IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Aleksander Cortez

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Wielka Brytania, Dolina Godryka
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 537
  Liczba postów : 418
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13688-aleksander-cortez
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13705-anty-temat-z-relacjami
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13741-cortez-aleksander-korespondencja
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13704-aleksander-cortez




Gracz






PisanieTemat: Aleksander Cortez   Pią Lis 25 2016, 23:41


Aleksander Cortez

DATA URODZENIA 16 stycznia 1999
CZYSTOŚĆ KRWI 100%
MIEJSCE URODZENIA Szpitalu Św. Munga w Londynie
MIEJSCE ZAMIESZKANIA Dolina Godryka
W HOGWARCIE JEST OD KLASY Pierwszej
OBECNIE JEST NA ROKU Siódmym
WYMARZONY DOM Slytherin
WYBRANY WIZERUNEK Jaco van den Hoven

Wyglad

WZROST 194cm
BUDOWA CIAŁA Mezomorficzna
KOLOR OCZU Niebieskie
KOLOR WŁOSÓW Brunet
ZNAKI SZCZEGÓLNE Cynizm, nieodparta ochota przypier... mu w tę jego buźkę.
PREFEROWANE UBRANIA Zawsze stawia elegancki wygląd nad wygodę. Dlatego zawsze jeśli nie ubrany jest w pełny garnitur, stworzony przez najlepszych magicznych rzemieślników, to i tak zawsze chodzi w koszuli z narzuconą na nią jedynie kamizelką. Odświętnie zaś ubiera magiczne szaty. Na przyjęciach czarodziej powinien chodzić w szatach, a nie w garniturze! Chociaż osobiście nie cierpi szkolnych szat i najchętniej pociachałby swoje wszelkie szkolne ubrania byleby nie musieć w nich chodzić. Jedynym wyjątkiem kiedy jest inaczej ubrany - dość luźnie są zajęcia sportowe, w szerokim znaczeniu tegoż słowa. Kiedy wie, że idzie się zmęczyć, spocić, wybrudzić to zakłada luźne sportowe ubrania odpowiednie do pory roku. Choć nigdy chłodu się nie obawiał dlatego nawet w te chłodniejsze dni wybiera opcję bez marynarki.
Kruczoczarne, długie włosy najczęściej spięte z tyłu są srebrną długą igłą do włosów, choć nieco bardziej masywniejszą od ich normalnych odpowiedniczek.

Charakter


- Możesz nam opisać swój charakter?
- Większość osób nie lubi o sobie mówić, bądź też nie umie dobrze określić swojego charakteru. Mnie to jednak nie sprawia najmniejszego problemu. Znam wszystkie swoje słabe i mocne strony, w końcu doskonale wiem jaki charakter we mnie kreowali Cortezowie. Co starali się wyciągnąć, co wyplewić zanim miało okazję zakiełkować w moim umyśle. By to zrozumieć trzeba dowiedzieć się też czegoś więcej o mojej rodzinie. A wtedy się pojmie dlaczego wyrosłem na takiego socjopatę, łgarza, zimnego drania i przede wszystkim bezdusznego zabójcę.
- Bezdusznego zabójcę? Hahah! Nie rozśmieszaj mnie Alek, chciałbyś takowym być!
- Zamknij się Dima… Nikt cię o zdanie tutaj nie pytał. Pani wybaczy, ten kretyn nigdy nie potrafił się zachować.
Wracając jednak do wcześniejszego. To oczywiste jest to, że od razu tego Pani nie odkryje. Wyuczone zachowanie karze mi wyglądać, oraz zachowywać się normalnie. Aż za normalnie, niczym z regułki opisującą zdrowego, wyidealizowanego osobnika jakiego to sobie wymyślili wszelacy psychologowie, psychiatrzy i inni z własnymi zaburzeniami umysłowymi. Bez obrazy. Tacy to też są wszyscy Cortezowie, przynajmniej tak ma myśleć ok 90% ludzkości. Kolejne 10% to ci pechowcy, wtajemniczeni w nasze życie. Pracodawcy, bądź też zleceniodawcy, kto jak woli. A także ci bardziej pechowi – cele, zlecenia.
- Znowu pieprzysz nie na temat Cortez. Powróć  lepiej do głównej myśli zanim to zamęczysz nas opowieścią co takiego preferujesz na śniadanie i której ręki używasz przy ubijaniu…
- Dobra… Dobra… Ty też nie wtajemniczaj nas w swoje chore myśli.
- Może trochę pomogę? Powiedz mi może jakie masz nastawienie do magii, jakie do tego, co tak dokładnie starałeś się nam opisać przed momentem, a także do niemagicznego świata.
- Do mugoli, szlam? Nie bójmy się tego określenia. Nie bardzo wiem jak mogę opisać swoje nastawienie do ”magii”. Jest bowiem ze mną odkąd tylko sięgam wstecz pamięcią. W domu od zawsze używało się magii, by to coś podnieść, by posprzątać, chociaż tym to i tak zajmowały się nasze skrzaty, inteligentne zwierzątka domowe.  Zdecydowanie łatwiej mi jest mówić o mugolach i ich wymysłach technologicznych. Krótko mówiąc są upośledzeni, mówi się, że większość znakomitych dzieł sztuki pochodzi właśnie od mugolskich artystów. Ale tak naprawdę to ich wyobraźnia zawsze będzie ograniczona. Bowiem prawdziwą sztuką zawsze będzie magia i to co za jej pomocą można stworzyć. Ich sztuka pomału przemija, kończy się, teraz to bardziej przypomina starania szaleńca, który to chce się jakoś wybić. Malując sobie twarz różnobarwnymi farbkami i przypierdzielając nią w płótno. I reszta takich szaleńców będzie się rozwodzić nad tym jaką to wielką sztukę wykonał i co też takiego ona może oznaczać w obecnych nas czasach. A wie pani co ja widzę? Popaprańca uderzającego w płótno twarzą, bo nie posiada pomysłu na nic nowego. Nic co nazwać będzie można arcydziełem. Co kupi jakiś miliarder ze Stanów Zjednoczonych i będzie się przed nim onanizować.
Natomiast z magią jest zupełnie inaczej, to co znamy zdaje się być tylko garstką, niewielkim procentem co można za jej pomocą osiągnąć lub też stworzyć. I ograniczać nas może tylko i wyłącznie wyobraźnia, brak odpowiedniej ilości odważnych osób, a może szaleńców? By to odkrywać coraz dalsze tajniki magii.
- Jak na kogoś, kto tak bardzo narzeka na mugolski świat, to wydajesz się bardzo dobrze znać ich twórczość.
- Bo to prawda. Znam ją dość dobrze, ale to ze względu na to, że często przyszło mi się między nią obracać. Wie pani, stare rody mają jakiegoś bzika na temat balów, gali i całego tego kitu. Otwarcia galerii to wręcz wyzwanie dla głowy rodziny by to zebrać całą gromadkę krewnych i się pojawić tam gdzie będzie cała reszta śmietanki towarzyskiej. A ja też od zawsze byłem ciekawską osobą.
- Jeśli nie wścibską Aluś…
- Heh, może i tak… Ale dzięki temu dużo do tej pory poznałem. Nie tylko jednak ich sztuka jest mi dobrze znana. Zalicza się do niej także technologia. Uprzedzając pani pytanie, nie, nie mam na myśli tych komputerów, czy innego mugolskiego szmelcu. A technologię militarną. Potrafię rozłożyć Berettę i złożyć ją jeszcze raz w miej niż minutę. Co nie oznacza, że się nią posługujemy. Za spust potrafi pociągnąć byle idiota. Po co mi więc ta wiedza? Wiem jak walczyć z takimi idiotami, ile naboi mieści się w komorze magazynku i ile będzie potrzebował czasu zanim wymieni go na nowy. A także ile ja mam czasu na zlikwidowanie tej osoby. Najłatwiej walczy się z przeciwnikiem którego styl walki się zna. A ja zanim nauczyłem się mówić, byłem szkolony przez mądre głowy rodziny.
Jeśli chodzi o kwestię mojego nastawienia do tego co robię, to jest mi to całkowicie i niezaprzeczalnie obojętne. Tam gdzie dyplomacja zawodzi i się nie sprawdza, tam zawsze jest ktoś od brudnej roboty. Ktoś kto musi posprzątać, zająć się tym za co inni będą się bali zabrać. Tam wkracza moja rodzina i nam podobni. Nie ma jednak zbyt wielu chętnych do spotkania z lunatykami, wilami, czy innymi stworami które rozsądna osoba wolałaby unikać.
- Więc twierdzisz, że jesteś szalony?
- Być może, ale w tym szaleństwie tkwi całe sedno dlaczego jesteśmy tak skuteczni. Jedno jestem pewny, od małego byłem karmiony adrenaliną, kiedy to inne dzieci zajadały się Plum Baby zupkami. I zdecydowanie się od niej uzależniłem. Dlatego zobaczyć mnie bez różdżki w dłoni, bez awanturowania się, prowokowania to coś niezwykle rzadkiego. Jestem łowcą i uwielbiam polować, nawet jeśli są to koledzy i koleżanki ze szkoły. Ale mimo wszystko staram się zachować tą przysłowiową normalność o której wcześniej mówiłem.
- Możesz powiedzieć co lubisz, a czego nie?
- No to pięknie… Cały dzień zmarnowany.
- Zamknij się Dymek! Z pewnością nie jest tyle tego ile ty wódy wychlałeś przez ostatni miesiąc.
- Heheh. I dzięki ci Merlinie! Bo do jutra byśmy musieli tutaj siedzieć i wysłuchiwać co lubisz, a czego nie.
- Mogą się panowie uspokoić i dokończymy rozmowę? Im szybciej skończymy, tym szybciej będziecie mogli stąd wyjść i wtedy się będziecie mogli pośmiać, ile tylko chcecie. Panie Dymitrze, może pan też wyjść i poczekać na swoją kolej.
- Ufff. Przepraszam, ma Pani rację. Dymo weź wyjdź, tylko przedłużasz.
- Spoko, już się zmywam! I tak jest tutaj za drętwo jak dla mnie.
- Dziękuję. Wracając jednak do Pana, możesz odpowiedzieć na wcześniejsze pytanie?
- Jasne, myślę, że łatwiej mimo wszystko będzie mi zacząć od rzeczy których nie lubię. Będzie wtedy można uznać, że jeśli czegoś nie wymieniłem, to jest mi to bardziej obojętne lub też lubię daną rzecz.
- Nie ma problemu, może być i tak.
- Więc chyba pierwsze miejsce na mej liście będą zajmować wilkołaki. To dzikie zwierzęta, a nie ludzie. Co prawda są też tacy co to usiłują się nad tym zapanować, pijąc eliksir z mordownika. Ale prawda jest taka, że prędzej, czy później o nim zapomną, a wtedy są czystym zagrożeniem dla każdego życia, prędzej czy później kogoś zabiją. A jeśli to się stanie, to rodzina postara się by za to cierpiał i odpowiedział przed prawem. Kolejną rzeczą są mugole, przez ich ciemnotę umysłu musimy się chować przed światem. Są zbyt głupi by pojąć moc którą posiadamy. Chociaż ja na szczęście i tak nie miałem z nimi zbytniej styczności. Unikamy się i niech lepiej dla nich tak pozostanie. Są jak zaraza, ale z niepojętych dla mnie powodów Ministerstwo Magii chce chronić tę chorobę pozwalając jednocześnie by to zalewała cały Nasz świat, który tak bardzo dobrze znamy i sobie cenimy. Myślę, że budzą we mnie o wiele większy wstręt niż potencjalnie genetycznie obdarzeni zabójcy. Chociaż od tego jak zwykle będą jakieś wyjątki. Następną rzeczą której nie lubię są goście panoszący się u nas. Chociaż to nie tak, że ich nie lubię równie mocno. Nie, po prostu tak jakoś mi przyszli teraz do głowy. Nie mniej jednak, czasami ma się ochotę takiemu ukręcić łeb jak się widzi, że nie dość iż dostał od nas o wiele więcej niż powinien to jeszcze na to narzeka i ma pretensje.
Nie cierpię też stereotypów, a już zwłaszcza na temat Ślizgonów. Może i to prawda, że tam każdy z nas ma taki charakter, że 99% osób myśli tylko o sobie. Ale tak po za tym, to nie ma bardziej zgranego ze sobą domu w tym cholernym zamku. Ruszysz jednego, a zaatakuje wściekła chmara. Przynajmniej ja staram się tak postępować. Mówi się, że walcząc ze Ślizgonem nie możesz się odwracać nawet na chwilę bo zaatakuje bez skrupułów w plecy. To w większości prawda, ale takie jest życie. Są słabsi i silniejsi, życie jest brutalne, nie fair, pełne nieczystych zagrywek. A my jesteśmy tutaj jego najlepszym odzwierciedleniem. W dodatku każdy z nas posiada niebywale wielkie poczucie własnego honoru i dumy. A jak wiadomo przegrana zbruka oba te wartości, wtedy więc nie liczy się styl, a efekt. Chociaż ja na spokojnie mogę się zaliczyć do tych wyjątków, którzy od wygranej, czy przegranej cenią sobie bardziej styl. W dodatku jak wspominałem, jestem uzależniony od adrenaliny, więc walka sama w sobie sprawia mi dużą przyjemność, nic więc dziwnego, że staram się ją przeciągać jak najdłużej.
O! Wiem czego jeszcze nie lubię. Wszelakich książąt, sam od zawsze musiałem wywalczyć sobie wszystko co mam teraz. Zdobyłem własnymi rękoma, staraniami, hektolitrami potu na treningach. Pomimo, że pochodzę z zamożnej rodziny i równie wszystko mógłbym mieć. Na szczęście nie tak zostałem wychowany. Dlatego też nie cierpię takich osób i nie ważne jest dla mnie czy to rozpieszczony szczeniak, książę Szkocji, czy następca tronu Anglii. Każdy z nich będzie miał u mnie przerąbane za samo swoje istnienie. Chyba, że udowodnią, że są choć knuta warci.
- Widzę, że już dłużej się zastanawiasz. Więc to już wszystko?
- Chyba tak, tak mi się wydaje, że wymieniłem te najważniejsze przykłady. Pomyślałem, że nie interesuje Panią za bardzo to jaki kolor lubię, a jaki nie. Poza tym myślę, że nie odbiegam większymi normami od moich rówieśników. Tak samo jak oni lubię się zabawić, pośmiać, popić w doborowym towarzystwie.
- To nawet i lepiej, tutaj fanatycy zazwyczaj bardzo źle kończą, tak więc dobrze jest to słyszeć. Myślę, że dowiedziałam się wystarczająco dużo, dziękuję panu. Możesz poprosić teraz Dymitra by wszedł i jeśli chcesz to możesz zostać, tylko proszę byś nie przeszkadzał.
- No dobrze. A! I jeśli mogę się zapytać to jak wyszedłem?
- Hmmm, ale na tle Pana rodziny? Myślę, że w miarę normalnie.
Bywały cięższe przypadki.



