IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Na górze róże...

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 22
Skąd : Londyn, Anglia.
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 339
  Liczba postów : 405
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10490-nathaniel-woods
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10492-woods-nie-gryzie
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10493-sowa-natha
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10494-nathaniel-woods#288855




Gracz






PisanieTemat: Na górze róże...   Nie Maj 29 2016, 00:31


Retrospekcje

Osoby: Nathaniel Woods & Marceline Collins
Miejsce rozgrywki: Balkon nad dziedzińcem
Rok rozgrywki: 2015
Okoliczności: Nie widząc kogoś dwa miesiące, masz naprawdę sporo do narobienia. Szkoda tylko, że nie zawsze wychodzi to na dobre i banalnie jest doprowadzić do bezsensownej kłótni.


Wakacje. Piekło.
Nate zawsze czuł się w zamku, jak w domu. Zresztą, kto się nie czuł? Dziesiątki miejsc, w których można było się zaszyć. Komnaty, o których nawet się nie śniło. Skrzaty domowe, które serwowały najlepsze posiłki na świecie i ludzie tak mu bliscy, że nawet nie chciał opuszczać ich choćby na tydzień. A co dopiero na całe wakacje. Nie oszukujmy się, zawsze niechętnie wracał do domu i z każdym rokiem zbliżał się do opuszczenia Hogwartu, a to raczej do jego marzeń nie należało. Nigdy nie był pilnym uczniem i zazwyczaj zasypiał nad każdą pracą, nie licząc już spóźnień na lekcje, o ile raczył się na nich pojawić. Chodziło o sam klimat tego zamku. Miejsca, które naprawdę było dla niego domem. Ale tym razem wakacje wydawały się jeszcze nudniejsze. A czego najbardziej mu brakowało? Poezji o omletach i samych omletów. Właściwie nie miał też z kim wychodzić na jednego papierosa i wypalać przy okazji pół paczki. A nazywanie skrzatem innych osób, niż karzełka z gryffindoru, też nie sprawiało mu frajdy. Wszystko jednak pogarszało ego Woodsa. Nawet nie przeszło mu przez myśl, że mógłby napisać do niej list, jak cywilizowany człowiek. Przecież dziewczyna mogła być zajęta swoimi sprawami, prawda? Więc na dobrą sprawę przez całe wakacje rozmawiali może kilka razy. Dlatego nie możemy się dziwić, że kiedy już zaczął się nowy rok szkolny, Nate skakał podekscytowany niczym dziecko. W końcu mógł napastować Marcelę i wyciągać ją na papierosa o dziwnych porach dnia i nocy, czy to nie cud? Wystarczyło zaledwie kilka godzin, a Woods wysłał jej już jakieś trzy listy. On naprawdę był leniwy i nie mógł przejść do dormitorium gryffonów, żeby ją znaleźć i wyciągnąć na świeże powietrze. Wolał napastować ją swoją sową, duh. Oczywiście miejscem, w którym miał się z nią spotkać był balkon nad dziedzińcem. W ciepłe dni był idealny aby ukryć się przed promieniami słońca, więc naprawdę nadawał się w tym momencie.
Chłopak zarzucił sobie na ramię torbę, do której pewnie włożył opakowanie papierosów i czekoladowe żaby, bo to typowy Woods, a następnie ruszył w stronę umówionego miejsca. Jak zwykle szczerzył się, jak głupi, bo pewnie zarzucił do Marceli jakimś wypasionym listem o fajkach, omletach i kwiatkach. Co spowodowało również, że automatycznie miał ochotę na jedzenie, ale to może później! Jak na razie maszerował, wesoło nucąc coś pod nosem. Właściwie zawsze robił to mimowolnie. Myślał o Marceline, więc od razu się rozpromieniał. Widział naleśniki, które zaczynały kojarzyć mu się z Marceline, więc od razu się rozpromieniał. Widział sztalugę, więc myślał o Marceline, a co wtedy? Tak, rozpromieniał się. Cały schemat powtarzał się o wiele częściej niż Nejt mógł przypuszczać, ale o dziwo mu to nie przeszkadzało. Na dobrą sprawę przez całą drogę też rozmyślał o gryffonce. W końcu nie widzieli się dwa miesiące, więc mogli mieć wiele do nadrobienia, prawda? Oczywiście zjawił się na balkonie o wiele wcześniej, bo zawsze kiedy się czymś ekscytował jednocześnie stawał się bardziej nadpobudliwy, więc praktycznie biegł na umówione spotkanie. Przysiadł sobie na ziemi, opierając głowę o ścianę i nadal z tym głupim uśmiechem, czekał na swojego karzełka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : III
Wiek : 21
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 189
  Liczba postów : 161
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10503-marceline-collins
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10505-marcelina-sie-socjalizuje
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10506-sowa-marceliny
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10507-marceline-collins-kuferek#288954




Gracz






PisanieTemat: Re: Na górze róże...   Nie Maj 29 2016, 10:54

Marceline pędziła schodami, by zdążyć dotrzeć na piętro, na którym znajdował się balkon, zanim te przesuną się dwa poziomy niżej i wydłużą drogę co najmniej dwukrotnie.
Z drugiej strony, nawet gdyby musiała nadrabiać spory kawałek, po dwóch miesiącach przerwy nie miałaby chyba tego nikomu za złe. Choć jej wakacje spędzone głównie u dziadków były tak wspaniałe i rodzinne jak zawsze, Hogwart również stał się dla niej domem. To czyniło rozłąkę z dziadkami mniej uciążliwą, zresztą i tak wymieniali listy całkiem regularnie.
Poza tym, Nathaniel.
Nie to, że coś, ale kiedy dostała całą serię listów traktujących o naleśnikach, omletach, papierosach i kwiatach ogrodowych, od razu poczuła dziwne ukłucie w żołądku. Delikatnie koślawe pismo - być może spowodowane pośpiechem - rozczuliło ją z bliżej nieokreślonej przyczyny i od razu gdy je odebrała, zaczęła pakować najważniejsze rzeczy do torby, która aktualnie obijała jej się o udo.
Jagodowe szlugi, szkicownik, mugolska zapalniczka (uśmiechnęła się, przypominając sobie, jak Nathaniel na nią zareagował), parę ołówków. Przed wyjściem popryskała się jeszcze perfumami; w myślach usprawiedliwiła to tym, że przecież nie musi jej zależeć na nikim, żeby móc pachnieć orchideą i cyklamenem, prawda? Zignorowała zatem podejrzliwe spojrzenia koleżanek z dormitorium, kiedy te przyglądały się z zaciekawieniem jej czarnej, przewiewnej sukience, wysokich butach i kapeluszowi. Przecież tak ubierała się zawsze, nie? Może tylko uśmiech, który nie znikał z jej twarzy, wywołał w nich jakieś dziwne przeczucia.
Wreszcie znalazła się na balkonie i rozejrzała się wokół, dostrzegając Natha siedzącego na podłodze z głową opartą o ścianę. Chłopak przymknął na chwilę oczy, a Marcela żałowała, że jej wysokie obcasy robiły taki hałas - miała bowiem ochotę popatrzeć na niego jeszcze przez chwilę, kiedy jeszcze nie miał pojęcia o jej obecności. Było jednak za późno.
- Hej, Nathie! - zawołała, poprawiając kapelusz przekrzywiony w biegu, po czym odchrząknęła, siląc się na nieco większą powściągliwość. - Długo czekałeś? Ledwo udało mi się zdążyć przed tym, jak schody się przeniosły.
Kucnęła przed nim, by móc mieć twarz na tej samej wysokości (ha, chociaż raz mogła czuć się wyższa!) i położywszy na kolanach dłonie z pomalowanymi na bordowo paznokciami, uśmiechnęła się do niego szeroko. Właściwie miała ochotę rzucić mu się na szyję, ale czuła, że to nie do końca właściwe; w końcu przez całe wakacje rozmawiali może kilka razy, a skąd miała wiedzieć, czy nie chce po prostu utrzymać tego na jakimś... mocno koleżeńskim poziomie? Może i kilka listów pod rząd w ciągu paru godzin sugerowało coś innego, wolała jednak być ostrożna.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 22
Skąd : Londyn, Anglia.
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 339
  Liczba postów : 405
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10490-nathaniel-woods
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10492-woods-nie-gryzie
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10493-sowa-natha
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10494-nathaniel-woods#288855




