IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Balkon nad dziedzińcem

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1 ... 8 ... 13, 14, 15, 16, 17  Next
AutorWiadomość



avatar

Skąd : wiesz?
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 28692
  Liczba postów : 33243
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7560-wielka-poczta-mistrza-gry#211658




Specjalny






PisanieTemat: Balkon nad dziedzińcem   Nie Paź 17 2010, 20:06

First topic message reminder :


Balkon nad dziedzińcem

Przez niewielkie drzwi można wyjść na marmurowe schody które prowadząc w dół ku sporego rozmiarów balkonowi. Otaczają go cztery wysokie kolumny, podtrzymując specjalnie zrobiony dach. Dzięki niemu, nawet kiedy pada można tam przesiadywać, bez obawy zmoczenia się.
Posadzka jest wyłożona czarno-białymi płytkami. Te na samym środku robią wrażenie ogromnej szachownicy i rzeczywiście, jeśli tylko ktoś zdobędzie takiej wielkości figury, można tam grać. Z miejsca przy barierce (marmurowej, oczywiście) rozchodzi się widok na cały dziedziniec. Jest to świetne miejsce na obserwowanie innych, bowiem rzadko kiedy komuś przyjdzie na myśl by spojrzeć w górę. Po obu stronach znajdują się kamienne, niewielkie ławeczki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 22
Skąd : Londyn, Anglia.
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 339
  Liczba postów : 405
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10490-nathaniel-woods
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10492-woods-nie-gryzie
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10493-sowa-natha
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10494-nathaniel-woods#288855




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Nie Kwi 26 2015, 18:25

Natha fascynowały eliksiry, choć nie był z nich najlepszy. W końcu wystarczyła kropelka za dużo, a cały kociołek mógł wybuchnąć, te emocje. Oczywiście najukochańszym przedmiotem bruneta była transmutacja, z niej był naprawdę dobry i uwielbiał ją od dzieciaka. Za to przedmioty takie jak: Mugoloznastwo czy wróżbiarstwo. Na co to komu? Przynajmniej tak twierdził Woods, a swojego zdania nie chciał zmienić. Choć ta cała… Zapalniczka? Była całkiem fajna, ale te komputry… Nigdy tego nie zrozumie.
Ślizgon za to wyjął kolejnego z paczki i szybko odpalił. Mógłby napisać jakąś piosenkę o fajkach, że są sensem jego życia. Tak. Powinien to zrobić. Popatrzył na papierosa i lekko się uśmiechnął, na samą myśl o tym jakby mógł to odśpiewać Marcyś. Oczywiście pod balkonem, niczym Romeo i Julia!
-Nie wysadzę obiecuję- powiedział kładąc rękę na sercu. To nie tak, ze Nattie nie potrafił gotować… On po prostu nie był do tego stworzony. Mugoli podziwiał też za te całe mrożonki! To był genialny pomysł. Trzeba było przyznać, że nawet mugole mieli jakieś przebłyski, dzięki którym wymyślali fajne rzeczy.
Mimo całej sytuacji z Vitt, atmosfera była całkiem przyjemna. Choć Nath wiedział, że Marcyś czegoś mu nie mówi. Czyżby nie podobało jej się, że panna Blanco go pocałowała? Niestety był facetem, który często nie ogarniał płci przeciwnej. Mógłby rzucić jednym hasłem w stylu: Mów. Ale nie chciał jej do niczego zmuszać, jeśli będzie chciała to mu powie. Przynajmniej miał taką nadzieję. Nawet nie przeszkadzała mu ta cisza, podczas rozstawiania sztalugi. Żył w przekonaniu, że niektóre osoby dosłownie, tylko będąc i nawet się nie odzywając mogą poprawić innym humor. Dokładnie tak było i w tym przypadku. Choć pracowali w kompletnej ciszy, Nath czuł się dobrze, o czym świadczył uśmieszek na jego twarzy. Nie był to jeden z tych złych uśmiechów, który mówił: Nic nie znaczysz czy jestem od Ciebie lepszy. Nie, na jego twarzy malowało się czyste szczęście.
-Take me to the sun, i feel i’m chasing raibows- zawsze kiedy był w dobrym nastroju, zaczynał cicho podśpiewywać pod nosem, w dodatku sam nie był tego świadomy. W końcu zajął się rozkładaniem sztalugi, więc ośpiewał kawałek tekstu, który wpadł mu w ucho. A następnie z tym samym skupieniem na twarzy, dokręcał kolejne śrubki.
Patrzył na Marcyś, która sprawnie poprawiała sztalugę. Skrzyżował ręce na klatce piersiowej, obserwując każdy jej ruch. Zastanawiając się, czy da sobie radę. Tak jak sądził, poradziła sobie bez problemu. Później Gryfonka zaczęła przekładać wszystkie rzeczy, za to Woods usiadł na balustradzie. Jedynie przytaknął kiedy wspomniała o malowaniu, w końcu nie znał się na tym. Mógł jedynie powiedzieć, że dobrze pisałoby się tam teksty. Wokół działo się tak dużo, można by to przelać na papier w formie piosenki. Gorzej z gitarą, ponieważ na balkonie raziło słońce, a Nattie lubił wiedzieć jak gra.
-Jasne- stwierdził sięgając po papierosa, a następnie wyciągnął paczkę w stronę Marcyś. Popatrzył na nią z uśmiechem na ustach- Odpalisz mi go zapalniczką?- zapytał niczym podekscytowany pięciolatek. Sam nie chciał barć tego urządzenia w ręce, ale nie miałby nic przeciwko, gdyby Collins go użyła. Popatrzył na nią i podniósł pytająco brwi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : III
Wiek : 21
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 189
  Liczba postów : 161
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10503-marceline-collins
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10505-marcelina-sie-socjalizuje
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10506-sowa-marceliny
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10507-marceline-collins-kuferek#288954




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Pon Kwi 27 2015, 21:19

Marcela uniosła głowę i spojrzała na Nathaniela. Zmrużyła oczy, jakby się zastanawiając.
- No dobra, wierzę. - mruknęła w końcu. Ona sama nie była zła w gotowaniu, bo to przecież całkiem podobne do eliksirów, no nie? Tyle tylko, że nie ma ryzyka, że wybuchnie ci w twarz, a więc całkiem przyjemnie. Na dodatek fakt, że ta umiejętność mogła być pretekstem do kolejnego spotkania całkiem Marceli się podobał, choć nie myślała o tym w sposób tak dosłowny.
Podczas rozkładania sztalugi Marceline zerknęła w stronę Ślizgona, który akurat w tamtym momencie męczył się z dokręcaniem śrubki. Choć ta się przycięła, to chłopak miał uśmiech na twarzy - a dziewczynie wydał on się dość specyficzny. Oczywiście widziała już wcześniej, jak się uśmiechał, jednak ten rodzaj uśmiechu uznała za szczególny i właściwie całkiem przyjazny, mimo woodsowej otoczki zła i mroku. Odwróciła wzrok, zajmując się sztalugą, a wtedy usłyszała głos chłopaka. Śpiewał. I to dobrze śpiewał. W dodatku piosenkę, którą ona znała.
Marcela poczekała jeszcze chwilkę, jakby wyczekując na dalszą część - Nath jednak nie zaśpiewał dalej, a dziewczyna złapała się na tym, że właściwie jego głos jej się naprawdę podobał. Było w nim coś ciepłego, bo choć był ślizgońskim Ślizgonem, był jednak wrażliwy, a miłość do muzyki było po prostu czuć. Znów spojrzała na niego, tym razem na ułamek sekundy; chłopak sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie zwrócił uwagi na to, że śpiewa. Wtedy dopiero zdecydowała się dokończyć refren.
- And now I'm lost and all alone, waiting for a chance to - zaśpiewała już bardziej świadomie, przynajmniej jeśli chodzi o sam wokal - bo gdy mowa o mowie ciała, mimice i ogólnie ruchach, to w ogóle nad nimi nie panowała. Wystarczyło na nią spojrzeć, by wiedzieć, że czuje muzykę, ale jednocześnie nie było to przerysowane czy komiczne.
- Słyszałam to ostatnio, wpada w ucho. - dodała po krótkiej chwili, jakby nieco zakłopotana, że zaśpiewała. W końcu przed Nathem śpiewała tylko raz, a choć wtedy nawet przy swojej pozie "gardzę-wszechświatem" był w stanie ją pochwalić, to nadal czuła się trochę niepewnie.
Nie, nie chodziło wcale o to, że bała się wypaść w jego oczach gorzej, niż była w stanie.
W końcu po rozłożeniu sztalugi Nath usiadł na balustradzie, a Marcela, gdy już uporała się z rzeczami dosiadła się do niego. Sięgnęła po volde-morta, a gdy Woods zabrał papierosa z jej paczki, schowała ją do kieszeni. Wyjęła zapalniczkę z kieszeni i gdy usiłowała podpalić nią papierosa (co wtedy jeszcze się nie udało, bo zaczęło nieco mocniej wiać), usłyszała prośbę Natha - to z kolei sprawiło, że uśmiechnęła się szeroko. Tak, to wydało jej się okropnie urocze i nic nie mogła na to poradzić.
- Nie ma sprawy, proszę bardzo - mruknęła. Czyżby bał się sam podpalić? Albo nie wiedział jak i nie chciał wyjść na głupiego? Marcyś nie zagłębiała się w to zbytnio, a po prostu zbliżyła się do Woodsa, osłoniła jego papierosa od wiatru i podpalała. Kilka razy nacisnęła zapalniczkę, jednak nie podpaliło się od razu. W końcu jednak poczuła jednak dym jagodowego pufka, a wtedy odsunęła się od chłopaka powoli, jakby nie chcąc tego robić i dopiero wtedy podpaliła swojego papierosa - tym razem skutecznie.
- Następnego możesz spróbować sam podpalić, Nathie. - stwierdziła, wpatrując się w papierosa. - Możesz wierzyć albo nie, ale to akurat nie jest upakowana w małe pudełeczko broń niosąca zagładę ludzkości.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 22
Skąd : Londyn, Anglia.
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 339
  Liczba postów : 405
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10490-nathaniel-woods
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10492-woods-nie-gryzie
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10493-sowa-natha
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10494-nathaniel-woods#288855




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Wto Kwi 28 2015, 18:42

Na odpowiedź dziewczyny jedynie się uśmiechnął. Chciała się z nim spotkać, jeszcze raz! Powstrzymał się przed szczerzeniem  jak głupi, bo by jeszcze jakiś podejrzeń nabrała. On sam wmawiał sobie, że chodziło tylko o omlety, a nie o nią. Bo tak było, prawda? Zresztą jedzenie zawsze stawiał na pierwszym miejscu, później była muzyka i cała reszta. Kiedyś nawet rozmawiał o tym z Viit! Na którym miejscu stała Blanco? Chyba ósmym albo dziewiątym. O Marcyś jeszcze nie zdecydował, ale cały czas ustawiała się coraz wyżej, a co jak przebije jego kochane omlety, albo naleśniki!? Choć sam nie wierzył, żeby kiedykolwiek się to stało.
Z transu wyrwał go dopiero głos, w dodatku nie jego, a Collins. Dokończyła kawałek piosenki, a wtedy Woods zdał sobie sprawę z tego, że śpiewał. Obdarzył ją uśmiechem, który chyba nigdy nie ujrzał światła dziennego. Ten uśmiech, który mógłby stopić serca wielu dziewcząt. Czyste szczęście na ryju i śpiewamy dalej, bo czemu nie.
-Sink my teeth into, another desperation- tym razem zaśpiewał to zupełnie świadomie. Ciągle spoglądając na Collins i mając nadzieję, że jeszcze trochę z nim pośpiewał. Kij z tym, że wymieniali się co jedno zdanie, a Woods nigdy tego nie robił. Przynajmniej było ciekawie. W dodatku nie był jedyną osobą, która kochała muzykę. Marcyś zachowywała się podobnie jak on, przez co Nath co chwilę się uśmiechał.
-Jasne, że wpada w ucho. Są genialni- powiedział chłopak, niczym dwunastolatka, która obsesyjne uwielbia jakiś zespół. Właściwie i tak było w tym przypadku. Bo w końcu Nattie często się tak zachowywał, a w dodatku ten zespół był czymś niesamowitym. Dla brunet muzyka była najważniejsza odkąd kupił pierwszą gitarę, prawdziwa i jedyna miłość w jego życiu. Później zaczął śpiewać, jeśli tak to można było nazwać, bo wył jak kot obdzierany ze skóry, ale trening czyni mistrza, a jego głos nieźle się wyrobił przez te lata. Muzyka była czymś, co pozwalało mu się oderwać od rzeczywistości i zamknąć w tej niepowtarzalnej krainie marzeń. A Collins najprawdopodobniej go rozumiała, jak nikt inny. Tym razem  nie powiedział żadnego komplementu, chciał pozostać mroczny, bo na myśl przychodziło mu tylko: Niesamowita, urocza, kochana i olśniewająca. A przecież taki zły Ślizgon, nie znał tego typu słów…
-Yay!- krzyknął uradowany, nie kryjąc swojego zadowolenia. Obserwował blondynkę, która się do niego przysunęła i próbowała odpalić papierosa. Czyż nie romantycznie? Woods lekko się uśmiechnął starając się go nie upuścić, a kiedy już magicznym sposobem Collins go odpaliła, wręcz krzyknął z zachwytu. Właśnie użył, nie do końca on ale cii, mugolskiej rzeczy. Wyszczerzył się do Gryfonki.
-Naprawdę?- zapytał zaciągając się dymem. Mógł użyć tego pudełeczka, które ponoć nie mogło zniszczyć całego świata. W końcu tak mówiła Marcyć, która była Gryfonką, a oni chyba byli szlachetni, więc nie sądził żeby kłamała.
-Mam ochotę pograć na gitarze- oznajmił od tak, bo czemu nie? Obrócił się w stronę Collins, z miną zbitego szczeniaka. Czemu miłość jego życia, nie miała nóg i nie hasała za nim wesoło. Wtedy miałby ją pod ręką. Po chwili brunet wzruszył ramionami, ponownie zaciągając się papierosem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : III
Wiek : 21
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 189
  Liczba postów : 161
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10503-marceline-collins
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10505-marcelina-sie-socjalizuje
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10506-sowa-marceliny
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10507-marceline-collins-kuferek#288954




