IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Riley T. Fairwyn

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Dolina Godryka
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 455
Dodatkowo : metamorfomagia
  Liczba postów : 176
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15093-riley-t-fairwyn
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15104-poczuj-smoczy-plomien
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15161-maverick
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15098-riley-fairwyn




Gracz






PisanieTemat: Riley T. Fairwyn    Czw Wrz 07 2017, 00:18


Riley Troy Fairwyn

DATA URODZENIA13 lipca 1998r.
CZYSTOŚĆ KRWI 75%
MIEJSCE URODZENIADolina Godryka
MIEJSCE ZAMIESZKANIA Rezydencja Fairwynów w Dolinie Godryka
W HOGWARCIE JEST OD KLASYI
OBECNIE JEST NA ROKUVIII (przegapił jeden rok)
WYMARZONY DOM Wszystko mi jedno, chociaż widzę się w niebieskim
WYBRANY WIZERUNEKLorenzo Sutto

Wyglad

WZROST 185cm
BUDOWA CIAŁA Rekonwalescencja szpitalna nie wspomaga budowania masy, więc... szczupla.
KOLOR OCZU Niebieskie
KOLOR WŁOSÓW Brązowe
ZNAKI SZCZEGÓLNE Wy nic nie wiecie, ale jeszcze niedawno byłem dotkliwie poparzony. Noszę oparzelinę na lewej połowie twarzy.
PREFEROWANE UBRANIA Zero rewelacji. Tradycyjny ubior czarodziejski nie jest mi obcy i z reguly tego się trzymam. Jeżeli już muszę być incognito, stosuję się do zasad obecnej mugolskiej mody... no może tylko odrobinę przestarzałej.