Gracz






PisanieTemat: Re: Na górze róże...   Nie Maj 29 2016, 19:09

Pierwszy raz od dłuższego czasu Nate czuł się naprawdę spokojnie. Nie zdarzało się to często, bo przecież mówimy tu o wiecznie podekscytowanym człowieku i wewnętrznym dziecku, które kiedy inni zostawali obdarowywani rozumem, dostało pokłady nieskończonej energii. Widok Woodsa, który siedział w jednym miejscu, nie kręcąc się na boki i nie użalając się nad swoim żywotem, był naprawdę niecodzienny. Ale właściwie jeśli chodziło o Marceline, to zawsze działał to w ten sam sposób. Umawiał się z nią na spotkanie i zachowywał się jak cywilizowany człowiek. A kiedy dziewczyna się zjawiała, automatycznie na jego twarzy pojawiał się uśmiech, miał ochotę już przytulić i gdyby mógł, to skakałby z podekscytowania. Sam pewnie nie był w stanie odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego reagował tak na każde spotkanie z Marcelą... po prostu tak się działo i wolał w to nie wnikać.
Dopiero kiedy usłyszał znajomy głos, leniwie otworzył oczy i podniósł wzrok na osobę, która już obok niego kucała. Posłał jej szeroki uśmiech, kiedy tylko dotarł do niego fakt, jak bardzo tęsknił za tym skrzatem. Oczywiście przez swoje ego nie byłby nawet w stanie tego przyznać, ale skoro i tak już nie raz otworzył się przed gryffonką, to chyba nic by jej nie zdziwiło.
- Nie przyjmuj się... wiem, że karzełki mają krótkie nóżki, a to wcale nie pomaga w hasaniu po schodach, nie? - typowo i to bardzo. Ale prawda była taka, że od dłuższego czasu Marcysia była dla niego w jakimś stopniu ważna, ba, traktował ją jak swojego człowieka! A zazwyczaj na taki tytuł zasługiwali tylko ślizgoni, albo jego bliższe koleżanki. Więc sam się dziwił, że mógłby przyznać, że Collins również nie była dla niego obojętna. Właśnie w taki sposób to przejawiało się u Woodsa. Dogryzał swoim bliskim, bo nie byłby sobą gdyby tego nie robił. Znaczy Marceli dogryzał cały czas. W czasach kiedy jej nie lubił, później kiedy się w końcu do niej przekonał, aż wreszcie uznawał ją za swoją przyjaciółkę i nic się nie zmieniło, nadal musiał jej cisnąć, że jest krasnoludkiem, nie? Ale nie był takim chamem cały czas, no nie przesadzajmy! Dlatego po wypowiedzeniu tych słów, chwycił nadgarstek Marceli i przyciągnął ją do siebie, by móc ją objąć i asekurować, żeby nie postanowiła się wywrócić. Bo wiadomo, że Nejt najpierw robił, a dopiero później myślał, więc fakt, że dziewczyna kucała, przez co szybko mogła znaleźć się na posadzce, dotarł do niego dość późno.
- Tęskniłem karzełku - jakoś tak mu się wymsknęło, dobra? - W sensie za naszym napadaniem kuchni w środku nocy i wypalaniem mnóstwa fajek, które kiedyś nas zabiją, też - bo przecież musiał się zacząć tłumaczyć. Nadal będąc do niej przyklejonym, przymknął oczy i zdał sobie sprawę z tego, że naprawdę mu jej brakowało. Jej uścisku, zapachu perfum, czy choćby tego uśmiechu, który aktualnie tylko się dla niego liczył - Dobra, dwa miesiące to całkiem sporo, więc pozwolę ci zacząć i mów co robiłaś przez ten cały czas. Ale spokojnie, możesz pominąć kwestię myślenia o mnie i pisania listów, których nie raczyłaś wysłać - oznajmił w końcu uwalniając dziewczynę ze swojego uścisku, a następnie puszczając jej oczko. Bo przecież był pewien, że napisała całkiem sporo listów, pewnie jeszcze takich osobistych, ale zwyczajnie bała się ich wysłać, duh.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : III
Wiek : 21
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 189
  Liczba postów : 161
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10503-marceline-collins
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10505-marcelina-sie-socjalizuje
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10506-sowa-marceliny
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10507-marceline-collins-kuferek#288954




Gracz






PisanieTemat: Re: Na górze róże...   Pon Maj 30 2016, 11:20

Marceline zmrużyła oczy, słysząc, jak Nath śmieje się z jej wzrostu. Właściwie nie było to nic nowego, dziewczyna była do tego całkowicie przyzwyczajona - zazwyczaj zbywała to zresztą jakąś ripostą. Mimo wszystko daleka była jednak od przejmowania się tym, bo wiedziała, że Nath wyraża w ten sposób sympatię. Albo nienawiść. Właściwie to wszystko wyrażał wobec niej przytykami w stylu "jesteś kurduplem", a ona udawała, że się obraża, by trzymać się tej dziwnej zabawy.
- No tak, w końcu te twoje długonogie dziewczyny docierają na spotkania z tobą z godzinę wcześniej, nie? - uśmiechnęła się, uznając, że skoro on może czepiać się swojego ulubionego tematu - czyli jej wzrostu - ona mogła dogryzać mu odnośnie chmary nachalnych dziewuch.
Wtedy też Nathaniel pociągnął ją za rękę, a ona wpadła prosto na niego; usiłowała złapać się czegoś, by nie upaść i pierwszym jej odruchem było objęcie chłopaka rękami za szyję. Nie do końca się udało - mimo że Marcela nie przyrżnęła głową o ścianę albo gorzej, marmurową podłogę, nogi w wysokich butach zachwiały się lekko. Skończyło się na tym, że upadła i ostatecznie siedziała na nogach Nathaniela.
Pomyślała, że powinna jak najszybciej zejść, z drugiej strony jednak wcale nie miała na to ochoty. Przez chwilę jeszcze to rozważała, wciąż obejmując Natha za szyję, jednak jego zapach skutecznie uniemożliwiał jej odklejenie się od niego. Odpuściła jednak, czując, jak chłopak też ją objął. Siedziała tak wtulona, czując, jak każdy ogromny problem odpływa gdzieś daleko i skupiała się na tym, żeby... no, tak właśnie trwać jeszcze przez jakiś czas. Porzuciła nawet na tę chwilę karcenie się w myślach za to, co właśnie odwala.
"Tęskniłem, karzełku".
Marcela poczuła dziwny ucisk w żołądku; wstrzymała na chwilę oddech, odwracając twarz w kierunku ucha chłopaka, myśląc, co mogłaby mu odpowiedzieć. Właściwie gdyby powiedziała, że ona też, nie odbiegałaby ani trochę od prawdy. Z jakiegoś powodu nie była jednak pewna, czy powinna. Może to kwestia wspomnianych długonogich dziewczyn, z którymi zapewne wolał spędzić wakacje? Hej, tak właściwie dlaczego miałoby ją to obchodzić?
Nath zaczął się tłumaczyć, a ona słuchała i uśmiechnęła się, wracając do wspomnianych przez niego chwil.
 - Też tęskniłam. - Akurat wtedy, kiedy postanowiła się nie uzewnętrzniać, te słowa jakoś dziwnie jej się wyrwały. Ścisnęła go jeszcze mocniej na kilka chwil, próbując wbrew sobie jakby zapamiętać jego perfumy, zapach włosów i uczucie, które towarzyszyło jej w tamtej chwili i w końcu niechętnie odsunęła się od niego, siadając obok. Od razu sięgnęła do torby, unikając tym samym jego wzroku i wyciągnęła papierosy z zapalniczką, wyciągając w jego stronę otwartą paczkę.
 - Może pufka? - spytała, po czym sama wyjęła sobie jednego z paczki i podpaliła. Dopiero wtedy postanowiła odnieść się do pytania, które chłopak jej zadał, kiedy wypuszczał ją z rąk. - Oczywiście, Nathie. Płakałam, rozpaczałam, połączyłam się również z twoim fanklubem w poszukiwaniu wsparcia - pociągnęła nosem i otarła palcem niewidzialną łzę. Dobra, brakowało jej go, okej? Może i nawet napisała list, co prawda bez wyznań, ale za to z propozycją spotkania, którego ostatecznie postanowiła nie wysyłać. Ale to nie znaczyło, że będzie się do tego przyznawać, nie? Szczególnie jemu. I tak miał ego wielkości kuli ziemskiej. - Wiesz, nic szczególnego się nie działo, w końcu co to za zabawa bez Nathaniela Woodsa, nieprawdaż? Ale jakoś dałam radę i przy okazji zgubienia się w mugolskiej części Londynu znalazłam coś dla ciebie.
Zaciągnęła się papierosem i uśmiechnęła się do Natha uroczo, wypuszczając dym nosem. Przeszło jej przez głowę, że musiała wyglądać jak smok, prychnęła więc i pozostały dym wyleciał jej z ust. Postanowiła nie dodawać nic więcej odnośnie niespodzianki - czekała na jego reakcję. Może byłaby podobna, jak w jego urodziny? W głębi duszy na to liczyła.
 - Opowiadaj lepiej, co u ciebie. Pewnie beznadziejnie się beze mnie melanżowało, co?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 22
Skąd : Londyn, Anglia.
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 339
  Liczba postów : 405
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10490-nathaniel-woods
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10492-woods-nie-gryzie
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10493-sowa-natha
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10494-nathaniel-woods#288855