Rodzina


♣ Aleksander Cortez - pradziadek, już dawno martwy. To po nim odziedziczyłem swoje imię.

♣ Eleonor Cortez (r. Dracone) - prababcia, dość dziwna, nawet jak na standardy mojej rodziny.

♣ Sheila Milligan (r. Cortez) - babcia, ciekawa osobistość, choć jej wychowanie nigdy nie było tak drakońskie jak mego dziadka, to wydaje się, że ona jest odpowiedzialna za prowadzenie rodzinnego interesu. A potwierdzenie tej teorii jest choćby w tym, że dalsze pokolenie ma jej nazwisko a nie po jej mężu.

♣ Evan Milligan - despotyczny dziadek, kontrolujący chyba wszystko co się dzieje w rodzinie i znający każdą jej najmniejszą tajemnice. W pierwszych okresach mojego życia uważałem go za zło w najczystszej formie, był moim przekleństwem, boginem, odpowiedzialny za wszystko co mnie spotkało. Teraz jednak jestem mu za to niezwykle wdzięczny, uwielbiam z nim spędzać czas, grać w szachy, czy dalej kształcić się w magicznych zwierzętach i jak z nimi postępować. Bowiem jednego jestem pewny. Jego wiedza na ten temat jest większa niż niejednego smokologa na świecie. Choć o wiele bardziej specyficzna - ponieważ wie jak szybko je zabijać.

♣ Larkin Cortez - wujek, trzeci w kolejności z rodzeństwa, nauczyciel, mentor. Tropiciel, mistrz broni białej. Mój ojciec chrzestny.

♣ Braig Cortez - albo i Braig Berserker Cortez, już wspominałem w historii skąd ten przydomek, jest najmłodszym z swych braci, choć siłą i zawziętością przewyższa ich wszystkich. Pierwszy z moich mentorów wśród wujków.

♣ Aro Cortez - najstarszy z braci, niezaprzeczalny mistrz mordobicia, masakrowania wrogów za pomocą samych rąk. Odpowiedzialny za naukę rosyjskiej sztuki walki - systemie. Jest najłagodniejszy z całego swojego rodzeństwa, jak nie z całej rodziny.

♣ Gordon Cortez - wojownik, pasjonat walki wszelakiej, począwszy od magii, kończąc na karabinie snajperskim z pociskami przeciwpancernymi. To ostatnia osoba z którą chciałoby się zadzierać. Chociaż możesz być pewny, że nie nafaszeruje cię ołowiem lecz pozostawi jedynie krwawą miazgę której nikt nie będzie w stanie nawet zidentyfikować po tak wielu brutalnych zaklęciach. Rodzina ma własne zasady i by sięgnąć po prymitywną broń mugoli trzeba nabroić bardzo mocno i być niezwykle niebezpiecznym zbrodniarzem, który to nadaje się tylko do likwidacji. Drugi w kolejności z rodzeństwa wujek.

♣ Nicole Agee (r. Cortez) - jedyna ciocia od Cortezów, matka chrzestna. Przedostatnie dziecko Evana i Sheili. Chyba jedyna normalna osoba w rodzinie, nie uczestnicząca bezpośrednio w interesach rodziny. Nie, nie została wydziedziczona...

♣ Beatrix Poison (r. Cortez) - mama, ma zdecydowanie więcej do powiedzenia niż ojciec. Dziwna hierarchia zawsze była w mojej rodzinie. Jest o wiele bardziej surowa od ojca, nauczycielka. Mam nieodparte wrażenie, że nieustannie szuka dla mnie żony... Przez co każdą napotkaną czarownicę ocenia, czy się nadaje na kandydatkę, czy też nie. Mnie to jak na razie bardziej bawi, niż niepokoi. Bo i tak wiem, że nie dam się wrobić w żadne przymusowe małżeństwo. Najmłodsza z dzieci Evana i Sheili.

♣ Malvolio Poison - ojciec, wspaniały człowiek, pracuje w ministerstwie magii jako auror. Niestety miał tego pecha, że wplątany został w interes rodziny Cortezów, w ich dziwne zasady. Nałogowy palacz magicznych papierosów, przez co w domu prawie zawsze unosi się lekki zapach aromatyzowanego dymu. Jest bezpośrednim pośrednikiem między Rodziną a Ministerstwem Magii w Anglii.

♣ Elijah Cortez - mój starszy brat. Również miał tak samo zrąbane dzieciństwo jak ja. Dogadujemy się świetnie i nie było między nami nigdy większych spin.

♣ Nicole Cortez - młodsza siostra, okropna złośnica, ale być może to właśnie dlatego dogaduję się z nią o wiele lepiej niż z bratem.

♣ Fiodor Dymitrov - pradziadek od strony dziadka, nie wiem nic zbytnio na jego temat, a Evan też nigdy za wiele mi o nim nie opowiadał.

♣ Prababcia od strony dziadka - może i to trochę okropne, że nawet nie mam pojęcia jak miała choćby na imię, ale o ile mnie pamięć nie myli nigdy nie padło podczas rozmowy nawet jej imię. Wiem tylko to, że ona i pradziadek byli czystokrwistymi czarodziejami.

♣ Sergius Milligan - dziadek, o wiele młodszy brat Evana. Mieszka w Rosji wraz z żoną. Kilka razy przewijał się przez historię mego życia. Ze względu na swój wiek bardziej w zwyczaju mieliśmy z rodzeństwem nazywać go wujkiem.

♣ Salome Milligan - żona Sergiusa, po prostu ciocia, nie wnikamy nigdy w szczegóły kim tak na prawdę dla nas była. Dobra kobieta, choć również surowa. Choć na szczęście nigdy nie miałem okazji tego doświadczyć. Zdecydowanie nie jest tą ciotką za granicy która to ciąga nas za poliki. Serio, spoko kobieta.

♣ Dymitr Milligan - Dyma, Dymek, Dymcio, Dymitr, Dymo, kuzyn - tego pana mieliście okazję już poznać. Ma wiele imion, przezwisk, określeń, ale zdecydowanie wujek do niego nie pasuje, z czego sam się śmieje. Zdecydowanie ulubiony członek mojej rodziny, choć czasami do niego pasuje jedynie określenie członka...
Jest rok starszy, chodzi do tej samej szkoły, do tego samego domu, dużo pije i przeklina po rosyjsku - swój ziom!

♣ Nadia Milligan - młodsze dziecko Salome i Sergiusa, siostra Dymitra, kuzynka, wesoła, równie kąśliwa co cała rodzina. Świetnie się dogadujemy, choć zdecydowanie to z jej bratem spędzam więcej czasu.



Ciekawostki


♣ Skoro dopiero co omówiłem rodzinę warto nadmienić, że każdy z w.w. osób ma 100% magii w krwi.
♣ Moim ulubionym kolorem jest uwaga! - Zieleń, czyste srebro i szkarłat.
♣ Moim boginem jest wilkołak, choć nie z tego powodu, że się go boję, lecz budzi we mnie odrazę i to dlatego przybiera taką postać.
♣ Patronus najpewniej przybierze postać chimery.
♣ Od dziecka uczę się tańczyć przez co nie mam w zwyczaju deptać partnerką po palcach.
♣ Nie lubię psów, każdego gatunku, wszystkiego co szczeka.
♣ Moim ulubionym przedmiotem w szkole jest Transumtacja, ONMS, OPCM, oraz Eliksiry.
♣ Jak sobie łatwo wyobrazić nie pójdę dobrowolnie na zajęcia z Mugoloznastwa, czy też z Wróżbiarstwa.
♣ Nie wierzę w przeznaczenie, uważam, że to sami jesteśmy odpowiedzialni za swój los. Za to, że wybraliśmy opcje A, zamiast B i los nic tutaj wspólnego nie miał. Winę na LOS zwalają słabi, osoby które nie potrafią brać odpowiedzialność za swoje czyny i dalej walczyć w swoim życiu. A wszelkie nieszczęścia tłumaczą właśnie tym słowem.
♣ Uwielbiam magiczne szachy czarodziejów.
♣ O wiele bardziej z ONMS interesuje mnie to jak szybko zabić dane stworzenie aniżeli to jak się nimi opiekuje, choć chłonę wszelką wiedzę na ich temat.
♣ Nie obchodzę mugolskich i katolickich świąt. Przez co nie oczekuj, że dostaniesz ode mnie parę wydzierganych skarpetek pod choinkę, że będę śpiewać kolędy, że przeżegnam się pod kościołem. A już tym bardziej, że wymsknie mi się powiedzenie "O Boże".
♣ Znam się na wszelkim rodzaju broni militarnej mugoli, choć tak na prawdę to tylko z niektórych lubię strzelać.
♣ Prawdę mówiąc to w ogóle nie lubię broni palnej, nie stosuję jej i gardzę tym wynalazkiem.
♣ Oprócz angielskim posługuję się również rosyjskim i hiszpańskim.
♣ Inne dzieci na swoje "komunie" dostają rowerki i zegarki. Ja od swoich chrzestnych dostałem miotłę i nóż, który to został pomniejszony za pomocą zaklęć i obecnie udaje jedynie ozdobę zawieszoną na grubym srebrnym łańcuszku, choć wystarczy jedna moja komenda by zerwał się z niego i przybrał swoje naturalne rozmiary.  
♣ Moją ulubioną bronią jednak jest szabla typu Polskiego. Jest to zdecydowanie największe arcydzieło technologiczne broni białej. Choć większość nadal żyje w przeświadczeniu o tym, że takową jest katana.
♣ Jak było wspomniane już wcześniej potrafię rozłożyć i złożyć Berettę w mniej niż minutę.
♣ Od pierwszej klasy zacząłem uczyć się Systemy i do dzisiaj ćwiczę ją regularnie.
♣ Każdy poranek zaczynam przynajmniej od okrążenia całego zamku z trzy razy inaczej mam paskudny dzień lub czuję się chory.
♣ Mój ulubiony zapach to mandarynki i trawa cytrynowa





Ostatnio zmieniony przez Aleksander Cortez dnia Nie Lis 27 2016, 20:40, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Wielka Brytania, Dolina Godryka
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 537
  Liczba postów : 418
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13688-aleksander-cortez
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13705-anty-temat-z-relacjami
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13741-cortez-aleksander-korespondencja
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13704-aleksander-cortez




Gracz






PisanieTemat: Re: Aleksander Cortez   Pią Lis 25 2016, 23:59


Historia Tom 1

Historia

Jedyne beztroskie chwile w moim życiu

Swoją historię zaczynam 16 stycznia 1999 roku w szpitalu Św. Munga w Londynie. Londyn, to jedyny dłuższy pobyt w tym miejscu przez następne kilka dobrych lat. Byłem drugim w kolejności dzieckiem Malvolio Corteza i Beatrix Cortez.
Nie za bardzo pamiętam co się wtedy działo, ale to chyba normalne prawda? Jedno teraz jestem pewny. To był jedyny beztroski czas w moim życiu. I najbardziej co z niego pamiętam to twarze dziadka i rodziców nade mną się pochylający i coś szepczący. Rzadko kiedy, ale jednak, miewam podobne scenki w koszmarach. Każdy miewa koszmary.

Straszenie dzieci to przecież taka fajna zabawa

Może w pewnych rodzinach straszenie rocznych dzieci i tworzenie im fobii z dzieciństwa byłoby karygodnym zachowaniem dla dziadków i kończyło by się to awanturą z rodzicami, ale zdecydowanie nie w mojej. Przez co wyskakujący nagle dziadek w potwornej masce z głową wilka to nie taki nadzwyczajny widok. I podczas pierwszych stu razach, beczałem z pełną pieluchą i cały drżałem na widok gdy tylko dziadek wchodził do naszego domu. A widok wilczura, którego to posiadał dziadek sprawiał, że już zaczynałem ryczeć kiedy go zobaczyłem, a co dopiero kiedy to zaczął szczekać.
W zasadzie to nic nie pamiętam z tego okresu, bo prawie wszystko jest jak przez łzy. I do tej pory nienawidzę psów…

Nawet do największej fobii można przywyknąć i przestać ryczeć

Po tych rzekomych stu razach, to nawet jeśli byłem przestraszony to twarz potwornego wilczura przestała być aż tak straszna. Po kolejnych stu, było to już taką rutyną, że przestawałem na to reagować, aż w końcu potwór odszedł. A mózg to bardzo dziwny narząd, a jeszcze dziwniejsi zdecydowanie byli ludzie kręcący się ciągle po domu. Ciężko powiedzieć jak duży wpływ może mieć dzisiaj na mnie to co wcześniej mi robili i czy w ogóle ma. Bowiem być może też wykreowałem sobie podejście zupełnie obojętnie na zagrożenie znacznie później.
Psów jednak nadal nie cierpiałem.

Merlinie po co ci takie wielkie oczy, uszy i zęby?

Kolejny dziwaczny rok minął, a ja już jako trzylatek. Tak, jako trzylatek biegałem po domu ciekawski całego otaczającego mnie świata. Nikogo jednak nie powinien zdziwić etap kiedy to nauczyłem się stawiać pierwsze kroki, chodzić, a później biegać. W takim domu rozwijać się normalnie to rzecz niemożliwa, albo trzeba by było urodzić się bez duszy, czyli rudy i piegowaty.
No ale może teraz porozmawiamy o kolejnych bezdusznych istotach? A tak się składa, że większość w tym domu zdawała się być ich pozbawiona, choć nawet nie byli rudzi, ani nie mieli piegów.
Widocznie rodzice uznali, że tak duże dziecko jakim wtedy już byłem nie może spać w tym samym pokoju co oni i powinno mieć swój własny pokój. A jeśli już jakiś mieć to tylko na samej górze domu, na strychu przerobionym, bardzo pospiesznie i niezbyt elegancko. A już zdecydowanie nie na pokój przystosowany dla dzieci. Pełno było tam dziwacznych pudeł, mrocznych szaf, zakrytych starych obrazów jedynie przez cienkie białe prześcieradło, przez co i tak w nocy było widać jak postacie się ruszały, groźnie obserwowały każdy mój ruch. Chociaż nie było tam tak mrocznie tylko w nocy. Tam traciło się całkowicie poczucie czasu, bowiem nie było żadnego źródła światła. Tylko sterta gratów, pajęczyny, pająki z którymi to czasami się budziłem. A i tak najgorsze z tego wszystkiego były prośby by ktoś ze mną posiedział zanim zasnę. Wujkowie byli jak zwykle chętni do spełnienia tej prośby i choć ich lubiłem i fajnie się z nimi wtedy spędzało czas słuchając różnych ich opowieści. Tak ich bajek na dobranoc nie cierpiałem przez bardzo długi jeszcze czas, a każda z nich z takim samym zakończeniem. „Ale nie martw się Aleksander, złapaliśmy tego potwora. I zamknęliśmy w tej szafie, więc pamiętaj. Nigdy jej nie otwieraj.” Więc zgodnie z ich prośbą, nigdy jej nie otworzyłem.
A psów jak się bałem tak dalej nic się nie zmieniło.