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Sro Kwi 29 2015, 17:48

Nath uśmiechnął się tak, że "mógłby nim stopić serca wielu dziewcząt"... a choć Marcela niespecjalnie chciała się do tego przyznać, byłaby pewnie jedną z nich. Uznała jednak, że po prostu cieszy ją widok ludzi szczęśliwych, a w końcu wyraz twarzy chłopaka dokładnie o tym świadczył. Mimo że od momentu, gdy zaczęli rozmawiać normalnie, czuła, że nie wszystko u niego było takie proste - chociażby rodzina mogła mu utrudniać życie - to jego uśmiech wydał się tak szczery, ciepły, beztroski, że na chwilę w to zwątpiła. Wyglądał tak, jakby w ogóle nie miał problemów. Może w tamtej chwili o nich całkiem nie pamiętał? W każdym razie, Gryfonka odpowiedziała mu tym samym - uśmiechem, a gdy śpiewali sobie tak linijki na zmianę, sama poczuła się jakby szczęśliwsza. Może ze względu na samą pasję, może ze względu na Natha... oczywiście tak troszeczkę. Jej uśmiech właściwie wyrażał mniej więcej to samo, jednak u niej nie był on taki znów rzadki. W końcu przyjaciele sprawiali, że się tak uśmiechała. I rodzina. Tak, jej akurat się poszczęściło, bo choć nie miała rodziców, to dziadkowie sprawili, że jej dom był najwspanialszy na świecie.
- Now into your room in paradise - kontynuowała piosenkę, przy okazji bawiąc się głosem. Tym razem czuła się przy Woodsie pewniej, jeśli chodzi o śpiewanie, więc mogła sobie pozwolić nie tylko na odtworzenie wokalu, ale także małą, własną interpretację. Uśmiech nie znikał jej z twarzy, w końcu śpiew był dla niej czymś niesamowicie ważnym, a fakt, że mogła ot tak po prostu się tym z kimś podzielić... Poczuła z Nathem więź na kolejnej płaszczyźnie, ale nawet nie chciała jej wypierać.
- No, nie słuchałam dużo, ale z tego co słyszałam to naprawdę nieźle sobie radzą. I śpiewa się całkiem przyjemnie. - odparła. Marcela właściwie nie miała tendencji do obsesji na punkcie jakichś sławnych osób. Właściwie to żadnych osób. Doceniała, chwaliła, ale wszystko z zachowaniem dystansu. To sprawiało, że bardziej obiektywnie oceniała umiejętności innych i sama z większą łatwością dążyła do tego, co ktoś już osiągnął.
Marcela prychnęła, powstrzymując śmiech, kiedy Nath wydał z siebie okrzyk radości z powodu podpalenia jego szluga mugolską zapalniczką. No, dobra, Marcela co prawda zachwycała się bardziej, kiedy po raz pierwszy dostała ją w ręce i uczyła się podpalać, ale nieważne! No, poza tym to takie fajne, że jak się kliknie ten guziczek bez przekręcania kółka to zapalniczka tak śmiesznie syczy...
Dziewczyna aż wzięła zapalniczkę w obie ręce i przechyliła na bok głowę, po czym nacisnęła. Psssssssssss. Sssssssssssssssssssssssssssss. Na gacie Merlina, mugole naprawdę mają czasem pomysły!
- No, naprawdę. Tak sądzę. Chociaż może da się coś dużego zbudować i podpalić a to potem się spali bardziej? Kurcze, ja tam się nie znam na tych mugolach. - odparła, co jakiś czas psykając sobie zapalniczką. Gaz i tak był zaczarowany w ten sposób, że się nie kończył, więc mogła, a co!
Kiedy Nath powiedział o gitarze, Marcela w myślach uznała, że sama żałuje. W końcu mogliby pośpiewać sobie z gitarą! Może Nath pokazałby jej więcej piosenek...
Nagle przyszło jej coś do głowy i dziewczyna od razu się ożywiła.
- Ej, Nathie! - zaczęła, ciesząc michę jak wariatka. - Zróbmy tę imprezę w końcu! Weźmiesz gitarę, zaprosimy ludzi, załatwimy muzykę, upiję cię i będę się z ciebie śmiać... - wymieniała z entuzjazmem w głosie. - Zresztą, miałam już urodziny, to nawet pretekst może być, tak dla picu! A ty kiedy masz?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 22
Skąd : Londyn, Anglia.
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 339
  Liczba postów : 405
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10490-nathaniel-woods
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10492-woods-nie-gryzie
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10493-sowa-natha
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10494-nathaniel-woods#288855




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Sro Kwi 29 2015, 20:58

Oczywiście miał kilka rodzajów uśmiechu. Ten olśniewający, dla ładnych pań w barze. Ten szyderczy i złośliwy, dla sowich wrogów. Oraz ten najbardziej szczery i szczęśliwy, który mogły zobaczyć nieliczne osoby. Czyli prawdopodobnie Vitt oraz Kath. Ponadto dochodziła do tego Marcyś, którą ledwo co znał. Bo w końcu jego ślizgońskie przyjaciółki, były z nim od zawsze. A tu nagle pojawia się takie Gryfoniątko i wszystko staje na głowie. Właśnie w tego typu momentach zapominał o wszystkim. Zamykał się w klatce z dobrymi wspomnieniami, wpuszczając tam zaledwie kilka osób. Bo problemy miał, jak każdy. Jednak nie wszyscy o tym wiedzieli. O jego egoistycznej rodzinie, która dbała tylko o swój interes. Rodzicach obwiniających Woodsa za zaginięcie siostry. Właśnie! Praktycznie nikt nie wiedział o jego siostrze, a nawet braciach. W końcu to on trafił do zielonych i miał reprezentować ich ród. Ale jak na kretyna przystało, musiał się trochę pobuntować i miał gdzieś co do niego mówili, więc można by powiedzieć, że go nienawidzili. W dodatku pokazywali mu to na każdym kroku.
-Are we just dreaming , in the city that never sleeps?- dośpiewał kolejne zdanie tekstu. Znów dając pole do popisu Marcysi, podobało mu się to wspólne śpiewanie. W końcu nie robili tego pierwszy, a drugi raz. Muzyka też była tępioną rzeczą, w jego domu. Ale co mógł na to poradzić? Doskonale pamiętał, jak kupił pierwszą gitarę. W dodatku czasami zwyczajnie siedział na ulicy pogrywając, na swojej miłości. To była chyba jego najbardziej ludzkie zachowanie, ale nikt o tym nie wiedział. To był zamknięty temat. W końcu takie wybryki mogły zniszczyć reputację rodziny, prawda? Później pogrywał sporadycznie, bo rodzice chcieli wcisnąć mu skrzypce, jednak się na to nie zgodził. Kilka miesięcy później jego odwieczna miłość powróciła, obiecał sobie że nigdy jej nie opuści. Właśnie dlatego nosił ze sobą praktycznie wszędzie gitarę, oraz notes z piosenkami, które sam napisał. Z instrumentem było często ciężko, ale z zeszytem, pff, co to za problem gdzieś go wcisnąć?
-Jak dla mnie wszytko śpiewa się przyjemnie, w końcu można przerobić na swoją wersję- powiedział z dumą w głosie, bo nie raz tak robił. Zwykłe nudne piosenki, zmieniały się w pełne życia. Wystarczyła inna melodia lub trochę inne tempo. Jednak nie miał zamiaru jej tego tłumaczyć, w końcu sama też potrafiła zrobić wiele rzeczy ze swoim głosem. W dodatku się na tym znała, więc pewnie rozumiała o co mu chodzi.
Spojrzał na nią z oburzeniem, kiedy prychnęła, widocznie powstrzymując śmiech. Czyżby wątpiła w jego umiejętności? Albo śmieszyło ją zachowanie Woodsa? Mimo tego po prostu się uśmiechnął, mógł przyznać, że lekko się obawiał tych mugolskich rzeczy, a teraz miał coś robić jedną z nich. Niebezpiecznie. Kiedy usłyszał syk, który wydobył się z zapalniczki, jeszcze bardziej się wyszczerzył. Magia, w dodatku czarna!
-Może coś kiedyś wymyślą- oznajmił zamyślony Woods, musiał przyznać, że nawet mugole mieli całkiem dobre pomysły. Oczywiście pochwalił ich w myślach a nie na głos.
Chciałby mieć swoją miłość przy sobie, przynajmniej w tym momencie. Wolał śpiewać, kiedy towarzyszyła mu jakakolwiek muzyka. W dodatku mógłby pośpiewać z Collins, niech to szlag.
-Kocham imprezy, spić mnie? Możliwe, ale rzadko kiedy komuś się udaje. Czekaj urodziny…?- zapytał sam siebie. Ostatni raz obchodził urodziny w wieku 7 lat? Może 8. Jednak pamiętał to jak przez mgłę. W końcu jego rodzice mieli lepsze sprawy, niż urodziny swoich dzieci. Dlatego w późniejszych latach, ten dzień był jak wszystkie inne. Zwykły. Starał sobie przypomnieć datę swoich urodzin, tak aby Marcyś się nie zorientowała, w końcu kto nie pamięta takiej daty? Ano ktoś, kto nie miał powodów do jej zapamiętywania- Chyba dwudziesty czwarty kwiecień- powiedział po chwili, posyłając jej lekki uśmiech. No właśnie chyba.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : III
Wiek : 21
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 189
  Liczba postów : 161
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10503-marceline-collins
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10505-marcelina-sie-socjalizuje
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10506-sowa-marceliny
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10507-marceline-collins-kuferek#288954




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Sro Kwi 29 2015, 21:38

- 'Cause I can't be seeing what my eyes tell me - głos Marceli rozbrzmiał po raz kolejny, a dziewczyna czuła się z tym coraz swobodniej, tak jakby śpiewała z nim po raz setny, tysięczny, a nie dopiero drugi. U niej akurat sytuacja była o tyle lepsza, że jej dom był nie tylko dobry dla dziecka ogólnie, ale także dla takiej małej artystki. Babcia Margaret sama zajmowała się przecież nie tylko technikami plastycznymi, ale także muzyką - więc mała Marcelinka osłuchana była z różnymi rodzajami muzyki, instrumentami, a także samym śpiewem, który najbardziej przypadł jej do gustu. Ćwiczyła dużo, a jej babcia - poproszona o ocenę - nie szczędziła rad. Gryfonka była jej niesamowicie za to wdzięczna.
- Może i tak, ale z drugiej strony... jeśli tekst mi się nie podoba i jest płytki to nie lubię tego śpiewać nawet w najfajniejszej interpretacji.
No tak, zdecydowanie żywiołem Marceli nie były piosenki o ciemnych paniach trzęsących tyłkami tak, jakby te mogły miewać napady epilepsji. Mimo wszystko co do tych piosenek, których tekst nie był
płytki jak kałuża zgadzała się z Nathem. Co prawda tonacja nie zawsze pasowała, ale wystarczy trochę ją zmienić wedle uznania i już było w porządku. Jednak kombinacje z tempem i tonacją nie były dla niej tak fajne, jak najzwyczajniej w świecie inna interpretacja. Uwielbiała bawić się głosem, nawet wtedy, podczas śpiewania z Nathem zmieniała nieco pierwotną wersję, czasem przeciągając inaczej słowa, inaczej dzieląc sylaby, śpiewając coś wyżej lub niżej... Robiła to jednak tak, by nie przekombinować - po pierwsze nie lubiła słuchać tego u innych, po drugie... no, nie chciała zrobić złego wrażenia. Nie przyznałaby się do tego nawet na torturach, ale zależało jej na opinii Nathaniela, jeśli chodzi o tę kwestię. W końcu był osobą, która zna się na rzeczy.
- Wiesz, wydaje mi się, że już wymyślili - zaczęła, zaciągając się papierosem i powoli wypuszczając z płuc zielony dym. W słońcu naprawdę ładnie to wyglądało! - Ale nie jestem pewna, bo na tym mugoloznastwie akurat spałam. Jak na prawie każdym, ekhm. No, w każdym razie, to się chyba nazywa jakoś na d. Dynamo? Chyba że to jest to od tego ich pojazdu na dwóch czy tam czterech kółkach. Uch, na Merlina, sama już nie wiem. - zamotała się, robiąc niezadowoloną minę z typu tych, na których widok zazwyczaj albo miało się ochotę Marcelę przytulić, albo uśmiechnąć pod nosem przez to, że wyglądało to całkiem uroczo. No ale cóż, Marcela denerwująca się na jakieś pierdoły była śmieszna i większość ludzi tak to postrzegała. Szczególnie ta część męska, która ją lubiła ciut bardziej niż to przewidziano w koleżeństwie czy przyjaźni.
- Chyba...? - zaczęła, nieco zdziwiona. - Serio nie pamiętasz? - zapytała. Cóż, dla niej to było niecodzienne, bo dla niej był to dzień dość ważny. Prezenty, życzenia... No, jak co roku, a gdy pomyślała tym, że ktoś tego nie ma, to trudno było jej to przełożyć na siebie. - W każdym razie i tak opijemy twoje urodziny. No, i moje, bo są cztery dni po twoich, ale to tam swoją drogą. W sumie mogłabym ci złożyć spóźnione życzenia, ale nie wiem czy to na miejscu, jeśli nie obchodzisz.
No, życzenia to problem, ale opicie urodzin - czemu nie? Wiadomo, pretekst pretekstem, a ognista ognistą. A Marcela chciała sprawdzić przy okazji, jak mocną głowę ma Nath. To mogło być ciekawe.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 22
Skąd : Londyn, Anglia.
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 339
  Liczba postów : 405
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10490-nathaniel-woods
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10492-woods-nie-gryzie
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10493-sowa-natha
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10494-nathaniel-woods#288855