Gracz






PisanieTemat: Re: Na górze róże...   Sro Cze 01 2016, 16:09

Oczywiście, że musiał się nieco ponabijać z jej wzrostu. Przecież dziewczyna była karzełkiem, a on mutantem, prawda? I w tej kwestii nic się nie zmieniło, przez te dwa miesiące. Ba, wręcz czuł wewnętrzną potrzebę nazwania jej skrzatem, krasnoludkiem, czy owym karzełkiem. Być może okazywanie sympatii w ten sposób było nieco dziwne, ale nie oszukujmy się, Nate nie należał do normalnych osób, więc naprawdę nie było się czym przejmować. Zresztą Marcela już całkiem dobrze go poznała, co sprawiało, że był pewien iż gryffonka rozumie jego zachowanie. Mimo tego całego dogryzania jej, przez które mogłoby się wydawać, że ich relacja jest nieco skomplikowana i dziwna, Woods naprawdę lubił tego karzełka. Pewnie gdyby miał w jakiś sposób określić ich relację, to zajęłoby mu to o wiele więcej czasu niż wszyscy mogli się spodziewać. Problemem nie było stwierdzenie, że ich relacja jest pozytywna, ale to, jak bardzo. W dodatku kiedy zwyczajnie nie zbliżał się do uczniów z czerwonego domu, halo, jeszcze by się czymś zaraził! Więc nie dość, że z Marcelą zachowywali się, jakby się znali minimum kilka lat, to jeszcze dziewczyna była wyjątkiem, serio.
- To chyba oczywiste? I czasami zdarza się, że pojawiają się przede mną - stwierdził i pokiwał głową, w celu utwierdzenia jej w swoim przekonaniu. Choć na dobrą sprawę, jego kobiece towarzystwo ostatnio się zmniejszyło. Czy to nie jest smutne? Ale przynajmniej jego relacja z panną Collins pozostawała bez zmian, a to już jakiś plus.
Zupełnie nie przemyślał skutków pociągnięcia ją za rękę. W końcu skąd miał wiedzieć, że Marcel się zachwieję, co spowoduje, że wyląduje na jego nogach, no skąd? Ale na dobrą sprawę mu to nie przeszkadzało... była jego przyjaciółką, tak? A przyjaciele zawsze byli ze sobą blisko. Co prawda nie zawsze bywało, że obydwoje nie chcieli wyswobadzać się z uścisku i cały świat przestawał się liczyć, na te kilka sekund, kiedy byli blisko i pewnie nawet zbyt blisko, tej jednej osoby? Cóż, do Woodsa to nie docierało, a nawet jeśli, to skutecznie tłumaczył sobie, że przecież nie widział dziewczyny przez dwa miesiące, więc taka reakcja jest zupełnie normalna.
Dość rzadko mówił, że tęsknił. Bo przecież to zły ślizgon, huh? Dlatego wolał nie stosować tego typu określeń, bo przecież oznaczało to, że miał jakieś uczucia. A to było dla niego co najmniej niedorzeczne. Ale dobra, jeśli już ich cała znajomość klasyfikowała się jako ta skomplikowana, to chyba żadne słowa nie były w stanie jej zdziwić. Więc nawet nie przejmował się wypowiedzianymi słowami, choć jego tłumaczenia mogły świadczyć o czym innym. Był wręcz pewien, że jednak to co wypowiedział najpierw dotrze do Marceline, a reszta będzie tylko dodatkiem. Bo choćby wmawiał sobie, że tak nie jest, naprawdę mu jej brakowało przez ten cały czas. Więc na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech, kiedy dziewczyna mu odpowiedziała. Właściwie dobrze, że to zrobiła, bo wiadomo jak było z Nejtem. Pewnie gdyby przemilczała, to przez kolejne dni zastanawiałby się, czy nadal są przyjaciółmi? I czy coś w ogóle dla niej znaczy? Albo, że nagle przestała go lubić! Bo nie dość, że Woods na co dzień był wyrośniętym pięciolatkiem, to jeszcze czasami zachowywał się jak nastolatka, która sądzi, że cały świat się zbuntował przeciwko niej, więc musi dramatyzować, norma.
- Mój fanklub? Powiedz mi tylko, że chodzicie w skąpych ubraniach i macie ołtarzyk z moimi zdjęciami - przez chwilę się nawet zamarzył! Bo przecież to byłoby przepiękne, prawda? Szybko jednak wyrwał się z zamyśleń i przejął papierosy od dziewczyny. Wsadził sobie jednego do ust i oddał paczkę dziewczynie - Zabawa beze mnie, to nie zabawa, to jasne - oznajmił i sięgnął po swoja torbę, następnie wyciągnął z niej... zapalniczkę, bo halo, to był chyba najlepszy prezent jaki kiedykolwiek dostał i nosił ją ze sobą wszędzie - Czekaj, zgubiłaś się wśród mugoli? - zapytał z przerażeniem, bo oni nadal wydawali mu się nieco straszni, ale dotarła do niego druga część zdania, więc uśmiechnął się jak na wyrośnięte dziecko przystało - Dla mnie? -zapytał i poruszył znacząco brwiami. Czekając na jej odpowiedź, zapalił papierosa i zaciągnął się dymem. Oparł głowę o ścianę i przez chwilę wpatrywał się w gryffonkę bez większego powodu.
- Oczywiście! W dodatku nie miałem z kim palić - powiedział z wielkim żalem w głosie, by móc się po tym uśmiechnąć - Pewnie napisałem o tym piękny list, ale wszystko się rozmazało przez potok moich łez - dodał jeszcze z naprawdę poważną miną i pokiwał z przekonaniem głową.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : III
Wiek : 21
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 189
  Liczba postów : 161
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10503-marceline-collins
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10505-marcelina-sie-socjalizuje
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10506-sowa-marceliny
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10507-marceline-collins-kuferek#288954