Bo przyjaciel to największy skarb na świecie

Po niecałym roku mieszkania w zupełnych ciemnościach, na strychu po dziś dzień nagły błysk światła powoduje, że przed oczami miewam kilkusekundowe mroczki, ale w słabym świetle potrafiłem poruszać się bez problemu unikając przeszkód. No ale nie mogę powiedzieć, że mam koci wzrok i widzę w zupełnej ciemności. Jestem tylko człowiekiem.
Pewnego dnia kiedy to wróciłem do domu po zabawach na podwórku w salonie stała stara szafa z mojego pokoju. A na kanapie i w fotelach siedziała cała ferajna. Wiedziałem już, że czas na kolejne zmiany. I chciałem uciec do swojego pokoju by schować się przed całym światem. Swoją drogą zabawne teraz jest to jak wielkie poczucie bezpieczeństwa dawał mi mrok, wydawał mi się wtedy moim jedynym przyjacielem. Niestety Gordon już stał za mną po szybkiej teleportacji i moja ucieczka skończyła się zderzeniem z nogą wujka. Miałem ochotę się rozpłakać, bo już widziałem to jak rodzice oświadczają mi, że od dzisiaj mieszkam w tej szafie. W szafie w której zamknięte są wszystkie stwory z opowiadań i bajek na dobranoc. Na domiar złego widziałem jak drzwiczki od szafy się lekko ruszają, a coś piszczy i drapie w nie od środka. Nie wiem, czy takie dziecko może mieć zawał serca, ale to tak mniej więcej się wtedy czułem.
Zostałem pokierowany przez wujka przed szafę i pomimo, że on już usiadł ponownie na swoim miejscu i mógłbym znów próbować uciekać byłem tak przerażony, że nie potrafiłem się poruszyć.
- Aleksandrze, proszę otwórz szafę – odezwał się dziadek, a jego słowa choć teoretycznie brzmiały jak prośba, to mężczyzna miał tak donośny głos, że nikt nigdy nie wiedział, czy stary faktycznie prosił, czy rozkazywał.
Kiwałem głową na boki cały drżąc, na co mężczyzna ponownie wydał to samo polecenie, które echem odbijało mi się po wnętrzu czaszki. Z łzami w oczach podchodziłem do tej szafy i kiedy łapałem za klamkę pierwsze łzy zaczęły kapać na ziemię. Rodzina sadystów i dzisiaj dobrze wiem po co tam zebrała się cała rodzinka. Do dzisiaj wujkowie mają ze mnie niezły ubaw i wypominają mi tamten dzień jeśli chcą mi dopiec. Cholerni skurwiele…
Skomlenie i drapanie w drzwi od wewnątrz się nasiliło, kiedy nacisnąłem na klamkę. Przez cały czas nawet nie pomyślałem o tym, że przecież za moimi plecami siedziała cała zgraja zabójców i jeśli coś miałoby mi się stać, to pewnie w chwili gdy tylko drzwi się otworzyły, a z niej wyłonił głowę biały piesek w brązowe łatki na łbie Cortezowie posłali by swoje zaklęcia, które to z połączeniu z tym szczeniakiem rozerwałyby nieszczęśnika na kawałeczki. Nic takiego się jednak nie stało. Ja upadłem do tyłu przerażony, bowiem nadal psów bałem się jak niczego innego, szczeniak skoczył na mnie i obwąchiwał zaciekawiony machając swoimi dwoma ogonkami, a cała rodzinka śmiała się w niebogłosy.
Nie ma co… Urządzili sobie rozrywkę.
A ja przestałem bać się psów.


Tak się przynajmniej wydawało

Odkąd dostałem psa minęły już jakoś dwa lata. Merlin – bo tak nazwałem swojego psidwaka nie odstępował mnie na krok, ani ja zresztą jego. Był moim druhem, najwierniejszym kompanem i dodatkowymi parami oczu przy zabawach z rówieśnikami. Już jako sześcioletni urwis ciekawy całego świata. Wtedy też zacząłem częściej poznawać coś znacznie więcej niż swoje najbliższe osiedle, a zdecydowanie więcej spędzać czas z dziadkiem. A to owocowało tym, że byłem zabierany na przyjęcia które zresztą bardzo lubiłem, te wszystkie kolory, wymyślne szaty i suknie. Tak bardzo odmienne od szarości mojego życia. Głowa Cortezów pokazywał mi różne postacie, omawiał kim są, czym się zajmują. Choć już jako dziecko wyczuwałem kiedy w pewnych momentach mówił kpiąco. Najczęściej podczas opowieści padało słowo szlama, mugol, czy też charłak. A na moje pytanie o te osoby, o chęć poznania ich, staruszek błyskawicznie gasił mój zapał.
Pamiętam to jakby wydarzyło się zaledwie wczoraj.
Podczas jednego z przyjęć na których po raz kolejny byłem z dziadkiem, znów tańczyłem z paniami w pięknych, długich sukniach. A już zwłaszcza z Panną w złotej sukni, którą to byłem zauroczony. Suknią oczywiście. Nie wiem jak by było teraz, ale wtedy to jej błyszcząca suknia zrobiła na mnie największe wrażenie. Tańczyłem długo, aż w końcu zmęczony chciałem pójść nalać sobie soku. Ten stał na suto zastawionym stole. Porzuciłem pomysł z sokiem na rzecz fontanny z ponczem o koloru mandarynek. Miałem wrażenie, że już czuję ich słodycz w ustach, ale ten był wysoko.
Za wysoko jak dla sześciolatka, ale młody się nie poddawał i sięgał coraz dalej ręką z szklaneczką by nabrać ponczu, stawał na paluszkach, wyciągał się jak tylko mógł, aż w końcu nabrał pomarańczowego płynu do szklanki. A później strumień fontanny oblał go całego, ledwo co zdążył odskoczyć, a fontanna leciała już na podłogę, a wraz z nią wszystko co było na stole. Jeden wielki trzask, harmider. Setka gapiów wbijająca wzrok w jednego chłopca całego przemoczonego przez klejący się płyn. Później krzyk dziadka, szybka rozmowa z gospodarzem. Jakieś przeprosiny staruszka, tamten zarzekał się, że nic się nie stało, że dobrze iż dziecko jest całe. Choć wiadomo było, że przyjęcie się już skończyło. Całą drogę staruszek się wydzierał na mnie, karcił, pytał co ja takiego zrobiłem. Ja natomiast tłumaczyłem się przez łzy, że nic takiego, że to nie ja, że fontanna sama spadła skoro nie mogłem jej dosięgnąć. I wtedy jakoś tak nienaturalnie się uspokoił. Wyciągnął papier i szybko napisał list wysyłając go do tamtego gospodarza. Ja byłem zbyt roztrzęsiony by jednak zadawać pytania.
A poncz faktycznie był słodki jak mandarynki…

Niecały tydzień po tamtym zajściu dziadek zabrał mnie na spacer, oczywiście zabrałem też ze sobą Merlina by to mógł się wybiegać i bym miał z kim się bawić. Jak się okazało na placu czekał jakiś znajomy dziadka, kojarzyłem go z widzenia. Zresztą dość często go widywałem, ale nie miałem pojęcia ani kim był, ani jak miał na imię. O wiele bardziej zaciekawiło mnie to, że był z dzieckiem i to moim rówieśnikiem. Sprawy dorosłych zostawiliśmy starszym, a my po szybkim poznaniu się zaczęliśmy zabawy. Ja, Merlin i chyba Thomas, o ile dobrze pamiętam.
W pewnym momencie coś zaczęło mi nie pasować. Wpierw psidwak zaczął szczekać, później warczeć na Thomasa i nim ktokolwiek zdążył coś zrobić ten skoczył na chłopaka i zaczęła się szarpanina. Szybko w podskokach podbiegłem do psa, chcąc go odciągnąć przez co uderzył mnie kłami w dłoń. Jęknąłem z bólu i obserwowałem z przerażeniem jego obłęd w oczach.
Chłopak krzyczał, pies szarpał go za ubrania, a mężczyzna z dziadkiem stali i patrzyli się.
- Dziadku zrób coś! – krzyknąłem widząc w jego ręku różdżkę wymierzoną w Merlina, ale ten ze spokojem pokiwał jedynie głową i odpowiedział:
- Nie mogę, to twój pies, sam coś z nim zrób. – Powiedział Evan, a jego słowa trafiły we mnie niczym piorun. Nie wiedziałem, co się dzieje, co mam robić. Złapałem za obrożę psidwaka i pociągnąłem starając się go odciągnąć od tamtego dzieciaka. Merlin był jednak za silny, szarpał się z chłopakiem, a tamten dalej się wydzierał. Nagle zdałem sobie sprawę, że w parku byliśmy tylko my, nikogo, kto mógłby mi pomóc. Kto by się chociaż zainteresował tym co się dzieje. A tamten facet też stał niewzruszony choć jego syn był tarmoszony i gryziony przez zwierzę.
- Pamiętaj Aleksander to tylko dzikie zwierzę. Zwierzę! A jak atakuje ludzi to trzeba się go pozbyć, prawda? Pamiętasz czego cię uczyliśmy przez tyle lat? My chronimy ludzi przed takimi potworami, a nie szczujemy ich nimi! Zrób coś! – Jego głos był potwornie donośny. Jeszcze gorszy niż grzmot pioruna w burzową noc.
Ale faktycznie w jednej chwili przypomniałem sobie wszelakie opowieści przy stole, wszelkie bajki opowiadane mi przed snem. Zawsze walczyliśmy z szalonymi bestiami. Rozejrzenie się i podniesienie grubej gałęzi zajęło mi zaledwie kilka sekund, a po tym w leciał wymierzony w głowę Merlina cios z solidnego kawałka drewna, choć jeszcze przed chwilą patyk ten wydawał mi się być zwyczajnym kijem, który złamał wiatr. A ten faktycznie się zwiększył przed uderzeniem. Zawył groźnie, choć nie tak jak świst i trzask. Psidwak odleciał metr dalej starając się doprowadzić do normalnego stanu po tym jak został ogłuszony na sekundę. Thomas zerwał się na nogi kuśtykając uciekł do mężczyzny. Mój przyjaciel patrzył się teraz na mnie, z tym samym obłędem w oczach. Zdawało mi się, że były bardziej zamglone niż normalnie. Dzisiaj już wiem co to było. Lecz wtedy…
Pies rzucił się na mnie, ja przerażony zacząłem machać kijem na prawo i lewo chcąc go odgonić. Ten cofał się unikając końcówki badyla.
- Nie machaj tym na oślep. Otwórz oczy i patrz czy podchodzi, dopiero wtedy zaatakuj! - Dziadek poinstruował mnie jak mam postępować. A ja niczym wyuczony podkomendny wykonałem jego rozkaz. Kij zatrzymał się, a Merlin dopiero teraz ruszył. Patrzyłem się w zamglone oczy i z łzami w oczach wykonałem zamach trzymanym kijem. Wkładając w to uderzenie całą siłę jaką tylko miałem.
Pisk ocucił mnie niczym pianie koguta i wyrwał z tego koszmaru. Mały psidwak leżał na ziemi na prawym boku i skomlał cicho. Kij wysunął się mi z dłoni i uderzył o ziemię. Skoczyłem do konającego zwierzaka i objąłem go zalewając się łzami i szlochając jak jeszcze nigdy.
Dopiero teraz podszedł do mnie dziadek i położył swoją dłoń na głowie i obejmując mnie delikatnie.
- Już dobrze Aleks, już dobrze. Właśnie uratowałeś chłopcu życie. Powinieneś być z siebie dumny, a nie płakać. – Powiedział Evan wstając na nogi i podnosząc mnie jedną ręką. Przez chwilę walczył z moim bezwładem.
- Aaa… Aalee… Mee…Rlii…N… - Wyszlochałem jedynie wypuszczając z objęć zwierzaka w którym gasło już życie.
- Nic się nie stało. To tylko zwierzę, dzikie, szalone zwierzę, którego było trzeba się pozbyć by uratować tego chłopca. Dobrze się spisałeś Aleksander – nigdy jego słowa nie brzmiały ciepło ani pokrzepiająco, ale tym razem to ich chłód na zawsze pozostał w mym sercu.
- Wymarzę temu dzieciakowi wspomnienia i później zajmiemy się jego ranami – powiedział starszy z mężczyzn podchodząc do wystraszonego dzieciaka. Wycelował w jego stronę i rzucił zaklęcie.
- A później co z nim zrobimy?
- Zostawimy tam gdzie znalazłeś, to przybłęda. Jeśli ma jakieś swoje miejsce lub znajomych to sobie poradzi. Ewentualnie możesz go adoptować. – odpowiedział śmiejąc się na samym końcu.
- Dziadku… A czy mi też możesz wymazać to z pamięci? – Powiedziałem do głowy rodziny, mając nadzieję, że będę mógł jak najszybciej zapomnieć o tym dniu. Nawet nie docierało do mnie nic innego o czym rozmawiali przed chwilą. Mężczyzna wydawał się być zaskoczony taką prośbą, więc na chwilę zapanowała cisza.
- Nie Aleksander, nie mogę tego uczynić, ponieważ ty będziesz musiał zapamiętać ten dzień. – Odpowiedział w końcu pozostawiając chłopca samego sobie i powrócił do rozmowy.
A ja tylko stałem patrząc się na zatłuczonego psidwaka.

Przestałem się bać psów.
Za to je teraz znienawidziłem…
Sam nie wiem co gorsze.