Charakter i historia

To moja historia, więc teoretycznie powinna rozpocząć się płaczem nowonarodzonego dziecka, lecz czy takich historii nie czytaliście już dziesiątki? Wszystkie z nich idealnie pospolite i nieciekawe. Każdy chciałby mowić jedynie o sobie, uwzględniać własne zasługi, a przecież nasza rodzina jest równie ważna, wszak to właśnie ona stanowi podporę naszego przyszłego życia i często to właśnie wychowanie określa nasze przyszłe wybory... lub chociaż odrobinę je tłumaczy. Pewnie, że chciałbym aby tak było. Jestem młody, ale mimo to już czuje, że powinienem wyspowiadać się z kilku grzeszków. Jednak nie teraz, nie w tym miejscu, nie przy tej... widowni. Na początek cofnijmy się może o te dwadzieścia lat, kiedy to Fairwynowie i Shercliffowie w najlepsze oddawali się szerzeniu wzajemnej niechęci. Były to wspaniałe czasy. Pozbawienie władzy Voldemorta otworzyło oczy wielu czarodziejom, umożliwiając tysiącom nieczystokrwistych rozwój, o jakim niegdyś mogli jedynie pomarzyć. Wszyscy rodzice pamiętali okrutne represje i wszechogarniające przerażenie. Wydawało się więc, że nic nie jest w stanie zburzyć tego spokoju, a jednak dla obu głównych rodów w tej historii, ten okres wcale nie okazywał się pomyślny. Wrogie spojrzenia i sprzeczna polityka sprawiały, że coraz częściej dochodziło do ostrych spięć na wielu płaszczyznach, jakich wcale nie życzono sobie w dumnym środowisku rodzin z tradycją. Owe zwady psuły reputację nie tylko zakochanym w naturze Shercliffom, z pozoru łagodnym i nieszkodliwym, ale także kłótliwym różdżkarzom, którzy i bez tego okazywali się niekiedy aż nazbyt kontrowersyjni. Czy potrzebna była im dodatkowa antyreklama? Wówczas ze strony założycieli rodu padła propozycja: a nuż wspólne małżeństwo okaże się idealnym remedium na tę niezgodę? Teoretycznie ten plan nie posiadał zbyt wielu wad. Garrett Fairwyn nie był młodzieńcem łatwym w obejściu, ale jak sam uważał, jedynym ze wszystkich potomków Benedicta i Eilis, który potrafił należycie zachować się w towarzystwie. Jego druga twarz z zasady schowana była głęboko w kufrze jego pracowni, jaki zwykł uchylać dopiero w czterech ścianach rodzinnej posiadłości. Wszyscy jego bracia i siostry dobrze zdawali sobie sprawę z tego, kogo wybierają na swojego przedstawiciela, a jednak pozwolili mu na włączenie się do tej gry. Dobrze zdane OWUTEMy i zakosy na wygodną posadę w Ministerstwie Magii sprawiły, że w wyniku aranżowanych spotkań i bardzo krótkich zalotów, wymuszonych przez rodzinne naciski, Anemone i Garrett pobrali się z wielką pompą w Dolinie Godryka ku kontrolowanej uciesze swych bliskich. Naturalnie, konieczność szybkiego wydania na świat potomka wydawała się w obecnej sytuacji wręcz oczywistością. Rodzice panny młodej z determinacją odmawiali jej możliwości dalszego kształcenia się, a pokornej dziewicy z tradycjami przyszło jedynie zaakceptować tę decyzję. Nie minęło wiele tygodni, a Anemone nosiła już w swym łonie mnie - cudowne dziecko, jakie miało uleczyć dusze wszystkich tych zgrzybiałych starców, których tak naprawdę niewiele obchodziłem. Liczyła się tylko krew, a u Fairwynow i Shercliffów nie od wczoraj była ona niezwykle gorąca. Potwierdziły to późniejsze miesiące, w wyniku których Fairwynowie zamknęli w granicach swej posiadłości ciężarną Anemone, tym samym roszcząc sobie prawa do jej ciała i rosnącego w niej dziecka, znaczy mnie. Przeszkody w porozumieniu się okazały się być zbyt silne, a związek dwojga młodych ludzi określono wówczas jako niewyobrażalny błąd, co zresztą potwierdzały relacje obojga z nich. Garrett był niezwykle znudzony swoją młodą lady Fairwyn. Jej płonące zaciekawieniem spojrzenie zgasło zdecydowanie zbyt szybko jak na jego gust, gdyż starczyło nawet i jedno obcowanie fizyczne z popędliwym, niedelikatnym mężem, aby zniechęcić delikatną, ciężarną dziewczynę. Rozmowy z tak brutalnym człowiekiem zupełnie nie zaspokajały jej potrzeb duchowych i wkrótce jedynymi okazjami, podczas których tych dwoje wymieniało pomiędzy sobą uwagi były święta. Stukali się wtedy kieliszkami z niebotycznie drogim szampanem i patrząc sobie w oczy dziękowali sobie za kolejny rok spędzony razem. Nieprzeniknione, czarne oczy Garretta wypełniała wówczas drwina tak silna, że blada twarz Anemone stawała się jakby jeszcze bielsza. Wtedy zazwyczaj biegła właśnie do mnie. Odnajdywała moje różowe ciałko pośród białych atłasów i przygarnąwszy moją głowę do swej piersi szukała pocieszenia w miękkiej fakturze mej dziecięcej skóry. Starała się nie patrzeć jak jej cudowny mąż zatraca się w okrucieństwie. Z poważnego nastolatka wyrastał dumny, chociaż lekkomyślny mężczyzna, chcący odnaleźć swoje miejsce w samym centrum Fairwynowych wydarzeń. Minęło kilka lat nim osiągnął swój cel, ale gdy już do tego doszło, Anemone nie miała z nim już nic wspólnego poza niewielką fasolką z różnobarwną czupryną trzymaną co wieczór w ramionach. Garrett wybrał swoją własną, niebezpieczną ścieżkę łowcy smoków. Pozyskiwał z nich składniki do rodzinnego biznesu, co okazało się być ostatecznym splunięciem pod nogi, okrutną obelgą dla Shercliffów, jacy niegdyś byli przekonani, że chociaż jeden z tych degeneratów postanowi szanować to, co oni uważali za świętość. Nie chcąc rozpętywać kolejnego, dramatycznego w skutkach sporu, odmówili swej córce pomocy, nakazując jej trwać przy boku męża, co Anemone dzielnie znosiła przez resztę swojego życia.