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Czw Kwi 30 2015, 11:59

-Am I just dreaming? This can't be in my veins- nawet nie pamiętał, kiedy ostatni raz śpiewał z kimś. Oprócz tamtego razu z Marcyś. Lubił tworzyć muzykę z ludźmi, zawsze wtedy lepiej mu się pracowało. Nawet jak pisał jakiś tekst, druga osoba mogła zwyczajnie siedzieć, a jemu już szło lepiej. A za taki dom w jakim wychowywała się jego blond przyjaciółka, mógłby zabić. Za ludzi, którzy nie wytykaliby mu każdego pojedynczego błędu, którzy nie zmuszaliby go do rzeczy, których nienawidził z czystego serca. Dla kogoś kto po prostu był, a w dodatku go wspierał. Jednak prawda jest taka, że rodziny nie można wybrać. Chociaż jego bracia byli naprawdę w porządku. Bliźniacy, którzy ciągle pakowali się w kłopoty. Oni chyba bardziej to przeżywali, a Woods musiał im tłumaczyć: Dlaczego rodziców nie ma w domu? Dlaczego karzą nam się cały czas uczyć? Dlaczego ciągle o nas zapominają? Nath za to zwyczajnie stworzył wokół siebie niewidzialny krąg, nie dopuszczając do siebie ludzi, bo po prostu im nie ufał. Później doszła do tego Annabelle, która mu pomogła i w miarę ogarnęła, niestety szybko się skończyło, a dziewczyna poszła w odstawkę. Kiedy stracił swoje jedyne podparcie pojawił się Severus, który mu za cholerę nie pomagał, choć Woods sądził co innego. A teraz? Teraz zjawił się ten skrzat, przez którego brunet zapominał o otaczającym go świecie, o wszystkich problemach. Widział tylko Marcyś, a nic innego się nie liczyło.
-Też masz rację, niektóre teksty są tak bardzo głupie. Mam pomysł! Następnym razem, kiedy się spotkamy wezmę gitarę, co ty na to?- zapytał z uśmiechem na ustach, trącając ją łokciem w żebra. Mogliby prześpiewać pół dnia i palić fajki. Co pewnie później skończyłoby się chwilowym straceniem głosu. Ale było my śmiesznie, gdyby posługiwali się na migi. W dodatku wtedy pozwoliłby Marcyś wybrać jakąś piosenkę. Twierdził, że miała całkiem dobry gust. W końcu jeśli znała piosenki zespołów, które on lubił. Jej głos był przyjemny, ponadto dobrze współgrał z jego. Bo czasami panie na imprezach chciały się wykazać, próbując z nim śpiewać. Chyba lepiej tego nie wspominać. Jedynie to, że można było ogłuchnąć.
-Widzę, że nie tylko ja tam przysypiam- zaśmiał się chłopak, patrząc na Gryfonkę, która chciała wytłumaczyć mu to dziwne coś- Nie słyszałem o tym, ale jeśli to coś umie wysadzić inne rzeczy. Super!- krzyknął zadowolony, bo w końcu to było niczym klika zaklęć, które umiały rozsadzić inne przedmioty. Zastanawiał się, czy to mugole ściągali pomysły od nich, czy na odwrót. Jeszcze raz spojrzał na blondynkę i myślał, że umrze ze śmiechu. Wyglądała jak zirytowany i słodki króliczek. No i jak tu jej nie lubić? Chwilę jeszcze się na nią gapił, ale żeby nie nabrała podejrzeń odwrócił wzrok, obserwując całe błonia.
-Hmm.. No tak, w sensie tak mi się wydaje- powiedział lekko się gubiąc, w tym co mówi. Zamyślił się, żeby jakoś jej to wytłumaczyć. I żeby nie zabrzmiało to aż tak dziwnie, obrócił się w jej stronę- Moi rodzice najzwyczajniej często zapominali, więc po co ja miałem zapamiętywać nic nie znaczącą datę, nie?- zapytał Marcyś, nadal się uśmiechając. Niektórzy mogli pomyśleć, że to było dość smutne. Jednak Woods był tak nauczony, więc nie widział w tym nic dziwnego.
-A mogę zamienić życzenia na omlety? A co do picia, to ja zawsze jestem chętny- powiedział dumnie się prostując. Ponownie zaciągnął się dymem, a po chwil wypuścił go z płuc.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : III
Wiek : 21
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 189
  Liczba postów : 161
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10503-marceline-collins
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10505-marcelina-sie-socjalizuje
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10506-sowa-marceliny
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10507-marceline-collins-kuferek#288954




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Pon Maj 04 2015, 09:54

-Everything I ever knew will never be the same - dokończyła, uśmiechając się i wtedy akurat sztaluga była już gotowa. Dziewczyna jeszcze by pośpiewała z chłopakiem, ale wtedy zaczęli już rozmawiać i już się niestety nie dało. A szkoda. Marceli nie tylko głos Nathaniela się podobał, ale także sam fakt, że mogli sobie ot tak po prostu razem śpiewać, bez skrępowania i dziwnych spojrzeń, gdy któreś z nich wypadło z tonacji. Dla niej to było kojące, a wspólne śpiewanie było dla niej wyznacznikiem zaufania takim samym, jak pokazywanie komuś swoich słabości. Tak jak ona jemu ostatnio - czyli płaczu, a choć nie chciała o tym wspominać, to zdała sobie sprawę z tego, że dla niej zły jest sam fakt, że nie lubi tego pokazywać nikomu, a nie, że to był Nath. Ufała mu, choć wiedziała, że to może ją zgubić. W końcu nie znali się tak znowu długo, a on był Ślizgonem, no nie? Ale i tak nie potrafiła odsunąć od siebie tej aury bezpieczeństwa, którą przy nim odczuwała, niezależnie od swoich wątpliwości.
Na propozycję spotkania uśmiechnęła się szeroko. Tak, bo to już nie był prektekst, a propozycja! Jawna!
- Dobra! - ucieszyła się, bo podobało jej się nie tylko to, że miała się z nim spotkać, ale też pomysł na to spotkanie. - Ale znając nas, to będziemy musieli chyba zabrać po dwie paczki fajek.
Wyorażenie tego spotkania Marceli właściwie nie różniło się od tego Natha. Śpiewanie, szlugi, rozmowy, zdarte gardła. Aż nie mogła się doczekać.
- Oj no bo za dużo tego! Skąd ja mam wiedzieć co oni tam sobie zrobili? A wyspać się kiedyś trzeba[b] - stwierdziła poważnie. - [b]Może kiedyś o tym poszukam, bo to akurat wydaje się ciekawe. W ogóle to śmieszne, bo u nas wystarczy nauczyć się zaklęcia, a u nich? Trzeba mieć pomysł, narzędzia, elementy tego, co chce się zrobić... No ogólnie mnóstwo zachodu, a jest ryzyko, że coś nie wyjdzie!
Tak, o tym akurat opowiadał jej dziadek, a nie profesor mugoloznastwa, więc mogła się nawet zainteresować, przyswoić, zrozumieć i zapamiętać.
Kiedy Nath na nią patrzył przez dłuższą chwilę, nieco się speszyła. Po chwili ten odwrócił się, obejmując wzrokiem dziedziniec, a ona przejechała sobie ręką po policzku. No co, bo może miała coś na twarzy i to dlatego?
- Ech, na Merlina, to niefajne - stwierdziła, gdy skończył mówić. - Wiesz co, sprawdź gdzieś, czy to na pewno 24 kwietnia i mi powiedz i ja będę pamiętać. Urodziny to zawsze okazja do imprezy, a na dodatek dostajesz mnóstwo prezentów i co ważniejsze życzeń i one często są takie personalne i kochane! - zaczęła wymieniać zalety urodzin, choć domyślała się, że okazja do imprezy byłaby dla niego najbardziej przekonująca.
Marcela popatrzyła chwilę na papierosa. Centymetr popiołu świadczył o tym, że na jakiś czas o nim zapomniała, ale na szczęście miała więcej niż połowę. Zaciągnęła się dymem i wypuściła go z płuc po kilku chwilach.
- Dobra, dostaniesz całą górę omletów. Albo naleśników. Albo omletów i naleśników. A picie zorganizujemy na imprezie! Urodzinowej albo nie.
Dla Marceli fakt, że Nath po prostu nie obchodził urodzin i nawet nie był pewny, kiedy one są, wydał się bardzo smutny. W końcu ona sama miała z tym dniem mnóstwo dobrych wspomnień i nie umiała sobie wyobrazić, że ktoś ot tak po prostu jest tego pozbawiony - nawet jeśli dla tej osoby nie miało to takiego znaczenia. Dziewczyna miała ogromną ochotę, żeby go przytulić, ale uznała, że nie może. Nie powinna się przecież aż tak do niego zbliżać. Zaciągnęła się znów dymem, żeby nie zrobić nic głupiego. Jeszcze tego brakowało, żeby Nathaniel sobie coś pomyślał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 22
Skąd : Londyn, Anglia.
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 339
  Liczba postów : 405
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10490-nathaniel-woods
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10492-woods-nie-gryzie
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10493-sowa-natha
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10494-nathaniel-woods#288855




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Pon Maj 04 2015, 18:48

Przynajmniej Woods zawsze chętny był na kilka rzeczy: Alkohol, fajki i śpiewanie. Dlatego Marcyś mogła krzyknąć: Głąbie idziemy tworzyć muzykę. A on choćby umierał, to i tak grzecznie by za nią podreptał, w końcu to było częścią jego życia. Ale nie było tak łatwo, śpiewał lub grał tylko z zaufanymi osobami. Bo przecież wszelkie emocje, których Nattie nie pokazywał, doskonale wychodziły wtedy na wierzch i można było z niego czytać, jak z otwartej księgi. Jednak Collins była mądra, więc nawet bez muzyki potrafiła zauważyć wiele rzeczy. Co śmiesznie Woods nie lubił takich ludzi, zwyczajnie ich unikał, bo przecież mogli dowiedzieć się zbyt wiele. A tu jednak pojawił się ten skrzat, przez którego Nattie stał się grzecznym szczeniaczkiem. Niemożliwe? A jednak. Chociaż pewnie Marcela nawet o tym nie wiedziała, w końcu był zły i straszny. Oczywiście tak miało pozostać.
Yup, to była propozycja, a Woods nawet tego nie ukrywał, bo po co? Miał ochotę z nią pośpiewać i już.. No i trochę z nią pobyć. Bo jak widać dobrze na niego działała. Kiedy zobaczył jej uśmiech, sam mimowolnie się wyszczerzył. Chyba nie zapowiadało się, żeby mu odmówiła.
-Dokładnie! I butelką ognistej też bym nie pogardził- powiedział słodkim głosem, jedyną przeszkodą był zakaz, który zabraniał spożywania alkoholu na terenie szkoły. Jak uwielbiał Hogwart, to zaczął się poważnie zastanawiać czemu musi tu uczęszczać. Alkohol i fajki były sensem jego życia, ale nie bo szkoła zabrania.
-Popieram, idealna lekcja na drzemkę- powiedział uśmiechając się promieniście, na każdym mugoloznastwie musiał sobie przysnąć. Dlatego zawsze chodził tam jakimś znajomym, który go przebudzał, kiedy profesor zaczynał do niego mówić. Jak on w ogóle śmie? Woods ucina sobie drzemkę, a ten bezczelnie go budzi- Czy ty sugerujesz, że są od nas mądrzejsi? Pfff, my jesteśmy zajebiści, bo mamy magię, daaa- powiedział niczym oburzona i pijana szesnastolatka. Trzeba było przyznać, że to był jeden z jego ulubionych tonów głosu. Zaraz bo ‘złym Woodsie’ i ‘Woodsie podrywaczu’.
Kiedy Marcyś zaczęła mówić o urodzinach, Nath miał ochotę podejść i ją przytulić. Nic nie mówiąc. ONA chciała zapamiętać datę jego urodzin, nikt nigdy mu tego nie zaproponował. A kiedy mówił, ze nie obchodzi urodzin inni jedynie wzruszali ramionami.
-Dziękuję- tylko to zdołał z siebie wydusić, po dłuższym zamyśle. Choć bardziej chciał powiedzieć: Dziękuję, ze jesteś. Ale to już mu nie przeszło prze gardło. Kolejną rzeczą, którą zrobił było pomizianie jej po włosach. Tak o, bo przecież może. Przyjacielsko oczywiście.
-Góra omletów i naleśników- powtórzył za nią i wręcz zaświeciły mu się oczy. To było chyba jego największe marzenie! Tyle jedzenia! Popatrzył na nią z uśmiechem na ustach, kręcąc przy tym głową, jakby dając jej pozwolenie. Przeniósł wzrok na błonia, które były praktycznie psute. Chyba trochę się zasiedzieli, bo słońce zaczęło zachodzić.
-Sądzę, ze robi się późno. Idziemy?- zapytał i podał jej rękę, chwilę czekał na jej reakcję. A już po kilku minutach znaleźli się w zamku, balkonik był przytulny. Jednak wolał cieplutki pokój, kołdrę i czekoladowe żaby.
-Myślisz, że jak rzucę w niego jakimś zaklęciem, to ucieknie z krzykiem?- zapytał wskazując na jakiegoś dzieciaka. Jednak po chwili się zaśmiał, żeby Collins nie wzięła tego na poważnie i czymś mu nie przywaliła.  Przecież jego buźka była zbyt ładna!