By łabędziem się stać

Przez pół roku strasznie się zapuściłem odkąd zabiłem wściekłego kundla, mimo wszystko nadal mnie to męczyło i moje ruszanie się ograniczyłem do minimum. Co bardzo nie podobało się moim rodzicom, ogólnie całej rodzinie. No ale się nie dziwię. Widzieliście bowiem kiedyś spasionego łowcę, który to zamiast zwinnie się poruszać, biegać i skakać niczym antylopa widząca głodne zwierzę to może co najwyżej turlać się przed siebie? Ja na szczęście takiego nie widziałem, a jeżeli istniał to już dawno myśliwy stał się zwierzyną którą to rozszarpały bestie. Życie… Słabi umierają. A we mnie od małego tępiono każdą możliwą słabość. No ale przecież siedmiolatka nie zmusi się siłą by to biegał, latał za innymi dzieciakami z podwórka i bawił się z nimi.
Wtedy moja matka po dłuższych rozmowach ze mną wyciągnęła ode mnie to, że zawsze podobały mi się bale na których to tańczyłem i jeszcze w tym samym tygodniu zostałem zapisany na lekcje tańca towarzyskiego i poniekąd zmuszony do większego ruchu.
Pomysł ten okazał się być strzałem w dziesiątkę, bowiem po tym znów ożyłem, powróciłem do znajomych i na powrót zacząłem odczuwać przyjemność z życia. Zdecydowanie odkładając to co się stało w przeszłości na dalszy tor, albo wręcz całkowicie w zapomnienie. Mam jakieś takie wrażenie, że to właśnie wtedy zatraciłem to czego brak tak bardzo wypominaliśmy genetycznym – człowieczeństwo i sumienie.
Bez przerwy spotykałem się z dziadkiem, który to wykładał i opowiadał mi o magicznych zwierzętach, a pomiędzy tymi zajęciami uczył mnie gry w szachy. Co niezwykle mocno lubiłem. To były chyba jedyne momenty kiedy to czułem się w pobliżu dziadka swobodnie, niezdominowany jego ciężką aurą jaką się otaczał. I choć nigdy nie potraktował mnie podczas gry ulgowo, miałem wrażenie, jakbym miał przed sobą zupełnie inną osobę. Nawet jego komenda Jeszcze raz Aleksander nie brzmiała tak chłodno jak czasami niejedna pochwała. Może dlatego też tak bardzo polubiłem szachy czarodziei?

Weź się w garść i bądź mężczyzną

Minęło siedem miesięcy zanim powróciłem do swojego poprzedniego fizycznego stanu. I wtedy już jako ośmiolatek obiecałem sobie, że to ostatni raz kiedy to doprowadziłem się do takiego wyglądu. Zwłaszcza kiedy to naukę tańca pokochałem, a wyglądając jak dwudziestokrotnie powiększony kafel do Quidditcha z rączkami i nóżkami równie pulchnymi co cała reszta tylko się ośmieszałem i wzbudzałem wśród innych dzieci tam tańczących pośmiewisko. Nie poddałem się jednak, a już tym bardziej byłem niewzruszony na ich przezwiska i drwiny. To było zaledwie muśnięcie smutku, jaki do tej pory przeżyłem. A oni widząc, że jestem na to odporny przestali o dziwo dość szybko i odpuścili na dobre.
Ja jednak chcąc coś z tym problemem zrobić udałem się do specjalistów od tej dziedziny. Przynajmniej ja ich wtedy za takowych miałem i w zasadzie to do teraz niewiele się tutaj zmieniło. I właśnie odkrywałem plusy posiadania tak wielkiej rodziny, a zwłaszcza tylu wujków. Każdy z nich z swoją specjalizacją. Ale o tym będzie więcej w późniejszym etapie.
Teraz najważniejszy tutaj był Braig. Ten facet mnie po prostu przerażał. Był wielki, wysportowany… Chociaż nie! Wysportowany to za mało powiedziane, obraza dla tej chodzącej masy mięśni, które zdają się potrafić łamać kości pod samym naporem skurczu mięśni mężczyzny.
Braig Berserker Cortez – jak to lubiliśmy na niego wołać. I tutaj przydomek berserkera nie jest związany tylko z jego siłą… Jak mówiłem. On mnie przerażał.

- Pulpecie nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę co robisz prosząc mnie o to. Nie ma nikogo innego chętnego? – powiedział z nieukrywaną kpiną w głosie, na wzmiankę młodego, który to właśnie poprosił go o to by ten go ćwiczył.
- Przecież masz tylu innych wujków, dziadka… W twoim obecnym stanie to i nasz staruszek by cię zamęczył, a co dopiero jeden z nas… A co dopiero ja! – W głowie usłyszałem niedopowiedziane przez niego myśli, którą to z litości nie wypowiedział.
- Nie, nie chcę nikogo innego wujku. Chcę byś to ty mnie trenował, jesteś najsilniejszy, najszybszy ze wszystkich – odpowiedziałem szybko chcąc choć trochę połechtać jego ego. Dobrze jednak zdawałem sobie z tego, że to była cholerna i niezaprzeczalna prawda. Był najlepszy.
- Klopsie, ty chyba nie zdajesz sobie sprawy o co prosisz! – Powtórzył po czym westchnął. Udało się, zadziałało, gadzi język delikatnie wpuścił swoją truciznę, swój jad by tamten pomalutku mięknął robiąc co do niego należało, a widząc też w dodatku zaciętą minę Aleksandra i to, że pewnie nie da mu spokoju i nie zamierza ustąpić westchnął głęboko.
- Ech… W porządku młody – wypowiedział, a ja ledwo co powstrzymałem od podskoczenia i wrzasku radości. – Ale wystarczy jedno niewykonanie mojego polecenia i wypad. Wrzucę twoje spasione ciało do klatki z hipopotamami. Może one cię zaakceptują w swojej rodzinie. Bo my z pewnością tego nie zrobimy. Słabe ogniwo się likwiduje, więc pamiętaj. Jedno niewykonanie polecenia i cię nie ma. Kto wie… Może się pomylę i wrzucę cię nie do tej klatki co trzeba? Aligatory byłyby z pewnością zadowolone. – Skończył w końcu gadać. Dzieciak przechylił głowę lekko w prawą stronę wpatrując się w Berserkera Corteza z zaciekawieniem, zastanawiając się na ile z tego co mówił było prawdą. Tamten wpierw wyglądał na wściekłego, że pulpet w ogóle go nie słuchał, ale szybko się jednak roześmiał. Zdał sobie sprawę z tego, że to nie to. On go słuchał… Ten cholerny Evan! Porąbany człowiek, jakich mało na tym świecie, ale doskonale wie co robi.

Czy to skrzydła, czy to miotła?!
Tak unoszą mą uradowaną duszę ku niebu?
Nie, to nie aż tak pogardliwe spojrzenie mego wuja.


Rutyna chlebem powszednim mego życia

Od czasu kiedy to zacząłem trenować z wujem minęło dziewiętnaście miesięcy. To naprawdę szmat czasu. Zwłaszcza kiedy to każdy z nich zaczyna się tak samo, począwszy od pierwszego dnia, a skończywszy na tym ostatnim. Ilość kilometrów przebiegniętych, pompek zrobionych, kabeli przepłyniętych już nawet nie zliczę, a już tym bardziej odcisków, powysiłkowych mdłości, zemdleń, czy podtopień nie jestem w stanie zliczyć.
I choć przez ponad cztery miesiące Braig najczęściej wracał ze mną nieprzytomnym przerzuconym sobie nad ramieniem lub pod pachą, bezwładnym niczym szmaciana kukła, wyciągał mnie z wody, kiedy to już zaczynałem się żegnać ze światem. Tak później coraz częściej się to zmieniało. I tak byłem mu wdzięczny za to, że nie wymagał ode mnie stricte siłowych ćwiczeń. Czego więcej mógłby wymagać od dziewięciolatka?
W dodatku, tak zawsze niepozornie wyglądającego.


Nowy wujek? Kuzyn? Wujko-kuzyn!

Dziesięć lat to taki dziwny wiek. Wiesz jeszcze, że jesteś dzieckiem, bo nim jesteś, ale jednak już coś tam wiesz o świecie. No ale z pewnością nie pojmiesz tego, że twój kuzyn jest twoim wujkiem lub wujek jest kuzynem. I sam Merlin nie będzie w stanie Ci tego wytłumaczyć.
Dzisiaj już rozumiem to bardzo dobrze, choć cały czas kiedy to o tym myślę na moich ustach pojawia się kpiący uśmieszek.
To właśnie wtedy do Hogwartu został zapisany mój kuzyn. Wuj od siedmiu boleści – Dymitr Miligan, lat 11-cie.
Teraz już bardzo dobrze wiedziałem kim jest ten mężczyzna sprzed kilku lat. Był to młodszy brat mojego dziadka - Sergius Miligan. Rodzina się powiększyła jeszcze bardziej… Teoretycznie. Zawsze była wielka i tylko pozostało mi się zastanawiać jak daleko sięga jej historia i od jak dawna zatruwa ten świat.

W tym roku choć wcale treningi z wujkiem Braigiem nie zelżały, miałem wrażenie, że bardziej skupiałem się na spotkaniach z Evanem Miliganem wykładającym mi to coraz nowszą wiedzę na temat zwierzyny magicznej, wszelkich balach na których to mogłem się wyszaleć o wiele bardziej niż na podwórku. Szkoliłem swoje umiejętności taneczne, a także aktorskie. Było mi coraz ciężej zachować swoją przeciętność, jak i nie beznadziejność przed światem. O wiele ciężej niż wcześniej, więc wymagano z czasem ode mnie jeszcze więcej zaangażowania.
Jednym słowem – rutyna. Straszna, ciągła rutyna, do której jednak szybko przywykłem. Co na pewno, już się nauczyłem do tej pory to szybkie przystosowanie się do danej sytuacji. Nie narzekałem na życie i swój los. Nie ważne co by się nie działo.
A także to, że rutyna w mojej rodzinie nie potrwa za długo i prędzej czy później za tym zatęsknię. Tak więc cieszyłem się z jej powodu i zbierałem siły przed kolejnym wyzwaniem dla mnie przygotowanym przez mądre głowy rodziny już bardzo dawno temu.
W dniu moich narodzin.


Najważniejszy dzień w życiu czarodzieja

Ciężko opisać uczucia jakie się czuje wraz z tym kiedy przychodzi zaadresowany do nas list. Ten tak długo wyczekiwany. Jest niczym wcześniejsza gwiazdka, chociaż to na same święta czeka się mniej niecierpliwie jak na jedenaste urodziny.
Bowiem wraz z tym listem dostaniemy też swoją pierwszą i być może ostatnią różdżkę. Jeśli okażemy się godnymi i odpowiedzialnymi właścicielami. Heh, z tą odpowiedzialnością to jak zwykle przesadzali, stara śpiewka twórców różdżek. Jeśli będziesz na tyle silnym czarodziejem lub wiedźmą to odpowiedzialność nijak tutaj nie przysłuży się do tego, że nie będą w stanie odebrać ci różdżki. I ja doskonale wiedziałem już o tym w dniu kiedy to udałem się do miejscowego twórcy różdżek. Ollivander jak zwykle przyjmował swoich gości z wielkim entuzjazmem, nie mniejszym niż przeżywali młodzi klienci.
Rodzina Cortezów była mu dobrze znana, większość z nich kupowała właśnie tutaj swoje różdżki.
Drzwi otworzyły się szybko, przez co uderzył gwałtownie dzwoneczek informując właściciela, że ktoś wszedł do sklepu. Czarnowłosy chłopiec wyglądał na doskonale zorientowanego się w tym gdzie właśnie trafił przez co od razu przykuł uwagę staruszka.
- Te kruczoczarne włosy, czyżby to już kolejna latorośl szła do szkoły? Ojjj jak ten czas szybko leci. Jak się nazywasz młodzieńcze?
- Aleksander Cortez – odpowiedział od razu bez zastanowienia zadzierając wysoko głowę do góry by móc rozmawiać z staruszkiem który to właśnie schodził z drabiny po tym jak wychylił się za jednego z wielkich regałów, na którym leżały tysiące pudełeczek. Jego wzrok starał się je ogarnąć wszystkie, ale będąc gdzieś w połowie zgubił to konkretne pudełeczko, przez co nie był w stanie jednoznacznie określić ile ich tutaj mogło być.
- Cortezowie… Zawsze miałem z wami problem… W sensie nic poważnego, ani osobistego. – Dodał, jakby trochę na swoje usprawiedliwienie i schodząc z drabiny podszedł do chłopaka by mu się dokładniej przyjrzeć.
- Ciężko dopasować jakieś konkretne drewno i rdzeń, ale mamy czas – odpowiedział z lekkim uśmiechem i uniósł palec do góry, jakby to wymyślił którą to z jego różdżek mógłby mu dać do sprawdzenia. Odwrócił się więc sprawnie, nawet jak na swój wiek i ruszył w głąb sklepu znikając za jedną z wielkich półek sięgających aż do samego sufitu.
Wpatrywałem się z niecierpliwością i podekscytowaniem w miejsce gdzie to zniknął mi z oczu.
- A kogo jesteś synem? – Odezwał się nagle mężczyzna po chwili ciszy jaka nastała w sklepie, a on wyszedł z zupełnie innej strony. Miałem wrażenie, że to jakiś jeden wielki labirynt, a on jest jego szalonym twórcą, który tylko jako jedyny zna jego każde zakamarki i potrafi z niego wyjść.
- Beatrix i Malvolio – odpowiedział chłopiec prostując się dumnie. Wpatrywał się w trzy podłużne pudełeczka które trzymał. Ten widząc jego spojrzenie roześmiał się krótko i odkładając dwa z nich na ladzie otworzył trzecie i wyciągnął z niego długą różdżkę.
- Trzymaj, wypróbujemy wpierw tę. Jest to ostrokrzew z piórem z ogona gromoptaka. Śmiało wypróbuj ją – mówił staruszek wręczając chłopcu różdżkę skierowaną w jego stronę za rękojeść gdzie znajdowała się rdzeń.
Aleksander chwycił ją wpatrując się uważnie w drewno, ważył ją przez moment, jakoś tak automatycznie. Dziwny nawyk szacowania przedmiotu którym to miał się posługiwać przez resztę swojego życia. Ta była jednak za krótka, nawet jak dla jego drobnej dłoni i już od samego początku czuł gdzieś w głębi duszy, że coś między nimi iskrzy, ale nie były to raczej za dobre relacje.
- No dalej, machnij, czy coś – rzucił podekscytowany wpatrując się równie intensywnie w różdżkę którą stworzył jak i w twarz chłopca.
Według prośby tamtego młody Cortez machnął różdżką powodując, że niewielka część z ułożonych na pułkach pudełeczek z różdżkami wyskoczyła natychmiastowo ze swoich miejsc i porozwalała się po całym pomieszczeniu. Młodzieniec od razu odłożył różdżkę na ladzie starając się nie spowodować jeszcze większych szkód. Na co starzec zareagował gromkim śmiechem.
- Spokojnie, nic się nie stało, to normalne. Już się do tego przyzwyczaiłem. – Cały czas się uśmiechał i chowając różdżkę do jej pudełeczka, zamyślił się na moment którą teraz by pokazać chłopakowi.
Padło na białą różdżkę, która niezwykle spodobała się młodemu, co było widać po jego oczach.
- Widzę, że wiesz co to za drzewo. Osika, niezwykłe drzewo i niezwykle rzadkie, a zarazem cenione przez czarodziei. – Powiedziawszy to wyciągnął różdżkę i podał ją klientowi. Ten złapał je niepewnie z początku przyglądając się drzewu o koloru kości słoniowej. I gdyby nigdy wcześniej nie widział tamtego materiału byłby przekonany, że to właśnie kość słoniowa a nie drewno.
Kiedy tylko złapał mocniej za rękojeść z różdżki wyskoczył promień, który z ogromną prędkością przeleciał tuż obok ramienia mężczyzny i roztrzaskał kawałek półki w którą to uderzył, zaś sam chłopak odleciał do tyłu jakby to górski troll grzmotnął mu z otwartej ręki. Przez co stęknął czując twardą przeszkodę którą była ściana.
Starzec nie przejmując się zupełnie tym, że o włos prawie połamano mu rękę i szybko podbiegł do leżącego przy ścianie chłopca, który to wyglądał na trochę zamroczonego, zdezorientowanego jak i wystraszonego tym co się przed momentem wydarzyło.
- Na Merlina! Jesteś cały?! Wszystko w porządku?! – Krzyknął kucając przy Aleksandrze na co ten nadal lekko oszołomiony pokiwał twierdząco głową, że wszystko z nim dobrze. Starzec pomógł mu wstać, doprowadził do jakiegoś w miarę normalnego stanu, prosząc by to usiadł na moment na jednym z krzeseł i ochłonął. Młody Cortez wykonał każde z poleceń, a staruszek w tym czasie podszedł do białej różdżki która to wypadła chłopakowi z ręki jak wyleciało z niej zaklęcie.
- Nie, z decydowanie to nie był dobry wybór. Hmmm, a może by tak ta? – mruczał coś sobie pod nosem zabierając trzy różdżki ze sobą uznając, że i ostatnia z nich tutaj nie będzie pasowała. W tym czasie jak chłopak odpoczywał wyciągnął swoją różdżkę i kilkoma ruchami posprzątał wcześniejsze zniszczenia które wyrządził. Robił to z niezwykłą precyzją, ale w zasadzie Corteza to wcale nie zaskoczyło. Jeśli mężczyzna musiał to robić za każdym razem kiedy to przychodził do niego następny młody czarodziej lub czarownica. To było to dla niego coś normalnego, niczym jego nawyk badania swojej nowej broni. Przychodziło tak automatycznie, że nie zwracało się już na to zupełnie żadnej uwagi i jedynie ręce robiły to co do nich należało, a myślami mógł być zupełnie gdzie indziej.
Starzec znów wyłonił się za jednej z półek i tym razem niósł tylko jedno opakowanie. Widząc to Aleksander od razu się poderwał na nogi i podszedł szybko do lady na której to twórca różdżek kładł już pudełeczko, nieco dłuższe od poprzednich. Rozwiązał wstążeczki i otworzył opakowanie. W środku była zupełnie przeciwnego koloru różdżka do poprzedniej, którą miał nieprzyjemność wypróbować.
- Jest to hebanowa różdżka, niezwykle eleganckie drewno proszę pana – powiedział uśmiechając się do młodzieńca który to właśnie badał wzrokiem jego dzieło – w dodatku ma 13 cala więc powinna leżeć świetnie i pewnie w ręce. A w rdzeniu ma włos centaura – dopowiedział i wyciągnął kolejną różdżkę podając ją chłopakowi. Ten bez zawahania chwycił ją i poczuł jak mrowienie przeszło przez całe jego ciało zaczynając od palców ręki, a skończywszy u palcach stóp.
- Ciekawe połączenie panie Cortez, ciekawe. – Mówił do samego siebie bardziej widząc, że kolejna różdżka zaakceptowała swojego nowego właściciela. Co oczywiście niezwykle go cieszyło.
Po uregulowaniu należności za różdżkę ruszył niezwykle szczęśliwy na dalsze zakupy, nie mogąc się już doczekać pierwszych zajęć kiedy to będzie mógł jej użyć. Bo oczywiście teraz miał zakaz z niej korzystania. Też coś! By zabraniać czarodziejowi korzystania z różdżki i możliwości nauki we własnym zakresie, nadal wykonując czynność i jak pierwszy lepszy mugolak, a nie żyć jak na czarodzieja przystało.