~.~

Uwierzylibyście, że tak naprawdę to nigdy nie chciałem być wyjątkowym? Kiedy ma się jedynie kilka lat, marzy się o kompletnie czym innym, niż po osiągnięciu wieku dorosłego. Chce się cały dzień spędzać na beztroskiej zabawie i być blisko swoich najukochańszych rodziców. Pragnie się miłości i zaufania, ciepła drugiego człowieka, a przede wszystkim chce się doświadczać tej dziecinnej radości z najmniejszych przyjemności. Nie robiło mi to żadnej różnicy czy moje włosy są pomarańczowe, gdy biegałem roześmiany po ogromnej komnacie mojego ojca, umykając przed ramionami mojej matki, czy różowe z emocji jak wówczas, gdy odbierałem od licznych wujków i ciotek słodycze z okazji kolejnego mijającego na moim zegarze biologicznym roku. Nikt nigdy nie patrzył na mnie jak na cudo, a jednak wtedy tak właśnie się czułem. Dla mojej mamy byłem najwspanialszym co mogło przytrafić się jej w tym życiu, co oznajmiała mi na każdym kroku. Rozśmieszała mnie strojeniem zabawnych min zniekształconymi metamorfomagią ustami bądź dopasowywała swoją codzienną fryzurę do mojej, sprawiając że wyglądaliśmy niczym karykaturalne bliźnięta. Pewnego dnia to ja postanowiłem ją zaskoczyć i spróbowałem upodobnić się do wiecznie nieobecnego w mym życiu ojca. Moje włosy jeszcze bardziej pociemniały (ćwiczyłem tę sztuczkę całymi tygodniami!), ale chociażbym tego pragnął najbardziej na świecie, nie mogłem niczego zrobić z oczami. Anemone wyglądała na zachwyconą, a moje serduszko naprawdę urosło. Dopiero później zrozumiałem, że to nie widok miniaturowego Garretta wywołał na jej ustach ten pełen podziwu uśmiech, a ja sam, dorastający i rozwijający dar odziedziczony po jej rodzinie.

~.~


Miłość to niezwykle trudna kwestia. Niewielu jest ludzi, którzy potrafią jej się całkowicie podporządkować i tym samym roztoczyć nad kimś tak silną, matczyną opiekę, która jak się wielu z was pewnym wydaje, powinna być czymś naturalnym. Dla Anemone właśnie taka ona była. Z chwilą, w której obserwowała mój pierwszy zjazd na czarodziejskich sankach czy pomagała wsiąść mi na dziecięcą miotełkę, jej serce rosło tak silnie, jak nigdy nie będą w stanie wyobrazić sobie tego ludzie, którzy nigdy tego uczucia nie zaznali. Tym silniej jej dusza cierpiała, gdy uświadamiała sobie jak szybko dorastam. Wydawało jej się, że list zapraszający mnie do Hogwartu otrzymała zaledwie rok temu, podczas gdy ja już gotowałem się do zaliczania SUMów. Niebieskooka mieszanka Fairwynowskiej dumy i Shercliffowej łagodności kompletnie nie pasowała do oczekiwań wszystkich wokół. Potrafiłem łatwo nawiązać kontakt z każdym, kogo spotkałem na swej drodze, a chociaż w codziennych sprawach z reguły zadzierałem nosa, to i tak nie byłem kimś, kto uciekałby przed trudnościami. Wolałem stawiać im czoła z podniesioną głową, a jeżeli zaistniała taka potrzeba to i dać się wciągnąć w wir najbardziej zwariowanej akcji. Prawda była taka, że miałem w sobie wiele z mojego ojca. Zamiłowanie do odkrywania tajemnic nieznanego było na tyle silne, że biblioteka wówczas była moim drugim domem, a Zakazany Las już niejednokrotnie poczuł na sobie odcisk mojej obecności. Okazjonalne szlabany, jakie musiałem odrabiać uczyły mnie pokory jedynie na kilka krótkich chwil, ale i zarazem przyuczyły pieczołowitego przygotowywania kolejnych ekspedycji w taki sposób, aby mogły one pozostać względnie niezauważone. Zawsze też było łatwiej uniknąć odpowiedzialności, gdy nosiło się nie tylko swoją twarz, a manipulowało w dyskretny sposób swoim wyglądem. Pomimo całej swej otwartości, w tym sprawach byłem raczej indywidualistą, a poza tym zawsze wolałem stawiać w centrum uwagi innych, podczas gdy sam wyciągałem z takich sytuacji o wiele więcej od pozostałych. Nie lubiłem, gdy ktoś dociekał, aby poznać moje tajemnice i mimo, że przyjaciół trzymałem blisko, to jednak nie na tyle, aby wiedzieli o mnie zbyt wiele. W tamtych czasach kilkoro moich znajomych przeżyło ciężki szok, gdy odkryli, że nie zawdzięczam swojej idealnej, w tym trudnym okresie dojrzewania, cery swoim zdolnościom w eliksirach. Musieli to zrozumieć, co mogli począć innego, a jednocześnie obiecali mi, że moja tajemnica nigdy nie wyjdzie poza ramy pokoju wspólnego, a ja... cóż, musiałem wreszcie komuś zaufać.