zt x2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 23
Skąd : Limerick, obecnie Londyn.
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 224
  Liczba postów : 1379
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6204-ambroge-friday
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6230-krewni-znajomi-i-wrogowie-ambroge-a
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6383-ambroge-friday
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7523-a-friday




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Nie Maj 17 2015, 00:49

Czy jest coś piękniejszego na tym świecie niż piękna pogoda, stary angielski zamek i mało uczęszczane wn im miejsce? Zapewne, znalazłoby się dużo, bardzo dużo takich rzeczy, niemniej Piątkowi dziś akurat do szczęścia wystarczyły te trzy czynniki. Słoneczny dzień, bezchmurne niebo, temperatura nie przekraczająca wartości nieludzkich, ogółem ciepło, ale nie za ciepło, typowo wiosenny, majowy dzionek z gatunku tych zwiastujących trochę śmielej lato, stary dobry Hogwart wypełniony po brzegi uczniami, studentami i nauczycielami, zapewne teraz znajdujących się na bloniach, w Hogsmaede, bądź Londynie, w każdym razie prędzej na powietrzu, niźli w czterech ścianach, ciesząc się dobrym dniem. Gdzie w tym wszystkim miejsce dla Piątka? Już tłumaczę, otóż na starym dobrym dziedzińcu, albo raczej jego przestrzeni powietrznej, bo na balkonie. Kilka pięter ponad wspomnianym placem. Tam właśnie postanowił przesiedzieć trochę czasu Krukon, zaczytując się w swojej aktualnej lekturze. Co ten Buber. Tak, na prawde bardzo podobał się chłopakowi tok myślenia tego XX wiecznego myśliciela. Z pewnością niejednokrotnie jeszcze sięgnie po jego inne dzieła, najpierw jednak przeczyta do końca to.
Problem był tylko taki, że nie do czytania Ambrożego ciągnęło. Dzień taki piękny, pogoda dobra, przecież nie czytać tu przyszedł. Chciał wyjść w plener ze sztalugą, choć.. to chyba nie był najlepszy pomysł, bowiem to popołudnie było wręcz zbyt piękne. A ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował była zgraja ludzi, wpatrująca się w jego pracę i nie dająca mu w spokoju tworzyć. Zgoda, może nie wszyscy byli jakoś do końca natrętni, jednakże sam fakt był dość mocno deprymujący. Ostatecznie, zawsze można było też przysiąść ze szkicownikiem i węgielkiem. Tak właśnie postanowił. Dziwnie tylko powiały go te wiatry, skoro wylądował zamiast na błoniach na balkonie, nad dziedzińcem. Cóż, niezbadane są wyroki boskie, jak to mówią. A i Brożkowi w niesmak ich podważać, szczególnie dzisiejszego dnia. Tylko.. że pomalowałby coś, albo choć porysował. Tylko co? No właśnie, no właśnie. No właśnie. Z tego wszystkiego, z tej chęci do tworzenia odstawił książkę, wyglądało na to, że dialog ja – ono będzie musiał poczekać na inny moment; wyciągnął wszystkie swoje przybory do malowania i zaczął oddawać na kartce różne szczegóły anatomiczne tej konstrukcji. Oparty o ścianę, z wyciągniętymi nogami oddawał się spokojnie swojemu zajęciu, aż w końcu zasnął. Nie wiedział dokładnie jak dlaczego z kim i kiedy. Jedynie fakt przejścia w objęcia morfeusza był zarejestrowany.. I chyba nie prędko zamierzał z tego snu powrócić..

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Glasgow, Szkocja
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 174
  Liczba postów : 80
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10801-lara-a-lavey
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10802-jestem-jajkiem-hau-hau
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10803-bo-nietoperzy-juz-nie-mieli
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10804-lara-lavey




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Nie Maj 17 2015, 01:32

Każdy, kto zostawał w taką piękną pogodę w zamku, mógł spokojnie nazwać siebie grzesznikiem. Żal było nie dopuścić do swojej skóry ciepła słońca. Witamina D i te pierdoły. Jako, że mimo wszystko nie należała do wielkich fanów spacerów po łąkach i ogólnie całej tej romantycznej otoczki z tym związanej, wybrała złoty środek - balkon. Geniusz, który to wymyślił zaiste powinien zostać sowicie nagrodzony... Medalem z ziemniaka, na przykład. Dodatkowym plusem była możliwość patrzenia na wszystkich z góry, co w życiu codziennym raczej rzadko było jej dane. Jednak do władzy trzeba było jakoś się dostać. Schody - zdający się nigdy nie kończyć labirynt stopni. Szczególnie jeśli maszerowało się w trzynastocentymetrowych szpilkach. No ale cóż. Postawienie siebie na czele wymagało poświęceń. Gdy dotarła już na samą górę, obrzuciła spojrzeniem małe mróweczki, wesoło hasające po obrzyganej kwiatami łączce. Uroczo. Była pewna, że stukot jej butów został zarejestrowany w promieniu najbliższej mili. W końcu to cała ona - każdy musi być świadom jej obecności. Nie? Nie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 23
Skąd : Limerick, obecnie Londyn.
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 224
  Liczba postów : 1379
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6204-ambroge-friday
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6230-krewni-znajomi-i-wrogowie-ambroge-a
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6383-ambroge-friday
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7523-a-friday




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Nie Maj 17 2015, 18:47

Zdecydowanie było ją słychać. Skoro nawet mocny i wydawałoby się niczym nie zmącony, sen Piątka został przerwany, albo raczej dość mocno naruszony, o czymś to świadczyło.. Nie, żeby przebudził się od razu. Istotnie czuł przez sen jak jakiś dziwny dźwięk, prawie jak gdyby jakiś słoń co najmniej kroczył po korytarzu, oraz towarzyszący temu odpowiednie drżenie ciała do tego całego rytmu. Przebudził się dość mocno, jednakże wtedy ten dźwięk ustał. Podobnie jak huk. Widać cokolwiek to było przeszło sobie dalej, albo zwyczajnie zatrzymało się. Wobec tego, postanowił nie przerywać więcej swojego snu. Jednak nie było to takie trudne. Przypomniał sobie bowiem, co takiego miał zrobić. Co na niego czekało. A czekało rysowanie. Tylko czego do jasnej cholery..? No nic. Otworzył oczy, poprzeciągał się chwilę i poziewał, zanim ją zobaczył. Skądś ją znał, to było pewne, tylko za nic nie mógł sobie przypomnieć skąd. To znaczy.. gdyby jego mózg nieco bardziej kontaktował zapewne doskonale by pamiętał. Chwilowo jednak było to niemożliwe. – Pani Ładna? – w końcu sobie przypomniał! Taki dumny był z siebie. mimo tego wszystkiego, towarzyszyła mu wątpliwość, czy aby na pewno nie przedstawiła mu się, czy nie poznał jej imienia. Niczego takiego nie zarejestrował w pamięci. Zatem.. widocznie takie zdarzenie nie miało miejsca.. – Dzień dobry i jakże piękny! Co Ty tu robisz? Nie powinnaś teraz raczyć swoją urodą potencjalnych randomów z Hogwartu? – spytał, bez cienia przekąsu, ironii albo sarkazmu i tych innych złych rzeczy. Tak serio było mu smutno poniekąd, że ktoś jeszcze o tym miejscu pomyślał. Bądź, co bądź jednak chciał pobyć sam. No i przypuszczalnie ona również.. Pytanie, czy pobędą teraz razem, a może któreś z nich się wyniesie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Glasgow, Szkocja
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 174
  Liczba postów : 80
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10801-lara-a-lavey
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10802-jestem-jajkiem-hau-hau
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10803-bo-nietoperzy-juz-nie-mieli
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10804-lara-lavey




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Nie Maj 17 2015, 19:54

- Friday - zabrzmiało bardziej jak obelga, niż nazwisko. Gdyby nie niezawodna i niewątpliwie niezamierzona pomoc ze strony Kat, Lara nadal nazywałaby Krukona "ten, który mnie obraził i nie mam zamiaru więcej z nim rozmawiać".
Odpowiadając na pytanie chłopaka: właściwie to powinna. Więc dlaczego jest tutaj? Po co ja tu właściwie przyszłam - z tego wszystkiego zapomniała o powodzie, dla które męczyła swoje stopy. Pierwsze o czym pomyślała, to jak najszybciej stamtąd uciec. Nawet tą najkrótszą drogą. Gdyby zgrabnie go wyminęła, dość szybko się poruszała no i może międzyczasie zdjęła jakoś buty, to udałoby jej s - co? Jaka ucieczka? Jeśli już, proszę państwa, to eleganckie wycofanie się z konwersacji. Ale! Z drugiej strony, to z jakiego powodu miała stamtąd odchodzić? Przecież nie po to przez ostatnie minuty rozmyślała nad wieloma rozkosznymi korzyściami znalezienia się na górze (wat?), nie?... A tu proszę! Okazało się, że jest i następna!
Stanęła tyłem do poręczy, tym samym odwracając się twarzą do Fridaya: - A ty przypadkiem nie powinieneś teraz PIELĘGNOWAĆ swojej znajomości z tą uroczą Gryfonką? - no przecież musiała być delikatnie złośliwa. Przyznać się, że gdzieś tam w środku, cieszy się, że nie jest sama? Hehe, dobreeeee.

zt// bo Piątek to ciota :c
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 19
Skąd : Londyn, Anglia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 386
  Liczba postów : 235
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10310-casey-marvell
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10316-dla-odwaznych
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10318-casey
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10317-casey-marvell




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Sro Cze 17 2015, 21:29

Rozluźnienie panujące w szkole od dobrych kilku dni, spowodowane najpewniej znaczną poprawą pogody, jakoś wyjątkowo nie udzieliło się naszemu arystokracie. Casey owszem, odczuwał tę atmosferę zbliżających się wakacji, ale w gruncie rzeczy nie przykładał do tego większej wagi, bo niby dlaczego miałby? Dla niego nauka nigdy nie stała obok obowiązku, oddzielona od niego tylko znakiem równości. Wręcz przeciwnie, większość przedmiotów, do których rzeczywiście się przykładał można bezpiecznie uznać za hobby Ślizgona, a z zaliczaniem innych... powiedzmy, że tam też nie miał zbyt dużych problemów - spryt i nieprzeciętna zdolność do kojarzenia robiły swoje, szczególnie, kiedy jego zadowalały oceny w połowie stawki. W końcu do czego miała mu się przydać Opieka Nad Magicznymi Stworzeniami, albo taka Historia Magii, o którą spokojnie mógł zapytać Ethana, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Zajęcia z warzenia eliksirów stały dokładnie na drugim końcu piramidy ważności. Godzin spędzone nad kociołkiem nigdy nie uważał za stracone, a wręcz przeciwnie - nawet jeśli jakiś wywar nie wychodził mu tak, jak powinien, wcale nie próbował wymordować połowy społeczeństwa, a raczej koncentrował się na tym, by uwarzyć go jeszcze raz. Tym razem poprawnie. Dzisiaj wcale nie mieliśmy do czynienia z jakąś przesadnie odmienną sytuacją - jak zawsze został w klasie trochę dłużej, żeby dokończyć swoją dodatkową pracę i właśnie tym sposobem trafił ostatecznie do skrzydła zachodniego. Brzmi to abstrakcyjnie, w porządku, ale nie byłoby go tutaj, gdyby nie pewna przeurocza kotka rasy bengalskiej... no ale, po kolei.
Morieris naprawdę stanowiła wzór idealnego pupila dla kogoś takiego, jak nasz Casey - do czasu, gdy wpadały jej do łebka genialne pomysły przeszkodzenia mu w pracy. Tym też sposobem jej przednie łapy skończyły umaczane w jednym ze składników. Normalnie nawet by się tym nie przejął, ale kotka zniknęła mu z oczu prawie natychmiastowo, a nie miał pojęcia, czy jej pazury nie zaliczą wkrótce bliskiego spotkania z czyjąś skórą. Co tu dużo mówić, on sam może uważał bengalkę za najwspanialsze stworzenie na świecie, ale otoczenie mogło mieć z tą małą i dość agresywną jędzą pewne problemy...
W każdym bądź razie, przelał eliksir do fiolki, machnięciem różdżki sprzątnął swoje stanowisko i szybkim krokiem ruszył w poszukiwaniu kotki.
Nie spodziewał się, że w tym krótkim czasie zwierzę zdąży dotrzeć aż do zachodniego skrzydła, ale znając jej ulubione miejsca, odnalezienie pupilki wcale nie było trudne. Problem w tym, że nie spodziewał się, że Mori zdąży w tym czasie kogoś podrapać, ani że on sam, oczywiście skupiony na sylwetce kotki, do danej osoby dobije.
Skończyło się na tym, że został zmuszony zostawić zwierzaka samemu sobie na kilka minut więcej, bo przecież obdarzenie wysokiego chłopaka chłodnym spojrzeniem nagle stało się głównym priorytetem.
- Naprawdę aż taką trudność sprawia patrzenie, w jakim kierunku się idzie? - warknął, zupełnie ignorując fakt, że na dobrą sprawę to on był sprawca tej drobnej kolizji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Nauczyciel
Rok Nauki : VII
Wiek : 19
Skąd : Everett, Waszyngton, USA
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 277
  Liczba postów : 150
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10962-cole-zeph-atohi-doweson#298969
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10973-zrobmy-cos-szalonego-na-wiezy-astronomicznej#298986
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10975-adresat-nieodnaleziony#298989
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10974-cole-zeph-atohi-doweson#298988