Gracz






PisanieTemat: Re: Na górze róże...   Sro Cze 01 2016, 16:40

- Och, to przecież mówi samo przez się. Która w końcu nie wypatrywałaby Naczelnego-Podrywacza-Hogwartu z utęsknieniem? - spytała, a choć jej ton brzmiał poważnie, wiadomo było, że po prostu się nabija. Poza tym, na to pytanie niby retoryczne cisnęła jej się jedna odpowiedź: "ja". No, w końcu to ona spóźniła się lekko na spotkanie, prawda?
Nabijanie się z tego, jakim Nath był alvaro nie było jednak pozbawione całkowicie drugiego dna. Oczywiście, byli przyjaciółmi i zupełnie nic ponadto, ale kiedy tak oboje z nich żartowali, czuła się nieco... pewniej. Tak jakby zdawanie sobie sprawy z tego, że one nic dla niego nie znaczą miało w jakiś sposób sprawić, że poczuje się lepiej. Może gdyby wiedziała, że coraz mniej pań kręci się w towarzystwie Natha, byłaby już zupełnie zadowolona - w każdym razie udawała przed sobą, że dogryza mu tylko dla czystego dogryzania i nic poza tym.
Dziewczyna zerknęła w stronę Natha jakby tęsknie, zaciągając się papierosem. Odsunęła się, ale tak naprawdę wcale nie chciała tego robić. Właściwie, to wolałaby jeszcze trochę posiedzieć wtulona w niego i zapomnieć o wszystkim - wiedziała jednak, że jeśli by to zrobiła, mogłoby to być odebrane... cóż, niezbyt dobrze. Tak przynajmniej myślała. A mimo że się przyjaźnili, nie miała zamiaru wystawiać się w ten sposób, żeby sobie czegoś nie pomyślał. W końcu nie miał czego sobie pomyśleć, nie? Przyjaźń i tyle. A ona się stęskniła. Koniec tematu.
Marcela odebrała słowo "tęskniłem" nieco jak przyzwolenie. Skoro zły, mroczny Ślizgon może mieć uczucia i nawet je okazać kurduplowatej Gryfonce, to dlaczego miałaby nie odpowiadać? Zwłaszcza, że było to szczere i na pewno należało do rzeczy, które mówiłaby częściej, gdyby nie starała się trzymać dystansu. Może gdyby miała w zwyczaju pisać rzewne listy, o które posądził ją Nath, napisałaby w nich coś podobnego.
- Oj, myślę, że nie chciałbyś widzieć tego fanklubu w niczym skąpym - odparła, szczerząc się szeroko. Swoją drogą, ciekawe, jak zareagowałby Nath, gdyby jego fanki nie były takie znowu piękne? Chociaż według Marceliny i tak nie były - większość z nich była albo sztuczna, albo z takim wrednym lub obrzydliwie tępym wyrazem twarzy. No, albo po prostu tylko taką część widywała w jego towarzystwie - i to bardzo dawno, zanim zaczęli się przyjaźnić. Marcela zaczęła się zastanawiać, jak w ogóle było wtedy, kiedy się nie przyjaźnili. Jak to niby wyglądało? Z kim paliła szlugi? Jak się tak w ogóle dało?
Postanowiła jednak to przemilczeć, żeby ego Nathaniela nie zaczęło przypadkiem mieć własnej grawitacji i atmosfery.
Marcela widząc zapalniczkę Nathaniela wyszczerzyła się szeroko. Wciąż miał prezent od niej! Tak!
Niektóre zakochane w nim dziewczyny pewnie marzyły, żeby z nim pogadać na osobności, tymczasem on wciąż trzymał prezent od takiej Marceliny - Gryfonki, która przy pierwszym ich spotkaniu sam na sam pokłóciła się z nim (tak jak zwykle zresztą).
- No a dla kogo, buraku? - spytała, uśmiech wciąż jednak nie schodził z jej twarzy. Kiedy Nath mówił dalej, ona w jednej ręce trzymała papierosa, drugą zaś szukała czegoś w torebce.
- Och, jaka szkoda! - odezwała się Marceline głosem pełnym teatralnego przejęcia, nie patrzyła jednak na niego, zajęta była bowiem przeszukiwaniem torby. Wyjęła z niej piórnik i szkicownik, kładąc je na podłodze i kontynuując poszukiwania w nieco opróżnionej już torbie. - Możesz mi zawsze wyrecytować jego treść, albo zaśpiewać! Na pewno pamiętasz, a w taki sposób łatwiej dotrze do niewieściego serca.
Wtedy dziewczyna wyjęła z torby nieduże pudełko, zawinięte w jasnoróżowy papier i owinięty fioletową, aksamitną wstążką. Następnie wyciągnęła je w stronę chłopaka.
- Proszę! - wyszczerzyła się, po czym zaciągnęła się dymem. - Wiem, poszalałam z opakowaniem, ale to nie jest istotne. Otwórz! - zarządziła, po czym zaciągnęła się po raz kolejny papierosem, wyczekując jego reakcji. Spodoba się? Na Merlina, oby.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 22
Skąd : Londyn, Anglia.
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 339
  Liczba postów : 405
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10490-nathaniel-woods
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10492-woods-nie-gryzie
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10493-sowa-natha
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10494-nathaniel-woods#288855