~.~

W moim życiu nigdy nie było czasu na dziewczyny. Byłem jednym z tych nastolatków, którzy istnienie kobiet przyjmowało do wiadomości jedynie wówczas, gdy mowa była o ich własnych matkach. Nikogo z was nie zaskoczy też pewnie informacja, że nigdy nie byłem uczestnikiem wielu szalonych, Hogwarckich imprez. Anemone zbyt dobrze mnie wychowała, aby bawiły mnie potajemne schadzki w schowkach na miotły czy parzenie się przy kolegach z drużyny Quidditcha. Odkąd pamiętam uczony byłem, że kobieta jest czymś, na co zasługuje się dopiero po osiągnięciu określonego wieku. Ojciec, jaki w tamtych czasach stał się odrobinę bardziej aktywny w moim wychowaniu, dał temu wyraz w okolicach moich siedemnastych urodzin, kiedy to zaręczył mnie, nie dając mi szans na sprzeciw, z młodszą dziewczyną Lanceleyów. Okres młodzieńczego buntu już od dawna mnie nie dotyczył, a chociaż lekko ubodło mnie podobne zachowanie, nie dałem po sobie poznać niezadowolenia. Byłem nauczony szacunku do rodziny, jakakolwiek by ona nie była i bez względu na to jak bardzo nie podobałyby mi się niektóre z ich decyzji, zwłaszcza już te związane ze mną. Pokornie kiwnąłem wówczas głową, poznałem nawet swoją przyszłą żonę, ale na tym póki co się skończyło. Zarówno Lanceleyowie, jak i Fairwynowie uznali zgodnie, że najpierw należy pozwolić nam ukończyć studia i zostaliśmy tak, z ciężkimi pierścionkami narzeczonych na dłoniach, skreślając z obawą kolejne dni na drodze ku naszej dorosłości, a jak to się stało, że ostatecznie i tak nie wyszliśmy za siebie to już zupełnie inna historia.

~.~

Jest coś takiego w naszych rodzinach, że chociażby nie starali się pozyskać naszej uwagi w żaden sposób, nas samych i tak do nich ciągnie. Pragniemy akceptacji nie tylko rówieśników, ale także ich, ojców i matek, jacykolwiek by nie byli i jak wiele razy nie zraniliby nas, umyślnie bądź nie. Anemone była złotą kobietą. W całej swej złośliwości wpoiła mi tyle szacunku do świata i przyrody, ile tylko zdołała, a kiedy jeszcze byłem młodszy, niejednokrotnie spędzaliśmy wspólnie czas na warzeniu eliksirów leczniczych dla najsłabszych zwierząt żyjących w lasach przylegających do Doliny Godryka. Nauczyłem się od niej wszystkiego. Od tego jak rozpoznawać jadalne jagody po opatrywanie zranionego kuguchara. Rysowaliśmy razem nieśmiałki żyjące przy naszym domu, a potem przeganialiśmy je trwożnie, gdy słyszeliśmy ciężkie kroki Garretta na schodach. Żaden Fairwyn nie mógł zrozumieć jakim cudem wyrosłem na człowieka tak łagodnego, a nie był to przecież żaden sekret, że dzieci łatwo ulegają sugestii. Potem pewnie niejednokrotnie łamałem jej serce, gdy ojciec wracał do domu po tygodniowej wyprawie na odludzie. Nierzadko przynosił pracę do domu. Wlókł się po ogrodzie kulejąc, ale i z triumfalnym uśmiechem na ustach. Za plecami ciągnął zwierzęce truchło, nierzadko rezygnując ze smoka na rzecz czegoś mniejszego, o ile tylko miało mu się to opłacić, a ja wtedy leciałem do niego jak głupi i wtulałem twarz w jego zabłocone szaty, ciesząc się tak, jak tylko potrafi ucieszyć się dziecko, że wreszcie mam przy sobie tatę. Skakałem wokół niego dziko, nawet nie zdając sobie sprawy z towarzyszącej temu feerii kolorów na mej głowie, podążając za nim do jego pracowni, aby oglądać co potrafi uczynić człowiek z pięknym, dzikim kotem lub niebezpiecznym, ale budzącym respekt hipokampusem. Nienawidziłem siebie za brak asertywności, ale wręcz nie mogłem oderwać od tego wzroku. Widok rozczłonkowanych akromantul, pozbawianych jadu hipnotyzował mnie i sprawiał, że chciałem sam ważyć ich serca na czarodziejskiej wadze ojca. Widziałem w tym nie tylko nieposkromione okrucieństwo, ale i nieograniczone pokłady niepoznanej dotąd wiedzy, a więc i kolejną okazję do doskonalenia się, której nie potrafiłem odmówić. Moja pracowitość dodatkowo zachęcała ojca. Teraz, gdy być może wreszcie dorósł do bycia rodzicem, pragnął wychować syna zgodnie ze swoim wyobrażeniem. Anemone nie potrafiła na to patrzeć. Starając się przemówić mi do rozsądku, tylko silniej rozpalała we mnie ciekawość i chęć zaznania przygody. Jak mogłem wówczas nie dostrzegać ile sprawiałem jej przykrości? Zrozumiałem to dopiero wtedy, gdy wszyscy troje znaleźliśmy się na tej po stokroć przeklętej polanie.