Cortezowie swoje tajemnice zabierają do grobu

W rodzinie zawsze panowała taka zasada, że oprócz nadzoru Ministerstwa Magii i ograniczeń jakie na nas nakładano robiła to również rodzina. Uważając, że jesteśmy za bardzo bezbronni na osoby zewnątrz by to od tak wypuścić nas do innych czarodziei niechronionych. I w zasadzie to mieli rację. Istniało masę sposobów legalnych, bądź też nie by wyciągnąć z takiego młodego informacje.
Dlatego na każdym z nas ciąży zaklęcie Fideliusa. Klątwa, zabraniająca nam mówić na pewne tematy do czasu, aż nie ukończymy pewnego wieku. Który w tym przypadku oznaczał ukończenie Hogwartu.
Było to niezwykle dziwne uczucie, a zarazem nieprzyjemne. Jakby coś mocno ściskało coś wewnątrz ciebie. Niczym wąż boa ściskający swoją ofiarę, a ty wiesz, że ofiarą jest twa dusza. Dusza pełna tajemnic i sekretów i choć tego nikt inny nie mógł zobaczyć to sam czułeś się obarczony pieczęcią już na całe życie. Jak złoczyńca, a to wszystko przez swoją rodzinę. Czego to jednak się nie robiło dla jej dobra, a także czego to już nie musieliśmy znosić podczas poprzednich lat. Przez co podchodziło się też już do tego obojętnie. Kolejna nieprzyjemność, tradycja rodziny, mająca nas tylko wzmocnić i pozbawić jakichkolwiek słabości.
Kilka dni po tym już siedziałem w pociągu wypełnionym uczniami, a także innymi do mnie podobnych. Nie należałem do zbytnio rozgadanych osób, przez co jeśli dochodziło do wymiany zdań między innymi uczniami to kończyło się tylko i wyłącznie na przedstawianiu się. Od razu odszukałem swojego kuzyna i to obok niego spędziłem swoją pierwszą podróż do Hogwartu.

Uroczysta uczta i przydział do domów.

O dziwo podszedłem do tego bardzo spokojnie nie ekscytując się tym jak większość z moich rówieśników, już w domu wszyscy przewidywali mi do jakiego z domów się dostanę, więc nie było to dla mnie ani tajemnicą, ani zaskoczeniem kiedy to wywołali mnie z imienia i nazwiska. Ruszyłem w stronę taboretu na którym to siadał każdy z poprzednich osób. A gdy już zająłem miejsce profesor nałożył mi tiarę przydziału na głowę.
- No proszę, proszę… - odezwała się tiara kiedy tylko znalazła się nad moją głową.
- Kolejny z Cortezów? I kolejny taki samy. Jak wy to robicie, że ilekroć mam ocenić kolejną osobę, wszyscy jesteście identyczni. Ale przez to nie mam z wami problemu. Slytherin! – wykrzyczała na końcu magiczna tiara kierując mnie do domu węża. Wstałem z taborecika i ruszyłem w stronę skąd dochodziły największe brawa i wiwaty o kolejnej zdobyczy, a może i nowej ofiary zielonych wychowanków. Na szczęście miałem tę przewagę nad innymi kolegami i koleżankami, że moja krew była przepełniona magią. Może i nie jak jednorożca, ale któż mógł mi zabronić tak uważać? Zwłaszcza, że to myślenie było we mnie pielęgnowane od bardzo, bardzo dawna.

I choć moje życie do tej pory do nudnych nie należało, miałem wrażenie, że dopiero teraz rozpocznie się prawdziwa przygoda.

Koniec Tomu I

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Wielka Brytania, Dolina Godryka
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 537
  Liczba postów : 418
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13688-aleksander-cortez
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13705-anty-temat-z-relacjami
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13741-cortez-aleksander-korespondencja
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13704-aleksander-cortez




Gracz






PisanieTemat: Re: Aleksander Cortez   Sob Lis 26 2016, 00:03


Historia Tom 2

Historia

Bo nawet podczas mrozu może być przyjemnie

Większość cieszy się jak głupia kiedy to rok szkolny się kończy i nadchodzą wakacje, lecz z pewnością ja do tych osób nie należałem. W szkole za bardzo mi się podobało i nie chciałem jej opuszczać, poznałem nowe osoby, już pomału zaczęły się rozwijać pierwsze przyjaźnie, a tak szybko musiałem wracać do domu. Wiedząc co mnie czeka, zostałem poinformowany o tym na kilka dni przed końcem roku. I tak z ponurej pogody jaka panowała w Anglii przez większość roku miałem skończyć gdzieś w niegościnnych, lodowatych lasach Syberyjskich. Ja, a także wujkowie Larkin i Aro.
Cóż takiego tam miałem z nimi robić? Otóż zdecydowanie najważniejszą rzeczą było przeżyć. Przeżyć bez ciepłego, powiększonego za pomocą magii namiotu, na całe szczęście miał ze sobą różdżkę. I choć informował swoich rodziców, że w szkole zabronili mu jej używać poza Hogwartem, tak rodzina szybko go uspokajała. Mówiąc, że ministerstwo zostanie jedynie zaalarmowane, że ktoś rzucał zaklęcia w danym miejscu nie zaś kto to dokładnie robił. A on przecież będzie w towarzystwie dwóch pełnoprawnych czarodziei.  Zresztą dopiero co zaczął poznawać tajniki magii, więc za dużo nie byłby w stanie zrobić. Co najwyżej by rozpalić za jej pomocą ognisko, pocierając patyczek.
- Zapamiętaj Aleksander, nie ma takiego prawa na tym świecie zabraniającego czarodziejowi użycia swojej mocy jeśli jest w tarapatach. Jeśli musi się bronić by przeżyć. Będą się później rozwodzić nad tym, czy to było konieczne, czy nie mogłeś postąpić inaczej. Ale jeśli musisz złamać zakaz by przeżyć to masz do tego prawo. Dlatego nie rozstawaj się z różdżką. Zgubisz ją – już po tobie, złamiesz ją – już po tobie, zostawisz gdziekolwiek – już po tobie. Nie będziesz się w stanie obronić przed silniejszym, nie ważne jakbyśmy cię wytrenowali. To ona wyrównuje wtedy szanse, pozwala nam się bronić przed silniejszymi, siłami przyrody z którymi mugol nie da rady wygrać. A ty nie jesteś jakąś szlamą by to musieć zdychać zamarzając pogrzebany gdzieś pod śniegiem, nie musisz umrzeć z odwodnienia przemierzając pustynię. Jesteś czarodziejem i masz moc by zapanować nad naturą. Ale pamiętaj, tę przewagę daje ci różdżka. Więc miej ją zawsze przy sobie - wytłumaczył mu jak zwykle spokojnie Aro i kładąc chłopakowi rękę na ramieniu zarzucił sobie plecak na plecy i teleportował się z siostrzeńcem.