Gracz






PisanieTemat: Re: Na górze róże...   Czw Cze 09 2016, 22:06

Ich przyjaźń naprawdę klasyfikowała się do tej dziwnej. W końcu jakby na to nie patrzeć, Woods nie miał aż tak wielu przyjaciół. Otaczał się ludźmi od niepamiętnych czasów, ale nigdy się zbytnio nie przywiązywał. Wręcz uważał, że ktoś musi naprawdę się postarać, żeby móc się o nim więcej dowiedzieć, a co dopiero stać się dla niego bliską osobą. Ale z Marceline nie było takiego problemu. Z dwójki nielubiących się ludzi, dość szybko przeskoczyli na etap mocnej i pozytywnej znajomości. To była jedna z dwóch zadziwiających rzeczy. A druga? Fakt, że jego przyjaciółką była dziewczyną. W końcu wiadomo jak kończyły się jego przyjaźnie z kobietami, prawda? A co robił Nate kiedy lądował w łóżku, z którąś ze swoich przyjaciółek? Uciekał i to jak najdalej się dało. Ale to w jego przypadku była norma. Uczucia wchodziły w grę i tyle go widzieli. Jedynym wyjątkiem była Kath, ale ją zawsze postrzegał jako swoją siostrę, której należy bronić. Zresztą byli do siebie całkiem podobni i ich temperamenty mogły sprawić, że pozabijaliby się będąc ze sobą. Więc serio, cała ta relacja z Marcelą odstawa od normy i za to Nath powinien dostać medal, nie? Znaczy aktualnie traktował ją całkiem normalnie. Choć w podświadomości doskonale wiedział, że zaczynają się do siebie zbliżać, ale jakby obydwoje się tego obawiali.
W przypadku Woodsa całe te sprawy uczuciowe wcale nie były proste. To oczywiste, że bał się okazać innej strony, niż tego złego ślizgona, czy wyrośniętego pięciolatka, którego gryffonka miała okazję poznać. Ale nie mógł wmawiać sobie, że Marceline jest tylko jego przyjaciółką. Gdyby tak było, to czy przez całe wakacje myślałby o tym, jak będzie wyglądać ich kolejne spotkanie? Czy nosiłby przy sobie cały czas zapalniczkę, którą od niej dostał? Czy milion razy wahałby się, czy napisać list? Oczywiście był w stanie wymyślić do wszystkiego wymówkę, żeby przypadkiem nie wyszło, że ma jakieś uczucia, prawda?
- Teraz będą mi się śniły koszmary, a miałem nadzieje na coś innego - powiedział z wielkim żalem w głosie, kiedy na nią spojrzał. Od zawsze myślał, że wszelkie panie, które za nim latają musza być piękne i cudowne. Znaczy na te przynajmniej zwracał uwagę, bo nie oszukujmy się, tego można się było po nim spodziewać. Chyba, że był pijany. Wtedy było mu wszystko jedno, serio. Zresztą, Marcela mogła się cieszyć, bo naprawdę nie latało za nim aż tak wiele pań, ba, zdarzało się nawet, że to on się biedny musiał namęczyć, rzucić jakąś gadką i ładnie się uśmiechnąć. Ale ostatnio się rozleniwił, więc takich sytuacji było znacznie mniej. Sam Nejt po prostu stwierdził, że już go to znudziło, ale przecież coś musiało wpłynąć na jego decyzję, prawda?
- Zaśpiewam ci, tylko jeśli zdobędę gitarę. A ty przyszykuj sobie dużo chusteczek, bo na pewno się wzruszysz, mówię ci - dodał, przyglądając się jak dziewczyna grzebie w torbie. Międzyczasie wypuścił dym z płuc i w tym samym czasie ujrzał, że Marceline wręcza mu pudełeczko - Różowy to mój kolor, nie sądzisz? Pasuje do moich oczu - powiedział niczym największy znawca mody i szeroko się uśmiechnął. Oczywiście szybko przechwycił je od gryffonki i zaczął siłować się z wstążką. Wsadził sobie papierosa do ust, żeby mieć dwie wolne ręce i zupełnie zapomniał o całym świecie. Zresztą tak to było, kiedy się czymś na dłużej zainteresował. Można było do niego mówić, a on i tak nie zwracał na nic uwagi. W końcu udało mu się otworzyć pudełeczko i zobaczył jakąś ciemną, metalową rzecz. Automatycznie chwycił ją w dłoń i wystawił pod słońce - To też robi ogień? - zapytał, potrząsając prezentem. Nie oszukujmy się, Nejt miał tyle do czynienia z mugolami, co z wróżbiarstwem. Czyli nic. Dlatego dostając do rąk mugolskie przedmioty, zachowywał się jakby był upośledzony - A może robi wodę? - dodał jeszcze, naprawdę zainteresowany przedmiotem - Ukaż swe oblicze! - krzyknął jeszcze z stronę prezentu, bo w ich świecie czasami działało takie krzyczenie na rzeczy. Cóż, ten widok musiał być całkiem zabawny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : III
Wiek : 21
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 189
  Liczba postów : 161
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10503-marceline-collins
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10505-marcelina-sie-socjalizuje
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10506-sowa-marceliny
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10507-marceline-collins-kuferek#288954




Gracz






PisanieTemat: Re: Na górze róże...   Czw Cze 09 2016, 22:51

Ich przyjaźń nie była dziwna tylko dla Natha - Marcela również nie miała w zwyczaju zawierać podobnych znajomości. Otaczała się wieloma osobami, jednak nie była nigdy wobec nich otwarta. Maska niekończącej się siły i szczęścia skutecznie sprawiała, że niektórym żalącym się jej osobom nie przyszłoby nawet do głowy by spytać, jak minął jej dzień. Co prawda większość była w porządku, jednak Marceline wciąż nie dzieliła się prawie niczym z innymi, radząc sobie z każdym problemem w samotności - taka rola nie do końca jej jednak przeszkadzała, lubiła bowiem pomagać. Zresztą, nawet gdyby chciała tego uniknąć, potrafiła z ludzi wyciągnąć o wiele więcej, niż mogliby przewidzieć. Przewidzieć, albo ewentualnie chcieć po sobie pokazać, jak było w przypadku Natha podczas ich pierwszego spotkania.
Z nim było w każdym razie inaczej. Nawet jak tego nie chciała, to jakoś do niej dotarł. Może był to tylko ten jeden raz, kiedy Marcelę dopadła przy Nathanielu drobna słabość, może i więcej, jednak przy czającym się gdzieś z tyłu świadomości zażenowaniu z tego powodu odczuwała w jego obecności dziwny spokój. Może był on wywołany przez wspomnienie jego bliskości i czułości dziwnie niepasującej do wizerunku mrocznego Ślizgona, może przez to, że chłopak wcale nie zamierzał jej tego wrednie wypominać, ewentualnie przez to, w jaki sposób uśmiechał się podczas ich rozmów - w każdym razie Marcela również do tego nie chciała się samej sobie przyznać. Tak jakby chciała się zamknąć nawet na siebie.
- Koszmary to miałbyś po zobaczeniu ich wizji waszej nocy poślubnej - odparła pogodnie, stwierdzając w myślach, że udawany żal w głosie Nathaniela był jedną z tych rzeczy, które mogłyby poprawić jej humor nawet w najbardziej paskudnym dniu, jaki można sobie wyobrazić. - To znaczy, nie myśl, że nie były kreatywne, wręcz przeciwnie! Tylko no wiesz...
Uśmiechnęła się do niego uroczo, a choć - nie przebierając w słowach - pierdoliła okrutne głupoty, uwielbiała w ten sposób się droczyć. Poza tym, skoro temat nie dotyczył wcale długonogich dziewcząt, a raczej takich... niespecjalnie urodzonych, przynajmniej nie musiała walczyć z tym bzdurnym uczuciem, które nie było na pewno zazdrością, ale na pewno czymś dziwnym.
- Chusteczki i stanik do rzucenia pod nogi, może być? - uśmiechnęła się po raz kolejny, mając nadzieję, że to zostanie odebrane jako żart, a nie coś w rodzaju flirtu. W końcu kto wie, jak bardzo ego Natha mogło zanurzać jego postrzeganie rzeczywistości, nie?
- Jasne, co w końcu mogłoby nie pasować do tak pięknych oczu? - spytała, pod maską ironii ukrywając komplement, żeby przypadkiem Nath nie pomyślał sobie zbyt wiele. To znaczy, miał całkiem spoko oczy, naprawdę, niemniej... to nie było coś, o czym powinna mówić. Ani o czym chciałaby mu powiedzieć.
Kiedy chłopak siłował się że wstążką, dziewczyna przyglądała się mu ze zniecierpliwieniem. Cały czas denerwowała się tym, czy mu się spodoba, o czym ciągle przypominał jej nieprzyjemny ucisk w żołądku. Kiedy jednak Nath wyciągnął przedmiot przed siebie, następnie atakując Marcelę serią pytań, dziewczyna roześmiała się, a zdenerwowanie jakoś momentalnie jej przeszło.
Przesunęła się do niego bliżej, łapiąc go za dłoń i przesuwając ją tak, by móc wygodnie dosięgnąć prezentu.
- No, prawie zgadłeś - uśmiechnęła się, gdy w końcu uspokoiła jakoś napad śmiechu. - Zobacz.
Przycisnęła metalowy przycisk z boku metalowego pudełka, które otworzyło się z cichym, charakterystycznym stuknięciem metalu. Przez krótką chwilę przyglądała się blaszkom znajdującym się w środku po obu stronach, tak jakby chciała ocenić, czy na pewno wszystko jest w porządku z prezentem, który dała Nathowi, po czym zamknęła go znowu.
- Papierośnica. Jak sama nazwa wskazuje, nosisz w tym szlugi - wyjaśniła, a nerwy powróciły po raz kolejny. Serio, czy naprawdę Nath musiał nie znać mugolskich zwyczajów dotyczących palenia? Przynajmniej od razu mógłby podziękować za prezent, ewentualnie powiedzieć że nie chce takiego gówna, ale za to ona nie musiałaby już się męczyć z tą niepewnością.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 22
Skąd : Londyn, Anglia.
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 339
  Liczba postów : 405
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10490-nathaniel-woods
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10492-woods-nie-gryzie
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10493-sowa-natha
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10494-nathaniel-woods#288855