~.~

Zamykałem ramiona wokół samego siebie, czując jak raz po raz przenika mnie nieogarnięty myślą chłód. Ojciec ostrzegał mnie przed tym, że oczekiwanie potrafi być nieprzyjemnością samą w sobie, ale on nigdy nie był cierpliwy. Nie potrafił tak jak ja wyczekiwać na właściwą okazję, wciąż starając się ponaglić naturę raz po raz zmieniając strategię działania. Kompletnie nie pamiętałem już jaki miał być pierwotny plan. Wiedziałem tylko, że mamy tu siedzieć i wyczekiwać aż przyleci on. Ten jeden upragniony przez nas smok. Pierwszy, którego mieliśmy razem zabić. Tylko, że wszystko poszło zupełnie nie tak, a nieodpowiedzialność Garretta miała odcisnąć na nas swoje piętno już na zawsze. Skąd mogliśmy wiedzieć, że zamiast smoka pojawi się zaalarmowana moim tajemniczym liścikiem Anemone i zrobi nam scenę akurat w tamtej chwili? Nigdy nie przestaną prześladować mnie słowa jakie wtedy padły. Zawód pobrzmiewający w jej głosie i te smutne jasnoniebieskie, moje, oczy. Potem był już tylko jej przenikliwy krzyk i głośny chrzęst. Coś uderzyło o ziemię z niewyobrażalną siłą, przygniatając jej drobne ciało do ziemi, zagłębiając zęby w jej miękkim brzuchu. Pułapki, które zastawiliśmy z Garrettem nie tylko nie spełniły swojej roli, ale wręcz dały efekt zupełnie odwrotny. Zamiast otumanić smoka, rozjuszyły go na tyle, że wreszcie opuścił swoją kryjówkę, porzucając młode, którymi miał się zajmować. Ostatnim co pamiętam był jasnoczerwony blask płomieni mknący ku mnie. Odwróciłem się bokiem, jakby to miało w czymkolwiek pomóc, a potem upadłem na ziemię prosto w gorący piasek pokrywający ziemię. Smród zwęglonych włosów i obrzydliwe skwierczenie przebijały się przez okropny, pozbawiający przytomności ból, a potem dziki wrzask kilku mężczyzn. Nie wiem co było dalej i nigdy nie zamierzam o to pytać, wystarczy mi już koszmarów. Obudziłem się wiele tygodni później, wybudzony ze śpiączki farmakologicznej, w której byłem utrzymywany. Przy moim łóżku naturalnie nie było nikogo prócz prowadzącego mnie magomedyka. Ojciec miał własne obowiązki, pojąłem to natychmiast, a jednak obrzydliwie zimna dłoń zaciskająca się na moim żołądku nie pomagała w pogodzeniu się z aktualnym stanem rzeczy. Opowiedzieli mi o wszystkim co robili ze mną podczas chwil mojej niedyspozycji, ale nie zdziwi was pewnie to, że kompletnie mnie to nie interesowało.
- A moja matka? - spytałem wówczas i już sam błysk zakłopotania na twarzy lekarza wystarczył, abym zrozumiał całą resztę. Więcej nie pytałem.