Choć do teleportacji nadal nie był zbyt przyzwyczajony tak miał wrażenie, że tym razem mdłości jakie poczuł poszły od razu w niepamięć, a zostały zastąpione gęsią skórką, szczękaniem zębami i drżeniem całego ciała. Miał wrażenie, że właśnie zamarza, a zimny wiatr przeszywa każdą cząsteczkę jego ciała. Każdą komórkę po komórce. Z trudem był w stanie złapać oddech, tak jakby drogi oddechowe zamknęły się. Wtedy dostał czymś puchatych w twarz.
- Szybko ubieraj się głupku, co tak stoisz! - wrzasnął Larkin i dopiero teraz chłopak zrozumiał, że były to grube skórzane ubrania. Opatulił w pierwszej kolejności ramiona, choć zanim dotarły do niego karcące spojrzenia wujków szybko zreflektował się i zaczął przebierać wpierw cały dół. I choć wcale tragicznie zimno nie było to jednak tak nagły skok temperatury i obniżenie jej o prawie 13 stopni spowodował, że ciało doznało lekkiego szoku termicznego. Kiedy to się ubrał cały stał tak opatulony w futra obejmując się mocno ramionami. Ciepło zaczęło wracać, a on ponownie mógł złapać oddech.
- Dobra koniec opierdzielania się panowie ruszamy trzeba rozpalić ognisko. Aleksander jak myślisz która jest godzina i za ile zrobi się ciemno? – rzucił Aro ruszając z swoim bratem nie czekając na młodego.
- Jak się przenosiliśmy było jakoś po piątej, więc mamy jeszcze z jakieś cztery godziny? – odpowiedział chłopak ruszając biegiem za wujkami by ich dogonić. Naprawdę teraz się cieszył, że to Braiga poprosił o trenowanie i że tamten dał mu taki wycisk. Skóry choć ciężkie zdawały się prawie nic nie ważyć nawet podczas biegu, a później szybkiego marszu by nie pozostawać za wujkami. Tamci by później nagadali swojemu bratu, że się nie postarał, a on sam zebrałby niezłe baty. Tak więc nie chciał do tego dopuścić.
- Źle, mamy jakieś dwie godziny. Nie wziąłeś pod uwagę wysokości geograficznej, więc musimy się pośpieszyć i szybko znaleźć drzewo na opał.  – Szli dalej obserwując wszystko uważnie, bo choć i mężczyźni dobrze znali to miejsce to zawsze istniała szansa, że mogli spotkać tutaj kogoś kto zapuścił się o wiele głębiej niż powinien.
- Miej oczy otwarte młody, to niegościnne miejsce. Pełno tutaj wilków, niedźwiedzi i innego cholerstwa – rzekł Larkin w ręce trzymając już różdżkę. Aleksander widząc to sam wyciągnął swoją różdżkę, choć nie miał pojęcia co miałby za jej pomocą zrobić. Machanie nią bez sensu nic nie da. Próbował wiele razy to już w szkole. Potrzebne były inkantacje, a on ich nie oszukując się nie znał prawie w ogóle.
Szli przez pewien czas przez nieurodzajne pola, aż w końcu weszli do niewielkiego skupiska drzew iglastych.
- Aleks, szukaj jakiś suchych gałęzi na ziemi – powiedział przybierając markotną minę. Nie lubił tego lasu, przez to, że większość drzew tutaj była iglasta ciężko było znaleźć coś co się mogłoby nadawać na opał. Dlatego wujkowie również nie wybrzydzali widząc na swojej drodze leżące gałęzie.
- Zbierajcie wszystko, osuszymy je zaklęciem w razie czego – dodał Larkin uznając, że o tej porze roku nie ma co szukać wyschniętych drzew liściastych.
Kiedy uzbierali dość sporą kupkę drewna Aleksander wraz z Aro wrócił się na polanę na której mężczyzna powiedział do młodego:
- Gdzie byś rozstawił nasz obóz i dlaczego? – odezwał się patrząc się uważnie na świeżo upieczonego ucznia.
- Nie mam pojęcia, jedynie wiem, że nie można w lesie, ale które miejsce się nada to nie wiem wujku – odpowiedział chłopak na co tamten chociaż trochę się uśmiechnął. Przynajmniej nie będzie musiał zaczynać od samego początku, a to już coś.
- Najlepiej poszukać jakiegoś zasłoniętego miejsca, chociaż trochę. Coś jak dół, czy górka, sterta kamieni, jakiś powalony pień. Będzie to wtedy naturalna ochrona przed wiatrem, wtedy bardziej możesz się skupić na lepszym zabezpieczeniu innych stron, niż budować cały szałas od podstaw. – Kiedy oni szukali takiego miejsca z lasu wyłonił się w końcu Larkin który to unosił za sobą całą stertę zielonych gałęzi.
- Tym się zabezpieczymy z innych stron, jeśli dobrze ułożymy to powinno nas całkowicie zasłonić. No i nie zapowiada się na deszcz, więc masz szczęście młody. Trafiła ci się pogoda na pierwszy dzień – powiedział wychodząc za niewielkiego wzniesienia by pokazać się bratu. Choć sam nie wiedział do końca po co to zrobił. Ten bez problemu by się domyślił gdzie są, a już tym bardziej wytropił.
Larkin widocznie był odpowiedzialny za przygotowanie obozowiska, bo bez najmniejszego zamienienia słowa z bratem wiedzieli kto się czym ma zająć. Aro miał wytłumaczyć najmłodszemu Cortezowi jak postąpić z ogniskiem.
- No to jak byś rozpalił ognisko? – powiedział układając już w zasadzie sam wszystko i siostrzeńcowi pozostawiając jedynie rozpalenie ognia.
- Nie znam jeszcze żadnego zaklęcia które powodowałoby rozpalenie ognia – odrzekł, wiedząc, że są zaklęcia które powodowały wystrzelenie kul ognistych z końca różdżki.
- A znasz może takie zaklęcie jak flagrante?
- No tak, ale to nie spowoduje, że drzewo zapłonie. Będzie jedynie gorące – odpowiedział szybko wujkowi na co tamten pokiwał potwierdzająco głową.
- Tak, oczywiście, ale gorące już drzewo o wiele szybciej się zapali, nieco podmoknięte wyschnie co również pomoże i przyśpieszy proces. – Po tych słowach wyciągnął swoją różdżkę i rzucił kilka razy zaklęcie o którym wcześniej mówił. Chłopak uważnie mu się przyglądał obserwując ruchy różdżką i słuchając inkantacji. Przyszła jego kolej więc również rzucił kilka zaklęć na obiekty wskazane przez mężczyznę. Powodując, że większość drewna dawała przyjemne ciepło, a także kamienie je otaczające. W dodatku drugi z wujków uporał się z osłoną przez co w ich niewielkim obozowisku zrobiło się przyjemnie ciepło przez co rozpiął nieco płaszcz, w który to do tej pory był obtulony.
- Kolejnym prostym zaklęciem jest Incendio, dzięki niemu rozpalisz ognisko. Rzuca się je o tak – powiedział pokazując kilka razy wolno swoją różdżką, a chłopak małpował jego ruchy, wpierw niepewnie, lecz kiedy nauczyciel zauważył, że ten pojął jak to powinno się robić dodał:
- No i teraz wypowiedz Incendio i skieruj końcówkę różdżki na te najdrobniejsze i suche gałązki, które ułożone są w stercie. – Aleksander postąpił dokładnie w ten sposób przez co za trzecim dopiero razem gałązki zajął wpierw drobny płomyk, który to podtrzymywany rozrastał się coraz bardziej, aż można było w końcu bez problemu nazwać go ogniskiem. Kiedy to odwrócili się w stronę Larkina by oznajmić, że skończyli Aro parsknął gromkim śmiechem który poniósł się po polanie dość daleko. Aleksander wpatrywał się z uśmiechem i również śmiejąc się może już bardziej z Aro niż z siedzącego Larkina w kamiennym fotelu, niczym z ich salonu.
- Dłużej się nie dało? Zdążyłem wyrzeźbić sobie to cudo zanim wy rozpaliliście chociaż mały płomyk – odpowiedział z złośliwym uśmieszkiem.
- Ejjj! Nie prawda! Szybko mi poszło! – Odkrzyknął mu Aleksander, a Aro zaczynał powstrzymywać drugą falę śmiechu.
- Larkin nie za wygodnie ci? Rusz dupę lepiej i podaj plecak, zgłodniałem już więc mogłeś zrobić coś bardziej pożytecznego, a nie urządzać nasz obóz meblami – powiedział starszy z braci i westchnął łapiąc zawiniątko lecące w jego stronę. Jedno zostawił dla siebie, a drugie podrzucił do ucznia.
- Tylko się nie przyzwyczajaj. To ostatni taki posiłek. Od jutra jesz to co sobie upolujesz – wytłumaczył Aro i wszyscy zabrali się za pieczenie przygotowanego przed podróżą posiłku.

W zasadzie tak spędziłem całe tamte wakacje i muszę przyznać, że bardzo mi się one podobały. Choć kolejne dni nie należały do tak przyjemnych jak ten pierwszy. Natomiast Larkin zaczął mnie uczyć jak wytropić zwierzynę, natomiast Aro zaczął mnie uczyć w tym czym był najlepszy. W masakrowaniu twarzy za pomocą samych dłoni. Więc kończąc pierwszą klasę rozpocząłem kolejny trening przeznaczony mi odgórnie. A ten facet był naprawdę dobry w systemie. Przez co większość mojego dnia była spędzana na bieganiu po syberyjskich lasach lub tarzaniu się po piachu cały czas obrywając od wuja.
Kiedy mieliśmy wracać już z powrotem do Anglii nasze obozowisko faktycznie przypominało bardziej niewielki pokój za czasów kamienia łupanego. Albo dziwną sztukę niezwykle zdolnego rzeźbiarza. Aro nie mógł dać w końcu za wygraną i samemu siedzieć na ziemi kiedy to Larkin był rozwalony w swoim kamiennym fotelu. Przez co skończyło się na tym, że bracia rywalizowali ze sobą kto będzie miał większe wygody. Więc tak jak na początku spaliśmy i siedzieliśmy na ziemi tak skończyło się na kamiennych fotelach, łóżkach, a nawet krzesłach i stole przy którym jedliśmy. Oczywiście wszystko na końcu zostało zniszczone bardzo dokładnie, przez co zanim się teleportowaliśmy do domu pozostała taka sama górka jaką zastaliśmy.


Home sweet home

Pomimo tego, że dobrze spędziłem wakacje z wujkami na pustkowiu to jednak nie mogłem doczekać się powrotu do domu, a co za tym idzie końcem wakacji i ponownego zobaczenia wielkiego zamczyska w którym to garściami czerpałem wszelką wiedzę jaką nam tam starano wpoić. Dla czarodzieja każde nowe zaklęcie jest niezwykle cenne. Dzięki niemu jest w stanie dokonać rzeczy niemożliwych, pięknych, a czasami i okrutnych. A te ostatnie miały mi się przydać w dalszym życiu jeszcze bardziej. Już jako młody szczyl wiedziałem czym zajmuje się moja rodzina. Nie byłem kompletnym aż takim idiotom by się nie połapać. Dlatego też chciałem coraz szybciej ukończyć każdy kolejny rok w szkole, poznać to co miałem poznać by być godnym swojej pierwszej prawdziwej wyprawy. W jakimś konkretnym celu, a nie bezsensownym szlajaniu się po pustkowiach.
No dobrze, nigdy nie uznawałem tego co robiła dla mnie moja rodzina za bezsensowne. Nauczyłem się też tego, że prędzej czy później będę im dziękował gdzieś tam w głębi, że nie pominęli właśnie tej kwestii i zostałem przygotowany w zasadzie do wszystkiego.
Był już to drugi rok. Ja nadal uważany byłem za szczyla co pokazywali mi to na każdym kroku, chociaż wtedy nauczyłem się sobie radzić nie tylko za pomocą magii, a także nauk które wyhartowały przez te wszystkie lata ducha wojownika, jeśli nie i mordercy. O myśleniu zwierzęcia wiedziałem bardzo dużo, już nawet jako dziecko. Lecz to Hogwart miał mnie nauczyć jak myśli prawdziwa bestia. Jak myśli i zachowuje się człowiek. Nie chciałem więc nieprzygotowany startować do bitki. Nie tego mnie uczono. Nie miałem się uczyć na własnych błędach lecz na cudzych. Cudzej głupocie, lekkomyślności , a ja głęboko schowany w cień obserwowałem. Nie miałem w zwyczaju ruszyć nawet najmniejszym palcem by pomóc rówieśnikom kiedy to byli męczeni przez starszych uczniów. Przez co nie należałem do zbytnio popularnych czy lubianych osób. Chociaż naprawdę nigdy mi na tym też nie zależało. Wolałem pozostać cieniem i dzięki temu poznawałem inne cienie. Tak też zaczęły rozwijać się pierwsze znajomości z kimś kto wykazał się równie przebiegłością i ostrożnością. Wtedy poznałem Petera Rafflesa – mojego rówieśnika, również wychowanka Salazara Slitherina. Nie wiem czy to nadmierna pewność siebie, czy to, że miałem już swoją grupę. Dwu osobową, ale jednak. Popychało nas coraz częściej do tego, że poltergeist zaczął niczym fatum ciążyć na dawnych prześladowcach. I choć ten nie był temu winny to nigdy też się tym nie przejmował ani nie miał za złe, że kolejne nieszczęścia które spotykały uczniów były zwalane na niego. I tak nigdy nie uwierzył w jego „To nie ja”.

Nie można było jednak powiedzieć, że ponownie poznałem słowo przyjaciel. Na to było za wcześnie.


Pierwszy sprawdzian dojrzałości

Może to i śmiesznie brzmi, ale dokładnie to pamiętam. A jako, że Cortezowe nigdy nie należeli do żartownisiów to i należało podejść do tego na poważnie.
Dzięki temu jednak, że chociaż na jeden dzień nie pominąłem codziennej dawki wysiłku wszelkie wymagania siłowe, czy też zręcznościowe nie sprawiły mi żadnego większego problemu. I choć dawki przekraczały i nawet po trzy razy normy jakie robiłem to zawsze kończyłem to z szerokim uśmiechem. Nie dlatego, że byłem z siebie dumny. Bardziej z powodu widoku zadowolonych twarzy głowy rodziny, czy też moich trenerów. Ale czemu tutaj się dziwić. Skoro posiadanie jednego trenera personalnego potrafi przynieść tak pozytywne skutki, to jak mogło się niby skończyć posiadanie ich aż czterech?
W te wakacje miałem się tego dowiedzieć.
Poranek jak zwykle zaczynał się zanim to jeszcze na dobre wstało słońce, a kogut zaczął piać. Zaś położyć mogłem się dopiero późnej nocy, kiedy to słońce już dawno schowane było za horyzontem, a na niebie świecił już księżyc. Ciężko opisać dokładnie jakież to męczarnie musiałem przechodzić. Ciągłe biegi, kolejne pokonywanie mil w wodzie, a do tego doszła i wspinaczka górska. I choć góry kochałem, tak po tych wakacjach miałem ich dosyć na kolejne trzy lata. Po całym dniu ciocia zazwyczaj doprowadzała moje obolałe ciało do jakiegoś w miarę normalnego stanu, bylebym kolejnego dnia mógł dalej przechodzić te wszystkie spartańskie ćwiczenia. Przebiec kolejne kilometry, przepłynąć kolejne mile, wspiąć się na szczyt góry i zejść z niej tak by się nie zabić. Nawet te cholerne widoki jakie zastawałem na szczycie przestały mnie cieszyć.
O włos otarłem się o to by zacząć wierzyć w jakiegoś Boga, Allacha, Zeusa, czy innego brodacza latającego na sankach byleby tylko sprawił by wakacje dobiegły końca.
Na szczęście w odpowiednich momentach docierało do mnie jakie to bezsensowne. Nie miałem zamiaru polegać na czymś co nie istniało. Tłumaczyć się na okrutny los i to co mi robił. Los nie istniał. Istniały natomiast kolejne kamienie na których to miałem zawiesić swój ciężar i zaciskając zęby, aż skrzypiało w ustach by pokonać kolejny ból przepełniający moje ciało. Tylko to było w stanie spowodować, że mogłem szybciej dotrzeć do domu, żaden Jowisz, Perun czy Nahui Ollin. Tylko ja sam i po dziś dzień tak mi pozostało. Nie usłyszysz jak narzekam na swoje życie, choćbym wpadł po uszy w największe łajno.

I tak minął dzień ostatni wakacji
A Cortez widząc, że to jest dobre
Spędzał tak każdy kolejny dzień.