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Czw Cze 18 2015, 17:55

Ueee, obrzydlistwo... — Jedna jedyna myśl Cole'a dotycząca przyjazdu do Hogwartu. Naprawdę źle czuł się z dala od Salem. Można by zaryzykować stwierdzenie, że pożar jego szkoły wywołał u niego chorobę, której nie dało się wyleczyć. Całkowicie wyobcowany z niewielką grupą znajomych ze Stanów przebywał w Wielkiej Brytanii, na jakimś pustkowiu z dala od cywilizacji, od zaledwie kilku dni. I chorował tak mocno iż nie obyło się bez paru interwencji Nory Blanc. Z tego jednego powodu cieszył się. Wciąż miał fachową opiekę, bowiem pielęgniarka przyjechała razem z nimi, zajmując miejsce swojej poprzedniczki. Z drugiej strony martwił się, czy jej szczególne zdolności nie okażą się nieco zbyt nachalne w obcych dla Cole'a warunkach. Nie chciał być przez nią nachodzony w salonie, sypialni czy w jakimkolwiek szkolnym korytarzu. Dość nasłuchał się w Salem i w pewnym sensie liczył na rozpoczęcie nowego etapu życia. Tylko wszystko tutaj było takie obrzydliwe. Zamek, pajęczyny, ohydne obrazy na ścianach i wszędzie biegająca chmara dzieciaków. Naprawdę nie wierzył, że dyrektor pozwalał na tak lekkie obyczaje. Nie, żeby McGill był lepszy, ale on uchował sobie szczególną grupę ludzi i to właśnie ich po cichu wyróżniał. Nikt z postronnych w Salem nie miał pojęcia, co dokładnie robili, kto należał do stowarzyszenia. Cole doskonale pilnował powierzonych mu tajemnic, a tutaj – wraz z innymi – miał tylko jedno zadanie. Odbudować stowarzyszenie. Sęk w tym, że z tym jednym celem wiązała się cała reszta. Musiał odnaleźć zaginione artefakty, odebrać je od nowych właścicieli, a później wynieść z tej przeklętej szkoły. Tyle rzeczy do zrobienia, a dyrektor Hampson na pewno nie pozwoli im zostać w zamku na czas wakacji. Musieli wykombinować coś wspólnie. I nie wpaść. Dawał wiarę, że ludzie z bractwa nie byli idiotami, ale mimo wszystko wyrażał obawę w lekkie niepowodzenie całej sprawy. Naprawdę mocno.
A jak do tego wszystkiego miał się Hogwart? Cole ani trochę nie znał tego przeklętego zamczyska, toteż trzecie piętro w zachodnim skrzydle było jedynym bezpiecznym miejscem. Nie zamierzał poznawać nowych ludzi, dość, że rozmawiał ze swoimi ziomkami z Salem. Ale zawsze musiał nadejść ten jeden wielki moment, kiedy cały osiągnięty spokój bezpowrotnie znikał.
Pierwszy prawdziwy spacer po tym dziwnym miejscu skończył się standardowo na schodach prowadzących w dół lub w górę. Nie chciał opuszczać jedynego bezpiecznego miejsca w... Hogwarcie. Ostatecznie zaczął krążyć od nowa po całym trzecim piętrze, poznając każdy jego zakątek, aby w razie potrzeby bezpiecznie zniknąć w jakiejś wnęce lub nieużywanej klasie. Cały ten pozorny spokój zburzył kot chodzący samopas po korytarzu. Nie masz swojego właściciela? A może chcesz skończyć jako futro pod kominkiem? Tak, z chęcią przerobiłby tego kota na mielonkę, bowiem to właśnie on okazał się główną przyczyną problemów Dowesona.
Ów zwierzak postanowił sobie tak bezprawnie zakręcić się wokół jego nóg, lecz gdy Cole chciał wziąć go na ręce, grzeczny zamiar spotkał się z pełną obrazą majestatu zwieńczoną podrapaniem dłoni, palców, oraz ugryzieniem nadgarstka. Nawet nie zdążył zareagować, a co dopiero uczynić srogą zemstę na futrzaku, bowiem pojawił się właściciel. Całe szczęście mógł ze spokojem spojrzeć na niego z wyższej perspektywy, patrząc chłodno i obojętnie. Po prostu został bezceremonialnie popchnięty i dodatkowo obwiniony o jego myślenie o niebieskich migdałach. Nie byłby sobą, gdyby nie zareagował zwykłym ściągnięciem brwi, a lewy kącik ust nie zadrgał w obliczu tak bezpodstawnej inwektywy. Zmrużył jeszcze oczy, słysząc słowa wydobywające się z ust chłopaka i tyle było złości na jego twarzy. Wszystkie okazywane uczucia zniknęły, pozostawiając jedynie maskę obojętności. Jakby krew skapująca z palców oraz zadrapania nie robiły na nim wrażenia. I – prawdę mówiąc – nie miały w tej chwili najmniejszego znaczenia. Cała uwaga skupiała się wokół prawdziwego sprawcy problemu.
Jeśli to twój kot... to sugeruję schowanie go w jakimś znikającym schowku na miotły zanim go dopadnę. — Rzucił nieco wymijająco, całkowicie odchodząc od tematu zderzenia się z chłopakiem, poświęcając za to odrobinę uwagi na widok rozciągający się z balkonu, bo właśnie tutaj znaczna część wydarzeń miała teraz miejsce.

//ale się rozpisałem xd
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 19
Skąd : Londyn, Anglia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 386
  Liczba postów : 235
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10310-casey-marvell
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10316-dla-odwaznych
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10318-casey
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10317-casey-marvell




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Czw Cze 18 2015, 22:40

Zmiany otoczenia bywają niesamowicie... irytujące. Dla Casey'a pójście do Hogwartu zawsze stanowiło szczyt dziecięcych marzeń i nigdy nie wyobrażał sobie zmiany tej szkoły na jakąś inną. W porządku, Durmstrang też stanowił iście ciekawą pozycję na liście potencjalnych placówek magicznej edukacji, ale przecież większość jego rodziny uczyła się raczej w szkockim zamku, niż gdziekolwiek indziej. Później czas tylko pokazał, że ze swoim wyborem trafił, bo jeśli czegoś mógł mieć stuprocentową pewność to nastawienia jego matki do tej drugiej ze szkół... To dopiero stare dzieje! Te czasy, gdy jako jedenastolatek przemierzał wszystkie korytarze Hogwartu, starając się odkryć, poznać i zrozumieć najwięcej, jak tylko się dało. Samotne eskapady, spacery do późnego wieczora, które parę razy kosztowały go tak utratę punktów, jaki jakiś drobny szlaban... zdecydowanie, czasy zarówno warte wspominania, jak i niespecjalnie wyróżniające się na tle siedemnastu lat życia Ślizgona.
Poniekąd był jednak w stanie zrozumieć uczniów z Salem. Dla wielu czarodziejów szkoła stawała się własnym domem, ostoją, a wiadomo - każdy chwali swoje. Taki Arterbury na przykład, mógł narzekać na obecność szlam w Hogwarcie i na to, jak bardzo ta zaraza w postaci brudnej krwi potrafiła przeszkadzać mu w realizacji planów, ale za nic nie poszedłby uczyć się gdzieś indziej. Zresztą! Nawet mugolaki czasami mogły okazać się przydatne i całkiem interesujące - nie, żeby arystokrata zamierzał kiedyś wygłosić tę opinię przed publicznością, bądź też otwarcie bratać się tak z nimi, jak i ze zdrajcami krwi. Wracając jednak do rzeczy, Amerykanie mieli pełne prawo czuć się w nowym miejscu obco. Każda szkoła magii miała jakieś swoje indywidualne cechy, a zgłębienie tajemnic zamku trwało całymi latami. Na szóstym roku nauki, Casey wciąż nie miał bladego pojęcia o zbyt wielu zakamarkach, zbyt wielu ukrytych przejściach i nieznanych historiach.
- To znaczy, o ile rzeczywiście będziesz jeszcze w stanie go dopaść - sprostował zupełnie beznamiętnym tonem, tak, jakby za jego słowami nie kryła się pewnego rodzaju groźba, czy raczej ostrzeżenie. - Nie jestem pewien, czy na twoim miejscu nie wolałbym najpierw tej ręki przemyć. Naturalnie, jeżeli rzeczywiście mogę ci coś zasugerować. - Oficjalny ton Casey'a naprawdę nie zaskakiwał nikogo, kto rozmawiał z nim więcej niż jeden raz w życiu, ale Amerykanin nie mógł o tej manierze językowej wiedzieć, chociażby dlatego, że przecież miał z arystokratą do czynienia po raz pierwszy w życiu. - Ewentualnie istnieje jeszcze opcja, że z chęcią zostaniesz obiektem testowym, sprawdzającym działanie niektórych składników eliksirów w kontakcie z ludzką krwią - dodał po chwili, zupełnie na poważnie posyłając mu rozbawiony, ale wciąż chłodny i w pewien sposób dystyngowany uśmieszek. I tak tyle dobrze, że rzeczywiście ostrzegał, bo przecież nikt nie mógłby go winić, gdyby o takim drobnym szczególiku zapomniał! Miałby genialną wymówkę w postaci ważniejszych spraw na głowie, przecież bezpieczeństwo jego ukochanej kotki z całą pewnością miało pierwszeństwo przed jakimś tam ewentualnym, majaczącym się w oddali zagrożeniem dla życia człowieka... albo dla sprawności jego ręki, bo taka dawka trucizny starczyłaby tylko na uszkodzenie kilku nerwów - o ile Morieris rzeczywiście wlazła do czegoś niebezpiecznego, a nie do niewinnego asfodelusa, bo obie opcje były równie prawdopodobne...
Jeśli zaś mowa o sprawczyni całego zajścia, w tej chwili wydawała się naprawdę niegroźną, dobrze ułożoną kotką, która tylko czekała, aż Ślizgon wreszcie podniesie ją z podłogi, co zresztą Casey zrobił po upływie kolejnej minuty. Bengalkę naprawdę wypadało określić jako niesamowicie wybredną i dwulicową, prawda? Gdyby postronny obserwator miał coś o niej aktualnie powiedzieć, wydawałaby mu się całkiem uroczą pupilką, która nie skrzywdzi nawet muchy. Mało tego, Eris miała czelność wlepić spojrzenie w wyższego z chłopaków i wydać z siebie ciche miauknięcie, zupełnie tak, jakby chciała domagać się teraz jego uwagi.
- Urocza jest, nieprawdaż? - Oczywistym jest, że mówił to tylko na wpół serio. Trzeba być zupełnie głuchym by nie usłyszeć tej sporej dawki sarkazmu w jego głosie i ślepym, by nieodpowiednio odczytać błysk ciemnych oczu. Doskonale wiedział, dlaczego ręka 'nowego' jest przeorana kilkoma czerwonymi śladami, ba! Wcześniej nawet do tego nawiązał, a teraz naprawę zdawał się nie łączyć obu faktów w jedno, a z kolei to zakrawało już pod skrajną ignorancję.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Skąd : USA
Galeony : 108
Dodatkowo : hipnoza
  Liczba postów : 127
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10959-poczta-nory-blanc




