IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Domek babci Holmes

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : -212
  Liczba postów : 114
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Domek babci Holmes   Sro 4 Paź - 8:21

Wstawie kod dziś!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 406
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 491
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek babci Holmes   Sro 4 Paź - 18:45

Ogarniał go sukcesywnie niepokój.
Stopniowo, krok po kroku, kropla po kropli drążącej w zatwardziałości skały - dzień po dniu odrywanym symbolicznie od kalendarza jako bezużyteczny świstek, kolejny w zbiorach przeszłości - tak niepokój nabierał, w ostateczności stając się dostateczną siłą do przełamania barier. Nie widział jej ani na swoich lekcjach (unikała go?), lecz pierwsza myśl wpadająca do głowy została rozwiana subtelną rozmową z jednym z nauczycieli; nie widział jej również przemykającej choć - rozmazanej, majaczącej w oddali na którymś z ciągnących korytarzy się w zamku, nie widział w Hogsmeade, nie widział kompletnie nigdzie. Chłodny niepokój wyciągał wobec tego swe ręce; odczuwał na sobie dotyk jego kościstych palców jakby stworzonych z lodu, dziwnie przyspieszającym tętno; czy powinien zakładać nieszczęśliwy scenariusz? Czuł się w tym beznadziejnie bezsilny, jakby obecnie wszelkie rozpięte pomiędzy ich osobami mosty zostały zerwane wichurą poprzedzających wydarzeń - jakby pozostawała wyłącznie wielka, rozwarta gardziel przepaści oczekująca, aby zanurzyć się w gęstej czerni jej wnętrza.
M u s i a ł ją znaleźć.
Nie była to wyłącznie idea, jeden z wielu pomysłów pojawiających się w głowie pod naciskiem spadającego gradu wątpliwości i pytań, był to niemalże rozkaz, zarządzona przez paradoksalnie nierozsądny rozsądek czynność. I nie obchodziło go, czy teraz chciała go widzieć, nie obchodziło, że mogła okazać się to zaledwie choroba, po której wróci bez zmian i całość znów zajaśnieje w normie. Nie obchodziły go ewentualne obelgi, nieinformowanie jej o wizycie, zerwane wszelkie zasady zarówno nauczyciela jak i zwykłego, utkwionego w społeczeństwie człowieka. Wkradała się teraz do wszystkich myśli, przewijała się zawsze w tle, chcąc wyjść na plan pierwszy, wyodrębniała się z ogólnego chaosu, zmuszała. Przypominał sobie wówczas jej twarz zaznaczoną niewyraźnie w półmroku zakurzonej, wydającej się zapomnianą sali, przypominał sobie dźwięk uchodzący z duszy instrumentu pod wpływem szczupłych, osiadających na klawiaturze palców. Podobnie, jak po pobycie w Szkocji, niczym po pierwszej zapadłej iskrze powodującej kolejne kaskady skutków - tak wówczas wypełniał się pustką; jednakże było inaczej, ich rozstanie nie zakończyło się pokojowym efektem, obfitowało w żal, nieomal w ucieczkę, która i rzeczywiście zdawała się teraz nastać. Oddalała się, oddalała się wciąż od niego - wówczas, z każdą chwilą stawał się coraz bardziej świadomy nowych, zmrożonych przeszkód, porastających drogę jak wbijające się z okrucieństwem ciernie.
Czy byłby w stanie c o k o l w i e k zmienić? Zapobiec? Odwrócić obecne zmiany - które przypominały odłamki potłuczonego szkła, ostre oraz bezużyteczne, zdolne jedynie do rozszerzania destrukcji, zgliszcza, szare sterty popiołu? Nie wyobrażał sobie porażki, ona nie mogła nastąpić - pod żadnym pozorem, nie przyznawał jej prawa.
Dlatego bez większych już zastanowień przybrał postać zwierzęcia i postanowił w ów sposób przemierzyć część drogi, wzlatując w przestrzenie powietrza, czując strumień uderzającego weń wiatru, wolność wachlarzy rozpiętych skrzydeł, sylwetki widzianej jak czarny, złowieszczy symbol, malujący się na przepełnionym chmurami niebie. Mimo nieprzyjemnej pogody, zmniejszał oddzielający go dystans, a jego wnętrze ciągle pęczniało od niepokoju - chociaż w zasadzie tak niewiele oddzielało od zobaczenia jej twarzy. Teoretycznie. Kruk przycupnął na parapecie; wpierw szukał odpowiedniego okna, ostatecznie wnikliwiej zaglądając przez szybę, mierząc wszystko, kierując jasne obręcze tęczówek. Swoim zwyczajem, zastukał kilkakrotnie w szklaną powierzchnię dziobem. Oczekiwał reakcji.
Nie miał zamiaru odpuścić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : -212
  Liczba postów : 114
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek babci Holmes   Czw 5 Paź - 8:18

Nie myślała więcej.
Nie chciała.
Podjęła decyzję zbyt impulsywnie, a zarazem w stu procentach mogłaby przysiąc, że jest ona w pełni przemyślana, jakby szarpana chęcią ucieczki, poprzestała na analizie wszelkich argumentów, które prawdopodobnie pozwoliłyby na znalezienie innego rozwiązania. Nie była w stanie tkwić dłużej w murach Hogwartu ze świadomością, że jestem tam również on; zbyt bliski, a zarazem zbyt daleki. Stał się nieosiągalnym celem, z czym nie do końca umiała się pogodzić. Nadal pamiętała jego zapach perfum i charakterystyczną powłokę, która muskała subtelnie opuszkami, naznaczając go niewidzialnymi znakami, niewystarczająco istotnymi, by choć przez chwilę pamiętał, co ich łączyło.
N i c
Pustka i nicość wypełniająca szczelnie serce Marceline sprawiły, że pogrążyła się bez reszty w rozmyślaniu o przeszłości, która tłamsiła ją od środka. Wyniszczała po kolei wszystko, co udało jej się wykreować przez czas, gdy nie musiała akceptować jego obecności. Destrukcyjnie, gwałtownie wręcz, pozwała emocjom wytworzyć iluzoryczną poświatę, wokół której lawirowały dawne wspomnienia, za którymi tęsknota jawiła się w każdym najdrobniejszym kanaliku nerwowym. Nie pozwoliła jednak na to, by ta świadomość pochłonęła ją bez reszty, by stłamsiła do reszty jakiekolwiek poczucie pewności, że jest bezpieczna. Bez grama wyjaśnienia przywdziała maskę obojętności i spisała drżącą dłonią list do dyrektora, w którym wyjaśniła powód swojej długiej absencji, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Usprawiedliwiała to głównie nieprzystosowaniem się do warunków londyńskiego miasteczka i nieoczekiwane pojawienie się alergii na zbyt dużą ilość pyłków na terenie Hogwartu. co miało zostać wnikliwie przebadane przez magomedyków ze świetego Munga. Podpis zgadzał się z tym należącym do Clementa, a co za tym szło - nikt nie mógł podejrzewać jak nietuzinkową intrygę uknuła. Babcia Holmes była przekonana, że dzień w dzień jej wnuczka wychodzi do szkoły, a czas tak naprawdę spędzała z dala od miasta bądź w bibliotece, by nikt jej nie odnalazł. Ukrywała się w najdalej odsuniętych korytarzach, których półki pozwalały na ucieczkę przed rzeczywistością. Wieczorem natomiast wracała i opowiadała o normalnie spędzonym dniu. Ojciec zapewne nie domyśliłby się wyczynów córki, bo to jego oczekiwała teraz najbardziej, by tylko poprosić o możliwość przerwania studiów i wyjazd jak najdalej stąd. Nie potrafiła podać na to konkretnego powodu, ale miała dostatecznie dużo czasu, by wszystko poukładać w swojej rudej główce.
Ciepła woda przyjemnie otulała drobne ciało krukonki i zmywała plamy szarej codzienności, w której tonęła od nadmiaru uczuć jakimi emanowało jej ciało. Nie była w stanie zapomnieć Bergmanna, podobnie zresztą jak jego spojrzenia z sali teatralnej, gdy zawód malował się tak wyraźnie, jakby ostrzem niemal wodziła po jego ciele i znaczyła głębokimi ranami błędy, które popełnili oboje. Chciała jak najszybciej uwolnić się z okowów myśli i zamknąć się w świecie wytworzonym przez umysł, zapadając w głęboki sen i budząc się z trzeźwością, której nie potrafiła odnaleźć od kilku dni. Owinięta puszystym ręcznikiem przemierzyła kilka korytarzy, aż w końcu dotarła do swojego pokoju, w którym stanęła przed lustrem  i pozwoliła delikatnemu materiałowi opaść na ziemię. Patrzyła na niemalże dłutowaną przez rzeźbiarza linię ciała, która podkreślała odstające obojczyki i nazbyt wyraźnie zarysowane żebra. Wodziła smukłymi palcami po płaskim brzuchu i biodrach, obserwując przy tym jak piersi unoszą się w niestabilnym oddechu. Szukała w sobie nuty kobiecości, której niegdyś pożądał, ale gdy przypomniała sobie o nienawiści jaką darzyła własne ciało, zakryła je od razu pod fakturą jedwabnej koszulki, by tylko nie patrzeć. Kilka kropelek spłynęło po karku Marceline, a gdy wreszcie usłyszała stukanie do okna, zmrużyła lekko oczy.
Kruk.
Nie szukała konkretnego powodu, dla którego ptak zaczął informować o swojej obecności, wszak nigdy wcześniej nie doświadczyła podobnego zjawiska, stąd zaciekawiona podeszła do szklanej witryny i lekko je uchyliła, coby wyrzucić na parapet okruszki z talerzyka stojącego na biurku nieopodal. Obserwowała zachowanie stworzenia i, pomimo że nie pojmowała do reszty - dlaczego, tak nie zamykała okiennic; chłodne, jesienne powietrze otrzeźwiało dostatecznie, by wreszcie móc się położyć do łóżka i pozwolić zimnemu powiewowi otulać zmęczoną sylwetkę, która błagała o odpoczynek i relaks, podobnie jak urwane myśli. Nie dopuszczała do siebie, że to może być on, ignorując całkowicie fakt umiejętności jakimi władał; pożegnali się w sali teatralnej, gdzie to w swych ścianach ukryła przykrą prawdę, której być może - wcale nie dostrzegł.
Pozwól mi zasnąć.