Kontrola rodzicielska

Najlepiej będzie ująć to właśnie tymi słowami. Szkoła do tej pory była miejscem gdzie mogłem uwolnić się od rodziny, jej nienormalnego życia i jeszcze dziwniejszych pomysłów. Tak było przynajmniej do drugiej klasy. Bo wracając do Hogwartu razem ze mną jechała moja matka.  
Przez swoją ogromną wiedzę na temat eliksirów została przyjęta na nauczycielkę eliksirów.
Z pewnego powodu cieszyłem się z tego, bardzo dobrze wiedziałem jaką przewagę mi to dawało nad innymi uczniami. Ale miałem poznać i minusy jakie idą w parze z tymi kilkoma przywilejami. Zwłaszcza, że teraz patrzono mi i na ręce w jedynym miejscu gdzie nie sięgał dotąd wzrok mego dziadka.
Może i było to trochę masochistyczne podejście ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Byłem perfekcjonistą i do perfekcji dążyłem we wszystkim.
W tym roku o wiele mocniej zacieśniły mi się relacje z Peterem Rafflesem, a także z dziewczyną która jak zwykle się przy nim kręciła - Lena choć trochę dziwaczna, pasowała jak mało kto w naszej grupce szkolnych dziwaków.
To teraz też działalność naszej grupy rozrosła się i z mścicieli zaczęliśmy przeobrażać się w tych z którymi sami walczyliśmy. Dość zabawne, prawda? Jak funkcjonuje i obowiązuje piramida w naszym życiu. Nie zależnie na którym miejscu jej jesteśmy zawsze staramy pnąc się coraz wyżej. A my z wszystkożernych zrobiliśmy się mięsożerni. Rośliny nam już nie wystarczały. A chcąc polować trzeba mieć ku temu predyspozycje. Dlatego też z miesiąca na miesiąc nasze zainteresowania ciągnęły całą bandę Rafflesa ku coraz większemu chaosowi. Tak, bandę Rafflesa, nie boję się tego powiedzieć, nigdy mi nie zależało na tym by jakoś stać na szczycie szkoły. A Peter jak mało kto potrafił nas zjednoczyć. Spajał w całość podobnych mnie, bezdusznych.
Nie powiem, że szkoła była nasza... Na to było za wcześnie, dopiero powstaliśmy, o wiele za wcześnie.
Wyłoniliśmy się z cienia, choć nadal pozostał on naszym naturalnym środowiskiem w którym każdy z nas czuł się najlepiej. A pomoc na jaką zawsze mogłem liczyć wśród belfrów pozwalała nam na większe ilości wybryków z których mogłem nas wyciągnąć za pomocą nazwiska.


Cel, pal!

O tym, że rodzina posiadała na swoim składzie na prawdę niezły arsenał broni, za który w mugolskim świecie każdy inny posądzony by został o prowadzenie mafii bądź działalność terrorystyczną było by czymś nadzwyczajnym, ale my choć w zasadzie mogliśmy przypominać ową mafię, byliśmy jedynie agencją rządową. Tajną, w zasadzie to nie istniejącą, jeśli coś spapraliśmy to byliśmy w czarnej...
I wtedy aurorzy robiący wjazd na nasze mieszkanie mieli by całe ręce roboty by wszelkie "dowody" zebrać.
Na szczęście i to było dobrze przemyślane i cały skład być okropnie zabezpieczony zaklęciami, z równie okropnymi w skutku zaklęciami, jeśli nie odwracającymi dla nieszczęśnika próbującego się przez nie przedrzeć. Niejeden łamacz klątw by sobie połamał zęby na starożytnych runach Cortezów chcąc nawet spróbować je złamać. Nawet ja nie mam do tej wiedzy żadnych dostępów. Tajemnica ta jest chroniona niczym Bank Gringotta i być może będę miał kiedyś okazję poznać jej tajemnicę, być może...
No ale mniejsza. To co chciałem raczej powiedzieć to o tym, że nadszedł czas na kolejnego z szalonych braci - Gordona Corteza. Z początku niewiele wyróżnia go spośród innych braci, ale jest mieszanką całej trójki pozostałych. Silny, zręczny, znający się na walce. Choć on z pewnością preferuje walkę z dystansu. Kocha walczyć, na swój sposób ma wręcz obsesyjne podejście do tego co robi. A jest to właśnie walka. To pod jego okiem zawsze się uczyłem i nadrabiałem wszelkie zaległości materiału. Niestety ktoś o tak wielu talentach zawsze był rozchwytywany, dlatego przeważnie jego nauka obejmowała broń mugolską. Poznałem tajniki jej produkcji, rzeczy o których nie śnili nawet mugole, albo nie chcieli mieć z nią niczego wspólnego.
Nigdy raczej nie zapomnę smrodu prochu jaki uderza w nozdrza i kwaśno-ostry dym rozchodzi się po całym układzie krążeniowym. Jak uszy bolą od wystrzału broni, jak policzek piecze od odrobinek prochu jaki na nim osiada.
Pod koniec wakacji wyglądałem jak mały somalijski bojownik rzucony na front.
Jednak teraz poznałem przeważnie co to jest broń palna, na dokładniejszy trening jeszcze miała przyjść pora.


Zrodzony by walczyć

I choć nie wiem jak bym się starał pozostać nikim, to wpływ jaki wywarła na moje wychowanie moja rodzina był zbyt wielki. Podświadomie wszelkie moje działania kończyły się walką. Na słowa, na pięści, czy też na czary. Te ostatnie to już zwłaszcza. Nie liczyła się wygrana. Liczyła się walka. Mój czwarty rok w szkole można by było pokazać poprzez wyciągnięcie starego gramofonu z szafy którą skrzat nie sprzątał od bardzo dawna, przez co grubą warstwę kurzu można zgarnąć dłonią u ulepić z tego małą kulkę niczym ze śniegu podczas zimy. Zdmuchać pył z czarnej płyty i ustawiając ją na gramofonie włączając jeden z ulubionych kawałków i zasiadając w wygodnym fotelu położyć na nogach obszerny tom, lecz nie z zapisanymi kartkami, a masą zdjęć. Album wspomnień, ruchomych kilku sekundowych obrazów pod czas których to widać jedynie błyski lecących zaklęć. Niczym nocne niebo w nowy rok. Rozświetlane raz po raz przez kolorowe wybuchy, a gdzieś tam zawsze ja. Upadający, powstający, śmiejący się mimo że spluwam krwią zmieszaną ze śliną. Pomimo, że przegrywam ze starszymi, bądź rówieśnikami.
Tysiące zdjęć na setkach kartek, które [you] trzymasz w jednej ręce i puszczasz po jednej. I zanim zacznie lecieć kolejna piosenka w rękach trzymasz ostatnie parę zdjęć. Na nich siedzę u dyrektora dostaję ochrzan jaki nawet nigdy nie dostałem od dziadka. O mały włos nie pożegnałem się ze szkołą. Nie skończyłem nauki na trzeciej klasie. Zagrozili mi, że mnie wyrzucą jeśli się nie uspokoję. I wiesz co [you], muszę przyznać, że podziałało to na mnie jak lodowata kąpiel w wielkim jeziorze. Ostudziła wrzącą cały czas we mnie krew. Zgasiła niczym palącą się zapałkę zakrytą szklanką.

Zaprzestałem walk
Lecz nie przestałem być wojownikiem
Szukającym mimo tego okazji by się wykazać
By pokazać, że tego ognia nie można opanować
Jest dziki i nieokiełznany jak Piekielna Pożoga.


Niecodzienne kulty

Nawet dyrektor nie musiał wysyłać do domu żadnego listu by cała rodzina dowiedziała się co takiego przeskrobałem. W końcu Beatrix była pod ręką, a ta z miłą chęcią powiedziała to Evanowi.
Tam gdzie zazwyczaj nikt nie był w stanie wpłynąć na mnie tam pojawiał się ten starzec. Byłem niczym jego zabawka. On nie zamierzał jednak na mnie krzyczeć, prawić morałów o tym, że powinniśmy ukrywać nasze zdolności. Wiedział, że to nie podziała, mi nie było trzeba kolejnych gróźb lecz okazja do wyszalenia się.

- ALEKSANDER! Pakuj się! - wrzasnął tylko jak gwałtownie otworzyły się moje drzwi do pokoju. Nie potrzebowałem drugiej takiej komendy. Od razu zerwałem się z łóżka i otwierając swoją pojemną torbę wrzucałem do niej kilka par ubrań w zasadzie na każdą porę, nie miałem pojęcia czy tym razem wyślą mnie na pustynię i pozostawią samego na cały okres wakacji, czy na Alaskę bym to miał mieszkać z Eskimosami.
Na odpowiedź nie musiałem długo czekać bowiem do pokoju wszedł już Gordon, a ja zdążyłem jeszcze tylko przywołać do siebie wisior który został na stoliku nocnym.
Świat zawirował, mnie zemdliło na kilka sekund, lecz kiedy znów poczułem twardą podłogę pod nogami nastała ulga. Przyzwyczaiłem się już do teleportacji i nie powodowały one u mnie większych objawów.
Staliśmy pośród gęstej, tropikalnej dżungli. Zaskoczyło mnie to, lecz nie tak bardzo jak widok prawie całej rodzinki w komplecie. W zasadzie wszyscy Cortezowie. Była nawet babka. Wszyscy ruszyli nie odzywając się nawet ani słowa. Przywołałem swój nóż i przedzierałem się przez dżunglę starając się nie zgubić pozostałych. Dlatego pomimo, że było tam tak wiele rzeczy do oglądania pilnowałem raczej tego by podążać za nimi i czy aby coś nie szło za nami. Byłem na samym tyle, więc to ode mnie zależało, czy coś zeżre wpierw mnie, a następnie pozostałych, czy też do tego nie dojdzie. A mi oczywiście zależało na tej drugiej wersji.
Miał być to chyba dzień zdziwienia, bowiem każda kolejna odsłona tego gdzie tak w zasadzie jesteśmy i co będziemy robić wywoływała kolejne zaskoczenie, choć mówiłem sobie niejednokrotnie, że już nic mnie bardziej nie zdziwi.
Zwłaszcza kiedy to wyszliśmy z dżungli i moim oczom ukazały się wielkie budowle Azteków. A przy nich gromadzący się ludzie w strojach zarówno przepięknych jak i dziwacznych w swojej egzotyczności. Były wykonywane przeważnie z ptasich piór, niejednokrotnie widziałem w śród nich pióra magicznych ptaków, do tego, futra i ozdobne maski. Miałem wrażenie, że jestem na jednym wielkim magicznym karnawale i po raz kolejny zaskoczył mnie fakt tego, że będę brał w tym udział. Nie mogłem się napatrzeć na skoczne tańce do których coś mnie ciągnęło. Za pewnie rytmiczna, nieco monotonna muzyka wydawana przez grzechotki i bębny. Nie musieli mnie nawet namawiać do tego by trochę się zabawić i potańczyć. Taniec ognia, taniec jaguara i wiele, wiele innych. Podobało mi się to bardzo mocno i pewnie te wakacje na zawsze pozostaną w mojej pamięci jako najlepsze ze wszystkich.
Po wszystkim byłem okropnie zmęczony, a zarazem oczyszczony. Dziwny stan dla opisania dla kogoś kto nie wierzy w żadnego boga, dla kogo dusza to puste pojęcie. Nie miałem jednak nawet sił by się nad tym zastanawiać i co najważniejsze, nawet nie chciałem. Moja ciekawość sobie odpuściła, co było czymś niezwykle rzadkim.
Prawie całe wakacje tam spędziliśmy
A ja powróciłem do szkoły nie chcąc się bić ze wszystkimi na mojej drodze.



Piąta klasa


To chyba jedyny rok w moim życiu w którym nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego, coś co można by było opisać, wytypować jakąś wyjątkową sytuację.  Zwiększyła się jedynie ilość imprez, zabaw, picia i życia towarzyskiego które nie ograniczało się do tego, że na sam koniec z kimś walczył.
I to było na swój sposób dobrą zmianą.


Mugolski szajs

Kolejne wakacje przyszły szybciej i nawet na nie czekałem z utęsknieniem. Po ostatnich wakacjach myślałem, że tak będą wyglądać już każde kolejne, ale nie robiłem sobie też na to zbytniej nadziei. I całe szczęście. Teraz znów czekała mnie dalsza nauka z Gordonem na temat mugolskiej technologii militarnej. I choć była to bardzo zabójcza broń to nie lubiłem jej. Uważałem, że tylko słabi po nią sięgali, chcąc wyrównać swoje braki w sile, umiejętnościach. Dlatego tak bardzo mocno brzydzę się tymi przedmiotami. Tutaj nie wygrywaliśmy my, robił to pocisk, który albo trafił i uśmiercił albo nie. Nie było żadnej przyjemności w naciskaniu spustu. Bo jaką przyjemność może dać ciągły ruch jednego palca?
Dlatego kiedy tylko skończyłem trening, który musiałem odbębnić pozostawiłem to cholerstwo same sobie i wróciłem do godnych czarodzieja praktyk.


Szczyt łańcucha pokarmowego
Kolejny rok był już za mną, pomału szykowałem się do tego co miało niedługo nastąpić.
U nas w rodzinie nie stawałeś się dorosły tak późno jak to było w Anglii i choć nie była może tutaj za wielka różnica między wiekiem wstępowania w dorosłość to bardziej chodziło o mentalne nastawienie. Ciężko jednak powiedzieć czy jednak moje zachowanie coś się zmieniło, czy nadal byłem durnym nastolatkiem i tak liczyło się to za kogo byłem uważany przez swoją rodzinę i w końcu miałem jakieś prawo głosu. Byłem kimś, kogo nie można było zbyć jednym zdaniem i kazać iść do pokoju. Chociaż kto by tam uwierzył w to, że Aleksander Cortez pójdzie grzecznie do swojego pokoiku.
No właśnie, raczej nikt.


