IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Balkon nad dziedzińcem

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5 ... 10 ... 17  Next
AutorWiadomość



avatar

Skąd : wiesz?
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 28790
  Liczba postów : 35069
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7560-wielka-poczta-mistrza-gry#211658




Specjalny






PisanieTemat: Balkon nad dziedzińcem   Nie Paź 17 2010, 20:06

First topic message reminder :


Balkon nad dziedzińcem

Przez niewielkie drzwi można wyjść na marmurowe schody które prowadząc w dół ku sporego rozmiarów balkonowi. Otaczają go cztery wysokie kolumny, podtrzymując specjalnie zrobiony dach. Dzięki niemu, nawet kiedy pada można tam przesiadywać, bez obawy zmoczenia się.
Posadzka jest wyłożona czarno-białymi płytkami. Te na samym środku robią wrażenie ogromnej szachownicy i rzeczywiście, jeśli tylko ktoś zdobędzie takiej wielkości figury, można tam grać. Z miejsca przy barierce (marmurowej, oczywiście) rozchodzi się widok na cały dziedziniec. Jest to świetne miejsce na obserwowanie innych, bowiem rzadko kiedy komuś przyjdzie na myśl by spojrzeć w górę. Po obu stronach znajdują się kamienne, niewielkie ławeczki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość



avatar

Nauczyciel
Wiek : 29
Skąd : Ynys Môn/ Anglesey Walia UK
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 2963
Dodatkowo : Hipnoza, zaklęcia bezróżdżkowe
  Liczba postów : 1179
http://czarodzieje.my-rpg.com/t1905-aleksander-brendan
http://czarodzieje.my-rpg.com/t1910-znajomoci-aleksandra
http://czarodzieje.my-rpg.com/t1903-aleksander-brendan
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7261-aleksander-brendan#205316




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Czw Lut 24 2011, 10:02

Spojrzał na nią, pomocy nigdy nie odmawiał.
- Jeśli będzie ku temu sposobność, ale musisz wiedzieć, że musisz skonkretyzować, czy chodzi ci o eliksir euforii, czy Felix Felicis, Eliksir Słodkiego Snu czy Wywar Żywej Śmierci. Ale nie bój się jak się da to się będzie dało- uśmiechnął się.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Student Ravenclaw
Wiek : 25
Skąd : Salem.
Galeony : 151
  Liczba postów : 154




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Czw Lut 24 2011, 11:32

Zamyśliła się.
- Chodzi mi raczej o coś...-rozmyśliła się- Czy można uwarzyć coś na kształt Felix Felicis? Coś co daje nam jedynie złudzenie szczęścia? Możliwe, że szłoby się od tego uzależnić? –ugryzła się w język. Zdecydowanie za dużo mówiła – Znaczy... Wiesz, kolejna książka z taką sytuacją. Dużo czytam.
Skłamała gładko. Nie mogła wydać tajemnicy komuś, kogo ledwo znała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 29
Skąd : Ynys Môn/ Anglesey Walia UK
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 2963
Dodatkowo : Hipnoza, zaklęcia bezróżdżkowe
  Liczba postów : 1179
http://czarodzieje.my-rpg.com/t1905-aleksander-brendan
http://czarodzieje.my-rpg.com/t1910-znajomoci-aleksandra
http://czarodzieje.my-rpg.com/t1903-aleksander-brendan
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7261-aleksander-brendan#205316




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Czw Lut 24 2011, 14:19

To pytanie mu coś przypomniało, zaraz pamięcią przeszukał receptury które poznał i ich twórców, to mi coś przypomina Zaraz, aha czyli spotkała go, ale nie chce być nachalna zdradzać tajemnic, cóż sam próbował ale od tego czasu upłynęło sporo wody.
-Hmm czyli tu mamy do czynienia do eliksiru bazującego na Eliksirze euforii, bo wybacz od Feliksa uzależnić się nie można a jego częste bądź długotrwałe używanie kończy się zatruciem i zgonem. ale taki eliksir jaki opisałaś istnieje, ale nie znam jego dokładnego przepisu, może udałoby mi się go zmodyfikować, gdybym poznał jego skład, lub jego twórce- Uśmiechnął się do Zoey i porozumiewawczo spojrzał- domyślam się o co ci chodzi też czytałem tą książkę, i spotkałem jej autora w Durmstrangu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Student Ravenclaw
Wiek : 25
Skąd : Salem.
Galeony : 151
  Liczba postów : 154




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Czw Lut 24 2011, 14:51

Zoey chłonęła każde jego słowo, w myślach robiąc notatki. Niestety, nie była w stanie udzielić mu żadnych dodatkowych informacji. Zoiś była godną zaufanie przyjaciółką.
- Och, możliwe –powiedziała, choć szczerze w to wątpiła, mimo, że to że się z Igorem znają było całkiem prawdopodobne – No cóż. W takim razie posiedzę jeszcze trochę z nosem w książkach i poszukam jakiś składników, z których można by było zrobić coś podobnego, tylko żeby nie uzależniało – myślała na głos. Aleksander i tak już pewnie myślał, że jest walnięta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 29
Skąd : Ynys Môn/ Anglesey Walia UK
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 2963
Dodatkowo : Hipnoza, zaklęcia bezróżdżkowe
  Liczba postów : 1179
http://czarodzieje.my-rpg.com/t1905-aleksander-brendan
http://czarodzieje.my-rpg.com/t1910-znajomoci-aleksandra
http://czarodzieje.my-rpg.com/t1903-aleksander-brendan
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7261-aleksander-brendan#205316




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Czw Lut 24 2011, 15:07

- żeby nie uzależniało, i nie miało skutków ubocznych, jak chcesz, to zobaczę co da się zrobić, ale potrzebny mi albo przepis, albo próbka do zbadania formuły, oczywiście to zależy od ciebie- Popatrzył na zegarek później na nią wstając- nie martw się, to zostanie między nami.
Wstał i ruszył do wyjścia, - miło było Cię poznać, ale chwilowo mam ograniczony czas, jeśli będziesz mnie potrzebowała, daj znać kręcę się po okolicy, i jakoś trudno mnie przegapić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Student Ravenclaw
Wiek : 25
Skąd : Salem.
Galeony : 151
  Liczba postów : 154




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Czw Lut 24 2011, 15:18

Skinęła głową, ale i tak wiedziała, że będzie musiała poradzić sobie sama. Ale to przecież nie była żadna nowość. Uśmiechnęła się do Aleksandra, a na jej policzkach pojawiły się urocze dołeczki.
- Dziękuje. Również miło było cię poznać. W razie jakby co, napiszę do ciebie –posłała mu buziaka gdy odchodził, a sama na powrót usiadła na poręczy, patrząc jak księżyc rozświetla niebo. Ujrzała spadającą gwiazdę. Skrzyżowała palce.
Aby wszystko się ułożyło –pomyślała, uśmiechając się do siebie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Student Ravenclaw
Rok Nauki : I
Wiek : 23
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 277
Dodatkowo : Teleportacja
  Liczba postów : 381