~.~

To naprawdę niesamowite jak jedna chwila potrafi odmienić człowieka. Niegdyś potrafiłem wychodzić na zewnątrz i nie odnajdywać przyjemności w absolutnie niczym poza swoimi ulubionymi zajęciami. Teraz dostrzegam w świecie coś więcej. Cieszy mnie każdy oddech, jaki mogę zaczerpnąć tu i teraz, każdy wschód słońca i ciepły, jesienny wieczór. Raduje mnie nawet myśl o powrocie do szkoły, chociaż kilka miesięcy temu rzuciłbym klątwę na każdego, kto ośmieliłby się zaproponować mi podobną rewolucję w moim życiu. Wystarczy mi już tej pustki, jaką pozostawiła po sobie Anemone, codziennego chłodu ojca, który od tak potrafił przejść z moim wypadkiem do porządku dziennego i tajemnic, jakie zacząłem wokół siebie wznosić, zamieniając je w niewidzialne, strzegące mnie przed krzywdą, mury. Starczyło, że połowa Fairwynów nie wiedziała jak poważny w skutkach był mój mały wypad na łowy, że Shercliffowie przyjęli wiadomość o odejściu Anemone z lodowatym chłodem i martwym spokojem, że moja twarz już nigdy nie będzie taka sama. O ironio, iż to chyba właśnie to najsilniej mnie dotknęło. Prosta próżność pozostawiała po sobie niezwykle trwałe ślady. Tylko wciąż nie wiedziałem dokładnie jak to się stało, że zamiast mnie odstraszyć, smoczy epizod kompletnie wytrącił mnie z równowagi, odzierając z rozwagi. Popchnął mnie ku niebezpieczeństwu z olbrzymią werwą, a ja przyjąłem je tak gorliwie, jak wita się dawnego kochanka, czule i z nową obietnicą na wargach. Czy razem z włosami utraciłem też rozum? Cóż mi po nim, skoro mojej aranżowanej narzeczonej już nie było i wreszcie byłem panem sam dla siebie. Kiedy leżałem w łóżku wiele się zmieniło, a teraz, gdy zostałem sam, być może zmieni się jeszcze więcej. Nie oznacza to jednak, że moje życie od razu musi przyjąć niekorzystny dla mnie obrót. Moja wytrwałość w dążeniu do celu i wrodzona upartość powinny zrobić swoje, a w chwilach gdybym zwątpił... cóż, pamiętliwość ma swoje dobre strony. Pozwala eliminować raz popełnione błędy.

Podanie na metamorfomagię jest tutaj.

Rodzina

Cala Fairwynowa paczka. Gdyby to opisać, nie starczyłoby miejsca na uwzględnienie najważniejszych z nich:
♣ Garrett Fairwyn - syn Benedicta i Eilis, lat 37. Młodo żonaty w wyniku aranżowanego małżeństwa, mającego pogodzić dwa zwaśnione rody. Z zawodu łowca smoków, poszukiwacz rzadkich ingrediencji. Przejęcie rodzinnego biznesu nie okazało się być ważniejsze od pragnienia pozyskiwania magicznych rdzeni. Obowiązek wychowywania potomka też specjalnie Garretta nie obszedł, ale może to i lepiej. Główny winny sytuacji sprzed roku. Kto wie, może jego kamienne serce odrobinę wtedy zadrżało?
♣ Anemone Fairwyn (z domu Shercliffe) - nieodrodna córka swego rodu, 36 lat. Panna Shercliffe, młodo wydana za poważnego nastolatka Fairwynów. Poświęciła całe swe zdrowie na wychowywanie owocu tego związku, aż finalnie oddała za niego życie w wypadku, który odmienił całą tę niewielką rodzinę.