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Pią Cze 19 2015, 20:04

Przybycie panny Blanc do Hogwartu nie wiązało się ze szczególnie przyjemnymi wydarzeniami. Od początku interesowało ją pomagania innym, leczenie ich problemów, toteż nic dziwnego, że została szkolną pielęgniarką spełniającą swe marzenia. Jeśli tak można nazwać zrastanie złamanych kości, czy wytwarzanie nowych. Była na tyle rozważną kobietą, iż wszelkie podstawowe umiejętności lecznicze opanowała wystarczająco wcześnie, aby móc skupić się na tych bardziej zaawansowanych, wymagających wiedzy o roślinach, ziołach czy samych wywarach. Przecież nie podałaby komuś niesprawdzonego eliksiru. Nie, nie, panna Blanc korzystała jedynie z fachowych środków zapobiegających wszelkim chorobom. I dokładnie takie same nosiła ze sobą, gdyby zaszła nagła potrzeba uleczenia czyichś ran.
O dziwo, nie musiała specjalnie starać się ze znalezieniem kogoś takiego. Wystarczyło odwiedzić zachodnie skrzydło (i zgubić się pięć razy po drodze), żeby trafić na jeden, dość szczególny przypadek w jej karierze szkolnej pielęgniarki. Cole Doweson. Dość osobliwy pacjent, z którym miała przyjemność spędzić sporo czasu w Salem. Ten chłopak ranił się w najbardziej absurdalny sposób i nigdy, przenigdy, nie przychodził do niej po pomoc. Nie raz i nie dwa widziała, jak męczył się ze swoimi obrażeniami, aż jej interwencja okazała się konieczna. Sama złapała go na korytarzu po zajęciach i odrobiną perswazji, oraz swojej magicznej mocy, zmusiła chłopaka do regularnego odwiedzania gabinetu w każdym, nawet najmniejszym wypadku. Działało przez chwilę, bowiem Nora pokładała w nim wiarę, że jednak nie zrobi nic głupiego. Nie miała tylko pojęcia, iż to był jeden wielki błąd. Dzisiaj nie zamierzała go powtarzać.
Dotarłszy do Cole'a oraz towarzyszącego mu chłopaka (zapewne miejscowego, bowiem ani trochę nie kojarzyła go z Salem), wyciągnęła spod szaty niewielką buteleczkę z pipetką i bez najmniejszej chwili wahania zmusiła Dowesona do spojrzenia jej w oczy. Przez tyle lat nauczyła się, że to jedyna możliwość na przemówienie mu do rozumu nawet, jeśli patrzył na nią tym pustym, obojętnym wzrokiem.
Panie Doweson, jest pan tu dopiero od kilku dni i zdążył pożreć się z kotem — Naciągnęła kilka kropel pipetką, po czym chwyciła dłoń chłopaka, aby wypuścić substancję na rozorane przez pazury dłonie. Całą czynność powtarzała dobre kilkanaście razy, upewniając się, że proces leczenia przebiega pomyślnie. Nie omieszkała przy tym wykorzystać drobnej hipnozy, by zachował spokój i nie wyrywał się od jej dotyku, a przy okazji mogła udzielić drobnej nagany.
Byłabym niezmiernie wdzięczna, gdyby pana kolega, panie Doweson, zadbał o dokładne wyleczenie pana ran. — Dorzuciła jeszcze, wręczając Cole'owi buteleczkę z esencją dyptamu i posłała mu pokrzepiający uśmiech, zanim ruszyła w dalszą wędrówkę po zamku. Koniecznie musiała poznać jego zakamarki. Nie mogła przecież zgubić się, kiedy ktoś będzie potrzebował jej interwencji i pomocy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Nauczyciel
Rok Nauki : VII
Wiek : 19
Skąd : Everett, Waszyngton, USA
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 277
  Liczba postów : 150
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10962-cole-zeph-atohi-doweson#298969
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10973-zrobmy-cos-szalonego-na-wiezy-astronomicznej#298986
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10975-adresat-nieodnaleziony#298989
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10974-cole-zeph-atohi-doweson#298988




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Pią Cze 19 2015, 20:05

Był odrobinę (prawdę mówiąc, więcej niż odrobinę) zaskoczony zachowaniem chłopaka. Przyjeżdżając tutaj, wiedział jedynie o szczególnym podejściu Ślizgonów do innych czarodziei, ale tę plotkę potraktował naprawdę luźno. Dzisiaj otrzymał zapewnienie, że takie osoby rzeczywiście chodziły po Hogwarcie, lecz to nie dawało gwarancji, by chłopak należał do Domu Slytherina. Skąd ta wiedza? Nie mógłby ruszyć na terytorium wroga, nie zapewniając sobie przynajmniej szczątkowych informacji, a i tak dowiedział się znacznie więcej, niż pragnął na początku. Z każdą chwilą spędzoną na krążeniu po zachodnim skrzydle, powoli odtwarzał to, co przeczytał w książce, co zasłyszał od swoich pobratymców, którzy również przeżywali niedolę przyjazdu do Hogwartu. Nawet nie wiedział, dlaczego postanowił wybrać to miejsce. A raczej nie mógł powiedzieć nikomu. Zabierze ten sekret ze sobą do grobu. To pewne. Nikt nie może dowiedzieć się o... tym wszystkim.
Westchnął, delikatnie wzruszając ramionami, ostrożnie analizując kolejne kroki oraz słowa swojego rozmówcy. Nie mógł powstrzymał się przed sprawdzeniem go. Zbyt wiele czasu spędził z nimi, aby tego nie robić. A jedno wiedział już od początku – trudny przeciwnik. Na szczęście, wciąż dreptali po neutralnym gruncie.
Nie sądzę — odparł wymijająco i beznamiętnie, choć czuł dziwne ciepło rozchodzące się po ciele, gdy patrzył na te oficjele. Z cała pewnością chciałby zareagować nieco inaczej na jego zachowanie, ale dobrze wiedział, jak kończyły się świeże znajomości zawiązane przez kocie pazury. Uśmiercenie tego futrzaka nie odniosłoby żadnego skutku, jednak był całkowicie przekonany o tym, co mógł zrobić, by nikt nie poznał całej prawdy. I powoli zaczął już planować swój mały odwet na kocie tego chłopaka, jednym uchem trawiąc informacje o byciu potraktowanym przez jakiś niezbyt bezpieczny składnik eliksiru. Zdołał zaledwie dostrzec namiastkę rozbawienia na twarzy swojego rozmówcy, bowiem przytknął dłoń do nosa i wciągnął zapach ziół. Przy okazji wysunął koniuszek języka, by zlizać zaschniętą krew (celem sprawdzenia, czy rzeczywiście został czymś zatruty), ale zamarł niemal w połowie ruchu, patrząc gdzieś za chłopaka. W ułamku sekundy odwrócił wzrok od Nory Blanc, choć i to na nic się zdało. Znał tę kobietę zbyt dobrze, by wiedzieć, co miała mu do powiedzenia i z wielkim trudem powstrzymał się przed przedrzeźnianiem jej tyrady. Po prostu nie mógł – jędza zastosowała na nim tę swoją pieprzoną sztuczkę i stał jak marionetka, uważnie wyłapując potok słów wypływający z ust pielęgniarki.
Tak, proszę pani — Nic więcej nie dał rady powiedzieć, ale i nie wyglądał na wielce zaskoczonego tą sytuacją. Przez lata nauki w Salem przywykł, że szkolna piguła wyrastała spod ziemi, jakby była jakimś wiecznie napalonym wampirem. Albo czymś innym, w końcu była także kobietą.
Obejdzie się — rzucił, pobieżnie zerkając na chłopaka oraz jego pieprzonego sierściucha. Spokojnie i, co ważniejsze, w ciszy poczekał, aż pielęgniarka dokończy swoje cudowne zabiegi, odebrał fiolkę z esencją dyptamu, którą dyskretnie wsunął do kieszeni, gdy panna Blanc ruszyła dalej. I ostrożnie potrzasnął głową, zerkając na kota, który domagał się uwagi. Tego dziwnego spojrzenia ze strony właściciela zwierzaka nie zamierzał znosić, toteż uniknął odpowiedzi na pytanie o pięknie, wzruszając ramionami, po czym ponownie utkwił wzrok w jakiejś grupce przemierzającej błonia. Niech pożre was ta trawa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 19
Skąd : Londyn, Anglia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 386
  Liczba postów : 235
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10310-casey-marvell
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10316-dla-odwaznych
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10318-casey
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10317-casey-marvell




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Sob Cze 20 2015, 01:00

W gruncie rzeczy nawet wtedy, kiedy Casey jeszcze nie był Ślizgonem oficjalnie, traktował ludzi dokładnie tak samo. Musiało to być niezwykle irytujące - kilkuletni smarkacz niższy o dobre pół metra, patrzący na ciebie tak, jakbyś był nic niewartym śmieciem. Wychowywał się w typowo arystokratycznym domu, także naprawdę nie sposób było oczekiwać po nim czegokolwiek innego. Nawet przeciętni uczniowie Domu Węża musieli się liczyć z takim, a nie innym traktowaniem, przynajmniej do momentu, w którym przełamali w końcu te przysłowiowe lody... albo i nawet dłużej, biorąc pod uwagę fakt, że Marvell nawet na najbliższych sojuszników zdawał się patrzeć z góry i w pewien sposób nawet nie doceniać. Oczywiście mijało się to troszkę z prawdą, a wraz z upływem czasu jego znajomi po prostu przyzwyczajali się do dziwnej maniery językowej i mało wylewnych, niezbyt rozczulających powitań czy na wpół ironicznych uśmieszków. W gruncie rzeczy, nawet gdyby nie trafił do Slytherinu sprawy nie przybrałyby innego obrotu. Mimo wszystko, od małego miał te predyspozycje, które kwalifikowały go do tego z domów, w którym, jeśli będziemy kierować się stereotypami, lądowały największe szumowiny w historii Hogwartu. Książki nie do końca oddawały sytuację poszczególnych Domów, a przecież wszędzie zdarzały się wyjątki od reguły! Zresztą, to nie tak, że z sarkastycznym dupkiem się nie dogadasz. Może owszem, wielu znajomych Casey'a również zaliczało się do „zielonych”, ale chłopak mógł też wskazać kilku Krukonów, którzy w przypływie nagłego entuzjazmu powiedzieliby o nim kilka pozytywnych słów. W każdym razie, tak się złożyło, że to właśnie ta mała cholera była pierwszym Ślizgonem, na którego natknął się Amerykanin i w ten prosty sposób mógł w jakiś sposób potwierdzić to, co do tej pory czytał w książkach.
Odpowiedź wyższego chłopaka odrobinę zbiła Arterbury'ego z tropu - przynajmniej tak należało wnioskować z jego milczenia, bowiem poza nim nie pojawiła się ani jedna oznaka niepewności czy rozeźlenia. Mina Casa wciąż pozostawała równie chłodna co przed momentem, a gdyby nie fakt, że patrzył na swojego rozmówcę, można byłoby pokusić się o stwierdzenie, że zupełnie go ignoruje. Dopiero moment później zmuszony był zrobić krok w bok i przyjrzeć się nieznanej sobie blondynce, najpewniej byłej pracowniczce Salem, sądząc po wieku i po sposobie, w jaki podeszła do Dowesona...
Doweson... nazwisko wydawało się brzmieć tak niesamowicie obco i znajomo za razem - do tego stopnia, że Arterbury zupełnie zignorował nową szkolną pielęgniarkę, pomijając może jakieś sztywne skinienie głowy, wlepiając uważne spojrzenie w wyższego. Gdyby nie to, że jego myśli były aktualnie pochłonięte analizowaniem i przetwarzaniem nowej informacji, prawdopodobnie skupiłby się trochę bardziej na sposobie, w jaki Nora Blanc obchodziła się ze swoim podopiecznym. Być może dostrzegłby ten element hipnozy i przygotował się na ewentualne, przyszłe wizyty w skrzydle szpitalnym, które - miejmy nadzieję - miały w ogóle nie nastąpić. Oczywiście musiałby być głupcem, żeby nie zauważyć tej nagłej bierności, ale chwilowo miał ważniejsze sprawy na głowie, jak chociażby doszukiwanie się podobieństw, pomiędzy Dowesonem, którego miał przed sobą, a tymi Dowesonami, których znał od pierwszych lat swojego życia.
- Ona tak zawsze? - zapytał, kedy kobieta zniknęła za rogiem, a Eris w dość wymowny sposób przypomniała mu, że wwiercanie w kogoś wzroku raczej nie przyniesie większego efektu. Czy Casey powinien czuć się w obowiązku wykorzystania tej fiolki w odpowiedni sposób? Nawet jeśli tak, to wcale nie widział ku temu powodów. Piguła nie zwróciła się do niego bezpośrednio, a poza tym... naprawdę miałby martwić się taką błahostką? Zamiast sięgać po mazidło, oparł się swoimi czterema literami o barierkę, puszczając kota wolno, tuż po tym, jak szybkim machnięciem różdżki wyczyścił te nieszczęsne łapy. Teraz Morieris mogła drapać ludzi do woli.
- Doweson? - powtórzył, wydaje się po kilku minutach ciszy, a kąciki jego ust uniosły się w nieznacznym uśmiechu. - Wuj Anthony nigdy nie wspominał, że ma rodzeństwo w Ameryce. - No, aż do teraz Casey był niemalże pewien, że Anthony Doweson jest jedynakiem, ale zbyt wiele czynników wskazywało na pewnego rodzaju pokrewieństwo. Przecież, ilu mogło być w części Koreańczyków, o nazwisku arystokratycznego rodu i posiadających magiczne umiejętności? Szczególnie, że im dłużej na ucznia Salem patrzył, tym więcej drobnych podobieństw zdawał się dostrzegać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Nauczyciel
Rok Nauki : VII
Wiek : 19
Skąd : Everett, Waszyngton, USA
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 277
  Liczba postów : 150
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10962-cole-zeph-atohi-doweson#298969
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10973-zrobmy-cos-szalonego-na-wiezy-astronomicznej#298986
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10975-adresat-nieodnaleziony#298989
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10974-cole-zeph-atohi-doweson#298988