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Czw Mar 17 2011, 18:40

Bezgłośnie szlochała, ból palił jej gardło, nie mogła tego znieść, nie chciała się tak czuć, ale nie mogła inaczej. Do tego dołączyły ponure myśli, że nie ma nikogo, komu mogłaby się zwierzyć, nie zobaczy już nigdy rodziców, ani Luke'a, bo jeżeli już go nie ma, tu, w Hogwarcie, to dowie się tego, co miała mu powiedzieć prawdopodobnie od Kath, bądź Lil. Taką bynajmniej miała nadzieję.
Wycieńczona i rozmazana schowała twarz w poduszkę, a z jej ust wydarł się wrzask. Wrzask bólu, cierpienia, tęsknoty i bezsilności, który dusiła w sobie, odkąd „pożegnała ” się z Kath. Po chwili wstała i nogi poniosły ją w miejsce, o którym mowa była w liście. Miejsce, które miało zakończyć jej męki raz na zawsze. W sumie... Śmierć to nie jest poddanie się, prawda? Nie wtedy, kiedy nie masz po co żyć, ani dla kogo. Jest to ucieczka, jednak w stronę Lepszego Świata. W nim znajduje się jej rodzina, a więc warto się z nią na powrót spotkać.
Otchłań otworzyła swe podwoje, by pochłonąć i zgnieść cały jej świat, Czarny Smok władający magią śmierci szalał zanosząc się przerażającym śmiechem kostuchy pociągając za sobą kolejne ofiary wraz z odorem śmierci i krwi, trafiając na jej najbliższych, a teraz z satysfakcją przypatruje się jej cierpieniom, chcąc zabrać i ją, bo wie, że to ją przerosło, że nie ma już sił, aby walczyć dalej, jednak nie chce jej zabrać do siebie tak szybko, bo ona musi się pomęczyć, a jej psychika musi ulec poważnemu uszkodzeniu, ból i tęsknota mają ją wykończyć. Tak wygląda jego Plac Gry, jakże piekielny i przerażający. Śmierć ma być powolna, a On wie, że tortury działają tak, jak powinny. Jednak i w tej Grze Szatana jest istota dobra, która mówi jej, aby skończyła ze sobą od razu, a wtedy nie będzie musiała dłużej cierpieć, tylko od razu spotka się z tymi, których kocha. Jedyną siłą mogącą się przeciwstawić Czarnemu Smokowi było Królestwo Niebieskie, którego to potężny Szafirowy Król trzymał cały świat do tej pory w szach. Właśnie, do tej pory... A teraz, jedynym wyjściem była śmierć, aby istota, którą miłował otrzymała swoje szczęście i wybawienie.
Złapała spoconymi dłońmi barierkę balkonu, przerzuciła przez nią jedną nogę, potem drugą... I siedziała, siedziała wpatrując się w dół. Nigdy nie miała lęku wysokości, jednak teraz, spoglądając na dziedziniec, poczuła, że przerażenie ściska jej gardło i żołądek. Może spowodowane to było jedną, konkretną myślą?
Zaraz umrę
Spojrzała po raz ostatni na te wszystkie drzewa, których wcześniej nie doceniała.
A więc nie doczeka momentu, w którym gołe gałęzie pokryją się zielenią? Nie doczekam dnia, kiedy pojawią się pierwsze kwiaty, kiedy słońce w pełni otuli wszystkich swymi promieniami?
Zamknęła oczy i nabrała w płuca powietrza, jakby to miał być jej ostatni oddech w życiu, bo istotnie, myślała, że tak jest. Adrenalina zaczęła w niej pulsować, tak chciała, aby to już był koniec, ale w środku czuła, że trochę się boi. Czy to będzie bolało? Czy może spadnie i śmierć zabierze ją tak szybko, że nic nie poczuje, a wtedy znajdzie się na powrót z najdroższymi jej ludźmi?
Przypomniały jej się słowa Luke'a, kiedy mówił, że ona ma rodzinę, że miała wspaniałe dzieciństwo, bo istotnie, miała takowe. I tak pragnęła, aby jej rodzice żyli! Mogliby być tacy jak Orion, ale ważne, że miałaby szansę ich widzieć, usłyszeć ich głos. Wiesz, Luke... Ty nie doceniasz tego, co masz.
Z zamkniętymi oczami poddawała się usypiającej ciszy, czuła tylko, że wiatr tańczy z kosmykami jej włosów... a nawet słońce zaszczyciło ją swą obecnością. Śnieg powoli topniał, zaczynało się ocieplać. Czuła się tak, jakby natura chciała ją pożegnać w jak najlepszy sposób.
Wychyliła się do przodu, nadal kurczowo trzymając się barierki. Skoczy. Skoczy, na pewno, ale jeszcze nie teraz. Obiecała poczekać to dwanaście minut, więc z powrotem usiadła na barierce, spoglądając na zegarek, który informował ją, że zostały jej jeszcze tylko trzy minuty, na pożegnanie się z całym światem.
Niedługo do was dołączę, i znowu będziemy ze sobą, razem, jak prawdziwa rodzina.
Jej usta ułożyły się w półuśmiechu na tą myśl. Znowu będzie wolna, będą razem, jak dawniej. Ale wtedy przypomniała sobie o czymś bardzo istotnym.
Charlotte.
Tak ją to zaskoczyło, że aż otworzyła oczy, a uśmiech momentalnie zniknął z jej twarzy. Charlotte. Przecież... nie może jej zostawić. Ona teraz jest jej najbliższą rodziną, nie może jej skazać na całkowitą samotność. I ogarnęły ją wątpliwości. Co teraz robić?
Minuta
Za bardzo pochłonęła ją teraz myśl o Charlotte. Ogarnęły ją wątpliwości. Nie wiedziała, co robić. A może, a może, a może... Nie potrafiła teraz podjąć jakiejkolwiek decyzji, więc siedziała dalej, wsłuchując się w coraz głośniejszy dźwięk czyichś kroków. Wątpiła, żeby był to Luke, bo go już tutaj nie ma. Nie ma go w Hogwarcie. A nawet jeżeli jest, to się nie pojawi. Nie wierzyła, że to On. Miała tylko nadzieję, że ten ktoś sobie skręci, w drugą stronę. Jednak... kroki ucichły. Czyli tylko jej się wydawało. Ponownie wsłuchała się w melodię wydawaną przez wiatr, poważnie zastanawiając się nad tym, co począć.
Nie może zostawić Charlotte.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : I
Wiek : 23
Skąd : Devon
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 292
Dodatkowo : Legilimencja i oklumencja, teleportacja
  Liczba postów : 674
http://czarodzieje.my-rpg.com/t1383-luke-gringott
http://czarodzieje.my-rpg.com/t1418-luke-gringott
http://czarodzieje.my-rpg.com/t1419-luke-gringott




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Pią Mar 18 2011, 10:10

Jego ciche kroki odbijały się echem po korytarzach zamku. Nawet się nie obejrzał za siebie czy Lilyanne rzeczywiście spełnia jego „prośbę”. Wiedział, że może być już za późno. Dlatego biegł do jakiegoś cholernego skrzydła studenckiego, w którym ani razu nie miał okazji przebywać. Ale to nic. Kiedyś musi być ten pierwszy raz.
Uciszył swoją dumę i parę razy spytał o owy balkon. Ci, co widzieli wcześniej Lauren bali się zdradzić którędy ma iść. Mimo wszystko osiągnął swój cel – wielokrotnie użył legilimencji oraz siły, aby tam dojść. Nic go nie obchodziło.
Przez całą tą drogę intensywnie myślał co jej powie. „Czego chcesz ? Nie namówisz mnie do powrotu. Dlaczego uwierzyłaś w coś, co nie miało przyszłości ? Dlaczego nie traciłaś nadziei w to, że jestem dobry ? Nie wzbudzaj we mnie współczucia. Nie znam tego uczucia. Nie każ mi litować się nad tobą. Nienawidzę litości.”
Chciał skłamać.
Chciał być bezlitosny.
Chciał wbić w jej serce kolejny sztylet.
Chciał aby poczuła niewyobrażalny ból.
Chciał, ale nie mógł. Był zbyt słaby. Przegrał. Poddał się uczuciu, które nim zawładnęło, a w które nie potrafił uwierzyć. A może nie chciał…?

„Lepiej mnie zabij, wyrzuć z pamięci.
Lepiej odejdź. Pozwól mi odejść.
Lepiej zapomnij. Pozwól zapomnieć.
Lepiej daj mi następną szansę.”*


Wielokrotnie nazywał się w myślach sadystą. Twierdził, że to przez niego. Sam nie wiedział co czuć. W pierwszej chwili był wściekły, że bierze go na współczucie. Gra w jakąś gierkę. Jednak im szybciej czas umykał utwierdzał się w przekonaniu, że ona nie gra. Jest sobą. I że właśnie doprowadził do czyjegoś samobójstwa. Powoli docierały do niego jej słowa. Lauren - sierota, cudownie, prawda? SIEROTA. SIEROTA. SIEROTA.
Ona jest sierotą! Jej rodzice umarli, zginęli bądź została wydziedziczona. Nie, to niemożliwe. Kochali ją. Więc nie zabija się przez niego! Na jego twarzy zagościła ulga. Była to jednak krótka chwila, gdyż nareszcie dotarł na balkon. I ujrzał ją – zapłakaną, wstrząśniętą i pogrążoną w żałobie. W takiej samej, w której on tkwił od dziesięciu lat.

„Najgorsze jest jednak to twoje rozczarowanie.
Nim zapomniałem ci powiedzieć, że jestem zakochany…”*