Gracz






PisanieTemat: Re: Na górze róże...   Sob Cze 11 2016, 23:44

- Stop. Koniec. Nie było tematu. Zapomnijmy - miał naprawdę bujną wyobraźnie, dlatego wolał nie kontynuować rozmowy na aktualny temat. Po pierwsze, już zaczął sobie wyobrażać noc poślubną z wyjątkowo nieurodziwą panią i... po prostu nie. A po drugie, zastanówmy się, Woods i zadeklarowanie jednej osobie miłości? Zważając na fakt, że słowo 'miłość' było przez niego używane tak często jak 'mugol'? On zwyczajnie nie widział potrzeby bycia w stałym związku. Nie spodziewał się też życia w pięknym, malutkim domku, ze swoją żoną i gromadką dzieci. Matko, to było zupełnie nie w stylu Woodsa, który korzystał z życia jak tylko się dało. Na samą wizję takiego egzystowania przechodził go dreszcz, choć wydawało się to czymś zupełnie normalnym. Czy ludzie zazwyczaj nie marzyli o zakładaniu rodzin, porządnej pracy i byciu szczęśliwym? A w tym wszystkim pojawiał się Nate, ślizgon, który zupełnie nie wiedział co zrobić ze swoim życiem, ale nadal szczerzył się jak głupi.
- Koronkowy? Powiedz, że tak - no i znowu sobie zaczął za dużo wyobrażać, co łatwo można było stwierdzić po jego minie typowego dziesięciolatka. Ale to przecież Marcela, jego przyjaciółka, nie? A nie ktoś, kto wręcz miał przyczepioną plakietkę 'kolejna zabawka Woodsa'. Bo trzeba przyznać, że właśnie tak to często działało. Traktował ludzi jak przedmioty i naprawdę nie widział w tym problemu. Tylko, że cała sytuacja z panną Collins aktualnie malowała się dość dziwnie. Nathaniel traktował innych jak zabawki i otaczał się ludźmi, którzy przynosili mu jakieś korzyści, jednak rzadko kiedy zdarzało się, że w jego towarzystwie znalazła się osoba, którą zwyczajnie lubił. W dodatku nie widział nic złego w spędzaniu z tą osobą sporo czasu, śmianiu się, żartowaniu i zwierzaniu się jej. Ba, traktował ją z dnia, na dzień coraz bardziej poważnie i aż dziwne, że jeszcze nie próbował uciec od tej relacji. W końcu zawsze zwiewał, kiedy było miło i przyjemnie. Serio, czasami zupełnie nie myślał.
- Turkusowy zdecydowanie do mnie nie pasuje - dodał jeszcze z pełną powagą, choć nie miał bladego pojęcia jakim kolorem jest turkusowy i pewnie usłyszał to gdzieś na korytarzu. Ale przyznajmy, że ładnemu we wszystkim ładnie. Nie to, żeby był narcyzem, no skądże.
Pewnie nadal siłowałby się z tajemniczym przedmiotem, ale najwyraźniej Marcela postanowiła się nad nim zlitować, za co powinien jej dziękować. Lekko się wzdrygnął, kiedy jakiś guziczek sprawił, że urządzenie się otworzyło, ale udawał, że wcale nie jest przerażony. Bo przecież mugole wcale go nie przerażali. Dopiero kiedy dziewczyna się odezwała, mógł odetchnąć z ulgą. Przedmiot nie okazał się jakąś morderczą maszyną, a to dobry początek.
- Gdyby była różowa, to bardziej pasowałby mi do oczu - odparł spokojnie i przeniósł wzrok na Marcele, ale oczywiście dosłownie po ułamku sekundy się do niej wyszczerzył - Żartuje, to... jest genialne, nie żebym lubił chwalić mugoli, ale przyznaję, że czasami miewają niezłe pomysły - oznajmił i mimowolnie chwycił Marcelę za nadgarstek, by znowu móc ją przytulić. Przynajmniej mógł się tłumaczyć, że to przez prezent, a nie z własnego kaprysu, duh - I naprawdę dziękuję - dodał jeszcze, praktycznie szeptem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : III
Wiek : 21
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 189
  Liczba postów : 161
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10503-marceline-collins
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10505-marcelina-sie-socjalizuje
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10506-sowa-marceliny
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10507-marceline-collins-kuferek#288954




Gracz






PisanieTemat: Re: Na górze róże...   Nie Cze 12 2016, 14:27

Marceline zaśmiała się, słysząc, jak Nath próbuje zakończyć temat. Zresztą, jego mina wskazywała na to, że zobaczył o wiele więcej, niż by chciał.
- Dobra, w takim razie nie wyobrażaj sobie już tego, jak cię przygniatają, siadając na tobie okrakiem. I jak się poruszają ze wspaniałą wielorybią gracją. I jak ci szepczą do uszka.
Marcela nie potrafiła sobie odmówić jeszcze dłuższego poznęcania się nad Nathem. No, mogła sobie przynajmniej odbić za lata jego niewytłumaczalnej niechęci skierowanej w jej stronę, czy jak to tam można sobie tłumaczyć, jeśli nie ma się żadnego racjonalnego powodu poza śmianiem się z biednego
Natha, którego bujna wyobraźnia w tej chwili była jedynie przekleństwem.
Kiedy Nath powiedział o koronkowym staniku, dziewczyna nie była absolutnie zdziwiona - właściwie, to spodziewała się odpowiedzi w takim stylu.
- No jasne, że koronkowy, a niby jaki inny? - odparła, jakby to było czymś oczywistym, a choć wcześniej domyślała się, że rozmowa pójdzie w takim kierunku, jej mina wyraźnie wskazywała na to, że się speszyła. Może przez to, że kiedy taki temat nie dotyczył jakichś bliżej nieokreślonych dziewczyn, a jej samej, wyglądało to troszkę inaczej. Może dlatego, że jej wyobraźnia była podobnie bujna i samo wyobrażenie takiej sytuacji mogło ją wprawić w nieco dziwny nastój. Może przez to, że pod jej sukienką znajdował się stanik nie inny, jak czarny i koronkowy. Może także - albo i przede wszystkim - przez to, że mina Natha wydawała się całkiem... zadowolona z powodu tego widoku. Nawet jeśli wiedziała, że byli tylko przyjaciółmi, a to był na milion procent żart z jego strony, i tak to dziwne uczucie jej nie opuszczało. Dziewczyna trąciła go lekko łokciem w żebro, próbując udawać, że wcale nie jest zakłopotana i speszona, ale niespecjalnie jej to wyszło. No, w sumie to wcale.
- Och, ale za to sjena palona idealnie wydobywa głębię twoich oczu.
"Ta, jakby jeszcze trzeba było ją wydobywać", przemknęło jej przez głowę, kiedy spoglądała na jego twarz z uśmiechem, jednak gdyby przypadkiem jej się to wymsknęło, zapewne w ciągu kilku sekund znalazłaby się przy krawędzi balkonu i mówiła papa całemu światu. Na szczęście jednak nie było aż tak źle, bo umiała ugryźć się w język, więc mogła nadal siedzieć na podłodze balkonu i się głupio szczerzyć.
No, w końcu Nath otworzył prezent! Dziewczyna patrzyła na chłopaka, a kiedy zaczął mówić, ona nie skomentowała - patrzyła za to na Natha z ustami wygiętymi w podkówkę, jednak gdy chłopak wyszczerzył się, po raz kolejny szturchnęła go łokciem w bok i prychnęła.
- Widzisz, w świecie mugoli to uchodzi za bardzo eleganckie wśród pa... - urwała, kiedy Nathaniel pociągnął ją nagle za nadgarstek i przytulił. - ...laczy - dokończyła, opierając brodę o ramię chłopaka i ciesząc się w głębi duszy z tego, że po raz kolejny mogła sobie w spokoju powdychać jego zapach. Niby powinna być zakłopotana, ale jakoś nie w ogóle o tym nie myślała - zajęła się tylko skupianiem na jego bliskości. Momentalnie zrzuciła to na tęsknotę związaną z tym, że długo się nie widzieli. Udawanie przed Nathanielem, że nie czuje czegoś... dziwnego wobec niego nie było w końcu takie trudne. Żartowanie z pewnych spraw, nieodzywanie się tak często, jak by się chciało i unikanie kontaktu cielesnego na tyle, żeby nic sobie nie pomyślał, było właściwie całkiem proste, choć często odzywało się uczucie tęsknoty. Mimo wszystko trudniej przychodziło jej myślenie o tym wszystkim jak o zwykłej przyjaźni, na której starała się poprzestać, ale gdzieś z tyłu głowy ciągle pozostawała u niej taka myśl, że to nie jest odpowiednie określenie. Coś było w tym niedopowiedzianego, ale nie potrafiła znaleźć czegoś, co byłoby bardziej adekwatne.
- Proszę bardzo - również szepnęła, jedną ręką otaczając jego plecy, a drugą gładząc delikatnie tył jego głowy, przeczesując palcami jego krótkie włosy i przymykając oczy. No, chyba ten prezent to jeden z lepszych pomysłów, jakie miała. W końcu skoro ją przytulał, to chyba naprawdę się ucieszył, prawda? A ona miała dzięki temu jakiś pretekst, o.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 22
Skąd : Londyn, Anglia.
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 339
  Liczba postów : 405
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10490-nathaniel-woods
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10492-woods-nie-gryzie
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10493-sowa-natha
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10494-nathaniel-woods#288855