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Sob Cze 27 2015, 14:36

Od momentu pojawienia się panny Blanc, wydawał się być nieco bardziej otępiały niż normalnie. Wprawdzie jej wyjątkowa osobowość zdążyła już zniknąć, lecz wciąż wywierała dziwnego rodzaju wpływ na Dowesonie. Ściślej rzecz ujmując, na tej części, której nie pokazywał nigdzie indziej. Chował ją w tajemnicy przez tyle czasu i nie zamierzał wyjawiać nawet, gdyby ktoś go do tego przymusił. Oczywiście najpierw ten ktoś musiałby wiedzieć o Cole'u to i owo, a o coś takiego nie martwił się w najmniejszym stopniu. Jeszcze był bezpieczny w otoczeniu tego chłopaka.
Wierz mi lub nie, ale ta kobieta potrafi dosłownie wyjść z cienia — odparł na pytanie, przyglądając się uleczonej dłoni. Ani mu się śniło korzystać z pomocy swojego kompana. Wciąż potrafił wykorzystać esencję dyptamu na kilka różnych sposób, ale o tym też nie chciał mówić. Nie każdy musiał mieć świadomość, ile zastosowań miała w sobie ta piękna roślina. I ile razy panna Blanc wyrastała spod ziemi, by poskładać czyjś nos.
Jest naprawdę dobra w tym, co robi, i wydaje się być naprawdę miła, ale nie chcesz jej podpaść. Bywa straszna. — Dorzucił jeszcze nieco bardziej konspiracyjnie, ponownie przykuwając uwagę na twarzy chłopaka. Jego spojrzenie odrobinę zbiło go z pantałyku, lecz równie szybko wprawiło w ruch wszystkie procesy myślowe Dowesona. Ile mógł się domyślić? Co mógłby o nim wiedzieć? Nie, nie powinien martwić się taką błahostką. Nikt nie wiedział, że wychowywał się w sierocińcu. Nawet Chi nie miał pojęcia o życiu w tej zapchlonej dziurze, a co dopiero ktoś tak postronny jak ten chłopak. Tylko dlaczego wymówił jego nazwisko takim tonem, jakby coś wiedział? Nieco uważniej przetrawił kolejną informację, komentując ją jedynie lekkim drgnięciem lewej brwi. Zdawał sobie sprawę, że taka reakcja nikogo nie usatysfakcjonuje, a ciągłe krążenie wokół zawoalowanych zdań nie miała najmniejszego sensu.
Nie mam pojęcia, o kim mówisz. — warknął, obrzucając chłopaka spojrzeniem, które jasno i wyraźnie przekazywało, by nie patrzył na niego w ten sposób. Nie znosił analizującego wzroku, jakby ktoś śmiał oczekiwać, że rzuci się na kogoś i pogryzie swoją ofiarę. Nonsens, już nie zachowywał się w tak dziecinny sposób. Znał dużo lepsze sposoby, gdyby zapragnął odrobiny sadystycznej przyjemności, zwieńczonej masochistycznym wyznaniem. I nie, nie pokazałby ich nikomu innemu. Z resztą, w Hogwarcie na pewno nie mieli tak ekscentrycznego podejścia do używanych przez niego zaklęć. I nie było McGilla, który zapewniał mu plecy w każdy możliwy sposób, byleby jego uczeń nie został wyrzucony. Ha, znajomość z dyrektorem Salem na coś się przydała, lecz została bezpowrotnie zakończona i nie istniała możliwość, aby ją odzyskać. Było zbyt niebezpiecznie na jakiekolwiek ruchy związane z tym wszystkim.
Jednakże, wracając do tego coraz dziwniejszego spotkania na balkonie, Cole czuł coś dziwnego od tego chłopaka. Nie umiał nazwać swoich uczuć, ale ten pierwotny, magiczny instynkt pozwalał mu odrobinę wyluzować, choć naprawdę nie chciał czuć się swobodnie w jego otoczeniu. Nie mógł sobie na to pozwolić z jednego, podstawowego powodu – nie ufał mu. I prędko się to raczej nie stanie, patrząc obiektywnie na stos informacji przyswojonych przez Dowesona. Niemniej jednak nie potrafił oprzeć się temu napływowi emocji, przez które robił się odrobinę zbyt otwarty, nie będąc już tylko Colem, ale i mając w sobie coś z Zepha.
Cole Doweson. — odezwał się jeszcze, wyciągając dłoń w stronę chłopaka. Mimo swojego czystego, homoseksualnego usposobienia, potrafił zachować się tak, jak przystało. Nie był jednym z tych drobnych, bezsilnych chłopców, których nie było stać na porządny uścisk dłoni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 19
Skąd : Londyn, Anglia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 386
  Liczba postów : 235
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10310-casey-marvell
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10316-dla-odwaznych
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10318-casey
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10317-casey-marvell




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Wto Cze 30 2015, 17:48

Dostrzeżenie zmiany w zachowaniu Cole'a wcale nie było jakieś niezwykle trudne, ale na pewno odrobinę zaskakiwało i sprawiało, że cała sytuacja nagle zaczęła intrygować Ślizgona odrobinę bardziej. Szkoda tylko, że skierował swoją uwagę w tymże kierunku dopiero po zniknięciu szkolnej pielęgniarki, wcześniej po prostu ją ignorując... Życie byłoby o wiele prostsze, gdyby był w stanie poświęcać sto procent swojego zaangażowania kilku rzeczom na raz, równocześnie z żadnej nie tracąc absolutnie niczego. Nowy znajomy sprawiał wrażenie osobnika niesamowicie interesującego, a przy tym dość skomplikowanego i Ślizgon nie był na tyle głupi, żeby próbować łączyć wszystkie elementy w jedną, mniej lub bardziej spójną całość. Znał zaledwie nazwisko Dowesona i zdążył zrozumieć, że nie ma do czynienia z idiotą, ale to byłoby na tyle. Na robienie skomplikowanej, dogłębnej analizy jeszcze przyjdzie czas, bo wyciąganie pochopnych wniosków raczej na pewno nie miało przynieść mu istotnych korzyści, jeśli w ogóle jakieś by przyniosło. Wolał stać z boku, poczekać na swoją kolej i ewentualnie skinąć głową, na wystosowaną pod jego adresem odpowiedź.
- Nie jestem pewien, czy mam to uznawać za wyjątkowo sprzyjającą okoliczność, czy jednak obawiać się o własne bezpieczeństwo - stwierdził, na wpół żartem, na wpół serio. Szkolna piguła miała wprawdzie dbać o zdrowie uczniów, ale Marvell miał co do tego poważne zastrzeżenia - bo niby jak miało się wprowadzanie paranoi i rozkojarzenia do pomocy medycznej? Nora Blanc była jednocześnie kolejnym elementem nowej układanki, która z każdą chwilą stawała się dla nastolatka coraz bardziej interesującą, zapowiadając tym samym całkiem owocny i ekscytujący rok szkolny... to oczywiście po powrocie z wakacji.
- Straszna czy po prostu chorobliwie nadopiekuńcza? Chociaż, na dobrą sprawę obie opcje brzmią równie zachęcająco - mruknął, do pewnego stopnia podchwytując nawet ten konspiracyjny ton ich rozmowy i w tymże klimacie ją utrzymując jeszcze przez krótką chwilę, zanim wrócił do swojej normalnej postawy względem osób obcych. Przecież nigdy nie należy zapominać, jak ciężko było przełamać wszelkie barykady postawione wokół Cassiego, szczególnie wtedy, gdy chłopak niekoniecznie chciał współpracować, nie mając jeszcze dość zaufania.
Z drugiej strony mieliśmy Cole'a, którego spojrzenie wydawało się nie robić na arystokracie najmniejszego wrażenia, a już na pewno dalekie było od odwiedzenia go od analizowania tak sytuacji, jak i nowego znajomego. To też wcale nie tak, że uznawał byłego ucznia Salem za jakieś zagrożenie dla swojej osoby... już samo brzmienie tej teorii przypominało nieudany żart. W każdym razie, nie zachowywał się tak, jak gdyby próbował właśnie oswoić dzikiego drapieżnika... raczej rozważał, czy ma przed sobą kogoś równego, czy jednak osobę mniej istotną, naiwnego głupca czy ignoranta. Warknięcie też nie podziałało, mało tego, jeszcze bardziej utwierdziło Marvella w przekonaniu, że powinien jednak zatrzymać się na moment i przynajmniej spróbować rozgryźć o co w tym wszystkim chodziło. Intuicja zwykła go nie zawodzić, a patrząc na chłopaka potrafił bez problemu połączyć go tak z Anthonym jak i z Ethanem.
- Huh. Dowesonowie to arystokratyczny ród i do teraz, że znam przynajmniej ten najważniejszy trzon... nie wyglądasz na szlamę, więc to dość interesujące. - Słowa formułował w taki sposób, że na dobrą sprawę dało się wyczuć zarówno pytanie, jak i pewność. Naprawdę intrygowała go ta zbieżność nazwisk i wyglądu, nawet jeśli mogło się okazać, że jedno z drugim nie ma absolutnie nic wspólnego.
- Casey Arterbury - przedstawił się, odwzajemniając uścisk dłoni. Stanowczo, pewnie, nie tracąc kontaktu wzrokowego - wszystko wyglądało tak, jak wyglądać powinno, bez żadnych ukrytych kruczków czy dziwnych motywów, nawet jeśli początek spotkania wcale nie wydawał się być zapowiedzią jakieś kulturalnej pogawędki czy zalążkiem pozytywnej znajomości.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Nauczyciel
Rok Nauki : VII
Wiek : 19
Skąd : Everett, Waszyngton, USA
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 277
  Liczba postów : 150
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10962-cole-zeph-atohi-doweson#298969
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10973-zrobmy-cos-szalonego-na-wiezy-astronomicznej#298986
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10975-adresat-nieodnaleziony#298989
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10974-cole-zeph-atohi-doweson#298988




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Sob Lip 04 2015, 15:40

Absolutnie nie miał pojęcia, o czym ten chłopak mówił. Nie wiązał żadnym faktów ze swojego nędznego życia w jakiś arystokratyczny sposób, a tym bardziej nie zamierzał dzielić się swoimi przeżyciami w sierocińcu. Nikt nie zasługiwał na wiedzę o czymś takim. Sam nie mógł ścierpieć lat spędzonych w tym przytułku, co więcej, samo wspomnienie budziło w nim instynktowne odruchy wrogości oraz samoobrony. I właściwie wszystko przebiegałoby najzupełniej w świecie normalnie, gdyby nie to głupie uczucie spokoju płynące ze strony jego rozmówcy. Nie znali się, ale czuł się przy nim wystarczająco bezpiecznie, aby nie reagować jakoś szczególnie agresywnie. Po prostu splótł ramiona na torsie, rzucając Caseyowi odrobinę chłodne spojrzenie.
Mogę ci zagwarantować, że w moich żyłach nie ma ani kropli szlamy — odparł na tyle wyniośle, nieco ignorując krótki wywód na temat jakiegoś arystokratycznego rodu o tym samym nazwisku. — Ale niestety nie mam pojęcia, o czym mówisz. Moja rodzina... nie istnieje — dorzucił, gryząc się w język na samym końcu. Nie skłamał, ale mimo wszystko odczuwał lekki ból, że, jako osoba o czystej krwi, nie mógł pochwalić się swoim rodowodem. Posiadał jedynie dokumenty potwierdzające pełne, magiczne pochodzenie. Nic poza tym, co miałoby w jakiś sposób kogoś przekonać. Tylko co miałby zrobić? Doskonale wiedział, iż zarówno ojciec jak i matka wyrzekli się go, zostawiając na pastwę losu bezbronne dziecko. Zapewne teraz zdziwiliby się, na kogo wyrósł Cole Doweson, ale ani trochę nie dbałby o rodzinę, która nagle się odnalazła. Nie znaczyli dla niego nic. Swoim czynem, zostawieniem go w sierocińcu, przekazali wystarczająco dużo. Odcięli Zeph'a od jego dziedzictwa na jedenaście lat, zmuszając do samodzielnego radzenia sobie z niekontrolowaną magią czy utarczkami z innymi sierotami.
Pominę absolutnie trywialne stwierdzenie, że również nie wyglądasz na szlamę — wymamrotał, zachowując nieco więcej dystansu względem chłopaka — ale nie rozumiem, do czego właściwie zmierzasz, bo się tak na mnie gapisz. Mam coś na nosie? — Instynktownie przejechał palcami po twarzy, jakby chciał zetrzeć bród. Na moment zatrzymał wzrok na jasnej skórze, choć nic takiego nie dostrzegł, i chwilę później przeniósł je na Artebury'ego, oceniając go.
Widział w nim coś znajomego, jednak nie potrafił stwierdzić, co takiego było intrygujące. Niewątpliwie dostrzegał podobną nutę we własnym, lustrzanym odbiciu. Co to mogłoby być? Nie miał najmniejszego pojęcia, ale wpadał w cholerną konsternację przez to piekielne uczucie spokoju i bezpieczeństwa... jakby mógł obdarzyć Caseya zaufaniem. Miałby do tego prawo, lecz nie powierzał swoich sekretów ani nawet podstawowych informacji komuś, kto okazałby się wrogiem. Ciągle rozważał opcję, że całe to miłe spotkanie było jakąś przykrywką do rozgryzienia nie tylko jego samego, ale też posiadanych przez niego sekretów. Co miał zrobić, oprócz strzeżenia tajemnic? Zapewne masę innych rzeczy, tylko że... no właśnie. Rodzące się zaufanie stwarzało zbyt wiele komplikacji oraz stawiało mnóstwo pytań, na które chciał poznać odpowiedzi. Tu i teraz.
Kim jesteś, panie Arterbury?