Ostatnio zmieniony przez Marceline Holmes dnia Pon 9 Paź - 10:22, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 406
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 491
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek babci Holmes   Sob 7 Paź - 9:31

Czekał.
Nierozpoznany, zawinięty w tkaninę półmroku majaczył swoją sylwetką - przysłaniał częściowo widok rozchodzący się z okien, widok równie rozmazany jak jego postać, umieszczona na tle pobłyskujących z oddali okien, pobłyskujących latarni i strojącego się w ciemne chmury równie pociemniałego nieba. Podeszła - i w tym momencie serce zabiło szybciej a ciało zastygło w wyżerającej od środka zagadce - i nic, nie poznała go (nie chciała poznać?), wyrzucając okruchy jak dla zwykłego zwierzęcia. Bez żadnych, dodatkowych już gestów, przeszedł do powolnego chwycenia części z nich dziobem, swoje spojrzenie ciągle rzucając do środka, lustrując wnętrze sypialni, obserwując uważnie j ą, układającą się w miękkości posłania oraz przymykającą powieki. W obliczu tego - czekał, aż kokon objęć Morfeusza okaże się dostatecznie silny, aby jej nie wystraszyć - chociaż w owym etapie toczył ze sobą walkę zarówno na polu uczuć jak polu wrzeszczącego rozsądku, który za wszelką cenę musiał wprowadzić własną, poprawną wizję. Nie upewnił się. Ten głos, dobiegający wprost z wnętrza, niemile rozchodzący się w czaszce nakazywał mu odejść, bo przecież tak będzie lepiej, bo przecież osiągnął swoje, bo przecież - nie powinien rzucać się w paszczę ryzyka. Bo przecież wcale nie chciała go widzieć (?). Zmąciłby tylko przejrzystą taflę snu kolejnym nadchodzącym koszmarem, a jednak, pragnienie, aby pozostać, okazało się ostatecznie odnieść zwycięstwo, nie pozwalając zwątpieniu na rozszerzanie swych wpływów. Już raz ryzykował - cóż, najwyraźniej nadeszła pora rzucenia się po raz kolejny w ten niebezpieczny hazard, pora skruszenia okowów zasad, tych nieprzyjemnie chrzęszczących łańcuchów, ciężkich i zimnych wężowisk stali zdolnych wyłącznie zatrzymać, utrzymywać w wyniszczającej stagnacji, w atrofii spowodowanej brakiem spełniania swych wyznaczonych celi. Najwyraźniej wyłącznie gra w społeczeństwie, a rzeczywiste odrzucenie obowiązujących w nich norm, moralności, napędzało swym naturalnym rytmem machinę jego własnego życia oraz cechowało je wolną wolą, jaką zwykł szczycić się każdy człowiek, jaką napawał się - nawet jeśli, w rzeczywistości był równie skrępowany jak wszyscy, przywiązany i obolały przy oziębłym podłożu, niezdolny podnieść choć wzroku i ujrzeć kopułę nieba. Kiedy ją widział, wewnętrzna odmowa nie wchodziła w rachubę, nie mogła wręcz być rozpatrzona - rzeczywiste uzależnienie, trudna w wytłumaczeniu obsesja czyniła zeń marionetkę, pionka dążącego jedynie do wypełnienia uwitych przez nią pułapek zamiarów.
Mimo tego, nie wiedział, czego obecnie chce. Do czego dąży - podobnie jak kiedyś umysł pod owym względem pustoszał, wyrzekał się tego niczym największej herezji. Prawdopodobnie - nie wiedział nigdy, nie zadawał zbędnych, nużących pytań, zwyczajnie pozwalając relacji rozwijać się, kwitnąć na zatrutym podłożu oraz się przeobrażać.
Chciał, tak zwyczajnie, po ludzku, chciał znaleźć się obok - chciał zabrać, skraść jeszcze jeden, ulotny moment, pod pretekstem dowiedzenia się, czy aby na pewno nie dzieje się nic rażącego. W głowie nieustannie bębniła mężczyźnie ulewa, wystukiwała skomponowany przez siebie utwór, usiłujący poznać dlaczego konkretnie nie pojawiła się w szkole. On jednak cierpliwie czekał, czując wiatr z zewnątrz bawiący się chorągwiami piór, napuszonych, o granatowym połysku. Czas ten, jak każdy - bywał ograniczony - wobec czego poderwał się później do lotu, lecz nie powrotnego - wsunął się, korzystając ze sposobności, do wnętrza i wylądował miękko w pobliżu łóżka. W pierwszej chwili przechadzał się jeszcze tam i z powrotem, aż ostatecznie rzucany cień - wierny towarzysz pośród wyblakłych promieni światła, przekształcił się w wydłużoną postać człowieka. Usiadł. Patrzył się na nią przez moment trudnym do określenia wzrokiem - nieco upodobnionym do ostatniego, jaki osiadał podczas spotkania w sali, zaś po którym - nie zdołał jej ujrzeć już więcej. Bał się na swój sposób wykonywania choćby drobnego ruchu, gdyby ten mógł oddalić go od niej, sprawić, że rozpadnie się jej delikatna sylwetka - krucha jak nigdy dotąd. Niestabilna.
Zauważył.
W stożkach osłabionego światła, gdy - decydował się, znów wygrywając bitwę o wykonanie czynności zdolnej na powrót go zgubić, a której zarazem tak potrzebował - gdy ujął delikatnie dłoń i kolejno przedramię, obdarzając ledwie odczuwalnym dotykiem opuszek palców, jakie przejeżdżały wzdłuż we współpracy z intensywnie studiującym spojrzeniem, chcącym się przedrzeć przez ograniczenia percepcji; czy wydawało mu się? Wcześniej? Teraz?
Wewnętrznie zamarł na moment, przejeżdżając raz jeszcze, czyniąc tę niepozorną wędrówkę - jak w transie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : -212
  Liczba postów : 114
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek babci Holmes   Nie 8 Paź - 23:00

Żyła w przeświadczeniu, że już go nie ma.
Ona też przestała istnieć.
W głowie rudowłosego dziewczęcia rozbrzmiewała muzyka, która nadawała codzienności niespokojnego brzmienia, niewyraźnego, a zarazem ostrego, przyprawiającego drobne ciało o drżenie. Tym razem melodia rownież była odgrywana przez jej umysł, gdy z takim spokojem otworzyła okno i nie zwróciła uwagi na detale majaczące w poświacie księżyca czy świetle ulicy, które ułatwiłyby lawirowanie na pograniczu prawdy i fałszu wykreowanego przez podświadomość w celu podjęcia się prób normalnego funkcjonowania. Chciała żeby wszystko wróciło do normy, jakby to jedyna mrzonka jaka jej przyświecała, wszak nikt, ale to nikt - nie miał prawa ingerować w jej obawy, strach, a także ewentualne szczęście, którego pragnęła na tyle mocno, że była dla niego gotowa poświęcić niemal wszystko. I widząc Daniela tamtego jednego razu, gdy to ich spojrzenia spotkały się w ciemnej sali, zabezpieczonej przez zamknięte drzwi, by nikt nie dostrzegł w ich tęczówkach tęsknoty, smutku i nadal palącego trzewia pożądania, poczuła to samo co dwa lata temu, kiedy spotkali się po raz pierwszy, a potem raz jeszcze, gdy wreszcie pojawiła się w Trausnitz i oddała mu się bez względu na konsekwencje. Żadna prawa, reguły i nakazy jej nie obowiązywały, bo to one tkały nitkę pajęczyny, która pętała ofiary i wydawała je na katuszę, tak jak czyniły to obecnie z Marceline. Nie odnajdywała nigdzie wsparcia, nie szukała też wybawienia, a jedynie czekała na katharsis, które winno ją uratować przed całkowitą destrukcją, jakiej dopuściłaby się w ostatecznej chwili załamania. Czyżby zatem to demony nie pozwalały dostrzec w ptaku o grafitowych piórach kogoś kogo znała zbyt dobrze? A co jeśli to umysł płatał po raz kolejny figle i zaginał swą nieprzejednaną kreacją? Nie szukała odpowiedzi na żadne z pytań, bo te nie były wystarczająco istotne, trochę bez znaczenia, aczkolwiek zbliżały do poznania enigmatycznego sekretu owianego swoistego rodzaju niewiadomą, która nadal zdawała się być ledwie iskierką w ciemności dla tych, którzy nie potrafili patrzeć. Nikt nie powinien wiedzieć - dlaczego, ani teraz ani nigdy. Holmes być może starała się wierzyć, że rozpędzone dni, niczym konie, które próbowały wykazać się większym sprytem i doświadczeniem w wyścigu, staną się idealną perspektywą w ucieczce przed wspomnieniami i odpowiedzialności z nimi związanej. Egoistycznie próbowała się od nich uwolnić, ale zgodnie ze świadomością potrzeb swego serca, mogłaby zaryzykować, spróbować, choć ostatnie ze spotkań nie pozwalało zrobić pierwszego ruchu, zaś on nie miałby odwagi, by podjąć się czegoś tak niekonwencjonalnego; tym samym oboje dla siebie nie istnieli.
Och, w jakim błędzie była.
Przyjemna miękkość pościeli pozwoliła odpłynąć do krainy snów i utonąć w odmętach wykreowanej przez samą siebie rzeczywistości. Otulona ramionami Morfeusza przemierzała kolejne korytarze, by tylko odnaleźć drogę do spokojnego miejsca, w którym na moment zatrzyma się i odpocznie, by móc się po raz kolejny mierzyć z problemami otaczającego ją świata. Mogłaby teraz zawierzyć wszystkiemu, byleby skosztowała na powrót eliksiru, który odbierał do reszty poczucie czasu. Nie przypuszczała również, że tej nocy, to Daniel Bergmann, stał się jej stróżem i opiekunem, pod którego pieczą próbowała przedrzeć się przez gęste szuwary myśli dwojakich, by wreszcie opanować wulkan emocji, który mógł w każdej chwili eksplodować.
Radzę ci odejść.
On już ci w niczym nie pomoże.

