis, ślubne rodziców, pojedyncze, zupełnie losowe sytuacje, które mogłyby być nawet zabawne, gdyby Archibald miał inne poczucie humoru. Zatrzymał się przy ostatniej ramce, której nie kojarzył, więc musiała pojawić się dosyć późno. Rozpoznał dach domu sąsiadów, na który przemykał czasem, kiedy nie mógł znaleźć sobie miejsca. Siedział na brzegu, patrząc w górę, poza kadr zdjęcia, ale było wiadomo, że patrzy na kogoś, kto stał obok. Nie musiał czekać, aż postać usiądzie, pamiętał doskonale zarówno dach, swoją przyjaciółkę, jak i dzień, w którym okazało się, że Eastleigh zyskało kolejną ofiarę swojej patologii. Nie miał pojęcia, że ktoś, pewnie jego własna matka, sfotografował ich właściwie kilka miesięcy przed jej śmiercią. Żadne z nich nie wyglądało specjalnie wesoło, a cała scenka ograniczała się do wymiany niewyraźnych powitań. Blythe domyślał się, że nigdy nie znikał z tego zdjęcia, przesiadując na dachu i nie ruszając się ani o milimetr. Czasem może kładł się, czy ruszał niespokojnie, ale skoro wtedy mógł tam spędzać całe dnie, na zdjęciu na pewno pozostawał tam zawsze. Loretta była bardziej ruchliwa i nie przebywała tam tak często. Ostawił ramkę, wyzbywając się kolejnych emocji, aby przestały burzyć jego nowy spokój. W efekcie czuł tylko, jak mdli go od pustki. Podrzucił szmatkę, rzucając na nią zaklęcie, aby mogła pracować bez jego pomocy, a sam wygrzebał z górnej szuflady komody album ze zdjęciami i podał go Irze, niespecjalnie wiedząc, co się tam znajduje, ale wyglądało na to, że był wypełniony zdjęciami Archa, Utopii i Psychosis. Należał do ich matki.
- Zazwyczaj łapali mnie z zaskoczenia - dorzucił, bo na żadnym ze zdjęć na pewno nie spoglądał w kadr. Zawsze brakowało mu na to odwagi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Eastleigh   Nie Kwi 10 2016, 15:09

Irka w trakcie kiedy Archibald zajął się ścieraniem kurzu z ramek, pozbywała się go z mebli. Odsłoniła szerzej zasłony wpuszczając światło lamp z przed domu do środka. Zaśmiała się słysząc uwagę o sukni.
— Gdybym chciała iść na czyjś pogrzeb, Archie… to tak — zauważyła rozbawiona — planujesz pogrzebać nasze małżeństwo na tym zdjęciu? —kucnęła żeby zetrzeć wszystkie kurze z szafek. Długo później milczała, zajmując się jednak uporządkowaniem tego burdelu. Oczy po jakimś czasie zdążyły jej już wyschnąć, ale twarz, mimo szczerego śmiechu dalej miała trochę spiętą. W ciszy porządkowała co trzeba, dopiero, kiedy Blythe podarował jej album, zabierając go w ręce, spojrzała na jego twarz. Otrzepała mniej więcej pościel, na której usiadła i zaczęła przeglądać podarowany mu album. Bardziej jednak niż zdjęcia Psychosis i Utopii interesowały ją te Archibalda, łącznie z ramką, którą wcześniej odłożył na półkę.
— To też rodzina? — wskazała głową na zdjęcie, na chwilę przestając oglądać podarowany jej album — mumie nie były stałym elementem zdjęć w naszych albumie, tak samo, jak i ja z Laszlo, ale mamy kilka rodzinnych fotografii obok dokumentacji z podróży — rodzice ostatecznie kochali swoje dzieci, tylko po prostu większość ich dzieciństwa przegapili, poświęcając się swoim wspólnym pasjom, próbując nią zarazić swoich potomków. Przynajmniej w połowie im to wyszło.
— W takim razie musze sobie wynająć dobrego prywatnego fotografa, który będzie zaskakiwał nas swoimi kadrami — zdecydowała, odkładając na razie album na bok. Obserwowała swojego męża, opierając się rękoma za sobą, budując sobie w głowie własne, uporządkowane już myśli. — Chciałbyś poznać moja rodzinę, Archie? Skoro nigdy nie widziałeś mumii, z moimi rodzicami może się to szybko zmienić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Eastleigh   Nie Cze 12 2016, 20:45