Czuł się jak skończony idiota, którym zresztą był. Przecież po części to przez niego jest w takim stanie. Próbował zdjąć swoją maskę, którą nosił na co dzień. Zawiódł się. Pierwszy raz nie potrafił. I był z tego powodu zły. Nie, nie, to było gorsze od wściekłości. Lauren, która siedziała na barierkach gotowa do skoku nie widziała niczego. Szkoda, bo może wtedy by zrozumiała…? Nie umiał zburzyć muru, którym się otoczył. Nie umiał otworzyć drzwi, które zamknął na kilka zamków. Nie umiał wyjść z hermetycznego pojemnika, w którym się uwięził. Padł ofiarą.. siebie. Był drapieżnikiem i ofiarą w jednym, co tworzyło dziwny kontrast oraz niebezpieczną mieszankę.
- Potrzebujesz tego czego ja nigdy mogę Ci nie dać. Nie dlatego że nie chcę, a dlatego że sam tego nie mam – zacytował. Wiedział, że jest to najtrafniejsze, co może powiedzieć. Kazał jej iść trudną drogą. Pozbawił Anioła Stróża. Patrzył jak się stacza. Widział jak piła żal i tęsknotę, by móc ukoić ból. I czuł z tego powodu zarówno satysfakcję, jak i abominację. – Czy… - wziął głęboki oddech, przy okazji zastanawiając się co też wygaduje. Nie był świadomy, że mówi coś, o czym myślał od kilku tygodni. Nie spodziewał się, że kiedykolwiek będzie tak szczery. - … naprawdę chcesz to zrobić ? Ja.. – zająknął się. – Przepraszam. Wiedz, że jestem gotowy.
Wypowiedzenie każdego słowa sporo go kosztowało. I to właśnie ten wysiłek zburzył mur.
Otworzył drzwi.
Pomógł wyjść z pojemnika.
Na co był gotowy ? Na wszystko. Na zupełnie wszystko. Na pomoc. Na miłość. A nawet na otworzenie się. Choć ten proces miał być powolny to wiedział, że da radę.
I stał tak patrząc na człowieka, który przed chwilą dowiedział się o czymś, co go zgniotło. Może i nie doceniał tego co ma. Może i Lauren ma rację. Ale wiedział, że nie tęskniłby za Orionem. Nie miał z nim związanych żadnych konkretnych wspomnień. Jedynie poważne rozmowy na temat tego, jakim to on jest „wspaniałym synem”, który musi go zastąpić. Karmił go fałszywymi komplementami, aby zyskać zaufanie. I w całym tym chorym przedstawieniu zapomniał o miłości. A Luke, nawet jako mały chłopiec nie miał odwagi powiedzieć „Mamo, tato, pobawmy się w prawdziwy dom”. Z Lucy było zupełnie inaczej. Ona najzwyczajniej w świecie żałowała swojego błędu. Tego, że uległa urokowi Gringotta. I miała własną rodzinę – kochającego męża, który wszystko jej wybaczył, córkę, która była szczęśliwa (no może nie na chwilę obecną..), wspaniały dom, w którym mogła się zaszyć. Brakowało jej tylko jednego – ojcowskiej miłości, której również tak jak Luke została pozbawiona.
Nie wiedział co ma zrobić. Podejść i przytulić czy czekać ? Bał się jedynie, że padną słowa „już za późno”. Nie potrafiłby znieść widoku jej pustych tęczówek. Już raz to przeżył. A nie lubił, gdy historia się powtarzała. – Skoczę za tobą – szepnął. Nie był pewny czy chce, aby go usłyszała. Już niczego nie był pewny. Bezradność jest taka żałosna.

„Pójdziemy ze sobą powoli obok
do końca wszystkiego, aby zacząć na nowo.
I czując cię obok opowiem o wszystkim,
jak często się boję i czuję się.. nikim.”**


Patrzył na nią niewiedzącym i bezradnym wzrokiem. Bał się. Jej reakcji. Przyszłości. Samotności…
Chciał, aby tym razem się udało.


* Myslovitz - Alexander
** Myslovitz - W deszczu maleńkich żółtych kwiatów

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Student Ravenclaw
Rok Nauki : I
Wiek : 23
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 277
Dodatkowo : Teleportacja
  Liczba postów : 381




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Pią Mar 18 2011, 17:43

Siedziała tam dalej, patrząc przed siebie i próbując podjąć jakąkolwiek decyzję. Chciała się spotkać z rodzicami... ale czy oni by chcieli, aby ona tak skończyła? To jej rodzice, kochają ją, na pewno pragną, aby zaopiekowała się Charlotte i żyła, a nawet była szczęśliwa... Nie zginęli z własnej woli. Nie chcieli tego. Ale teraz MUSZĄ być w jakimś wspaniałym miejscu, po prostu muszą! Nie ma innej opcji. Zasługują na najlepsze.
Char... przecież jak nie będzie miała ani rodziców, ani siostry, zostanie całkowicie sama. Jeszcze umieszczą ją w jakimś sierocińcu. A Lau tego nie chciała, pragnęła, aby jej siostra na jakąś miarę była szczęśliwa, i miała przy sobie kogoś, na kim mogłaby polegać. No i Krukonka była pełnoletnia... więc chyba mogła się zająć swoją siostrą, prawda? Tym bardziej, że ciocia Ann... A rodzice... Czy naprawdę by chcieli, aby ich starsza córka popełniła samobójstwo a młodsza została bez opieki?
I na nowo przygniótł ją żal, znów była udręczona rozpaczą po utracie rodziców. Nie mogła uwierzyć, że ludzie naokoło mogą się w tej chwili śmiać, wygłupiać i rozmawiać, jakby nigdy nic, podczas gdy ona siedzi tutaj, starając się nie myśleć o tym wszystkim, co dzisiaj na nią spadło. Ból w jej sercu wcale się nie zmniejszał, a rósł z każdą chwilą, jednak teraz poważnie się zastanawiała, czy ma się poddać. Była pewna, że gdyby Charl też zginęła, to od razu by się rzuciła, nie zastanawiając się nad niczym. Ale no właśnie, Charlotte żyła, dzięki Bogu!
Nie widziała osoby, która w tej chwili była z nią na balkonie, nie czuła towarzysza jej cierpienia, bo on też je w sobie nosił, po utracie Abraxasa. Nie chciała mu towarzyszyć, nie w ten sposób, nie w cierpieniu, bólu, smutku... Ale teraz mogła sobie wyobrazić, jak on się czuł, mając jedyną taką osobę, jaką ona miała w dwóch wcieleniach - ojca i matki.
Nie słyszała tych słów, które mogły sprawić, że od razu puściłaby się barierki i odepchnęła nogami, aby lecieć w dół, a następnie unieść się w górę. Dlaczego one spowodowałyby takową reakcję? Bo słyszała je już kilka razy w różnych wersjach, i za każdym razem sprawiało jej to ból, porównywalny z tym, gdy dowiedziała się o wypadku. A kiedyś dla niego zrobiłaby wszystko... Zniosłaby go, ciesząc się, że słyszy jego głos, ukochaną melodię jej życia. A właściciel tego głosu, mężczyzna, który mógł jej wbijać żywcem sztylety w serce, aby sprawić, by cierpienie się pogłębiło już nie był jej Aniołem Stróżem. Nie wtedy, gdy kazał jej odejść... A skoro wtedy utraciła Anioła Stróża, to było pewne, że wszystko potoczy się źle. I tak się stało, nie ma rodziców, nie ma nic...
Lecz Anioł wrócił.
Był tu.
- Nie...nie przepraszaj. Nie masz za co.
Stróż przypomniał sobie drogę do niej, prosił o przebaczenie, za to, że pozostawił ją samą sobie, za to, jakie szkody przyniosły Jego zniknięcie. Lecz to już nic nie da, nie przywróci jej rodzicom życia, lecz może... może uda się coś odratować? Bo skoro wrócił, mogło już być tylko lepiej. Tylko... czy nie postanowi znowu odejść? A może ma być jeszcze gorzej? Może znowu pozwoli jej nabrać trochę sił, aby potem znów się usunąć?
Była w szoku. Nie wierzyła w to, co się dzieje. Go miało już tu nie być. Przecież miał odejść, tak powiedziała jej Kath. I choć nie chciała, aby zniknął z jej życia, poczuła frustrację, bo gdyby się nie pojawił - skoczyłaby. I wiedziała o tym. Może nie dzisiaj, bo zaczęły ją męczyć myśli o siostrze... ale wykonałaby ostatni skok swego życia. A może przez ten czas wpadłaby na jakiś ciekawszy pomysł? Albo zalazłaby jakiemuś wrogowi tak za skórę, że... nie, lepiej nie obarczać sumienie jakiegoś człowieka czymś takim. Zabójstwo, czy morderstwo to co innego, niż samobójstwo.
Chciała uzyskać tyle odpowiedzi, ale nie mogła wydobyć z siebie głosu. Zarówno z powodu szoku jak i męki oraz wycieńczenia.
Czy naprawdę chciałeś odejść?
Dlaczego tego nie zrobiłeś? Przez ten list? Wyrzuty sumienia?
Naprawdę chciałeś mnie zostawić, ot tak, i zapomnieć?
I... co robisz tutaj?

To była tylko część pytań, nic nieznacząca zresztą, no, może nie do końca. W każdym bądź razie, dla niej te pytania w tej chwili spadły na drugi plan, choć, oczywiście, chciała na nie uzyskać prawdziwe wytłumaczenia. Bardziej ją zastanawiało to, co ONA teraz zrobi. I czy On znowu ją zostawi?
„ Skoczę za tobą ”
Coś się w niej pojawiło. Może jeden z kawałków jej serca powrócił na stare miejsce? Ale nie, on nie skoczy. Jest zbyt idealny na śmierć, prawda? No i... nie może zginąć. Przecież ona go kocha! Czy on tego nie rozumie?! Jak mogłaby to znieść? Rozstać się na zawsze z jedyną osobą, która jest dla niej ważna, teraz nawet i najważniejsza w tym żałosnym, beznadziejnym życiu?! Nawet, jeżeli jej by nie było, on nie mógł skoczyć za nią, nie mógł się zabić. Patrzyłaby na niego z miejsca, w którym by się znalazła i pomagała, jak tylko może. Nie chciała go mieć na sumieniu, nie chciała, aby tak skończył... W ogóle, nie ma mowy o czymś takim!
- Nie. TY MUSISZ żyć. - powiedziała stanowczo, odwracając się i patrząc na niego, a w jej pustych do tej pory oczach pojawiła się stanowczość, o jaką nikt jej jeszcze w życiu nie posądzał. - Masz dla kogo. Rozumiesz? MUSISZ żyć. Masz mi obiecać. Obiecać, że bez względu na wszystko, nic sobie nie zrobisz. Rozkazuję ci prowadzić szczęśliwe życie, Gringott. Nie ważne jak, nie ważne z kim. Ważne, żebyś był szczęśliwy i zadowolony z tego, co robisz. Abyś nigdy nie żałował swoich decyzji. Zrozumiałeś mnie? Masz być szczęśliwy. Bądź szczęśliwy, Luke.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : I
Wiek : 23
Skąd : Devon
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 292
Dodatkowo : Legilimencja i oklumencja, teleportacja
  Liczba postów : 674
http://czarodzieje.my-rpg.com/t1383-luke-gringott
http://czarodzieje.my-rpg.com/t1418-luke-gringott
http://czarodzieje.my-rpg.com/t1419-luke-gringott