Gracz






PisanieTemat: Re: Na górze róże...   Sro Cze 15 2016, 21:14

- To wredne, wiesz? Jeszcze zacznę się obawiać, że jesteś bardziej ślizgońska ode mnie - rzucił dość swobodnie, bo przecież ile razy już zaznaczał, że dziewczyna czasami zachowuje się jak uczeń z zielonego domu? Prawdopodobnie tyle samo razy ile nazywał ja karzełkiem i skrzatem. Pragnę tylko naprostować, bo przez wszystkie nasze gry tego nie zrobiłam, że Nejt tak naprawdę nic nie miał do skrzatów bądź krasnoludków. W końcu kto gotował w Hogwarcie jeśli nie te stworzenia? Dlatego nazywanie Marceli w ten sposób mogło być niezłym komplementem! O ile rozkminiało się logikę Woodsa, której on sam czasami nie rozumiał. Nie rozumiał też kiedy i w jaki sposób ich relacja stała się tak swobodna, że zaczynali żartować on stanikach, choć w przypadku Nejta nie powiedziałabym, że to żart. Ale teraz można pomyśleć, że sobie jedynie śmieszkował. Przecież dwuznaczne żarciki z przyjaciółką, to norma, nie?
- No widzisz, na jaw właśnie wychodzi prawda jakiej nie chciałaś napisać mi w liście - oczywiście, że wziął to za żart, w końcu nie miał bladego pojęcia o jakim kolorze mówili Marcela. A 'głębia jego' oczu brzmiała jak dobry początek na poemat, choć jak na narcyza przystało, pewnie nie raz przyznał, że jednak ślepia to ma 10/10. Zrobił jeszcze wielce oburzoną minę, kiedy dziewczyna dźgnęła go łokciem w żebro i prychnął niczym prawdziwa diwa, która czasami naprawdę był.
Nate miał w zwyczaju naruszać przestrzeń osobistą ludzi, ba, robił to cały czas i nie widział w tym nic dziwnego. W dodatku kiedy ktoś okazywał się być dla niego bliższy, albo zwyczajnie sprawiał, że Woods czuł się... szczęśliwy? Choć w przypadku wielce złego ślizgona, to chyba nieodpowiednie słowo. Ale jednak, tak było. Dlatego kiedy tylko Marcela znowu znalazła się w jego ramionach, kąciki jego ust lekko uniosły się ku górze. Dziwnie było mu to przyznać, ale naprawdę nie chciał jej puścić. Czas? W tym przypadku jakby przestał się liczyć. Duma pana Wooodsa? Też zbytnio go nie obchodziła. Wszystko wręcz się zatrzymało i właśnie,tu zaczynają się problemy. Czerwona lampka w głowie, alarmy i jego wielkie ego mówiące: Nie. Dotarło do niego, że ich przyjaźń wychodzi poza granice, dlatego powoli się od niej odsunął, choć wciąż z lekkim, może nieco nerwowym, uśmiechem. Spojrzał jeszcze na matową papierośnicę, na której ujrzał różne wzory. Żeby cały czas nie gapić się na Marcelę, przeniósł wzrok na bok i zatrzymał go na szkicowniku. Nie byłby sobą gdyby po niego nie sięgnął, bez zapytania. Złapanie go w swoje ręce i otwarcie spowodowało, że mógł ujrzeć kilka zdjęć.
- Wakacje? - zapytał, chwytając za papier i unosząc jedną brew do góry. Cóż, z Woodsem było tak... uważał ludzi za swoją własność, ludzi, którzy nawet nie byli mu bardzo bliscy, a co dopiero takich jak Marcela. A co działo się jeśli widział ją na jednym zdjęciu z jakimś chłopakiem, w dodatku na podpisanym przez owego pana zdjęciu? No własnie, uczucia. Uczucia są złe i w ogóle, to już wiemy. Ale Nate nie do końca potrafił wytłumaczyć nagłej zmiany zachowania, zniknięcia uśmiechu i tej kamiennej twarzy, typowego dupka. Jeszcze przed chwilą ją przytulał, później nieco prawdy do niego dotarło, a teraz postanowił być ślizgonem, pięknie prawda? - Widzę, że były udane - rzucił naprawdę chłodno, choć sam nie wiedział, że wyjdzie aż niemile. Nadal wgapiał się w fotografię i zwyczajnie nie mógł oderwać od niej oczu - Chłopak? - zapytał, przenosząc na nią wzrok... patrzył na dziewczynę z lekką pogardą? Serio, ciężko jest go czasami ogarnąć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : III
Wiek : 21
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 189
  Liczba postów : 161
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10503-marceline-collins
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10505-marcelina-sie-socjalizuje
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10506-sowa-marceliny
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10507-marceline-collins-kuferek#288954