Zadrżała pod wpływem ledwie wyczuwalnego dotyku. Niespokojnie poruszyła ręką, kiedy tylko opuszki palców mężczyzny zetknęły się z drobnymi sznytami ukrytymi pod czarnymi rzemykami. Czuła czyjąś obecność, choć wcale nie podnosiła zmęczonych powiek, by się przekonać, kto ją nawiedza. Nadal z trudem starała się uspokoić rozdygotane serce, a kiedy tylko pojawiły się w głowie obrazy z przed dwóch lat, gdy to Jaimmie nie dawał jej spokoju w związku z domniemanymi plotkami, cicho jęknęła, przerywając w ten sposób ciszę, która królowała w pomieszczeniu. Stał na wprost niej, a szyderczy śmiech odbijał się od ścianek czaski i świdrował wielką dziurę, jakby zmuszona była teraz paść przed chłopakiem na kolana. Nieustannie powtarzał z tym swoim niemieckim akcentem - jesteś jego małą kurwą, co doprowadzało Marceline do szału, a kiedy tylko przekroczył pewną granicę...
- Nie! - krzyknęła desperacko i podniosła się gwałtownie z trudem łapiąc powietrze. Niewidzialne łańcuchy pętały ją i krępowały wszelkie ruchy, by tylko nie zdołała uciec, ale moment kiedy to rude pukle opadły na blade policzki był decydującym. Smukłymi palcami wędrowała nieświadomie po gładkiej powierzchni prześcieradła aż w końcu zetknęły się z dłonią Daniela. Znała każde zagłębienie jego skóry czy wyżłobione żyły, których uczyła się miesiącami na pamięć. Serce zabiło szybciej aż zatrwożył nim lęk, ale nie mogła dać się porwać w wicher ułudy. Przygryzła lekko dolną wargę i pozwoliła kilku kropelkom słonych łez spłynąć po piegowatej buzi, a zaraz potem spocząć na spierzchniętych ustach, które ledwie szeptem zdołały wyrzucić: - Ty nie jesteś prawdziwy - nie była szalona, to umysł nadal podpowiadał jej takowe obrazy, jakby w żadnym nie potrafiła dostrzec nuty prawdziwości. Bez zastanowienia uniosła na mężczyznę zielonkawe tęczówki i wtuliła się w jego tors policzkiem, bo skoro nie istniał, a to pragnienie podsyłał jej umysł, dlaczego nie mogłaby wykorzystać chwili swojej słabości, w której znów czuła się bezpiecznie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 406
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 491
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek babci Holmes   Wto 10 Paź - 0:54

Słowa nie wystarczały.
Każde z nich zeszłoby do bełkotu, dysonansu pozbawionego znaczenia niezdolnego naprawiać lecz niszczyć, zgrzytu niemile podrażniającego bębenki. Jakże żałośnie pustymi! wydawały się teraz, przelewane na język, uchodzące spomiędzy warg strzępki myśli, cząstki własnych rozważań albo największe, wpajane kłamstwa, litery łączone w niezliczone formy wyrazów, wyrazy łączone w rozmaitości oznajmień, rozkazów bądź zadawanych pytań. Słowa okazywały się jednak bezsilne, podniszczone, wymięte, bez wnętrza jak balon o spuszczonym powietrzu, walający się swoją resztką po zabrudzonym parkiecie; tak one traciły swą moc, swoją barwę i postać, w których zazwyczaj lubił przebierać jak w kartach, doszukując się zwycięskiego wachlarzu utrzymanego z opanowaniem przed sobą - ażeby później móc święcić triumfy. Z każdą chwilą coraz mniej wiedział, a emocje, wcześniej skłębione jak węże, obecnie uciekły gdzieś oraz pozostawały zatwardziale schowane w zdecydowanej większości; garść wniosków rozsypała się pod naporem zmian, nagłej, zakrawającej na surrealizm reakcji. I rzeczywiście, wraz z jej słowami sam wydawał się zmieniać w wizję, w puste ciało, w osobę-symbol, jedynie pozostającą i spełniająca swoją powinność. W środku kipiała jedynie bezsilność, okrutnie zarzucająca kolejne, ściśle oplatające więzy, a bliskość - choć upragniona i zakazana, zarazem wydawała się niemożliwa, niedorzeczna, nie do spełnienia w obecnych, nieprzemienionych warunkach.
Byłoby lepiej, gdyby pozostał ułudą.
Dostosowywał się do tej wizji, jak zawsze, choć owym razem czynił to podświadomie; dawał jej to, czego wydawała się pragnąć - utrzymywał w dosyć stabilnej iluzji. Objął ją delikatnie, podtrzymując lecz nie wymuszając dzielenia z nim centymetrów, pozbawiony wcześniejszej żądzy, pozbawiony jakichkolwiek spostrzeżeń sporządzanych zazwyczaj tak skrzętnie, pozbawiony wszystkiego, wyłącznie znajdujący się obok. Któraś część jego nie chciała rozrywać kokonu, spaceru po wąskiej linii na pograniczu snu oraz jawy, gdzie obecnie balansowała, chwiejąc się to w jednym, to w drugim kierunku. On pragnął popchnąć ją dalej, w oblepiające ramiona sennych marzeń i razem z nią trwał w tym przeświadczeniu, wykorzystywał moment słabości zmysłów do perfidnego zwodzenia ich dalej.
- Już dobrze - wyszeptał tylko, a jego głos wydobywał się, tylko nieznacznie naruszając rozpiętą membranę ciszy, idealnie wpasowując się w klimat dwóch serc oraz miarowych oddechów. - Śpij dalej. - W i e d z i a ł, że nie może być w takim stanie, ale zarazem nie miał najmniejszego pojęcia, co powinien uczynić; improwizował więc, nadal chcąc ją odzyskać. Powinna śnić dalej, przynajmniej teraz, pozwolić zmęczonym myślom opadać po odwiecznej batalii, opaść obawom, opaść twardej, ograniczonej rzeczywistości nawet na krótki moment złączenia powiek oraz wpuszczenia pod ich bramy esencji nocy. A on miał pozostać tuż obok; tak, to jedyne, najlepsze wyjście - sen, kiedy sami również się nim wydawali; przed oczami przelatywała jemu część wspomnień, jak gdyby zasiadł na krześle w sali kameralnego kina, gdzie tylko on pozostawał widzem, skazanym na przerzucanie najrozmaitszych kadrów wywołujących ambiwalentne uczucia. Jego zamiary, zazwyczaj płynne, sprecyzowane przed samym sobą, były obecnie ledwie nabazgrolonym skrawkiem - podsumowaniem, że nie chce uciec, że musi nadal tkwić tutaj, musi wpasować się, aczkolwiek w rzeczywistości nic wówczas nie pasowało; kiedy tylko sen zmyje się, odpłynie oraz ponownie przejmie władzę realność - wówczas nastąpi gorzkie zderzenie z impetem.
Ale nie teraz.
Teraz powinna zasnąć.
Bo przecież jedynym ograniczeniem wydawał się ledwie umysł, wszystko pozostawało uzależnione w swej feerii barw bądź szarości - mógł być bezkresny, mógł pozostawać ograniczony, tak jak ograniczała go materialnie osłona kostna - w obrębie której schowane są niezliczone meandry. W takim razie - możliwe jest niemal wszystko, możliwe jest coś, co nie rani, co nie rozdziera, ale pokrzepia
lecz dziwnym trafem nie może spełnić się w owym świecie.
Dlaczego? - sam nie był w stanie powiedzieć
i nawet o tym nie myślał.

Wiedział (a przynajmniej był przekonany) jedynie, że potrzebuje nakarmienia ułudą, nakładaną na oczy podobnie jak nadchodzący półmrok, czyniący szklistą powłokę dziwnie wyblakłą, odległą jak nigdy dotąd - o ile ostatnio mogło być to możliwe; a zarazem tak bliską, kiedy byli w wykreowanej iluzji, niby mieli już tak pozostać na wieczność.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : -212
  Liczba postów : 114
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek babci Holmes   Sro 11 Paź - 7:43