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Sob Mar 19 2011, 20:54

On też wielokrotnie chciał spotkać się z Dziadkiem. Wiedział, że nic nie straci – jedynie życie. A dla niego w tamtym momencie, dziesięć lat temu była to mała stawka. Możliwość wtulenia się w ramiona Abraxasa to znacznie bardziej kusząca rzecz niż wiedzenie nudnego życia u boku… No właśnie, wtedy nie miał nikogo. A ona miała dwie osoby – Charlotte oraz jego. Tak, Luke był pewny, że da radę się poświęcić i ukazać całe swoje wnętrze. Aby mu zaufała po raz drugi. Aby dała drugą szansę. Bo teraz słowo „życie” nabrało dla niego nowego znaczenia. Bardziej poważniejszego.
Ale mogli w tym smutku trwać razem. Bo tylko to skutecznie goi rany. Nie czas na rozdrapywanie starych, a zaklejanie nowych. Zadanych przez Los, który chichotał, przyglądając się tej scence. On taki był. Ten głupi Los. Niesprawiedliwy, obojętny i chłodny. Jak kiedyś Gringott. Nastały przecież nowe czasy… Nie łudź się dalej, że okaże ci łaskę. To okrutnik.
Wrócił. Jak zjawa. Senny koszmar. Nie, to nie ta bajka. Teraz reżyser kazał mu odegrać rolę pocieszyciela. I nie musiał udawać – chciał nim zostać. W sercu nieczułego egoisty pojawiła się chęć pomocy. Chęć ukazania, że jest czegoś warty. Chęć do ponownej walki. Choćby miałaby być ona z góry skazana na niepowodzenie. A przecież nie jest, bo Los bywa nieprzewidywalny.
Życie jest loterią fantową. Każdy nieświadomie co jakiś czas kręci kołem, aby coś wylosować. Taka gierka, aby nie było nudno. Lecz przez tą chorą zabawę giną ludzie. O, na przykład teraz. Bezbarwny staruszek wystał wreszcie swoją kolejkę. Zaczyna się walka z przeznaczeniem. Na jego dłoni spoczywa mała karteczka. Otwiera ją. Z ust wydobywa się krzyk bólu. Co tym razem wygrał ? Śmierć żony… I musiał sterczeć parę godzin odrętwiały, aby wylosować swoją największą obawę. Miła niespodzianka, nieprawdaż ? Tak samo jest z każdym z nas. Jedni mają po prostu szczęście, a drudzy już nie. A ty ? Co tym razem wylosujesz ? Nową zabawkę czy kolejną porażkę ? Nie, to nie jest wcale takie straszne, jak się wydaje. To tylko życie. Nic więcej.
- Jak to za nic ? – spytał osłupiały. Liczył na wszystko. Na wrzask, pulsujący ból policzka, ostateczny skok, ale nie na.. wybaczenie. Sądził, że to potrwa znacznie dłużej. Chyba najnormalniej się zawiódł na własnej intuicji.
Mógł obiecać, że nie odejdzie. Mógł, ale wiedział, że to nie wystarczy. To za mało. Ona potrzebowała jego ramienia, aby móc się wypłakać. A on nie potrafił do niej podejść i je podstawić. Bał się odtrącenia. A był niemalże pewien, że ono nastąpi. Zrobi dokładnie to samo co on miesiąc temu. Będzie kazała mu odejść.
Chciałem.
Bo cię kocham.
Chciałem…
Chcę, abyś wiedziała, że cię kocham. Tylko tyle.

Może i pytania były nic nie znaczące. Ale odpowiedzi wręcz przeciwnie – wiele by zmieniły. Jej życie. Jego. ICH.

„Śmierć jest minimum. Minimum wszystkiego. Podczas tych godzin, gdy jesteś tak blisko drugiej osoby, z dwojga niemal stajecie się jednym... Minimum... Miłość jest śmiercią: śmiercią odrębności, śmiercią dystansu, śmiercią czasu. W trzymaniu się z dziewczyną za ręce najpiękniejsze jest to, że po chwili zapominasz, która ręka jest Twoja. Zapominasz, że są dwie, nie jedna.”

Z uwagą wysłuchaj jej słów. Chłonął je jak mech wilgoć. Jak gąbka wodę. Jak zakochany spojrzenie swojej ulubienicy. I musiał oprzeć się o ścianę, żeby nie upaść. Był zszokowany. Ona tak po prostu chce jego szczęścia. Po tylu cierpieniach, które jej zadał. Po tylu miesiącach łez i bólu. Po takiej rozłące i odrzuceniu.
- Czuję się… Nie, nic nie czuję. Pustka, rozumiesz ? – zapytał cicho, podchodząc do niej. Złapał ją za nadgarstki i delikatnie odciągnął od barierek. – Co się stało ?
Ciągle dotykał ją zimnymi palcami. Jej skóra parzyła go w dłonie. Ale nie rezygnował. Starał się oswoić z nową sytuacją i odnaleźć jej tęczówki. I obiecał sobie, że podczas dzisiejszej rozmowy ani razu nie użyje legilimencji. – Jak mam być szczęśliwy, skoro chcesz mi odebrać ostatni sens życia.. ?

Zabij.
Wyrzuć z pamięci.
Odejdź.
Zapomnij.
Daj następną szansę...
Po prostu bądź, okej ?

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Student Ravenclaw
Rok Nauki : I
Wiek : 23
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 277
Dodatkowo : Teleportacja
  Liczba postów : 381