Ogień w oczach, lód w sercu

To musiało w końcu nastąpić. Czekałem na to chyba cały rok. Nie! W zasadzie to całe życie. Byłem do tego stworzony, w tym celu urodziłem się w tej, a nie w innej rodzinie. To krew płynąca w moich żyłach spowodowała, że otrzymałem od swojej babci taki, a nie inny list w dniu zakończenia kolejnego roku.
W innych rodzinach babcie gratulują wnuczętom zdania roku, może dorzucą do listu parę galeonów.
Moją nie interesowały tak bardzo przyziemne sprawy, nie oczekiwała ode mnie niczego innego jak to, że zaliczę kolejny rok.
A w liście nie znalazłem paru galeonów lecz krótką i zwięzłą treść o tym, że mam się udać w konkretne miejsce i zabić grasujące tam dzikie zwierzę.
Moje pierwsze zadanie.
Od razu odesłałem wszystkie swoje niepotrzebne graty do domu, a sam wyruszyłem w podane w liście miejsce.
Była tam załączona jeszcze malutka paczuszka z broszką w kształcie liścia którą oplatał wąż prężący się już do skoku i obnażający swoje małe kiełki ze srebra. Odkąd tylko pamiętam to ten metal przeważnie był tylko stosowany. Nic dziwnego więc, że to z tego powodu tak bardzo przyciąga on już moją uwagę i stał się nieodłączną częścią mego życia.
Wyciągnąłem przedmiot z paczki, który opadł mi na rękę i świostoklik przeniósł mnie do niewielkiej magicznej wioski. Rozpoznałem to od razu, wystarczyło mi kilka sekund. Nawet nie mam większego pojęcia gdzie tak dokładnie ona się znajdowała. Ważne, że w Wielkiej Brytanii bo bez problemu dogadałem się z miejscowymi za pomocą swojego ojczystego języka.
Pytając o drogę w końcu trafiłem do wójta wioski, który pokrótce przedstawił mi historię miejscowego czarodzieja który był właścicielem dwurożca, ponoć opiekował się magicznymi zwierzętami. Przyjaźnił się z nimi... Stara śpiewka. Ludzie zapominają, że to są tylko zwierzęta. Może i przyjazne, czasami wręcz pupilki czarodziejów i czarownic, ale nadal zwierzęta.
Ponoć akurat ten osobnik nigdy też do najspokojniejszych nie należał ale zawsze słuchał się swojego pana. Tak było do momentu nieszczęśliwego wypadku kiedy to zwierzę zabiło mężczyznę. W wiosce jest dużo dzieci więc czarodzieje się martwią o swoje pociechy i chcą by szybko coś z tym zrobiono.
Wójt wpierw zrzędził na to, że przysłali mu tylko jakiegoś dzieciaka, ale ja mu tłumaczyłem, że do takiego zadania to nawet inni członkowie rodziny by nie ruszyli palcem u nogi z wrażenia na opowiedzianą mi przed chwilą historię, a co dopiero wstali z swoich szanownych zadków.
Miałem dosyć jego zrzędzenia więc rzuciłem jasno i wyraźnie, że albo mnie bierze, albo niech sam zakłada dres i lata po lesie uganiając się za wściekłym dwurogiem po lesie, bo ja tego nie muszę robić jeśli nie chce.
- Jak cię pożre dzieciaku to nie będzie to moja wina!
- Tak, tak. To będzie tylko moja wina - odpowiedziałem mu beznamiętnie i machając ręką wyszedłem z domu kierując się w stronę domostwa sztywnego. Kasz klimat ułatwiał mi jedynie poszukiwania. Zaledwie wczoraj padało, a zdarzenie miało miejsce wczorajszej nocy.
W dodatku nasze lasy nie należały do za gęstych więc zwierz miał o wiele cięższe zadanie by się poruszać tak bym tego nie zauważył.
Poobchodziłem z dwa razy cały dom nieszczęśnika nie widząc nawet potrzeby by szukać przyczynę dla której to zwierzę postanowiło rzucić się na właściciela. Jak dla mnie to ten mógł nawet chcieć zatłuc go młotkiem do ubijania mięsa. Mnie nie interesowało to dlaczego zabijał, a to, że zabił. A kiedy zwierzę zabija czarodzieja samo musi zostać zabite.
Prosta reguła według której żyliśmy my Cortezowie.
Za drugim obejściem upewniłem się co do śladów które pozostawiło zwierzę. Wyciągnąłem więc różdżkę i podążałem jego tropem. Po śladach było jasno widać, że uciekało z tego miejsca, było przestraszone i starało się uciec jak najdalej i najszybciej nie patrząc na to w jakim stylu to robi. A ślady po sobie zostawiało okropne.
Ja snułem dalej w głąb lasu niczym wieczorna mgła przesuwająca się nieubłagalnie coraz to dalej. Nie śpieszyłem się, bawiło mnie to wszystko. Zataczałem się od drzewa do drzewa niczym zwodząca wila młodego chłopca nucąc przy tym cicho melodyjkę.
Pewnie dostałbym już od wszystkich Cortezów po łbie za to, że zachowuję się tak głośno.
No ale nie było ich tutaj. Byłem ja i mój dwuróg.
- Stworku wyjdź za drzewa a nie się ukrywasz - mruczałem do siebie i gwałtownie przyśpieszyłem widząc wyraźne tropy. Szybko się znudziłem tymi podchodami, nawet cała ekscytacja minęła z powodu pierwszego zadania i chciałem mieć to już za sobą.
Ubrany dość luźno biegłem przed siebie, szybko, czasami jedynie zwalniając by to nie zgubić tropu.
Kroki zwierzęcia nasiliły się więc i ja zwolniłem, szedłem już spokojniej wyciągając długą igłę do włosów. Przemieniłem ją w zagięte długie ostrze z piórem na początku. Wtedy go ujrzałem bestia stała pochylona nad czymś podłużnym i odrywała spore kawałki jedząc.
Chciałem zakląć pod nosem ale za brakło mi słowa które to by wystarczyło dla określenia tego co czułem. Ale był plus, nieszczęśnik się przy okazji odnalazł, albo to co tam z niego jeszcze zostało.
- Immobilus - wypowiedziałem celując różdżką cały czas w dwuroga, który słysząc mój głos podniósł łeb wyżej. Ale robił to już za wolo by mógł jeszcze jakoś reagować na moje zachowanie. A ja podszedłem do niego bardzo szybko. Nie zdjąłem z niego różdżki ani na chwilę przez co ciągle było trzymane pod wpływem zaklęcia. Za to drugą rękę uniosłem do góry a później opuściłem ją błyskawicznie tnąc ostrzem najmocniej jak się tylko dało. Weszło jak w masło tnąc skórę, mięśnie i dochodząc do kości ją również lekko uszkadzając. Ruch jaki wykonałem spowodował, że tak trzymając rękę wykonałem kołowrotek i jeszcze raz uderzyłem tak samo w identyczne miejsce. Tym razem zgruchotałem kość na dobre. Chociaż tutaj by się bardziej dla tego potwora przydał młotek do ubijania mięsa. Miałbym o wiele większą zabawę. Na zmiany było już jednak za późno. Różdżka cały czas utrzymywała zaklęcie. Przez co ja mogłem dalej siać spustoszenie na ciele dwuroga. A ja nie miałem zamiaru zabijać go tak szybko jak on swojej ofiary.
Atakowałem raz za razem i ponownie od początku tak że zwierzę było bez kończyn. Wtedy zdjąłem różdżkę. I pierwsze co usłyszałem to skowyt. Nerwy nagle zaczęły działać też tak jak powinny przez co po zdjęciu czaru musiał zderzyć się z na kumulowanym bólem jaki mu sprawiłem. I przyjął to wszystko w jednej potężnej dawce. I tak byłem pod wrażeniem, że nie umarł od razu.
No ale też niby z jakiego powodu, nie miał jedynie wszystkich kończyn i gdzieś jedna czwarta jego krwi z niego wypłynęła. Tej nie dało się zatrzymać zaklęciem w taki sam sposób jak całego ciała.
- Zamierzam cię bydlaku ubić - powiedziałem do niego jeszcze jedynie na co jego chłodny wzrok napotkał niebywały gniew w moich oczach. Szarych, jasnych i zimnych, a jednak tak bardzo rozpalonych.
Zakrwawione ostrze się wygięło, zmieniało i skończyło jako buzdygan, o niezwykle kanciastej głowni. Obróciłem go w dłoni i bez żadnego zastanowienia cisnąłem nim w dół miażdżąc kości na które trafił. Zaklinował się między żebrami a łapą. Znów wycie, chociaż ja go już nie słuchałem. O wiele lepiej dotarł do mnie jednak trzask łamanych kości jak to wyszarpywałem broń. Machnął łbem chcąc dosięgnąć mnie swoimi rogami, jednak to była ostatnia rozpaczliwa próba odgonienia mnie. Ja cofnąłem się o krok i wymierzyłem płaskie uderzenie powodując, że głowa opadła mu jeszcze szybciej na podłogę niż się z niej podniosła, przy okazji miażdżąc przednią połowę pyska.
- Bydle jedzące truchło skończy w taki sam sposób. - Rzuciłem jeszcze jedynie i wymierzyłem ostatni cios. Tuż pod łeb miażdżąc wszystkie tętnice szyjne, kości. Dwa zaklęcia i głowę zwierzęcia owinęły liny, a z drugiej strony całe ciało. Podniosły je na wysokość metra i wtedy liny się napięły. Odszedłem na kilka kroków i machnąłem różdżką. Liny pociągnęły jeszcze mocniej oddzielając głowę od reszty... Czegoś co było kiedyś ciałem. Trysnęła krew mi pod nogi barwiąc ściółkę, mniejsze roślinki i wszystko dookoła. Rzuciłem jeszcze zaklęcie na resztki ciała mężczyzny i łapiąc za głowę ruszyłem do wioski.

- I co znalazłeś je? - powiedział do mnie wójt na co skinąłem głową.
- A także ciało mężczyzny. Zaniosłem je do jego domu więc pośpiesz się jeśli nie chcesz by coś innego zechciało go dokończyć.
- A jaką niby mam pewność, że... -  Nie musiał dokańczać, pokazałem mu dwa rogi zwierzęcia.
- Prowizja za znalezienie ciała. A jeśli ci mało dowód to jakieś dwieście metrów od pomu na zachód znajdziesz głowę zwierzęcia. - odpowiedziałem na co tamtego wykrzywiło.
- Głowę? - Zmieszał się ale widocznie nie chciał niczego więcej wiedzieć.
- Galeony jeśli można, śpieszy mi się trochę. Dopiero wakacje mi się zaczęły nie chcę ich tutaj całych spędzić - odpowiedziałem mu uśmiechając się krzywo.
- Tak, tak, trzymaj młody - po tych słowach rzucił mi mieszek i ruszyłem ku wyjściu by opuścić to zadupie.
Z dobrymi wieściami,
z pierwszym wykonanym zadaniem,
z pierwszym trupem zostawionym po sobie.


Ależ proszę Pani.

I tak docieramy do początku. Koło się zamyka. Wielki krąg życia i inne takie...
A teraz wybaczcie. Muszę pogadać trochę z panią psycholog naszej rodziny. Bo to od jej oceny zależy, czy będę dalej pracował w tym fachu czy też nie.
- Dymitr! Rusz ten zadek po się spóźnimy.
- Spooko, zluźnij dupę. I tak jesteś pojebem. Jakbyś tego nie wiedział i potrzebował to usłyszeć od PANI PSYCHOLOG.
- No to do zobaczenia w wielkim świecie!

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 21
Skąd : Sztokholm, Szwecja
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 1076
  Liczba postów : 767
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12435-mikkel-carlsson
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12436-gwardia-mikkela
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12439-uggla-mikkela
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12438-mikkel-axel-carlsson




Gracz






PisanieTemat: Re: Aleksander Cortez   Pon Lis 28 2016, 11:35



SLYTHERIN!

Witamy Cię na Czarodziejach! Twoja karta zostaje zaakceptowana, dostajesz więc uprawnienia do gry. Poniżej znajdziesz przydatne w dalszych krokach na forum linki, z którymi warto abyś się zapoznał!



Nie chciałabym blokować Twojej weny twórczej, ale we wzorze pisania kart wyraźnie jest napisane, zeby ograniczyć objętość KP. Historia "Tom 2" jest w ogóle zbędna. Zreszta mam co do niej wątpliwości. Wobec tego akceptuje tylko pierwszy i drugi Twój post tutaj. Pamietaj, ze różdżkę i tak musisz wylosować, chyba ze zakupisz ja w Dolinie u Fairwynow. Wiec nie zakładaj od razu, jaka różdżka bedzie należała do Twojej postaci.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Wielka Brytania, Dolina Godryka
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 537
  Liczba postów : 418
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13688-aleksander-cortez
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13705-anty-temat-z-relacjami
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13741-cortez-aleksander-korespondencja
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13704-aleksander-cortez




Gracz






PisanieTemat: Re: Aleksander Cortez   Pon Lis 28 2016, 23:06

Różdżka była od razu wylosowana. W tym samym czasie co rezerwowany wizerunek, a więc bardzo dawno temu. :D

Nie mniej jednak mogłaś napisać dlaczego nie akceptujesz 2 cz. historii. Na której mi zresztą bardziej zależy?
W dodatku nie bez powodu spisane jest tak wiele, każdy kolejny kroczek w historii tłumaczy kolejne działania postaci. Tak więc nie ma tam nie potrzebnych informacji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 21
Skąd : Sztokholm, Szwecja
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 1076
  Liczba postów : 767
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12435-mikkel-carlsson
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12436-gwardia-mikkela
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12439-uggla-mikkela
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12438-mikkel-axel-carlsson




Gracz






PisanieTemat: Re: Aleksander Cortez   Pon Lis 28 2016, 23:34

O, okej, to wybacz, nie zauważyłam.

W takim razie musisz mi dać kilka dni, żebym do tego usiadła na spokojnie i przeczytała jeszcze raz.
Rozumiem, ale nie bez powodu napisane jest, zeby nie pisać epopei.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Wielka Brytania, Dolina Godryka
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 537
  Liczba postów : 418
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13688-aleksander-cortez
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13705-anty-temat-z-relacjami
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13741-cortez-aleksander-korespondencja
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13704-aleksander-cortez




Gracz






PisanieTemat: Re: Aleksander Cortez   Pon Lis 28 2016, 23:52

Nic się nie stało. :D
To nie pierwsza moja tutaj postać więc już poznałem nieco zastady z losowaniami. xD
A opis z wyborem miał być jedynie urozmaiceniem tego do czego wszyscy podchodzą tak obojętnie. A w zasadzie to powinien być najważniejszy dzień w życiu młodego czarodzieja :D

Natomiast jest to tak długie ponieważ nie wyobrażałbym sobie nie pokazania co takiego postać musiała przechodzić by umieć co umie, by posiadała umiejętności wykraczające tak bardzo poza normę. I napisać np. "wujkowie uczyli go tego, tego i tego przez tyle lat i dlatego to umiem".

Stawiałem na niezwykle ambitną postać jeżeli chodzi o to co przeszła w życiu. Dlatego musiałem i do historii podejść w taki a nie inny sposób.

Ja wiem, że zmuszanie Was sprawdzających do tego by to wszystko czytać to okropne z mojej strony. No ale taki to już ze mnie okrutny ślizgon sadysta Ing face


No i mam jedno pytanie. Mogę już grać na fabule? Najwyżej z jakimś szczegułowym wdrążaniem się w historię postaci bym się wstrzymał na ten moment, kiedy to będzie postać jeszcze omawiana? :tuan:
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 21
Skąd : Sztokholm, Szwecja
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 1076
  Liczba postów : 767
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12435-mikkel-carlsson
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12436-gwardia-mikkela
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12439-uggla-mikkela
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12438-mikkel-axel-carlsson




Gracz






PisanieTemat: Re: Aleksander Cortez   Wto Lis 29 2016, 07:33

Dobra, dobra, rozumiem Ing face

Tak, możesz grać, dlatego Ci zaakceptowałam, żebyś juz nie musiał czekac. A pozniej napisze Ci, co ewentualnie zmienić w tej drugiej części.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content












PisanieTemat: Re: Aleksander Cortez   

Powrót do góry Go down
 

Aleksander Cortez

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Wielka Sala
» Aleksander Rogoziński

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
karty postaci
 :: 
karty studentow
-