Nadal to wszystko było niewystarczające.
Na powrót stawało się echem przeszłości.
Lawirując na pograniczu krystalicznej prawdy i wyrachowanego kłamstwa, można dostrzec ewentualne zwycięstwo, które zaspokoi egoistyczne pobudki rodzące cień satysfakcji wypełniającej szczelnie kanaliki nerwowe, nie przepuszczające ani krzty realistycznego prawdopodobieństwa. I w jednym i w drugim przypadku, jesteśmy w stanie ponieść sromotną klęskę, nie dopuszczając do siebie teoretycznej alternatywy wywodzącej się z racjonalnego myślenia. O czym jednak mowa, gdy umysł płatał na każdym kroku figle i podsuwał nieprawdziwe scenariusze, otulone enigmatyczną mgiełką iluzorycznej nadziei na lepsze jutro? Marceline w tym przekonaniu żyła od ich ostatniego spotkania; karmiona potrzebą spróbowania go raz jeszcze, by ostatecznie zetknąć się z niewyobrażalną niechęcią ze strony mężczyzny, który patrząc w zielonkawe tęczówki dziewczyny - zaprzeczył. Poddał się woli innych i wydał wyrok na relację, słowami wbijającymi się pod grubą skorupę i przebijającymi się przez mur zbudowany licznymi sekretami, w których to żyli we dwoje, wszak w pojedynkę - brzemię wydawało się zbyt ciężkie do uniesienia; dla kogoś takiego jak Holmes - wręcz nierealne. Oscylował bowiem na granicy obłudy, kłamstwa i pomówień, gdzie to ona pozostawiona na pastwę losu, musiała sączyć wolno truciznę, jaką wtłaczali do jej żył inni, by nigdy nie zapomniała i żyła w świecie, który wykreowała za pomocą drobnych rączek. Frazy wtem mieszały się w jedno, rodząc kolejne niepewności oplecione sznurkami zawiści i niechęci wobec haniebnego czynu, na który nikt nie miał żadnego potwierdzenia, jakby to było najgorszą ze zbrodni. Słowa te docierały głębiej i intensywniej, bo jedyna nadzieja, którą pokładała w nim, uleciała w eter i nie dała o sobie znać; pozostawiona samej sobie, stąpała po cienkiej linie sentencji wypowiedzianych przez tych, którzy domagali się obalenia jej kłamstwa i oczekiwali szczerej prawdy, która leżała u podnóża martwych emocji, poddanych destrukcji egoistycznej idei.
To oni byli winni.
Nie ona.
Z a u f a ł a
Pragnęła robić to nadal. Podświadomie oczekiwała zupełnie innego przebiegu ich spotkania, choć lęk spowijał jej drobne ciało, a teraz - gdy nie było już niczego, nie miała żadnego prawa do roszczeń. Chełpiła się jedynie w swym tryumfie w świecie sennych marzeń, gdy to obejmował ją szczelnie ramionami i nie pozwalał wydostać się ponad granicę wzroku. W tej jednej chwili zatem, oczekiwała otrzymania tego, co serwował jej zawsze - od wielu tygodni. Chciała raz jeszcze poczuć bliskość ciała Bergmanna, by wreszcie skosztować jego ust. I pomimo że był bardziej rzeczywisty niż kiedykolwiek wcześniej, podświadomość temu zaprzeczała, jakby umysł nie był w stanie zaakceptować jawy, w której fikcja przybrała realnych rozmiarów postać człowieka, do którego dwa lata temu uciekała każdej nocy w Perth i zagłębiała się w dysputach tak nieoczywistych i zagadkowych, jakby oboje zbyt filozoficznie podchodzili do egzystencjonalrnej pustki. Nadal emanowała wspomnieniami, które teraz przelewała na niego w subtelnym dotyku opuszek wędrujących po jego torsie i cichym pociąganiu noskiem, kiedy to ponownie uczyła się tego charakterystycznego zapachu danielowej koszuli. Badała przez materiał fakturę jego ciała, wyznaczała sobie wędrówkę, której podejmowała się bez jakiegokolwiek pozwolenia, by zaraz potem wargami zahaczyć o szyję mężczyzny i zaznaczyć tam swoją obecność.
- Zostań ze mną - wyszeptała cicho i ujęła jego dłoń, na której zacisnęła lekki dotyk. Nic co robiła - nie posiadało erotycznego wydźwięku; było zmysłowe, ale nie na tyle, by rozniecić pożogę dzikiej żądzy. Odsunęła się lekko, by zrobić mu miejsce i czekając na jakikolwiek znak, ułożyła się ponownie w miękkiej pościeli, chcąc pozwolić zmęczonym myślom, oddać się do krainy Morfeusza. I czekała na jego reakcję. Domagała się jej, gdy raz po raz szukała dłonią jego palców, które raz jeszcze mogłaby ścisnąć w swojej drobnej rączce. Droga ta nie była trudna, ale o tyle skomplikowana, że przez moment sądziła iż jest prawdziwy - namacalny wręcz i zbyt bliski, by móc w to uwierzyć.
Nie powinien znikać, a tkwić nadal przy niej, by wreszcie oboje przełamali iluzję, do której zostali zmuszeni przez świat.  Czekała na jakikolwiek gest, szept, słowo, aż w końcu zdecydowała się uchylić lekko powieki, by spojrzeć przed siebie i dostrzec - jaką decyzję podjął. Była jednak zmęczona, a wszelkie znoje dnia codziennego sprawiały, że nie miała dostatecznie dużo siły na starcie z rzeczywistością, w której on z wybawcy - mógł zostać katem.
- Boisz się? - zapytała głucho i wtuliła policzek w puchatą poduszkę, coraz to bardziej poddając się wpływowi osłabienia i chronicznego zmęczenia, ogarniającego jej wątłą sylwetkę.
N i e   o d c h o d ź
Może to nasza ostatnia szansa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 406
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 491
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek babci Holmes   Sob 14 Paź - 0:43

Miał być odległy - powinien znaleźć się poza horyzontem rzeczywistości, bezwzględnej i szorstkiej, zdzierającej piekące pasma z otaczających powłok; miał być zaledwie chwilą, wyobrażeniem szeptanym przez otumaniony ciemnością i połowicznym zaśnięciem umysł. Jego zadanie nakazywało przeminąć razem z zamknięciem powiek, jak mgła przelać się, stworzyć jedność z otaczającym powietrzem, nie pozostawić wsiąkającego w pościel zapachu, aury nanoszonej na ciało perfum, często towarzyszącej i wręcz przypisanej do skóry. Być niematerialnym, nieuchwytnym symbolem wędrującym przez epizody życia, przez krainę kreacji myśli, zlewających się w ściśle sprecyzowaną abstrakcję - postać wywoływaną z przeszłości, powracające niczym bumerang echo. Odbicie księżyca, lustrującego się w wodnej tafli - jasnej, pobłyskującej fałszywym światłem tarczy na zmarszczkach bezustannego poruszenia jeziora, tarczy gładzonej przez rozwarstwiony materiał chmur, polerujących ją niczym stworzoną z diamentu kulę; odbicie, tak namacalne, tak iluzoryczne zarazem; w końcu wyciągana w kierunku wodnego zwierciadła ręka zaledwie rozbryzguje jej wilgoć, zanurza się oraz tonie.
Miał też pozostać. Zostanie, niespłoszony przez dzienne światło wdzierające się pod powieki z ową znajomą, czerwoną barwą rozpościerającą się przez warstwę ich zasłon; tłumił bijące go pięści pytań, bezustannych pytań, bijące, kopiące na chłodnym bruku niewiedzy, karmiąc się eteryczną bliskością, w której obecnie udało się im odnaleźć. Sen ulegał skondensowaniu z jawą i w jego oczach, każdy dotyk przebiegał przez niewidzialny tunel - jakby w rzeczywistości znajdował się znacznie dalej, jakby w rzeczywistości nie istniał, delikatniejszy od przechodzących, patykowatych odnóży przemierzającego owada. Nie drgnął, niby oblepiony słodką żywicą bezruchu, która najchętniej pozostawiłaby go w owym stanie - nie potrafiłby teraz odejść. Nigdy nie rozważał, kiedy był rzeczywiście prawdziwy - być może, Daniel Bergmann tkwił w owych wszystkich przybieranych jak maski twarzach, a może - wyłącznie skrywał się pełen trwogi za ich opoką, drżący, niesamowicie słaby. Odpowiedział na zaproszenie, zmianę ułożenia postaci przykrytej fałdami pościeli, w której jej wątła sylwetka wydawała się tonąć jak w morzu - chociaż naprawdę tonęła pośród fal własnych, wykreowanych halucynacji, najwyraźniej nie dopuszczając możliwości spotkania tutaj. Powoli, z ewidentnym brakiem pożądliwego pośpiechu, czując zaciskające się na swojej ręce palce, sam zanurzył się w materiale posłania; ułożył się obok na materacu. Ledwie słyszalne pytanie po raz kolejny mąciło spokój, po raz kolejny docierało jakby z oddali, żłobiąc niemniej wyraźny w swojej przemijalności bodziec.
- Nie - wyszeptał, rejestrując, jak jego głos w możliwie największym zniżeniu tonu, pokrywa się znaczną patyną chrypki. Wpierw wydawał się bardziej pochłonięty dotykiem, ponownym objęciem delikatnego ciała, które mógłby przyrównać do lada moment zdolnej się wymsknąć spomiędzy rąk porcelany, nieodwracalnie rozpadającej się w bezkształt zaostrzonych skorupek. - Już nie - dodał. Bał się; jak zresztą lękał się tak jak każdy - a wszystko, co pojawiało się w skrytych, zestalających krew w żyłach koszmarach podobno miało się kiedyś zdarzyć. Każdy zwykł się bać czegoś - każdy napawał się strachem przy myśli o czymś, o kimś albo nawet o sobie. Ile jeszcze pozostawało jego w nim samym? Ile jej pozostało? Czy naprawdę, naprawdę się bał, nie widując jej na kolejnych lekcjach, słysząc, że nie pojawia się absolutnie nigdzie, że unika, oddala się, jest w stanie całkowicie zaniknąć? Nawet, jeżeli postępował niewłaściwie w owym momencie, była to cena, jaką pozostawał skłonny zapłacić dla wrażenia spokoju i odnowienia tego - co najwyraźniej cały czas szukał.
Ponieważ teraz - dokładnie teraz - pustka wydawała się znacznie mniejsza, słabsza, zasklepiała się niczym rana, która nie jątrzy i nie przyprawia o salwy kolejnych nadejść władającego bólu.
Po prostu chciał, aby była. Nadal pragnął on tego samego - cały czas dążył. Niewinny z pozoru ruch opuszek palców rozpoczynał subtelną wędrówkę dookoła kreślonej w półmroku linii sylwetki, przechodził przez tors oraz biodra a przybliżona postać owiewała regularnym, wysyconym spokojem oddechem wrażliwą skórę na szyi Holmes, bez większego sprecyzowania zagarniając dla siebie moment możliwości ponownego przekonania się o niej oraz poznania reakcji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : -212
  Liczba postów : 114
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek babci Holmes   Nie 15 Paź - 13:22