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Pon Mar 21 2011, 10:18

A owszem, zawiódł się na własnej intuicji. Tego dnia wybaczyła wszystko wszystkim, swoim wrogom i przyjaciołom, a więc także i panu Gringott'owi. Zwłaszcza jemu. Dlaczego? Bo zaczynała doceniać to, co jeszcze ma, a jak się okazało, w każdym momencie mogło to zniknąć. Jeszcze nie tak dawno była pewna, że w razie nawet najgorszych problemów, kiedy zostanie sama, może się zwrócić do swoich rodziców, bo ich nigdy nie straci. Myliła się. Powinna się teraz cieszyć każdym dniem spędzonym na tym świecie z przyjaciółmi i bliskimi jej osobami... ale nie potrafiła. Nie wiedziała, czy kiedykolwiek będzie zdolna znowu się szczerze śmiać. Pewnie tak, ale kiedy ten dzień nadejdzie? Kiedy będzie się mogła szczerze uśmiechnąć? Kiedy będzie mogła na powrót być szczęśliwa, a nie tylko takową udawać?
- Po prostu. Nie przepraszaj, tylko zostań. - powiedziała na wydechu, ocierając łzy spływające po jej policzkach. Nie chciała już płakać. Nie miała dzisiaj na to sił, ale wiedziała, że nie da rady tego zatrzymać. Jeszcze nie teraz.
Miałaby go uderzyć? Jedyną osobę, która jej pozostała? Powinna, ale tego nie zrobi. Po co ranić samą siebie jeszcze bardziej? Nie chciało jej się żyć, ot i tyle. Bała się, że on znowu ją zostawi, może nie teraz, ale za jakiś czas. Wtedy już mu nie wybaczy. I... no właśnie.
- Luke... czy ty wracasz... - nabrała powietrza, aby dokończyć to zdanie, ale wiedziała, że i tak głos jej zadrży mimo woli. Żal się przez nią przelewał, czuła się tak źle, jak jeszcze nigdy w życiu. - ...wracasz do domu, to znaczy... odchodzisz z zamku? - udało jej się wykrztusić. Musiała wiedzieć, czy za kilka chwil znowu zostanie sama. Bo w sumie nie wyjaśnili sobie tego. To, że Luke jest teraz przy niej, nie oznacza, że będzie już zawsze, prawda? Wcale nie musiał zmieniać swoich planów. Nie mogła pozwolić mu odejść, czuła się zbyt słaba, a on jej swoją obecnością dodawał otuchy, sił. Może i nie nadziei na lepsze jutro... ale czuła się odrobinę lepiej. Było jej trochę lżej, bo wiedziała, że nie jest do końca sama na tym cholernym świecie, więc Gringott nie miał co liczyć na odtrącenie. Owszem, Lau mogła dostać nagłej histerii i zacząć się wyrywać oraz wrzeszczeć. Jakby nie patrzeć, było to nieuniknione, ale teraz na szczęście nie miała zamiaru się na niego rzucać z pazurami. Później by tego żałowała, i to bardzo. No i miała nadzieję, że w razie takich sytuacji on by wiedział, że dziewczyna w tej chwili nie jest sobą i przechodzi załamanie. Miałaby nadzieję, że nie weźmie do siebie słów, które mogłyby paść podczas takich chwil.
Poczuła jego dłonie na swoich nadgarstkach. Miała ochotę się wyrywać, grozić, że jak ją nie zostawi to skoczy i ulży jego cierpieniom, bo on przecież tak się męczył i bronił przed tym wszystkim, a teraz mógłby mieć święty spokój. Ale nie zrobiłaby tego, aby go zranić, przecież chciała, aby miał w życiu jak najlepiej. Zrobiłaby to z wielkim bólem serca, aby się nad nią nie litował, nie chciała tego. Nie chciała utrudniać mu życia, ale nie mogła się zdobyć na odrzucenie pomocnej dłoni, więc uległa mu i z ulgą odeszła od tych okropnych barierek. Bo na nie jeszcze przyjdzie czas.
Czuję się… Nie, nic nie czuję. Pustka, rozumiesz ?
Na te słowa miała ochotę roześmiać mu się w twarz. On czuje pustkę?! ON?! I ona miałaby tego nie zrozumieć?! Przecież ona stała na granicy życia i śmierci, może i psychicznej, ale tak było! Cisnęła jej się na usta jedna odpowiedź - Chyba sobie ze mnie kpisz, do cholery. Ale, no właśnie, cały czas się zapominała, że on przeżywał, a może i nawet dalej przeżywa to samo, bo Abraxasa już nie ma. Może i zniknął już u Luke'a ten pierwszy szok... ale nadal trwał w żałobie, nadal mu go brakowało. Czy nie czytała tego listu, który miał nigdy nie zostać przez nią przeczytany?
- Hej,wiesz... sporo za nami, prawda? - wyszeptała, nie patrząc mu w oczy, po czym usiadła i oparła się o barierkę. Ucieszyła się, że Luke zrobił to samo, jeżeli można mówić w takiej chwili o szczęściu, jednak nie miała pojęcia, czy ten bacznie ją obserwuje. Nie obchodziło ją to. Wystarczyło jej, że jest tutaj, bo przecież miało go nie być. - Nie przejmuj się mną, ani tym wszystkim. Wiesz, że każde głębsze uczucie prowadzi do cierpienia? - spytała, przenosząc na niego wzrok i uparcie spoglądając w jego stalowe tęczówki. - Miłość bez cierpienia nie jest miłością... - wyszeptała, zwijając się w kłębek. Ona była teraz kłębkiem żalu, bólu, tęsknoty, rozpaczy i cierpienia.
Prawdziwa miłość przetrwa każdą rozłąkę, przypomniały jej się słowa matki, która najwyraźniej nad nią czuwała.
Zrobiło jej się tak jakoś przyjemnie ciepło, gdy usłyszała, że jest jego ostatnim sensem życia. Ale to niemożliwe. Przecież żył normalnie, zanim ją poznał, prawda? Chyba właśnie ten jego cały sens życia spowodował, że teraz tak cierpi. Wcześniej całkiem nieźle sobie radził. To ja namieszałam.
Ale nadszedł czas na udzielenie odpowiedzi... Wolałaby tego nie robić. Co się stało? Jak to co?
Całe jej życie, wszystko to, co układała i budowała z zaciętością odkąd przyszła na świat legło w gruzach. Jakby jej życie zostało zniszczone przez wielkie tsunami, nagłe trzęsienie ziemi zburzyło wszystko, na co tak ciężko pracowała, o co dbała i... cieszyła się, że jej się udało, że jest dobrze. Co się stało. Na samym początku zaznała odrzucenia, co było pierwszym objawem nadchodzącego kataklizmu. Jednak tego nie miała serca mu powiedzieć.
- Wszystko zniknęło... Zniknęłam ja, moje życie. Nie ma dla mnie niczego, ani dnia, ani nocy, ani księżyca, gwiazd, słońca, uśmiechu, radości. Nic. - wyrzuciła z siebie, czując, że oto nadciąga kolejna ogromna fala bólu. - Najpierw... Marlene. Nie mogłam jej pomóc... Później Kath, i... i też nie wiedziałam, co robić. Następnie ty, i ja... A teraz moi rodzice... Ich już nie ma. Nie ma tego wszystkiego... Wszystko zniknęło, i już nigdy nie wróci... - im dłużej mówiła, tym bardziej głos jej się łamał, aż w końcu wtuliła się w Luke'a, nie mogąc dłużej powstrzymać łez cisnących jej się do oczu. Łez, które w żaden sposób nie pomagały, a teraz moczyły tylko koszulę mężczyzny jej życia. Ciągły płacz powodował ostry ból głowy i mdłości. Czuła, że zaraz zemdleje. Albo umrze. Umieranie z tęsknoty, czy też z miłości, to nie jest zła śmierć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : I
Wiek : 23
Skąd : Devon
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 292
Dodatkowo : Legilimencja i oklumencja, teleportacja
  Liczba postów : 674
http://czarodzieje.my-rpg.com/t1383-luke-gringott
http://czarodzieje.my-rpg.com/t1418-luke-gringott
http://czarodzieje.my-rpg.com/t1419-luke-gringott




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Pon Mar 21 2011, 17:59

On by tego nie zrobił. Nie potrafiłby wybaczyć WSZYSTKIM. Owszem, znalazłyby się jakieś wyjątki. Ale on nie chciał tak łatwo wybaczać. Nie tym, co zranili go najmocniej. Czy umiałby odpuścić Anaid ? Pokochał ją. Przywróciła i jednocześnie zatraciła jego wiarę w miłość. To nie w porządku, prawda ?
A czy wybaczyłby Orionowi ? Ojcu, który nim nie powinien nigdy zostać. Mężczyźnie, który odebrał mu dzieciństwo. Człowiekowi, który nienawidzi własnego syna. Nie. Nawet, gdyby ten błagał, a jak wiemy do tego nigdy nie dojdzie. Tacy ludzie nie proszą. Nie mają odwagi.
Oczywiście, że się jeszcze uśmiechnie. Da ku temu powód. Roześmieje się. Przecież ją czymś rozbawi. Będzie szczęśliwa. Bo przy niej pozostanie. Hm, można to nazwać poświęceniem ? Z jego strony owszem. To było poświęcenie. Już samo to, że takie myśli przewinęły się przez jego głowę jest godne podziwu.
- Jestem – delikatnie się uśmiechnął. Niemożliwe. A jednak. Nie ma rzeczy niemożliwych. Nie dla Gringotta. Wiedział, że cały ten dzień jest dla niej.. dziwny. Nie potrafię wymyślić tutaj innego określenia. A on takie miewał od dziesięciu lat. I z dnia na dzień wszystko się pogłębiało. Co jakiś czas stwierdzał, że musi się pozbierać. Obiecywał to sobie. Ale nie miał odpowiednich motywacji. Satysfakcja to zdecydowanie za mały prezent. Wewnętrzna radość ? Nigdy takiej nie odczuwał.
- Taki miałem zamiar. Chciałem sprawdzić czy jestem na tyle silny, aby zapomnieć. Jednak sama myśl, że cię już nigdy nie zobaczę była.. przerażająca – powiedział szczerze. – Wierzysz mi ? – spytał. Nie był pewny czy chce usłyszeć odpowiedź. W końcu mogła odpowiedzieć „nie”. A to by bolało znacznie bardziej niż samo odrzucenie. Ale przecież musi wiedzieć czy dalej mu ufa. M-U-S-I.
Nie będzie sama. Już nigdy. Chyba, że Luke umrze. Teraz wreszcie sobie uświadomił, że warto mieć człowieka, dla którego można żyć. On miał ją, a ona miała jego. Proste. I zmienił swoje plany. Wtargnął do gabinetu reżysera i zmienił scenariusz tak, aby im było wygodniej. Powoli zaczął odzyskiwać kontrolę nad własnym życiem, co jest nieco pocieszające. Owszem, nadal był zagubiony. Ale sama myśl, że znów zostaje panem siebie dodawała mu energii.
Całe szczęście, że Lauren się kontroluje. On sam by żałował tego, że nie potrafi jej pomóc ani uspokoić. Ale jedno jest pewne – uwierzyłby w każde słowo. Jak naiwne dziecko słuchałby jej z zainteresowaniem, które z chwili na chwilę by słabło, aby potem przemienić się w gorzkie rozczarowanie. Chyba takie są uroki Luksa. Nie wierzy temu co jest dobre, ale ufa złu. Rzeczom, które są nieprawdziwie. Nadaje swojemu życiu szybszego tempa.
Dokładnie widział jej chwilową złość i zmieszanie, gdy ją dotknął. To była mała rana, na którą Krukonka od razu przykleiła plasterek, bo się zgodziła. Odeszła od miejsca, z którego chciała skoczyć. Tym samym sprawiła, że Gringott odetchnął z ulgą w głębi duszy.
Czy to naprawdę takie dziwne, że czuje pustkę..? Gdyby wiedział, że Lauren ma ochotę się śmiać… Gdyby wtedy użył legilimencji… Ale nie wiedział. Nie zrobił tego. I chyba po raz pierwszy wyszło mu to na dobre. Nie znając jej myśli uchronił się przed minimalną falą bólu. Kto jak kto, ale Lau wiedziała najlepiej, że blondyn cierpi. W końcu przeczytała list… Jednak ludzie często zapominają o najważniejszych rzeczach, a roztkliwiają się nad szczegółami. Tymi, co w rzeczywistości wcale nie są istotne, jak im się wydaje. Chowają w pamięci to, co sprawia niemałe kłopoty podczas przemyśleń. I to ukazuje, że jednak mamy wady. Nie jesteśmy idealni. W ogóle, nic nie jest idealnie. Nawet urokliwe krajobrazy skrywają w sobie dziką tajemnicę. Morze – jest piękne, a ile pochłonęło ofiar ? Trawy – niby zielone, delikatne, a pod iloma były bezlitosne bagna ? To chyba właśnie wady czynią rzeczy pięknymi.
- Wiem, wiem. Ale szczerze mówiąc wolałbym nie mieć tak trudnej przeszłości. Jednak… Przyszłość jest przed nami. Możemy sprawić, że będzie tylko lepiej – mówił cicho. Usiadł obok niej, aby być jak najbliżej. Nawet się nie zorientował, że przeszedł na „my”. Bo w zasadzie nie było żadnego „my”. Tylko „ja” i „ty”. Na razie.
Ma się nie przejmować ? Błagam. Cieszę się twoim szczęściem, ale smucę smutkiem. To chyba jasne, prawda ? Dla niego tak. Ale czy dla niej ? Czy wiedziała, że tak właśnie rozumował ? W tej, a nie innej chwili. Przy niej, a nie innej dziewczynie. – W takim razie czy to jest miłość ? – zapytał niepewnie. Luke nie wiedział. Lauren też. To może to odpowiednia chwila, żeby odpowiedzieć „tak” ? I nic nie mógł poradzić na to, gdy zwinęła się w kuleczkę. Przypominała mu kota. Małego, bezbronnego kota, który potrzebował mleka. I on się nim właśnie stał.
W miłości trzeba umieć się transmutować. Gdy jedna osoba jest głodna trzeba zostać chlebem. To trudna sztuka, ale zarazem bardzo piękna. Jak miłość.
On również często słyszał w swojej głowie głos Abraxasa. Dziadek doradzał mu co ma zrobić. Podpowiadał jaką dać odpowiedź. To było bardzo pomocne, zwłaszcza dla Luke’a, który jak każdy człowiek czasami zapominał jak się mówi.
Nie, to nie było tsunami ani inny kataklizm. Po prostu wylosowała czarną karteczkę z napisem „śmierć”. I to jej największe obawy sprawiły, iż nie była to śmierć sowy czy też innego zwierzątka, ale rodziców. Tak pokierował Los. On tak chciał. A wiecie jak Los ma na drugie imię ? Nieszczęście.
- Żyjesz nadal, rozumiesz ? Żyjesz! Jesteś tu i teraz. Przy mnie… - szepnął. Postanowił dalej słuchać. Nie przerywać. Pozwolić, aby wyrzuciła z siebie żal.
Marlene ? Jaka zaś Marlene ? Cóż. Kiedyś ją pozna. – Kathleen się nie przejmuj. Jest silna, choć na taką nie wygląda – powiedział. Już nic nie dodawał na temat tego, że powoli zamienia się w egoistkę i dba o swoje interesy. Nie czas, aby ranić, lecz pocieszać.
Poczuł ją. Choć zamknął oczy wiedział, że szuka w jego ramionach schronienia przed cierpieniem. Teraz za późno. Mógł być jedynie tarczą. I to właśnie postanowił – chronić ją. Pogładził ją po włosach. Nie wiedział co powiedzieć. Milczał. Ale kiedyś trzeba się odezwać.
Czasem jednak lepiej milczeć niż powiedzieć za dużo. Cisza wcale nie jest taka zła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Student Ravenclaw
Rok Nauki : I
Wiek : 23
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 277
Dodatkowo : Teleportacja
  Liczba postów : 381