Ciekawostki


♣ Przed wypadkiem nigdy w życiu nie paliłem papierosów, a kiedy już zacząłem, szczerze to znienawidziłem. Uzależnienie zrobiło jednak swoje i nawet nałogowe przeżuwanie dziesiątek mocnych, mugolskich gum nie pomaga. Palę więc okazjonalnie, kiedy naprawdę nie mogę się już powstrzymać lub aby przewietrzyć głowę. Najczęściej w samotności.
♣ Sam nie potrafię teraz się odnaleźć, gdy mowa o opiece nad magicznymi stworzeniami. Z jednej strony nigdy nie zapomniałem czego nauczyła mnie Anemone, a z drugiej nie potrafię spojrzeć już na niektóre zwierzęta z takim samym szacunkiem jak dotychczas. Nie mam kompletnie oporów przed rozebraniem większości z nich na części pierwsze, a wszystko jedynie po to, aby moi bliscy mogli tworzyć unikalne różdżki. Raz czuje się z tym dobrze, a innym razem jest zupełnie odwrotnie i nie potrafię spojrzeć sobie w oczy. Zdaje się, że po prostu jeszcze nie dojrzałem do uporządkowania sobie w głowie tej sytuacji ze smokiem.
♣ Po cichu marzę, aby kiedyś spotkać prawdziwego dementora i dobrać mu się do skóry!
♣ Pozory naprawdę potrafią mylić. Większość z was, widząc mnie na korytarzu tak spokojnego i ułożonego, pewnie w życiu nie powiedziałaby, że jestem urodzonym hazardzistą, a jednak wszelkie spotkania szkolnych klubów oraz potajemne partyjki krwawego barona nie mają przede mną tajemnic.
♣ Rodzice zbyt dobrze mnie wychowali, aby interesowało mnie obłapianie się w schowku na miotły.
♣ Smoki są absolutnie najplugawszymi magicznymi stworzeniami na kuli ziemskiej. Planuję pójść w ślady ojca i z ich serc przygotowywać wspaniałe różdżki.
♣ Ćwiczenia fizyczne relaksują. Nie ma nic przyjemniejszego niż kilka razy dostać tłuczkiem na treningu.
♣ Niewielu ludzi wie o mojej metamorfomagii, a jeszcze mniej o konsekwencjach mojego wypadku. Nie bądź jasnowidzem!


______________________


It takes a lot to give, to ask for help, to be yourself, to know and love  what you live with.


Ostatnio zmieniony przez Riley Fairwyn dnia Pią Wrz 08 2017, 21:05, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online



avatar

Student Hufflepuff
Rok Nauki : VIII
Wiek : 18
Skąd : Londyn, Anglia
Czystość Krwi : 10%
Galeony : 60
  Liczba postów : 215
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14963-boo-e-a-runner#398619
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14969-want-to-give-you-a-bear-hug
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14971-peek-a-boo
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14970-boo-e-a-runner




Moderator






PisanieTemat: Re: Riley T. Fairwyn    Pią Wrz 08 2017, 20:13

Zerknij na wpisany rok szkolny, wkradł się drobny błąd ;)

Muszę dopytać o tajemniczą byłą narzeczoną Riley'a, pochodzącą z rodu Dear - masz to ustalone z którąś panną istniejącą na forum? Ród jest na tyle rozrośnięty, że wolimy nie dorzucać nagle bezimiennych kuzynek aktywnych już graczy. Prosiłabym po prostu o uściślenie, albo zmianę na kogoś z innej rodziny :D
Pilnujemy tych rodów, bo łatwo zrobić straszne zamieszanie :/

______________________



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Hufflepuff
Rok Nauki : VIII
Wiek : 18
Skąd : Londyn, Anglia
Czystość Krwi : 10%
Galeony : 60
  Liczba postów : 215
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14963-boo-e-a-runner#398619
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14969-want-to-give-you-a-bear-hug
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14971-peek-a-boo
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14970-boo-e-a-runner




Moderator






PisanieTemat: Re: Riley T. Fairwyn    Pią Wrz 08 2017, 22:40



RAVENCLAW!

Witamy Cię na Czarodziejach! Twoja karta zostaje zaakceptowana, dostajesz więc uprawnienia do gry. Poniżej znajdziesz przydatne w dalszych krokach na forum linki, z którymi warto abyś się zapoznał!




______________________



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Riley T. Fairwyn

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
karty postaci
 :: 
karty studentow
-