Chciała wznieść się ponad nieboskłon i lawirować nadal na pograniczu jawy i snu, gdzie to spełniały się jej ciche pragnienia, a którym oprzeć - prawdopdoobnie - wcale się nie potrafiła. Uciekała do nieznanych krain, do których nikt nie miał dostępu oprócz niej; to tam żyła w spokoju, ciszy, która roztaczała się przez całą lawendową łąkę, gdzie spędzała całe dnie na obserwowaniu błękitnego nieba i puszystych chmur, zatapiając się we wspomnieniach, jakie posiadała z okresu dzieciństwa. I częściej to tamte dni do niej wracały, aniżeli leniwe popołudnia w Perth, kiedy to razem z nim ukrywała się przed wścibskimi spojrzeniami, chcącymi przyłapać ich na gorącym uczynku, pomimo że nic złego nie robili. Pogrążali się jedynie w odmętach wyśnionej rzeczywistości, która pochłaniała ich bez reszty, jakby to było najbardziej odpowiednie, choć w przypadku tej dwójki, przypominało to utopijny świat, w którym można było się zgubić. Być może dlatego umysł wyplewiał ze świadomości Holmes kilkanaście dni, gdzie to dawała się porywać bez zastanowienia i pomyślunku, ryzykując wszystko dla nieznajomego człowieka, który przypomniał o nieistotności zasad i nakazów, by tylko móc skosztować upragnionej wolności, o której tak pięknie potrafiła prawić. Bez pytania łapał jej drobną dłoń i trzymał blisko, by mu się nie wyrwała, nie upadła i nie rozbiła o klifowe skały, które obmywała woda i bez trudu zabrałaby jej wątłe ciało ze sobą, by na zawsze ich rozdzielić. K ł a m s t w o. Obłudna fantazja pozwoliła wierzyć w nieistniejące kreacje, stworzona na kilka godzin, by tylko odpocząć od codzienności, która odbierała oddech i zacieśniała coraz to silniejsze więzy na łabędziej szyi nastolatki.
Leżała nieruchomo, a gdy wreszcie poczuła to utęsknione ciepło, które biło od ciała Daniela, spieła się niemal nieświadomie, po czym uśmiechnęła się kącikowo na znak, że właśnie tego chciała. Poruszyła się bezwiednie, ocierając plecami o tors Bergmanna, podobnie jak pośladkami zahaczając o jego wrażliwe części, by wreszcie znaleźć dogodną pozycję i pozwalać mu na lekki dotyk opuszek, które rozpoczęły wędrówkę po linii jej ciała, dając tym samym przyjemne oderwanie od teraźniejszości zaburzanej przez pierwsze promienie słońca. Budziły ją i nie pozwalały powrócić w ramiona Morfeusza, któremu wreszce uległa, choć przysiąc by można było, że jest świadoma i czeka tylko na okazję, by spojrzeć mu w oczy i upewnić się, że to nadal tylko sen. Raz po raz pocierała o siebie udami, a kiedy nie wytrzymała tej iluzorycznej pieszczoty jaką serwował jej zmęczonej skórze, ułożyła się częściowo na plecach, bo to ramieniem opierała się o klatkę piersiową mężczyzny, coby przerwać tę słodką, niewinną torturę, która pozbawiała Holmes zdrowego rozsądku. Całkiem nieświadomie pozwoliła koronkowej koszulce opaść z ramienia, odsłaniając tym samym pierś i zaróżowiony sutek, na czym kompletnie się nie skupiła, bo choć widział ją niejednokrotnie nagą, odartą z wstydu, tak teraz pozostawali w wyimaginowanej rzeczywistości, ukryci przed ludźmi.
- Przestań - szepnęła cicho i przyłożyła opuszek palca do jego warg. Dawała mu w ten sposób całkowity zakaz rozniecenia w niej uśpionego pragnienia, jakby doskonale wiedziała - czym to się skończy. Nie była gotowa na kolejną rozmowę z nim, wymianę myśli, wyjawienie sekretów tego co się stało i wypuszczenia żalu, który wtłoczony w jej żyły - nadal tam był, jak trucizna, która odbierała esencję życiową. Być może, pewnego dnia pokusi się o wysłaniu mu sowy, choć do tego była jeszcze długa droga, którą należało przemierzyć, a w pojedynkę - nie miała dostatecznie dużo siły. - Chcę spać, Daniel - dodała z przekornym uśmieszkiem, który dodawał jej dziewczęcości i uroku. Nigdy wcześniej nie był aż tak blisko niej we śni, a dzisiaj dając mu nieme pozwolenie, przekroczył wszelkie granice, gdzie to nie istniały już żadne normy. Mogłaby go zapewnić jeszcze, że teraz jest dobrze, bo ma go obok, ale po co - skoro mówiła mu to nieustannie? Z a p o m n i a ł? Przełamany mur dystansu runął, kiedy spojrzala wreszcie w jego oczy i w myślach liczyła każdą rzęsę i przyglądała mu się - nie dowierzając, że tu jest. Do tej pory zamykała się w szklanej bańce, a on by jej nie stracić, nie podchodził; doskonale zdawał sobie sprawę, czym to może się skończyć. Prowadzili dysputy tak jak w Perth czy Trausnitz, zaś teraz? Wydawał się tak piekielnie prawdziwy, co zapewne zakończy się fiaskiem, kiedy to niczym spłoszona łania, wyrwie się z jego objęć i znów ucieknie. Dewastując do reszty niespisany kodeks jaki miał ich obowiązywać, subtelnie musnęła jego wargi, przyłapując się na tym, że umysł płatał jej coraz to większego figla, a na co nie posiadała już zupełnie wpływu. Tak znajomo smakowały, jakby nic się nie zmieniło - nawet papierosy, które palił, a które pozostawiały delikatną nutę nikotyny na ustach. - Daniel... - powiedziała jego imię ledwie słyszalnie, niemal z namaszczeniem, uznając go za realnego, choć nie dopuszczając do siebie ów wizji.
Nie bądź prawdziwy.
Nie możesz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 406
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 491
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek babci Holmes   Wto 17 Paź - 10:59

Z a p o m n i e ć
to wydawało się - łatwe - niczym wypowiedzenie słowa, ulotności trzymającej się reguł krótkiego zaistnienia w powietrzu i rozpłynięcia się wraz z dotarciem, tak nieskomplikowane jak dźwięk instynktownie inicjowany przez umysł, nakazujący orkiestrze mięśni oraz przewodów plastycznie działać. Największe kłamstwo - możliwość wyrzucenia z zakamarków pamięci nakładających się na rzeczywisty świat wspomnień, tak jak nakładane są, krok po kolejnym kroku warstwy na lnianej membranie płótna, aby wytworzyć barwny całokształt dzieła; najbardziej podłe oszukiwanie samego siebie, pozorna zdolność przymknięcia oczu na sceny rozgrywające się pod kopułą ochraniającej prąd myśli czaszki. Zapomnieć. Zdradzieckie słowo, mamiące sposobnością odcięcia oraz zupełnie nowego początku - w końcu wszystko się zmienia, w końcu czas żłobi oraz szlifuje, wszyscy obrabiani jesteśmy dłutem upływających minut zbijanych w coraz to większe agregaty kolejno dni, tygodni, miesięcy zespajających się w lata. A przecież to wydawałoby się logiczne, na wyciągnięcie ręki - lecz ta, na wzór dłoni wyciąganej w mitologicznych mękach oddalała wyłącznie nieupragniony cel swoich dążeń - poprawnym byłoby odciąć się od zatruwającej relacji, niebezpiecznej i niepoprawnej z punktu widzenia zarówno regulaminów jak moralności. Trucizna jednak, najwyraźniej - zbyt długo cyrkulowała nitkami naczyń, a organizm przyzwyczaił się do niej niczym do cudownego leku, zdolnego wybawić od szarego zmętnienia rzeczywistości, nadającego iskrze życia prawdziwy płomień. Pozostawał uzależniony oraz nie umiał, nie chciał wydostawać się z tej pułapki własnych myśli i pragnień, które chcąc nie chcąc znów narastały, prężyły się niczym rozwścieczone zwierzęta; pozostawał pomimo walki zarówno z gorzkimi, wciąż krążącymi resztkami ostatnio minionych momentów, zgliszczami ich wcześniejszej relacji, obecnie wypaczonej i kruchej.  
Wiedział, że to, co robi - w żadnym wypadku nie pozostaje dobre.
Rozkosznie - niemniej - było się znów pogrążyć w tym grzechu, wsiąkać w te brudne struktury, pogrążać się - po kolana, po tors, po szyję - w owych moczarach, pozwalających nacieszyć się znajomym obrazem tego, do czego obecnie nie posiadał już prawa, co nadwyrężał jak strunę mogącą po krótkim ułamku pęknąć. Sumienie pozostawało głuche; jedynym, co słyszał, było bicie własnego serca łomoczącego o blaszki żeber tak silnie, jak gdyby chciało wyrwać się z piersi, wyfrunąć jak ptak nieznoszący ograniczenia otaczających prętów. Tak bardzo - podświadomie - nie umiał o niej zapomnieć, nie znał umiaru, nie wiedział, kiedy należałoby przerwać; a przerwać powinien był od samego początku, jeszcze w trakcie wakacji, nie zezwolić rozrosnąć się ponad miarę stosunkom. Okazały pęd wypuszczał kolejne pąki, zakorzeniał się rozłożystym wachlarzem grubych, zdrewniałych odnóg i nic już nie wydawało się pozostawać zdolnym, aby zatrzymać ten ciąg destrukcji, wynajdującej kolejne ścieżki, odczytującej kolejne znaczenia, niestrudzonej, wypaczającej wszelkie możliwe normy.
Nie myślał; od samego początku - nie zastanawiał się, wykonując jedynie szeptane mu polecenia, uchodzące z odległych mroków podświadomości. Nie zważał na początkową prośbę (?), wciąż niestrudzenie pragnąc zdobywać dotyk, bliskość jej ciała pod opuszkami palców, dla których jedyną przeszkodę stanowił cienki materiał. W świetle majaczyła cała jej niepozorna postać, którą obecnie obdarzał największym skupieniem, która absorbowała go niczym życiowa pasja; uśmiechnął się później leniwie, bez najmniejszego pośpiechu, delikatnie wyginając swe usta w doskonale znaną jej formę łuku. Sam z siebie, musnął kobiece (dziewczęce?) wargi i zgodnie z dawnym zwyczajem ułożył się nad nią, tak że - tym razem - ich twarze oraz spojrzenia znajdowały się naprzeciw siebie.
- Nie mogę przestać - wyszeptał wręcz ledwie słyszalnie tę prawdę łączącą się z miękko osiadającym wzrokiem, przez który prześwitywało wówczas już pożądanie; lekka, kontrolowana nuta, a jednak w tej dawce zdolna go obezwładnić, czyniąca zeń ledwie ślepego sługę. Opadające, wręcz eteryczne ubranie jeszcze bardziej oddziaływało na jego zmysły, karmiąc i nasączając egoistyczne dążenia w wykorzystaniu podarowanej mu teraz okazji. Na nowo, w pełni pragnął skosztować jej ust i złączył je wobec tego w potęgującym swą wyrazistość pocałunku, głaszcząc wrażliwą skórę oddechem - chciał to zobaczyć, jej reakcję.
M u s i a ł (czy już do reszty zwariował?).
Chciał się przekonać - ponownie.
Nim sen odbierze tę zniekształconą formę ich samych.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : -212
  Liczba postów : 114
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek babci Holmes   Czw 19 Paź - 6:14