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Sob Mar 26 2011, 18:43

I tak, można powiedzieć, że czuła się w jakiś sposób szczęśliwa. Mimo, że ciężar spowodowany utratą bliskich zgniatał jej wnętrzności, mimo, że była w rozsypce, cieszyła się, bo miała kogoś przy sobie. Tego właśnie chciała, tego potrzebowała od tak dawna. On dodawał jej sił, dzięki niemu chciało jej się wstać rano z łóżka, ale tylko pod tym względem, że w jej głowie wraz z porankiem narodzi się myśl, iż go ujrzy, uśmiechniętego, czekającego na nią. To naprawdę wspaniała odmiana, bo ostatnimi czasy tylko uciekał przed nią wzrokiem, prawda?
- Teraz tak... - westchnęła, naciągając rękawy, bo robiło jej się zimno w zmarznięte dłonie, a oczy piekły ją niemiłosiernie. Do tego przez natłok myśli zaczynała boleć ją głowa... Czyżby miała spędzić kolejny tydzień chora, sama w dormitorium? Znowu miała być samotna? Nie może się rozchorować, nie w takiej chwili, kiedy zaczynało się układać... no właśnie. Czyżby przez ten wypadek wszystko co związane z Luksem miało wrócić na swoje miejsce? Dlaczego musiało dojść do czegoś tak okropnego, pożerającego człowieka od środka, aby mogli ze sobą normalnie porozmawiać?
Chyba jeszcze nigdy nie rozmawiała z nim tak szczerze. I... prawda była czymś, dla czego warto było tu zostać, choć trzeba przyznać, że czuła się coraz gorzej, i to nie tyle pod względem psychicznym, co fizycznym.
- Tak, chyba ci wierzę. - wymamrotała, nie zdając sobie sprawy, że blondyn może jej odpowiedź przyjąć w inny sposób niż ona by chciała i zastanawiać się później nad jej chyba. Do jej głowy skradła się nieprawdopodobna myśl, że może Anaid wróciła z jakiejś dalekiej, egzotycznej podróży, a on chciał się z nią zaraz spotkać, jednak to był taki krótki przebłysk, nie trwający dłużej niż sekundę. Zresztą... czy on już kiedyś jej nie mówił, że Anaid to przeszłość? Po co do niej wracać? Gdyby sytuacja była inna, to może by się i tym przejęła, a raczej, poświęciłaby temu przebłyskowi trochę więcej uwagi, lecz teraz nic nie zakłócało jej toku myślenia, który najwyraźniej dał jej odpocząć. Dlaczego? Bo nie kłębiły się tam w tej chwili myśli o wypadku i bólu. To był chyba ten czas, który powinna przeznaczyć na sen, bo później, jak myśli wrócą, zasnąć nie będzie mogła.
Ale nie chciało jej się wstawać.
Nie chciało jej się od Niego odchodzić.
Myśl, że nie będzie sama na pewno by ją pocieszyła. Już teraz czuła, że ma na kim polegać, oprzeć się w razie czego. Dał jej dowód na to, że mu na niej zależy. Przyszedł. A wcale nie musiał, od tego powinnam zacząć. Więc dlaczego, do cholery jasnej, ta Krukonka jest momentami taka ślepa i traci swą inteligencję, którą przecież posiada? Nadszedł czas, aby ktoś ją trzepnął w łeb, czas, aby się obudziła. I tak, dostała ode mnie. Zaczyna zauważać rzeczy, których wcześniej nie widziała. I wyjdzie jej to na dobre, prawda?
- ...Ale to zależy tylko i wyłącznie od nas. - dodała sennie, walcząc z opadającymi powiekami, które zaczynały ciążyć jej coraz bardziej. Nie chciała odchodzić do Krainy Snów. Jeszcze nie teraz. Miała zamiar nacieszyć się widokiem jego stalowych tęczówek, złotymi puklami, okalającymi jego idealną twarz. Chciała jeszcze powdychać "swoje" powietrze, tak o, na zapas, gdyby nie daj Boże miało go jeszcze zabraknąć. Teraz trzeba myśleć w wyprzedzeniem. Czas z serii żyję teraźniejszością miał się zakończyć. Nadszedł ten moment w życiu, kiedy na nasze barki przechodzą różne ciężary, które musimy dźwigać z uniesioną głową. Czas wydorośleć.
Tutaj powinniśmy zadać jej właśnie owo pytanie. Czy wiedziała, że jest dla niego tak ważna? Czy wiedziała, jak on się przy niej czuł? Co by nam odpowiedziała? Że z każdym momentem zaczyna w to wierzyć, z każdą chwilą spędzoną razem utwierdza się w przekonaniu, że będą ze sobą do samego końca. W takim razie czy to jest miłość ?
- Z mojej strony? Możesz liczyć na twierdzącą odpowiedź. - Dlaczego nie powiedziała po prostu "tak" ? Niby to jedno słowo rozwiałoby wszelakie możliwe wątpliwości, ale czuła, że tego nie da się wyrazić czymś takim. Bo niby jednym, zwykłym słowem, które można użyć też do tak, właśnie te jajka. Tak, dziesięć, miałaby potwierdzić to, co czuje? On MUSIAŁ o tym wiedzieć. Chociażby przez to, że dała mu się zdjąć z balustrady. Że pozwoliła mu siebie chronić. I siedziała tutaj, nie robiąc mu wyrzutów związanych z tym wszystkim, co wcześniej jej zrobił. Albo sami sobie zrobili. Bo jak razem, to od zawsze. Teraz mieli razem popełniać błędy. I razem się z nich nawzajem ratować.
Pominęła kwestię swojej egzystencji. Była tylko człowiekiem, których naokoło jest miliard. Nic mogła być kimś znaczącym w całym społeczeństwie. Każdy człowiek znaczył coś dla innego człowieka, i tak to było. Nigdy dla całości świata. Każdy miał przyjaciół, wrogów, swoje historie. A to, że akurat teraz spadło na nią takie nieszczęście też w żaden sposób jej nie wyróżniało. Inni tracili całe rodziny w różnych katastrofach. Problem w tym, że Krukonka przechodzi przez to pierwszy raz. Kath? A, tak. Trzeba jej podziękować. Za wszystko. I pomóc, chociaż jest silna. Pomoc zawsze się przydaje. Czuła, że zaraz odpłynie. Była za bardzo zmęczona. Ale nie miała też sił, aby się doczołgać do dormitorium. No nic, zaraz wstanie i pójdzie... Nie, jeszcze chwila.
Tak jest dobrze.