Przez moment złapał krótką myśl, ale nie mógł zastanawiać się nad nią zbyt długo. Jak mógł czuć swoją własną nieobecność? Był tu, był z nią, w tym domu - do którego nigdy nie miał zamiaru wracać. Nigdy nie chciał i choć twierdził, że okoliczności zmusiły go do tego i był to pierwszy odruch, bardziej rozchodziło się chyba o sam symbol, jakiś znak, czy znamię, a może piętno, które odbiło się na nim w tym miejscu, kojarzącym się z porażkami i brakiem nadziei. Właśnie to poczuł po rozmowie z Irą, kiedy zrezygnował z udziału w feriach, robiąc Hampsonowi trochę problemów. Ostatnio ogólnie zrobił się dziwnie problematyczny i gdyby interesował się tym bardziej, pewnie powinien martwić się nieco stabilnością swojej posady. W każdym razie - porażka i brak nadziei utwierdziły go w dawno zakopanym przekonaniu, że tu, na pieprzonym końcu świata, powinno być jego miejsce. Że jego autodestrukcja przy odrobinie zaangażowania potrafi niszczyć innych, w efekcie odbiciem pogarszając jeszcze bardziej jego stan. Widząc, że rani Irę, a robił to swoimi słowami, niezdecydowaniem i niepewnością, strzelał sam w siebie. Wiedział, że nie pozwoliłby nikomu jej skrzywdzić, że wychodziłby z siebie, aby tylko wyszła ze wszystkiego bez szwanku - paradoksalnie, bo Węgierka zdawała się radzić z porażkami zdecydowanie lepiej niż on - ale sam, próbując jej cierpienia oszczędzić, zapewniał go więcej. Miał ją na wyciągnięcie ręki, o czym nie mógł marzyć przez cały tydzień, spędzony w Eastleigh, a mimo tego czuł się, jakby zniknął. Zawiesił się na chwilę, marszcząc brwi z niepokojem. Czuł napięcie, ale bardzo dziwne - nerwy mdliły go i wciąż, gdy tylko jakaś wyraźna myśl przebijała się do umysłu, było to przerażenie, że jej zabraknie. Nie było nic racjonalnego. W niczym. Przekręcił lekko głowę, przykładając rękę do karku i udając, że tylko rozprostowuje kości, a potem przywołał znów swój uśmieszek, odnajdując obowiązek w ripoście albo przynajmniej odpowiedzi.
- Ktoś zdecydowanie stwierdził, że pracuję w zakładzie pogrzebowym, ale swoich raczej nieczęsto grzebię. Nasz związek ładniej wygląda na powierzchni ziemi - stwierdził.
Obserwował chwilę, jak przerzucała kartki albumu, wciąż nie zwracając uwagi na zawartość - przypatrywał się tylko jej mimice i wzdrygnął się lekko na pytanie. Nie miał pojęcia, czy ten dreszcz był reakcją na słowo "rodzina", czy chodziło bardziej o samo zdjęcie.
- Przyjaciółka. Rzuciła się z tego dachu niewiele później - wyjaśnił gładko, bez zająknięcia, nie odwracając wzroku i nie ruszając się z miejsca. Ciągle czuł się, jakby go nie było.
- Pokaż mi je. Kiedyś - poprosił, mając na myśli rzecz jasna fotografie z podróży.
- Ow. Te plany ci pokrzyżuję, poradzimy sobie ze zdjęciami - odburknął tylko. Ira była bardzo pozytywna. Nawet w skrajnych momentach. Na wzmiankę o poznaniu rodziców uciekł wzrokiem, szybko przeinaczając ten mały zdradziecki akt w odgonienie nieistniejącej muchy, którą teoretycznie śledził wzrokiem, zarzucając sobie przy okazji tchórzostwo, egoizm i rujnowanie związku, na którym mu zależało. Spojrzał więc znów, uśmiechnął się i po kilku sekundach udzielił swojej pokrętnej odpowiedzi, które musiały ją potwornie męczyć. Tak jak i jego. - Jeśli chcesz.
On nie wiedział kompletnie nic, poza najprostszą prawdą, o której powinien wiedzieć o wiele wcześniej. Zamyślił się znów, machinalnie i wbrew sobie krzyżując ręce przy brzuchu i pocierając powoli ramiona, martwo wpatrując się w brzeg łóżka. Czuł się niepewnie. Brakowało mu kontroli i siły do niej. Blythe nie mógł przestać się zastanawiać - bez tego nie było go wcale. Przemęczył się tym miastem i domem, tak jak swoją niemocą. Po jakimś czasie podniósł wzrok i posłał Irze szczere, czyste, ale bardzo zmęczone spojrzenie, w którym niewiele było motywacji. Zrobił kilka kroków, oddalając się od żony i, używając jej różdżki, wykonał kilka zaklęć, mamrocząc trochę pod nosem, aby przywołać dom do porządku. Nie chciał już sprzątać i tracić czasu na robienie tego mugolskimi sposobami.
Skończył i po chwili namysłu przeszedł do łóżka, na którym wciąż siedziała, aby kucnąć przy niej. Patrzył teraz lekko z dołu, niestety w stanie, w którym nigdy go nie widziała. Bardzo nie chciał, aby kiedykolwiek do tego doszło. - Ira, staram się, jak mogę - zapewnił ją, czując, jak coś chce zabronić mu mówić, przez co zmarszczył brwi, zerkając przez moment na jej dłonie, trzymane w swoich. Nie chciał być ckliwy. Tylko szczery. - Nie przecz, kiedy próbuję powiedzieć ci, że cię kocham. Ja nie jestem łatwym człowiekiem, nigdy nie byłem i trudno liczyć na to, że cokolwiek się zmieni. Jeśli tego potrzebujesz, będę ufał ci całkowicie ślepo. Nie umiem w standardowe schematy. Nie umiem zapewnić ci typowego, szczęśliwego małżeństwa, ale nie pozwolę ci myśleć, że cię nie kocham. Nie będę z tym czekał i zapewniam, że to nie jest dobry moment na takie wyznania - przerwał, ale wyjątkowo tylko po to, aby podnieść się i usiąść obok, na skraju łózka, skąd łatwiej było mu musnąć palcami ucho Węgierki i kant jej szczęki. - ale wiem, że potrzebujesz słów, więc ich użyję. Kocham cię. Jakkolwiek tępo to nie brzmi, to prawda. Nie chcę seksu. Jedyne, czego teraz chcę, to wiedzieć, że nie odejdziesz. Nic innego nie jest mi potrzebne - wyznał, mając szczerze gdzieś, że te słowa nie były w jego stylu. Naprawdę miał dość całej tej sytuacji. Ale "wyrównywanie grządek w ogródku" utkwiło mu w sercu zbyt mocno, aby mógł jakkolwiek to porównanie wymazać i wcale nie czuł się z nim dobrze. Nie musiał mieć przeczucia, że później da mu o sobie znać. On zwyczajnie to wiedział.

/ztx2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Eastleigh

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
reszta świata
 :: 
Świstokliki
-