Ale czy naprawdę było w a r t o?
Wszelkie zakazy i nakazy, reguły i nuty właściwych zachowań ulatywały w eter, kiedy w grę wchodziła ta konkretna relacja, utkana nićmi przez samych bogów, którzy połączyli dwie spaczone dusze w jedno i nie pozwolili żadnej uciec, jakby było to jedyna możliwa perspektywa życia, jakie mieli wiesc. Lawirowali na pograniczu obłędu, niekiedy marazmu okraszonego niechęcią wobec wszystkiego, co miało ich spotkać. Stagnacja i bezsens dopadały w chwilach, gdy ledwie szeptem smagali cisze. o litość, by wreszcie uwolnic sie z okowów przykrych wydarzeń, a do których lgnęli jak ćmy do światła, pozbawieni zdrowego rozsądku. Ten dawał o sobie znać, kiedy znajdowali sie poza swoimi strefami bezpieczeństwa i komfortu, ale będąc blisko - zalewała ich fala obmywająca z wszelkich wątpliwości, które mąciły w głowie i zmuszały do padnięcia na kolana, by jedno drugie mogło pociągnąć ku gorze i we wspólnej wędrówce pokonywać przeszkody pojawiające się na ich drodze jak kwiaty po burzowej nocy. Toksyna wypływająca z żył zdawała się być - istotnie - zbyt gęsta, ale któż mógłby ich ocenić wedle wskazówek wyznaczonych przez sztampowe towarzystwo? Tylko oni sami. Nie należeli wszak do grona osob trzymających sie sztywnych norm, które obezwładniały społeczeństwo i nie pozwalały na samodzielne myślenie. Cisza w tym wszystkim jawiła sie jako najwierniejsza z kochanek, ale ta sprzyjająca była poświata enigmatycznych sekretów zakrywających o zawarty pakt miedzy żywymi a umarłymi. Które z nich zdobyłoby sie na odwagę, by przerwać niespisana umowę? Gdyby to on chciał - zgodziłaby się, ale czy juz tego nie zrobil, kiedy to z nonszalancja i egoizmem, prawdziwa i niepowtarzalna maska kłamcy, powtarzał sentencje, która wbijała się w poranione serce dziewczyny i zakorzeniła się na tyle głęboko, ze była gotowa mu uwierzyć - jak niewiele dla niego znaczy. Stala się cieniem samej siebie, szmaciana laleczka, która służyła za wymówkę wobec zachcianek rodzących się w trzewiach, szukających sposobności do uwolnienia.
Nie j e s t e ś taki
Sen spowijający powieki dawał możliwości, by raz jeszcze skosztowali swych ust, dotyku znajomego i ciepla, które rozniecało prawdziwy ogień. Szukała go w tej chwili po omacku, gdy dłoń raz po raz przemieszczała sie po pościeli, odnajdując męski odpowiednik i splatając z nim swoje smukle palce. Wiedziała. Ze strachu i obawy nie dopuszczała do siebie jednak wizji, ze może być prawdziwy, dlatego nie otwierała tez oczu, chełpiąc się w iluzorycznym obrazie jego osoby, co pociągało ja w tej chwili najmocniej. Przełamywała własne bariery, kiedy to z taka delikatnością muskał jej usta i wymagał niemo uległości, choc tym razem nie chciała iść mu na rękę; wolała być na gorze, dominować i pokazywać, ze faktycznie - nic sie nie zmieniło. Czy aby na pewno?
- Powinieneś - wyszeptala cicho i zacisnęła uda na bergmannowych biodrach przyciągając go do siebie bardziej. Musial czuć, ze tęskniła i brakowało jej tego przez ostatnie miesiące, kiedy to zasypiała samotnie i nie mogla wtulić się w jego ciało, co było jedna z najgorszych katuszy, on tkwił gdzieś - oddalony za bardzo. Umysł nie dopuszczał do siebie perspektywy bycia jedynie zabawka, która zaspokoiłaby jego potrzeby. Pragnęła wierzyć, ze jest kimś więcej, ze coś znaczy, ze te pocałunki nie są puste, która oddawała mu z pełnym zaangażowaniem. Drobne paluszki badały fakturę twarzy Daniela, az w końcu dotarły przez szyje do guziczków koszuli, które powoli zaczynała rozpinać, by czasem nie stanowiły zadnej przeszkody w odnalezieniu upragnionego celu. Oczekiwała od Bergmanna pewnych zachowań, pomimo ze nie miała do końca pewności - czy w ogóle powinna. Poddawała się intuicji, a także spokojnemu rytmowi, który wyznaczali sobie równorzędnie, aż do chwili kiedy to Marceline nie postanowiła przejąć inicjatywę i zmusić mężczyznę do uległości, wszak lubiła być górą, przynajmniej czasami. Raz po raz otulała jego szyje ciepłym oddechem i to samo czyniła wobec obojczyków, które muskała wargami. Niemal bezwiednie znalazła się na jego udach, gdy wreszcie po kilku próbach wiercenia się pod nim i zaciskania coraz mocniej nóg, uczyniła mu co zamierzała. Usmikechnela się niewinnie, az w końcu wpiła się w jego wargi z pełną namiętnością i bez trudu odnalazła wykończenie koronkowej halki, która z siebie ściągnęła, by tkwić z nim, przy nim, obok niego - zupełnie nago; jedynym ograniczeniem była dolna cześć bielizny, która nadal pozostawała na właściwym miejscu.
- Nie jesteś prawdziwy - wyszeptała wprost do warg Daniela i wypuściła powietrze ze świstem. Chciała temu zawierzyć wszelkie myśli i odczucia, choć nadal były zbyt intensywne, zbyt realne. Opuszkami palców wodziła po ramionach Bergmanna i wciąż nie otwierała oczu, by wyraźny obraz nie zatracił się pośród iluzorycznej ułudy. - Nie możesz być... - dodała z nostalgii, wtulając się w niego i poddając bezwzględnej destrukcji mur ograniczeń.
Juz nic nie miało znaczenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 406
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 491
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek babci Holmes   Pią 20 Paź - 1:22

To spostrzeżenie zmieniło wszystko
jeden z uformowanych wniosków, reguł, pod których treścią złożyło pokłon kolejne już postrzeganie świata - na zawsze inna percepcja. Dystans, rozrastający się chłód dystansu, kiedy chłopięce oczy dostrzegają sprecyzowaną zależność, kiedy wnętrze zwija się w sobie, otoczone nieprzenikalnym pancerzem kreowania za każdym razem innego siebie - przebierania w obliczach, wachlarzu masek, występowania niczym na scenie i odgrywania roli. Świat - według niego - wymagał dokładnie takich nie innych praktyk, a razem z nimi zatracał się, gubił pośród tych treści istniejących na scenie rzeczywistości jakby-dramatów - kolejnych, rozgrywających się w życiu zdarzeń. Czy Daniel Bergmann jest tak naprawdę spokojny, opanowany, o niemal stalowych nerwach? Czy w rzeczywistości jest miły? Czy jest zapatrzony w siebie - dla którego istnieje wyłącznie o n w ścisłym rdzeniu Wszechświata, dookoła którego biegną planety myśli, rozważań, na którym skupia się tylko pole obdarzanego widzenia? Czy jest bez emocji - a może zaledwie cudem nie załamuje się pod ich wagą, sypiącym bez przerwy gradem, obijającym subtelną powłokę duszy?
Czy był kiedykolwiek sobą?
Zatracał się; runął z mostu wprost w ścisłą gardziel przepaści, w ciągnące się, skalne trzewa wypełniające się gęstą niczym smoła ciemnością - runął w dół, przyciągany przez jakże ludzkie słabości. Podsycała go, od samego początku kusiła, odmieniając tym razem układ, któremu on się poddawał - lustrując nakreśloną na tle słabych promieni światła sylwetkę. Ogrom bodźców, drażnienie ciała dotykiem, rejestrowanie przez wygłodniałe, rozszerzone źrenice pozbawionego zbędnych ubrań widoku, znajomy zapach i ciepło, bijące od kobiecego, b l i s k i e g o ciała. Przymknięte oczy oraz bezdenną ufność adresowaną do niego, kiedy miękkie koniuszki palców uczyły się jego ponownie - jakby - na pamięć. Tak bardzo jej chciał, chciał niczym oszalałe z pragnienia zwierzę, gotowe uczynić wszystko, byleby dopaść i zaspokoić swe żądze, tak bardzo chciał, aby - niczym, jak kiedyś - zsunęła materiał bokserek, aby był w stanie zobaczyć, poczuć, jak poruszają się rytmicznie jej biodra a twarz przybiera pełną błogości ekspresję. Jak bardzo chciał. I wtedy jakby zrozumiał.
Nie może.
To nie było prawdziwe.
Sceneria zwolniła z narzuconymi kajdanami umysłu - pożoga podniecenia i zagarnięcia jej znów dla siebie, wykorzystania tej sposobności, nagle zniknęła, bezużyteczna za horyzontem - razem z nieoczekiwanym nadejściem rozsądku i świadomości, stawiających zdecydowane, roznoszące się echem kroki. Oddychał wciąż szybko, łapczywie - choć było to rozpaczliwe chwytanie wdechu niczym po nękającym koszmarze, którego wizje wreszcie udało mu się zażegnać, a które - niemniej - nie odstąpiły zupełnie w trakcie wymsknięcia się spod opieki morfeuszowych ramion. Czuł się, jak gdyby krew odpłynęła z jego arterii - pozostawiając jedynie oślizgłe wrażenie zimna, na podobieństwo ciała, z jakiego uleciało już życie - kiedy poczyna odkładać się w ciemnych grudach, rozpychając kieszenie żył i nadając splamioną gdzieniegdzie fioletem bladość. Trwał tak przez moment, uwikłany w zasadzkę przez własne myśli - nie potrafił uczynić żadnego większego ruchu, pomimo wdrażanych, dążących to przezwyciężyć planów, powiedzieć żadnego słowa, choćby bezgłośnie rozchylić krawędzie warg w nieudolnej próbie. Dopiero po chwili, dopiero wtedy powiedział:
- Nie wiem, kiedy jestem - wyznał jej podświadomie, z trudem wyduszając z siebie ten przekaz. Był brudny, był pełen ambiwalentnych emocji, poraniony od niezliczonych batalii, prowadzonych od zawsze ze samym sobą. Otwórz oczy. Sam wbijał wzrok nie w jej postać; spojrzenie przyszpilone miał w sufit, nieobecne, wygasłe w porównaniu z poprzednim - dawne, skrzące się z obecną pewnością ogniki zrównały się teraz do błyśnięć zniekształconego, tonącego pod masą ciepła ogarka.
- Musisz ocenić - musnął jej dłoń, spoczywającą na torsie - sama. - Czy tkwi tam jeszcze, pod kostnymi łukami, bijące serce, czy może - jest zaledwie zbryleniem skrzepu, marnym zastępstwem swojej właściwej formy cudem podtrzymującym życie
odczuwanie jak bardzo znajdowali się wobec siebie daleko - przez jedno zdarzenie, którego nie szło wyrzucić z czaszki.