Nie obiecywałam wiecznie żywych róż,
Chciałam pokazać
Na co zamknięte są Twe oczy,
Udowodnić, że Słońce wzejdzie
Podczas najmroczniejszej nocy.
Nie obiecywałam przesłodzonych chwil.
Braku cierpienia, rozstań, powrotów
Wiedziałam, że będziemy
Rodzić się i umierać.
Jeśli ogromna fala zaleje nas wszystkich
Mam nadzieję, że będzie tam ktoś,
Kto przyprowadzi mnie z powrotem do Ciebie

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : I
Wiek : 23
Skąd : Devon
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 292
Dodatkowo : Legilimencja i oklumencja, teleportacja
  Liczba postów : 674
http://czarodzieje.my-rpg.com/t1383-luke-gringott
http://czarodzieje.my-rpg.com/t1418-luke-gringott
http://czarodzieje.my-rpg.com/t1419-luke-gringott




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Sob Kwi 02 2011, 20:29

„Nigdy nie obiecywałem ci blasku słońca.
Ty nigdy nie wręczyłaś mi księżyca.
Wyciągamy nitki z naszych srebrnych wyblakłych podszewek.
Już wyrośliśmy z naszych kokonów.”


A czy on był szczęśliwy ? Jeśli chodzi o całe życie to nie. Był człowiekiem nieszczęśliwym. A w obecnym momencie ? Można powiedzieć, że czuł jakieś pozytywne emocje, jednak one znikały wśród tych negatywnych. Przegrały, bo było ich mniej. I nie wiedział czy kiedykolwiek będzie mógł się nazwać szczęśliwym. Nie po tym co przeżył. Ale nie róbmy z niego ofiary życiowej. Tak sobie wylosował. I tak właśnie chciał Los.
Słysząc jej dwuznaczne słowa skrzywił się. Więc było jeszcze gorzej niż myślał. Zabolało go to. Może nie aż tak, żeby się zadręczać, bo ludzie jego pokroju nie mają wyrzutów sumienia. Przymknął oczy, zastanawiając się co też może na to odpowiedzieć. Milczenie byłoby tu najodpowiedniejsze, jednak miał dość ciszy i niedopowiedzianych słów. Z drugiej strony nie potrafił przeprosić. A powinien. Jednak nie wymagajmy tego od niego. I tak już wystarczająco długo był sobą. Od kilkunastu minut nie miał na sobie maski, co nieco go drażniło.
- Nie sądzisz, że lepiej by było, jeśli byśmy się nigdy nie poznali ? Jeśli bym został w Durmstrangu i nie wywracał ci życia do góry nogami ? – spytał tak nagle, że wprawił tym Lauren w osłupienie. Ukradkowo na nią zerknął i zobaczył, że Krukonka jest w szoku, który powoli ustępuje miejsca oburzeniu. A więc jednak nie, pomyślał ponuro.
Może dlatego, że ludzie łączą się w nieszczęściu ? Luke wiedział, że dziewczyna go potrzebowała. Że był jedyną osobą, która mogła ją powstrzymać. Nie mógł odmówić i tak po prostu odejść. Kiedyś tak właśnie by zrobił. Takie zachowanie było w jego stylu kilka tygodni wcześniej. Teraz zaznał na nowo uczucia, które niegdyś go zraniło i sprawiło, że stał się jeszcze gorszy.
- Chyba… - powtórzył głucho, zastanawiając się nad sensem jej słów. Miała rację, to chyba przyjął w zupełnie inny sposób niż powinien. Słowo to wypalało w jego psychice dziurę. I nic nie mógł na to poradzić. Nie wierzy, że ją.. kocham. Nie pojęła aluzji. Nie domyśliła się dlaczego tutaj jestem.
Gdyby w tym momencie użyłby legilimencji spotkałoby go spore rozczarowanie. Lauren zapomniała, że to właśnie przez Anaid zmieniło się jego życie. Że ona jest tylko wspomnieniem ciągle żyjącym wewnątrz. Ale niczym poważniejszym. Owszem, pokazała mu zawiły labirynt miłości, ale i zostawiła go samego w środku. Zagubił się w nim. Jednak znalazł wyjście. Podążał za strzałkami w stronę wyjścia ewakuacyjnego, stworzonego dla tych, których wszystko przerosło.
- A jeśli nie wiem czy mi zależy ? – zapytał cicho. Nie oczekiwał odpowiedzi na to pytanie. Ba, nawet nie chciał jej usłyszeć! Bał się, że odpowie mu coś w tylu „to się dowiedz” albo „w takim razie jesteś jeszcze gorszy niż myślałam”. Zauważył, że Krukonka jest śpiąca. Nie chciał jej dłużej męczyć swoją obecnością i rozmową, która zaskoczyła ich obu szczerością. Ale i nie chciał jej zostawiać. Przecież mogła zrobić to, co zaplanowała wcześniej, a co jej przerwał. Nie potrafił się pogodzić z myślą, że jest jej toksycznym powietrzem. Sprawiał, że mogła żyć, a jednocześnie ją ranił.
Uśmiechnął się delikatnie, gdy usłyszał „tak”. Nie było to wprawdzie to najważniejsze, wymawiane podczas ślubu. Dla niego było ono jeszcze ważniejsze. Utwierdziło go w przekonaniu, że się nie pomylił, chociaż miał wiele wątpliwości, których nikt nie potrafił rozwiać.
On jednak nadal bał się powiedzieć na głos. Obawiał się, że dzięki tym słów osiągną pełnię szczęścia. Bo przecież potem nie mogłoby być już lepiej, a tylko gorzej. Więc wolał zaczekać. Stwierdził, że nadejdzie lepszy moment na tak poważne wyznania. Jeszcze by pomyślała, że to robi po to, aby ją powstrzymać przed najgorszym.
Obserwował, jak walczy ze zmęczeniem. Nie mógł patrzeć, jak co chwila zamyka i otwiera ociężałe powieki. Wziął ją za rękę i pociągnął za sobą. Gdy już się z nim zrównała, szepnął: - Teraz idziesz do dormitorium, aby się wyspać. Jak się obudzisz nie myśl o tym co się wydarzyło.
Dojście do wieży zajęło im trochę czasu, ponieważ Lauren była w słabej formie fizycznej i co chwila się potykała o własne nogi. Luke zbywał natarczywe spojrzenia innych, które wyrażały zdziwienie. Plotka o wyjeździe Gringotta musiała się roznieść bardzo szybko, skoro patrzyli na niego pytająco.
W końcu stanęli przed drzwiami z kołatką. – Napisz, jak tylko będziesz potrzebowała pomocy.
I już go nie było.

„Ostatni pociąg odjeżdża.
Nie mam nic więcej do powiedzenia.
Nie chciałem cię zranić.
Myślę, że spotkam cię w pobliżu.”