Ostatnio zmieniony przez Cole Z. Atohi Doweson dnia Wto Lip 14 2015, 10:29, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 19
Skąd : Londyn, Anglia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 386
  Liczba postów : 235
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10310-casey-marvell
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10316-dla-odwaznych
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10318-casey
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10317-casey-marvell




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Pon Lip 06 2015, 19:58

Casey nie próbował nawet drążyć tematu przeszłości młodego Dowesona. Gdyby w jego planach leżało popełnienie idiotycznego faux pas, zupełnie musiałby się pożegnać z opinią dość wyrachowanego rozmówcy. Zresztą, Ślizgon nie miał raczej w zwyczaju ani pytać wprost, ani pytać na samym początku. Owszem, zdarzali się idioci, gotowi wyłożyć wszystkie swoje karty na wstępie - i taką ofiarę młody arystokrata jak najbardziej akceptował, witając z otwartymi ramionami, a później wykorzystując dla swojej własnej korzyści. Problem w tym, że teraz wcale nie rozmawiał z zakałą ludzkości, co zresztą nietrudno było zaobserwować. Jeśli chciał Cole'a rozgryźć, będzie potrzebował dość sporo czasu, chociażby na zdobycie zaufania... kto jak kto, ale Marvell potrafił takie cechy charakteru doceniać.
Wrodzona ciekawość nie dawała mu jednak spokoju, a intuicja podpowiadała, że powinien wreszcie zacząć łączyć ze sobą fakty. Być może się mylił, być może ten konkretny chłopak z Salem nie miał nic wspólnego z rodem Dowesonów... ale być może miał rację, być może czekała na niego jakaś niespodzianka. Znając życie po wszystkim przed Arterbury będzie więcej niewiadomych niż czegokolwiek innego, jednak nie bardzo go to zniechęcało. Bywał uparty jak osioł, a jeśli coś - lub ktoś - już go zainteresowało... naprawdę, prawdopodobieństwo, że sobie odpuści po prostu nie istniało.
- Nie oczekiwałbym niczego mniej - stwierdził najspokojniej w świecie, wytrzymując to chłodne spojrzenie bez mrugnięcia okiem. No, w gruncie rzeczy to nieznacznie zmrużył powieki, chociaż zrobił to zupełnie odruchowo, jakby w ten sposób jego wzrok miał przybrać na surowości. Jeśli skomentował dalszą część, to zrobił to w duchu, po cichu. Na zewnątrz zachował się tak, jak zachować powinien - po prostu skinął głową, przyjmując wzmiankę do wiadomości, ale nie wykazując ani zainteresowania nią, ani nawet krzty współczucia względem chłopaka. Użalanie się nad cudzym losem wykraczało daleko poza zakres kompetencji Ślizgona, zaś Amerykanin wcale nie wydawał się potrzebować żadnego mentalnego wsparcia. I dobrze, bo zwyczajnie zostałby zignorowany. Słowa Dowesona zostały jednak przyswojone i w jakiś sposób zanotowane. Nie trudno było dodać sobie resztę informacji: że miał do czynienia z sierotą, z kimś, kto nigdy nie poznał swojej biologicznej rodziny i w gruncie rzeczy znał tylko nazwisko i status krwi... Co Cas zamierzał z tym zrobić? Otóż nic. Przynajmniej na razie, gdy wciąż brakowało mu kilku kawałków układanki.
Nawet jeśli niektóre rzeczy były oczywistością, tak jak chociażby to późniejsze podsumowanie w wykonaniu Cole'a, Ślizgon i tak zdecydował się na formalne skinienie głową. Po prostu wypadało zaznaczyć, że usłyszał, przyjął do wiadomości i jeszcze na dodatek potwierdził. W końcu nawet jego godna pożałowania matka i wcale nie lepszy ojczym mogli się pochwalić ładnym rodowodem... gorzej z przyrodnią siostrą, ale przecież do tej części rodziny po prostu się nie przyznawał.
- Z twoim nosem wszystko jest w jak najlepszym porządku... gorzej z faktem, że potencjalne powiązanie pomiędzy tobą, a Ethanem Dowesonem naprawdę ciężko przeoczyć, tym bardziej, kiedy wydaje mi się, iż patrzę na odmłodzoną wersję Anthony'ego Dowesona - wyjaśnił spokojnie, mając nawet czelność przesunąć się o krok do przodu. Tak, jakby młodszy chłopak był jakimś niezwykle interesującym okazem czy rzeźbą, u której starał się dopatrzeć jakichś indywidualnych cech. Wszystko to trwało zaledwie kilka sekund, a później ponownie dzieliła ich bezpieczna odległość, nawet jeśli Casey wciąż nie był w pełni usatysfakcjonowany.
- Dlaczego nie przekonasz się o tym na własną rękę, paniczu Doweson? - zaproponował. W gruncie rzeczy nie widział potrzeby ukrywania przed Colem wielu faktów. Ot, chociażby dlatego, że wcale nie stanowił aż tak tajemniczej osobowości. Z drugiej strony na pewno nie zamierzał prezentować mu tutaj całego życiorysu ze szczegółami... pytanie zaś można było rozumieć bardzo opacznie, więc może stąd zachęta do uściślenia go.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Nauczyciel
Rok Nauki : VII
Wiek : 19
Skąd : Everett, Waszyngton, USA
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 277
  Liczba postów : 150
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10962-cole-zeph-atohi-doweson#298969
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10973-zrobmy-cos-szalonego-na-wiezy-astronomicznej#298986
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10975-adresat-nieodnaleziony#298989
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10974-cole-zeph-atohi-doweson#298988




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Wto Lip 14 2015, 10:51

Po cicho naprawdę mocno doceniał fakt prowadzenia tak przyzwoitej rozmowy z kimś miejscowym. Być może o Hogwarcie krążyły fascynujące plotki na temat domniemanego prowadzania się jego uczniów czy dość lekkiego podejścia do pewnych spraw, ale ten tutaj sprawiał wrażenie, jakby cała magia stanowiła cud, który należał się nielicznym, czystokrwistym. Przynajmniej w tym jednym momencie się ze sobą zgadzali, gdyby przyszło wymienić zdanie odnośnie tego zagadnienia.
Rasowy Ślizgon. To stwierdzenie na pewno pasowało do Caseya Arterbury'ego tak dobrze, jak do Cole fakt, że wykańczał swoich wrogów w dość bolesnych sposób. A później sam kończył na ich miejscu. Cała ta wewnętrzna walka wydawała się nieco śmieszna, skoro już osiągnął jakąś formę spokoju oraz zakotwiczenia w jednym punkcie. Nie chciał tego przerywać absurdalnym stwierdzeniem, że to dziwne coś nie istniało. Nawet nie wiedział, ku czemu miałoby to zmierzać, jednakże nie wypierał wszystkiego. Dobrze. Kolejny etap za nim, lecz przyswojenie sobie nieco okrutniejszej wersji rzeczywistości mogło skończyć się niezbyt miło dla otoczenia.
Pomijając już, że nie mam pojęcia, kim jest Ethan i odmłodzony Anthony — wymamrotał, wywracając teatralnie oczami dla podkreślenia pseudo dramatycznej wypowiedzi.
Odrobinę spiął się, czując zdecydowanie mniejszą odległość między sobą a Caseyem. Wprawne oko mogło dostrzec subtelną zmianę i coś nieokreślonego w mimice Dowesona, ale trzeba być naprawdę wytrawnym rozmówcą, by tego dokonać. Nie wątpił, że Arterbury posiadał mnóstwo świetnych cech, jak na czystokrwistego przystało, lecz w duchu wolał, żeby tego nie widział. Mimo wszystko w całym tym paradoksalnie delikatnym zbliżeniu było zbyt dużo ciepła, które go uspokajało. Jeśli coś takiego wydzielali wszyscy mieszkańcy Hogwartu, to spakowanie własnych manatek nie powinno mu zająć dużo czasu. Jeśli nie – pomyśli nad zostaniem tutaj dłużej(chociaż i tak nie mógłby opuścić tego zamczyska z wiadomych powodów). Jednakże, wracając do meritum, Cole doświadczał czegoś nowego. Nie potrafił określić, czym owo coś było, ale niewątpliwie stanowiło ważny element tej konwersacji. Poza tym, ważny kawałek jego życia stanowiła chłodna obojętność wynikająca z ogromnego dystansu i niemożności zbliżenia się do innych, która właśnie w tym momencie postanowiła wesoło pohasać po błoniach Hogwartu, zostawiając swojego właściciela na pastwę losu. Albo Arterbury'ego. Jak kto woli.
Panicz z pewnością jest otoczony przez skrzaty domowe, które zabiją się na jedno skinienie jego głowy — odpowiedział, wędrując wzrokiem po widoku rozciągającym się z balkonu. Nie trwało to może i długo, ale dotarcie do końca, a tym samym całkowite uniknięcie spojrzenia Caseya pozwoliło mu kontynuować: — Kim dla ciebie jest Anthony? Wspominasz o nim już któryś raz i przyznam, że bycie porównywanym do kogoś, przynajmniej, trzydzieści lat starszego jest odrobinę konsternujące.

//musimy się trochę streszczać z wątkiem, bo niedługo wakacje i Hogwartu ni byndzie ._.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 19
Skąd : Londyn, Anglia
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 386
  Liczba postów : 235
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10310-casey-marvell
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10316-dla-odwaznych
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10318-casey
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10317-casey-marvell




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Nie Lip 19 2015, 10:57

Nawet jeśli Casey był w stanie dostrzec jakiekolwiek odstępstwa od normy w zachowaniu Dowesona, to nie znał go na tyle, by wyciągać z nich logiczne wnioski... albo komentować, dlatego nie zareagował wcale - tak, jak gdyby nie zauważył absolutnie niczego. Wprawdzie zdarzało mu się najpierw robić, a później myśleć, ale przecież ta obecna sytuacja była jedynie pierwszym podejściem do mozolnych, chłodnych kalkulacji, które (miejmy nadzieję) doprowadzą do jakichś ogólnych wniosków. Innymi słowy Marvella naprawdę intrygowała osoba nowego znajomego z Salem, na tyle, że z miłą chęcią poświęciłby mu sporą dawkę swojego wolnego czasu. Co z tego wyjdzie? Nigdy nie wiadomo. Pewnym jest jednak, iż los bywał chyba łaskawszy i mniej upierdliwy niż pewien zadufany w sobie Ślizgon, który o wiele łatwiej zyskiwał wrogów niż przyjaciół... oczywiście pomijając te momenty, w których otoczenie nabierało się na jego niewinny uśmieszek i wierzyło w rzekomo pokojowe zamiary. Uroczo, prawda? Szczególnie wtedy, gdy przestawali być przydatni, a on traktował ich jak zwykłe śmieci.
- Błąd... próbuj dalej. - Tak w gruncie rzeczy Cole mógł mieć trochę racji, ale takie czasy Casey miał dawno za sobą. Mógł w prawdzie odwiedzić dziadków, jednak to byłoby awykonalne bez wiedzy jego matki. Poza tym, skrzaty te wcale nie należały do niego, więc też nie miał nad nimi takiej całkowitej władzy. Byłoby miło, nie ukrywajmy, ale niestety nieprawdopodobnie. To już trudno. Wracając jednak do ich rozmowy, Ślizgon w końcu dał Dowesonowi spokój, opierając się o kamienną balustradę i zerkając na niego tylko katem oka. Upierdliwość dało się bez problemów zostawić na inną okazję, kiedy w końcu znajdzie odpowiedzi na więcej niż jedno z nurtujących go pytań.
- Był bliskim przyjacielem mojego ojca i, jak mówiłem, jest moim wujem i ojcem wspomnianego wcześniej Ethana - stwierdził dość ogólnie, jakby nie chcąc rozwodzić się nad tym tematem bardziej, niż to konieczne. Oczywiście było to mylne wrażenie, biorąc pod uwagę, że po prostu zastanawiał się ile chce, a ile może zdradzić, nie narażając swojego pokręconego związku z Ethanem na bardzo drastyczny koniec tajemnicy. - Pracuje w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów i wyglądacie zbyt podobnie, żeby to był przypadek, zwłaszcza, że nosicie to samo nazwisko... - Jak na dłoni widać było, że temat ten niesamowicie Marvella nurtuje, bo chociaż chłopak nie stracił tego swojego arystokratycznego dystansu, na jego twarzy wreszcie odmalowało się kilka nowych emocji. Przynajmniej nie przypominał już niewzruszonego, zwłaszcza gdy mówił trochę więcej niż kilka słów na krzyż.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Balkon nad dziedzińcem

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 14 z 17Idź do strony : Previous  1 ... 8 ... 13, 14, 15, 16, 17  Next

 Similar topics

-
» Balkon księżycowy

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
hogwart
 :: 
Skrzydlo zachodnie
 :: 
trzecie piętro
-