Możesz mnie znienawidzić
(o ile nie zdążyłaś już tego uczynić przedtem).
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : -212
  Liczba postów : 114
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek babci Holmes   Sob 21 Paź - 9:33

Wierzyła we wszystko, co się w tej jednej chwili działo. Ufała dotykowi i bliskości, który ją paraliżował i pozwalał na odrodzenie z popiołów, jakby pragnęła tego najmocniej w tym jednym momencie, gdzie kotara zasad spadła po raz ostatni. Bez pytania i pozwolenia przedzierała się przez gąszcz iluzorycznych prawd, by wreszcie dotrzeć do początku, który mógł okazać się zgubą - i oczywiście, była tego świadoma; ale im bardziej i wytrwalej poszukiwała odpowiedniej drogi, tym mniej racjonalnie myślała, jakby jedno miało wpływ na drugie. Chciała zatracić się w wykreowanym świecie razem z nim, ale coś stało na przeszkodzie i nie pozwalało na właściwe odnalezienie się w miejscu, które do tej pory było aż tak znajome. Po omacku brodziła w jeziorze, gdzie to wodne rośliny otulały ją niemal całą i chciały odgrodzić od sylwetki Daniela, do której przyległa i nie zamierzała go puszczać, czyniąc z niego jedynego, który ją uratuje. Koszmarny dotyk raniących źdźbeł trawy sprawiał niemały ból, zmuszając tym samym Marceline do wbijania paznokci w ramiona mężczyzny, niemo błagając, by pomógł jej się uwolnić od przeszłości, która swymi mackami chciała wciągnąć ją pod taflę wody i odebrać ostatni oddech.
Ale to się już wydarzyło.

- Powiedz, Marce... Jak to jest byś kurwą nauczyciela? - w głowie Holmes rozbrzmiał głos, który wcale nie znajdował się szczególnie daleko. Słyszała go wyraźnie, byłaby w stanie dopasować go również do konkretnej osoby, ale to nie obudził ją ze snu, a dotyk dłoni zaciskający się na jej wątłych przegubach.  - Jak to jest dawać za oceny? Szmacić się za zdane egzaminy? Pieprzyć się za... - ton jakim uraczył ją Pete zdawał się być jedynie wstępem do gry, którą rozpoczął samoistnie, a na którą nie zamierzała się zgodzić. Z całych sił starała się wyrwać, by tylko uwolnić się z pod jego dłoni, głuchym jękiem przerywając ciszę, która zapadała między nimi, gdy znajdował się zbyt blisko. - Na mnie to nie działa, kruszynko, ale mógłbym sprawdzić jak dobra byłaś...

Serce dudniło jej w piersi, gdy otulona ciepłym ciałem Daniela znów czuła się wyzwolona. Podniecenie płynęło w jej żyłach, które nie zamierzało ustąpić, a cyrkulacja rozprzestrzeniającej się w krwiobiegu uzależniającej substancji, raz jeszcze pozwoliła na eskalację pożądania, którym go darzyła. Poruszała się swobodnie, nawet nie dopuszczając do siebie wizji, że dzieje się to naprawdę. Była zbyt otępiona przez nagły przypływ bodźców, które pchały ją ku kolejnym, coraz to śmielszym czynom. Smukłe palce zahaczała o szyję, ramiona tors i kończyły wędrówkę na podbrzuszu, jakby chcąc wniknąć pod materiał i dać mu przyjemność, która i jemu i jej pozwoli na nowo zdobyć najwyższe szczyty. Faktura jego ciała wciąż pozostawała znajoma, gdy przesuwała dłońmi po wszelkich miejscach męskiej sylwetki i wcale nie odczuwała lęku przez wzgląd na zamknięte powieki, które nie potwierdzały tożsamości nocnego złodzieja snów. Satysfakcja z rozniecania w nim pożogi spełnienia była niczym punkt honoru, dla którego gotowa była poświęcić wszystko, dlatego z taką rozkoszą ocierała się o niego i stymulowała poprzez niezwykle subtelne ujeżdżanie, ale to co było kulminacyjnym elementem, to szeptanie wprost do jego ucha niezwykle niegrzecznych fraz, których zapewne nie umiałaby powtórzyć poza letargiem, w którym się znajdowała.

Dłoń chłopaka zsunęła się przez piersi aż między uda dziewczyny i pomimo walki jaką wkładała w starcie z nim, nadal pozostawał nieugięty.
- Byłaś z nim... Czuję to...  
- Przestań! - krzyknęła desperacko, gdy wreszcie przekroczył pewną granicę, a w niej zrodził się paniczny strach przed tym, co może się wydarzyć.  
- Nie jesteś tego warta, ale pamiętaj... Nie będziesz miała tutaj życia, już na zawsze pozostaniesz jego kurwą, Marce i nikt nie pozwoli ci o tym zapomnieć, kruszynko - Pete czerpał chorą satysfakcję ze znęcania się nad nią, co pokazywał w swojej postawie, ruchach, a także słowach jakimi do niej przemawiał. Czuła się przez to rozdygotana, być może nawet za bardzo, bo nie umiała poskładać logicznie myśli, a jedyne o czym myślała, to chronienie sekretu na każdy możliwy sposób.
Nikt nie mógł wiedzieć.


Słowa, które dotarły do niej z nieznacznym opóźnieniem sprawiły, że chciała zatrzymać się w miejscu i zastanowić nad ich sensem. Przełamywanie bariery enigmatycznej kreacji jawiło się jako pogwałcenie wykreowanego świata na rzecz tego jednego, niedozwolonego spotkania. Dla Marceline nie istniał, był jedynie utęsknionym wytworem wyobraźni, dlatego nie pojmowała sensu tych słów jakimi ją raczył.
- Daniel... - szepnęła cicho, gdy nadal znajdowała się tak blisko i była wtulona w jego ciało, chcąc tym samym pokazać mu, że oboje są realni, przynajmniej w tej jednej chwili, gdzie nikt ich nie mógł przyłapać na grzechu, którego dopuszczają się od dawna. Żyli w innej rzeczywistości, nie było ich w Dolinie Godryka, nadal chełpili się wolnością, którą mieli w Perth.
Czułe muśnięcie grzbietu dłoni sprawiło, że zastygła w bezruchu. Nerwowo gryzła policzek od środka i szukała logicznego wytłumaczenia na tę jakże nietypową sytuację, wszak wszystko stawało się coraz bardziej wyraźne. Bezwiednie zacisnęła smukłe palce w piąstkę, tam gdzie cały czas się znajdowała, gdy odszukiwała pod skórną powłoką jego serce, które należało otulić ogniem, by lodowa powłoka pękła. Leniwie zaczęła otwierać powieki i najpierw jej zielonkawe tęczówki zarejestrowały ich ciała, które tonęły w swojej bliskości, a dopiero potem uniosła ufne spojrzenie na twarz Bergmanna i skrzyżowała z nim tęczówki. Czuła jak grunt osuwa jej się pod stopami, a ciało w ułamku sekundy sztywnieje z obawy przed tym, co się właśnie stało. Ledwie zsunęła się z jego kolan i nawet nagość nie przerażała jej na tyle, co jego obecność. Nerwowym jednak gestem otworzyła szafę, z której wyciągnęła pierwszą lepszą koszule, zapominając przy tym, że to jedna z tych, które mu ukradła. Otuliła się nią szczelnie i przerażonym wzrokiem lustrowała osobę Daniela, by pojąć - co się tak naprawdę stało.
- Przysięgnij, że nie spaliśmy ze sobą - szepnęła cicho, gdy raz jeszcze skrzyżowała z nim spojrzenie. Czuła palący wstyd, który zalał jej policzki, a zaraz potem podeszła do otwartego okna i pozwoliła jednej łzie spłynąć, ale tak, by nigdy nie był tego świadomy. Trzęsącymi się dłońmi zamknęła okiennice i nie miała dostatecznie odwagi, by na niego spojrzeć. - Przysięgnij mi to! - krzyknęła, na co jej niekontrolowana magia dała o sobie znać, strącając przy tym książki i zeszyty na podłogę, jakby nie potrafiła powstrzymać rozdzierających ją emocji. - Przysięgnij! - powtórzyła raz jeszcze, jakby chcąc zmusić go do uległości i przerwać milczenie, które tłamsiło ją całkowicie.
Nie pozwól mi tego skończyć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 406
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 491
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek babci Holmes   Pon 23 Paź - 19:24