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : II
Wiek : 25
Skąd : Amsterdam
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 41
  Liczba postów : 360
http://czarodzieje.my-rpg.com/t2141-bellatrix-lennox
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6597-bellatrix-wraca-do-czarowania-po-12984687346-raz




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Czw Kwi 21 2011, 14:30

Bellatrix leżała na poręczy balkonu grzejąc się w wiosennym słońcu i paląc papierosa. Tysiące razy próbowała oduczyć się tego obrzydliwego nawyku ale nigdy jak widać jej nie wyszło. Nie żeby była jakimś papieroso-maniakiem o nie! czasem zdarzało jej się popalać z czego nie była w jakiś szczególny sposób dumna. Ale mniejsza o o jej rozterki uczuciowe! Wreszcie przyszła wiosna,jedna z najbardziej lubianych przez studentkę pór roku. Z wielką uciechą chowała wszystkie zimowe rzeczy do na dno szafy,zastępując je tymi wiosenno-letnimi.
gdy papieros dziewczyny zamienił się w bezużytecznego peta,zrzuciła go na dziedziniec i zapaliła kolejnego zaciągając się dymem...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : V
Wiek : 23
Skąd : Francja
Galeony : -9
  Liczba postów : 292




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Czw Kwi 21 2011, 15:22

Szła przez dziedziniec, nieco przybita. Zza murku, przy którym właśnie przechodziła, dostrzegła dym papierosowy. Zaciekawiona podeszła bliżej, żeby zobaczyć dziewczynę, leżącą na poręczy, spokojnie dopalającą peta. Czy już ją znała? nie pamiętała dobrze, nie widziałą dokładnie jej twarzy. Chciała odejść, ale ciekawość okazała się zbyt silna. Podeszła i zagadnęła przyjaźnie:
-Cześć. Mam na imię An, a ty?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Uczeń Gryffindor
Rok Nauki : VI
Wiek : 21
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 180
Dodatkowo : Metamorfomagia
  Liczba postów : 402




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Sob Kwi 23 2011, 22:08

Szukała jej całe popołudnie, ale jak zwykle Aniele gdzieś się ulotniła. Wiedziała, że ma ochotę być sama, ale Ev potrzebowała kogoś do... nawet nie pogadania, tylko posiedzenia w ciszy. Nie wiedziała, co ją przyciągnęło do tej Puchonki, ale w jakichś dziwny sposób lubiła ją. Omiotła spojrzeniem dziedziniec i już miała wracać, ale nagle poczuła gryzący zapach dymu. Zerknęła w tamtą stronę i zobaczyła An siedzącą z jakąś studentką. Pobiegła w ich kierunku i już po chwili zaczęła się wyżalać:
-Szukałam cię całe popołudnie!!! Gdzie ty byłaś? Co się stało? I czemu tak tu śmierdzi dymem?!


Ostatnio zmieniony przez Eveline Aquila dnia Nie Kwi 24 2011, 18:38, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : V
Wiek : 23
Skąd : Francja
Galeony : -9
  Liczba postów : 292




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Nie Kwi 24 2011, 17:25

Spojrzała na znajomą, jakby właśnie spadła z kosmosu. Cóż, co prawda ona równierz wyciągnęła swoją paczkę i całkiem prawdopodobne, że utworzyła już całkiem sporą chmurkę, ale przecież papierosy nie śmierdzą. To swoisty, nawet całkiem miły zapach.
-Ev, nie przesadzaj-odezwała się, nieco urażona.-Co ty, nigdy papierosów nie widziałaś?
Jej nastawienie działało jej na nerwy.Co prawda łamała właśnie jedną czy dwie podstawowe reguły regulaminu, jednak nie pierwszy to i nie ostatni raz. Wolałą nawet nie myśleć, co by było, gdyby dyrektor znał każdy szczegół jej życia pozaszkolnego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Uczeń Gryffindor
Rok Nauki : VI
Wiek : 21
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 180
Dodatkowo : Metamorfomagia
  Liczba postów : 402




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Nie Kwi 24 2011, 19:03

Ev nie rozumiała, czemu An się na nią wścieka. Raczej powinno być na odwrót, ale ona zawsze była inna. W końcu uznała, że po prostu An miała zły dzień. Każdemu się zdarza. I to całe wpadanie w środku palenia... Powinna po prostu odejść bez słowa i zapomnieć, co widziała. Ale Ev nie byłaby sobą, gdyby nie chciała po raz kolejny złamać któregoś z punktów regulaminu.
- Sorry, ale ja już taka jestem. Kocham łamać zasady. Daj jednego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : II
Wiek : 25
Skąd : Amsterdam
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 41
  Liczba postów : 360
http://czarodzieje.my-rpg.com/t2141-bellatrix-lennox
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6597-bellatrix-wraca-do-czarowania-po-12984687346-raz




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Nie Kwi 24 2011, 19:30

Cała ta sytuacja zdecydowanie Bellatrix zaskoczyła…Ona sobie kulturalnie leży i pali papierosa. A tu dwie dziewczynki się pojawiają…znikąd. Jedną nawet kojarzyła z twarzy a ponieważ gdyż nigdy nie miała pamięci kompletnie nie mogła skojarzyć jej imienia, a jej powitania nawet nie usłyszała pogrążona w osobistych rozmyślaniach.Dopiero krzyk gryfonki ja wybudził tka ze niemal spadła z murku.
-To może ja już sobie pójdę. Nie przeszkadzajcie sobie-wsadził do ust trzy gumy jabłkowe i ruszyła żwawym krokiem...gdzieś tam.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Uczeń Gryffindor
Rok Nauki : VI
Wiek : 21
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 180
Dodatkowo : Metamorfomagia
  Liczba postów : 402




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Nie Kwi 24 2011, 19:52

-Chyba trochę przesadziłam...
Ev patrzyła na odchodzącą od nich dziewczynę. Zrobiło jej się trochę wstyd, że zrobiła taką siarę przed starszymi... Ale nic nie mogła na to poradzić - już taka była. Nieobliczalna i żywiołowa. Dziwna. Inna. Nic dziwnego, że nie miała zbyt dużo kolegów w Hogwarcie. Nie wszystkim podobał się styl życia Ev. Spojrzała jeszcze raz na studentkę i przeniosła wzrok na An.
- Przepraszam. Nie powinnam w ogóle wtrącać się do twoich spraw.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : V
Wiek : 23
Skąd : Francja
Galeony : -9
  Liczba postów : 292




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Nie Kwi 24 2011, 21:51

Aniele była wręcz rozbawiona całą sytuacją. Udała jednak oburzoną.
-No wiesz co! Dziewczyno, ludzi straszysz swoim zachowaniem! Doprawdy, źle to świadczy o twej personie.-tu roześmiała się cicho-no, nieważne. Idziemy postraszyć troszkę ludzi w Miodowym Królestwie?-mrugnęła do niej, zgaszając papierosa o murek balkonu, na którym przed chwileczką leżała dziewczyna-A do moich spraw możesz się wtrącać, dopóki nie dotyczą one jakiegoś ciacha umawiającego się ze mną na randkę...-tu dała jej lekką sójkę w bok.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Uczeń Gryffindor
Rok Nauki : VI
Wiek : 21
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 180
Dodatkowo : Metamorfomagia
  Liczba postów : 402




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Nie Kwi 24 2011, 23:00

- Nie wiem jak ty, ale ja tam wolę cukrowe pióra niż ciacha. A co do mojego zachowania, to według NIEKTÓRYCH - wskazała głową w stronę studentki - jestem jeszcze dzieckiem. Mam prawo straszyć ludzi! - stwierdziła filozoficznym tonem. I za to lubiła An. Nie była taka jak te wszystkie dziewczyny z podstawówki. Nie obrażała się za byle co. Przynajmniej z nią dało się normalnie pogadać.
- Dobra, ale tym razem nie napatoczmy się na jakiegoś studenta, bo nie ręczę za zachowanie! - oznajmiła, dając jej kuksańca w lewe ramię.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 29
Skąd : Ynys Môn/ Anglesey Walia UK
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 2963
Dodatkowo : Hipnoza, zaklęcia bezróżdżkowe
  Liczba postów : 1179
http://czarodzieje.my-rpg.com/t1905-aleksander-brendan
http://czarodzieje.my-rpg.com/t1910-znajomoci-aleksandra
http://czarodzieje.my-rpg.com/t1903-aleksander-brendan
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7261-aleksander-brendan#205316




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Sro Maj 04 2011, 22:41

Cóż za cudny poranek, usiadł sobie w chłodny dzień, obserwując wschód słońca.
Siedział jeszcze w wyjściowej mascei dobrze skrojonym fraku, teraz już poluzował trochę muszkę. Miał przy sobie laskę tym razem piękną hebanową z głowicą w kształcie kruka z rozłożonymi szeroko skrzydłami. Czuć było wokół niego aurę człeka szczęśliwego i zmęczonego, oraz nutkę irytacji, która zawsze pozostawała w nim po uroczystych i nadętych imprezach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 23
Galeony : 46
  Liczba postów : 508




Gracz






PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   Nie Maj 08 2011, 12:49

Po kilku dniach od zabawy w ogrodnika jak to określił Aleksander, postanowiłem go odszukać i osobiści podziękować za broń. Oczywiście podziękowałem za laskę, ale okazało się że dar także jest bronią, a więc byłem zobligowany to słów podzięki wypowiedzianych osobiście. Kiedy dotarłem do skrzydła studenckiego, zacząłem rozpytywać o Niego. Jak się okazało większość studentów kojarzy Jego osobę, ale to raczej mnie nie dziwło. Jedna osoba pokierowała mnie na balkon, podobno widziała Aleksandra który zmierzał właśnie w tamtym kierunku. Udałem się tam czym prędzej, z laską w dłoni, przez pierwszy dzień naprawdę mi się przydała, a nawet przez dwa następne.
- Witaj wyglądasz na zadowolonego. - to było oczywiste, specjalnie pominąłem resztę tego co można było wyczuć od studenta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content












PisanieTemat: Re: Balkon nad dziedzińcem   

Powrót do góry Go down
 

Balkon nad dziedzińcem

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 17Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5 ... 10 ... 17  Next

 Similar topics

-
» Balkon księżycowy

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
hogwart
 :: 
Skrzydlo zachodnie
 :: 
trzecie piętro
-