Gracz






PisanieTemat: Re: Na górze róże...   Sro Cze 15 2016, 21:41

- Od ciebie? Okej, rozumiem, że chciałeś mnie skomplementować, ale doskonale wiemy, że tak się nie da - popatrzyła na niego, uśmiechając się szeroko. Te słowa jakoś dawno przestały ją razić. Poza tym, jeśli to było uznawane za bycie zielonym, to czasem naprawdę mogłaby nim być. Mimo wszystko uznawała to nawet za całkiem gryfońskie, w końcu odwaga, pewność siebie, blablabla, to wszystko wymaga pewnej siły charakteru - nawet takiej, która wyraża się w dokuczaniu przyjacielowi przy pomocy najbardziej wymyślnych technik, od tych najprostszych po najbardziej skomplikowane psychologicznie.
Może i relacja była swobodna, ale dla Marceli temat staników szczególnie swobodny nie był. Wiedziała jednak, że dla Natha nie byłoby problemu, gdyby rozmawiali na temat jego bokserek czy czegoś w tym stylu - dla niego takie tematy były raczej codzienną rzeczą, miał w końcu mnóstwo tych swoich lasi, których staniki mógł oglądać na zawołanie. Okej, nie był to zbyt przyjemny temat do rozmyślań dla Marceli, ale akurat to przyszło jej do głowy.
Kiedy Nath wypuścił ją po dość długim czasie (który wcale nie wydawał jej się taki długi) z ramion, odwrócił wzrok na bok, kierując go w stronę szkicownika; dziewczyna obserwowała, jak sięga po niego ręką, nie odczuwała jednak potrzeby, by mu go odebrać. Niespecjalnie lubiła pokazywać innym swoje rysunki, zazwyczaj wybierała te, które może im pokazać, a które są w jej opinii nieudane lub zbyt osobiste, niemniej jeśli chodzi o Natha, nie czuła niczego takiego. Ufała mu.
Do szkicownika powkładane luzem były zdjęcia, które Lucas robił na wakacjach - tych wakacjach, w ciągu których nie spotkali się z Nathem ani razu.
- No, nawet całkiem w porządku - odparła dziewczyna, nie spodziewając się niczego szczególnego, choć ton chłopaka sprawił, że patrzyła na niego z jakby większą czujnością. Niby nie myślała, że to coś poważniejszego, przeczuwała jednak, że coś dziwnego się szykuje.
Nath przyglądał się jednej z fotografii - tej, którą zrobił jej i Lucasowi ktoś inny. Kadr delikatnie się zatrząsł, a chłopak objął ją w talii, pozując do zdjęcia. Ona szturchnęła go łokciem w bok, on nieco się zgiął, oboje się zaśmiali, a za nimi widać było tylko burtę i morze.
Przyjacielskie zdjęcie, które Lucas bardzo polubił - na tyle, że zaklęciem sobie je skopiował, by mieć je również dla siebie. Podpisał jej kopię z tyłu, ot na pamiątkę.
Tylko co było w tym szczególnego?
- Yyy, nie? - mruknęła dziewczyna, szczerze zaskoczona tym pytaniem. Pytaniem i tym dziwnym chłodem, który momentalnie wstąpił na twarz ślizgona, a jego ton - równie lodowaty, co spojrzenie - sprawił, że poczuła w żołądku nieprzyjemny ucisk. Następnie zauważyła w jego wzroku pogardę, podświadomie uznała więc, że nie może tego tak zostawić. Nie może wyglądać tak, jakby była zaskoczona, jakby nie miała nic do powiedzenia, żadnej riposty. Przyszło jej na myśl ich pierwsze spotkanie sam na sam, kiedy ważyła każde słowo, każdy gest, prawie nie mogła sobie pozwolić na odrobinę swobody. Teraz było tak samo.
- A co, zazdrosny o skrzata-Gryfonkę? Też chciałbyś z taką spędzić wakacje? - spytała, zabierając z jego rąk zdjęcie i szkicownik i krzyżując ręce. - No, chyba że on też jest jednym z twoich obiektów westchnień. Może już ci nie wystarcza dzika kopulacja z pustymi Ślizgonkami? - spytała z uśmiechem na ustach, a w jej głosie brzmiała udawana troska. Od razu po wypowiedzeniu tych słów żałowała, że w ogóle to jej przeszło przez usta. Odkryła się - zrobiła mu w końcu wyrzut o te dziewczyny. Ale właściwie nie był on taki oczywisty, prawda? A jego był, bo powiedział to całkiem wprost. Chyba że pomyślał, że po prostu Marcela ma chłopaka, a nie powiedziała mu o tym jako swojemu przyjacielowi?
Marceli kłębiły się w głowie różne myśli, ale patrzyła na chłopaka chłodno. Przeszło jej przez głowę, że Nath jeszcze przed chwilą trzymał ją w ramionach; w tamtej chwili oddałaby wszystko, żeby znów się w nich znaleźć, zamiast prowadzić z nim rozmowę w taki sposób.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 22
Skąd : Londyn, Anglia.
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 339
  Liczba postów : 405
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10490-nathaniel-woods
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10492-woods-nie-gryzie
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10493-sowa-natha
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10494-nathaniel-woods#288855




Gracz






PisanieTemat: Re: Na górze róże...   Wto Cze 21 2016, 23:22

Będzie krótko i będzie jak Mickiewicz z upośledzeniem, bo mnie zamordujesz, jeśli Ci nie odpisze, a ja cierpię na brak weny, o.
Ich relacja serio się rozwinęła przez te miesiące. Bo jeśli już żartowali o stanikach i nocy poślubnej - co prawda nie wspólnej, ale do tego też kiedyś dojdziemy - to już zawsze coś. Bo trzeba przyznać, że z nikim nie śmieszkował na takie tematy, no chyba, że był na haju i gadał do posągów, które pewnie gdzieś w szkole były. Ale tak poza tym, Marcela była jedyna, co było całkiem niespotykane i ona pewnie sądziła, że takimi tekstami rzuca do wszystkich lasek, a tu proszę, takie zaskoczenie! Co prawda panie to częściej właśnie tymi stanikami rzucały, niż o nich rozmawiały, ale do tego tez dojdzie, o to się nie musimy martwić.
Lepiej dla nich byłoby, gdyby jednak Marcela wyrwała mu szkicownik i schowała gdzieś, gdzie by go nie znalazł. Bo kto by się spodziewał, że jedno zdjęcie może doprowadzić do takiej wojny między tą dwójką? Oczywiście Nejt tłumaczył sobie, że jego ślizgoński charakter do czegoś zobowiązuje, więc zupełnie nie spodziewał się kolejnych słów dziewczyny i trzeba przyznać, że automatycznie go zamurowały. Nie spodziewał się? Mało powiedziane. Znał ją, była tym wesołym krasnoludkiem, który zawsze sprawiał, że na jego twarzy pojawiał się uśmiech. Dlatego pomyślał, że to jedynie żart, który zaraz sobie wyjaśnią... choć nie zapowiadało się. Nate zacisnął mocniej zęby i przeniósł na nią chłodny wzrok. Wzrok, który nie świadczył o niczym dobrym. Patrzył na nią w ten sam sposób, w jaki patrzył podczas ich pierwszego spotkania, kiedy byli dla siebie zupełnie obcy. I co zrobił? Nie mógł odpuścić, oczywiście, że nie! Przecież nie byłby sobą w tym momencie, gdyby na jego twarzy nie pojawił się ten wredny uśmiech, pomieszany z prawdziwą złością, bijącą od ciemnych oczu.
- Dzika kopulacja ze ślizgonkami, wydaje się być ciekawsza, niż spędzanie czasu z pseduo-błyskotliwymi laskami z Gryffindoru. I jeśli tak bardzo zazdrościsz owym pustym dziewczynom, że pakują mi się do łóżka, to powinnaś powiedzieć, może nawet dla ciebie znalazłoby się miejsce - powiedział całkiem uroczym głosem i gdyby nie ten wzrok, który mówił co innego, można byłoby pomyśleć, że to tylko głupi żart. Chwycił dziewczynę za nadgarstek, bo nadal siedziała na jego nogach i podnosząc się do góry, pociągnął ją za sobą. Otrzepał jeszcze ubranie i zmierzył ją chłodnym spojrzeniem - Skoro masz takie problemy, to możesz lecieć pieprzyć się z tamtym facetem, czy co tam robicie w wolnym czasie. Jakoś mnie to nie interesuje - i po tych słowach, nawet na nią nie spoglądając, opuścił balkon. Dopiero po dłuższej chwili wędrowania w stronę dormitorium, dotarło do niego co zrobił. Jak bardzo zjebał sprawę i jak bardzo źle się z tym czuł. Dotarł też do niego, że pogodzenie się, będzie trudniejsze niż może się wydawać. Chyba po raz pierwszy czegoś w życiu żałował.

/zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content












PisanieTemat: Re: Na górze róże...   

Powrót do góry Go down
 

Na górze róże...

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
retrospekcje
-