Ciemność wdzierała się w głębię jego umysłu jak woda odnajdująca nowy korytarz ujścia; płynęła w odnotowaniach zmysłów, przemieszczała się gałęziami kapilar oraz wlewała do cielesnego naczynia nieprzeniknioną czernią. Nie miał już najmniejszego pomysłu - co myśli naprawdę, co czuje wraz z rozsypaną w bezużyteczność iluzją i gniewem zradzającym kolejny, przeszywający cierpkością etap. Nic już nie wiedział.
Wyłącznie leżał - choć miękki dotyk pościeli stawał się eskalująco nieznośny, parzył nieadekwatnością swojego przylegania do skóry, noszącej echo niedawnego dotyku, miękkich, rozsypanych w kaskady włosów oraz ciepłoty bezpośredniego zetknięcia, gdzie - o zgrozo - miały nie istnieć żadne, rozpościerające ograniczenia bariery. Ale one istniały, nie dało się ich przełamać, nie szło przechytrzyć i zabić niczym zastrzykiem rażącym nerwowe włókna, obezwładniającym znieczuleniem, satysfakcjonującą nicości. Nicość, z jaką aktualnie obcował, była niemiła, wypleniła zeń wszelkie zaczątki rozważań, zdetronizowała utrzymywaną pewność, tak jak huragan niszczyła wszystko na swojej drodze. Wpatrywał się, pusto, cały opustoszały, bez konkretnego wyrazu, bez jasnej, sprecyzowanej emocji zdolnej do odczytania z kreślonej nieostro sylwetki. Wpatrywał się. I nic więcej. Nic z tego. Nie odpowiadał.
Zaprzeczał. Większą część swego życia opierał na zaprzeczaniu - na niby-trwałym spoiwie podtrzymującym wmawiane sobie argumentacje słuszności. We własnym odczuciu był pozbawiony błędów - bez skaz, zawsze dobierający adekwatne podejście, najlepsze wyjście dostępne w wachlarzu prawdopodobnych opcji. Wtedy również zdołał postąpić słusznie - przywdziewając gruby płaszcz chłodu, jakim zmroził ją podczas ostatniego spotkania w Trausnitz; zbroję obojętności, która bez szwanku odpierała ataki i nie zgrzytała w trakcie naporu pytań - dlaczego, czy to prawdziwe, czy w rzeczywistości zrobił to uczennicy.
Nie, nie zrobił. Nic nie zdołało ich łączyć. Nie było nic do prowadzenia rozmowy, do jakichkolwiek wyjaśnień. Z tą samą dumą, z opanowaną twarzą, z identycznie utrzymywaną na wodzach aktorskich umiejętności mimiką sprawiał pozory po raz kolejny z rzędu - przed oschłą ekspresją dyrektora niemieckiej szkoły tudzież inną częścią grona pedagogicznego; odpowiadał zawsze tak samo.
N i e.
Jak gdyby w słowach oraz w wyrazie odcięcia mógł ochrzcić się i utracić wszelkie nabrane przed aktem swojej ablucji grzechy. Milczenie nadal zespajało mu wargi, chociaż napięcie zawiązujące się w coraz silniejszych splotach, nie pozwalało zostać zignorowanym. Z jednej strony miał sporą ochotę do choćby lekkiego uśmiechu - była to dosyć niewielka część dostrzegająca ubranie, jakie w owym momencie pospiesznie zdołała na siebie włożyć; chociaż zarazem to nie świadczyło dobrze, żadna rzecz nie świadczyła - a głos, podniesiony ton głosu nadal wibrował mu w głowie. Odbierał go jakby z oddali, reagując nań w równie zwolnionym tempie - dlatego milczał, dlatego nie wiedział, co powinien przekazać (chociaż to było proste), dlatego pasemka mięśni odpowiedzialnych za odpowiednią artykulację zerwały się nagle w jednomyślnym, zdrętwiałym buncie. Poruszył się dopiero po chwili - szelest po nastającej ciszy, która nosiła jeszcze na sobie blizny ostatniego, nie w pełni obdarzonego kontrolą ataku, zmuszającego wręcz do składania przysięgi, wydawał się mimo wszystko głośnym akcentem w tym mętnym amalgamacie, w tym mglistym opustoszeniu nienaniesionych pytań, odpowiedzi a także gestów. Prawdziwego powodu przybycia.
- Nie spaliśmy - odparł cicho, a ton wydawanego niemal pomruku pokrywał się szorstką patyną chrypy, kiedy naginał do uległości głosowe fałdy. Był poważny, nie drwił - również nie kłamał. Podniósł się w owym momencie, zapinając guziki swojej koszuli oraz ponownie wciągając spodnie (jedynie nie ubrał butów, stąpając po chłodnym parkiecie, w drobnych, dawkowanych ostrożnie krokach jak gdyby zbliżał się w stronę łatwej w przestraszeniu zwierzyny, o konsternacji wymalowanej w pobłyskujących ślepiach).
Aby celowo popełnić nietakt.
- Powinnaś wrócić do szkoły - oznajmił nagle, nie mając bladego pojęcia skąd to wrażenie tłukło się tak w jego głowie, dlaczego chciało za wszelką cenę wybiec na wolność; skoro i tak z jego ust nie powinno paść żadne słowo, zaś sama obecność zapewne pogarszała zamiast polepszać sprawę. Zmartwienie? Niepewność? Troska? Zwyczajnie nie mógł tak pozostawić sprawy, niezależnie za jaką cenę - chciał ją znów widzieć, chciał, aby była, nawet jeżeli wówczas miała być gdzieś daleko.
Jeśli jest źle
równie dobrze może być gorzej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : -212
  Liczba postów : 114
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek babci Holmes   Pon 23 Paź - 22:11

Cisza spowiła jej umysł.
Nie docierały do niej żadne dźwieki, które otulały ich zmęczone ciała, jakby pustka zaczynała wciągać w przepaść nie tylko tę dwójkę, ale także pozostałości po emocjach, które zdołały ich połączyć. Uległa niewyobrażalnej sile, która przygniatała ją całkowicie i raz po raz pozbawiała woli walki wobec wszystkiego, co nadchodziło. Katharsis ociekało dziwnego rodzaju mocą sprawczą, do której nie była przyzwyczajona, a zarazem miało w sobie na tyle intensywnej energii, która mogła pozbawić Marceline wszelkich obaw, że niczego bardziej nie pragnęła jak możliwości całkowitego poddania się mało sprzyjającej aurze.
Czy tak miał wyglądać k o n i e c?
Nadal czuła ciepło, które przyjemnie łechtało jej wrażliwą skórę i pozwalało krążyć w kanalikach nerwowych podnieceniu, pomimo że było to niewłaściwe. Pod opuszkami palców nadal badała fakturę ciała mężczyzny i miała wrażenie, że nieustannie pozostają zespoleni w jedność, choć bariera wydawała się być teraz jeszcze większa niż kiedykolwiek wcześniej. Próbowała analogicznie zbudować ścieżkę, która doprowadziłaby ją do rozstaju dróg, gdzie należy wybrać jedną z dwóch stron, a w grę wchodziło zapomnienie, o którym nie zamierzała słuchać, a także brnięcie w dalsze etapy relacji, od której była niemalże uzależniona. Przypominała narkomankę oddającą za działkę swą godność i szacunek, ale wynikało to jedynie z obsesyjnej żądzy posiadania go obok, jakby był najlepszym remedium dla duszy, która poharatana przez szpony demonów, nie mogła zasklepić w żaden sposób ran z wyłączeniem jego możliwości, które masochistycznie od siebie odpychała. Z jednej strony wołała o pomoc, by znalazł się tuż obok, łkała i zanosząc się szlochem - prosiła, zaś po drugiej stronie barykady stała w perspektywie pewności, że tego nie chce.
Która Marceline Holmes była zatem prawdziwa?
Której pożądasz ty, Danielu?
Nie myślała o winie czy krzywdzie. Nie szukała grzechu i wybaczenia. Była ślepym wyznawcą prostej zasady w imię której poświeciła wszelkie normatywne prawdy przyswajane jej od najmłodszych lat. To dla niego gotowa byla zrezygnować z najmniejszych elementarnych cząsteczek składających się na właściwą kreacje iluzorycznego scenariusza, do którego była przypisana jako bohaterka główna. Mogłaby paść na kolana i niczym Hajmon błagać o łaskawszy wyrok, zaś okrutne przeznaczenie nie dające żadnej szansy na odwołanie się od prawomocnego orzeczenia, skazałoby ją na śmierć w męczarniach. Jednak czy to nie jej poddawała się od wielu miesięcy, kiedy to zmuszona do akceptacji codzienności, gdzie nie mogła odnaleźć Bergmanna wzrokiem i nie czuła już jego obecności, wystawiała się niczym Ikar na spalenie przez słońce? Dzisiaj był tuż przy niej i była tego pewna, gdy to w tej jednej chwili chłodne powietrze owiewało jej bledziutką cerę i ramiona, które skryte pod materiałem męskiej koszuli, wołały niemo o schronienie, choć nie powinny.
Nie były tego godne.
Wyznanie, którym ją uraczył sprawiło, że odetchnęła z ulgą, choć wcale nie oznaczało to oficjalnego przyznania przed samą sobą, ze tak było lepiej. Stał się dla niej mężczyzną, który rozniecał w niej pożogę wszelkich uczuc znanych i nieznanych, zaprzeszłych i znikających pod ciężarem odpowiedzialności jaka nad nimi ciążyła, gdy to w tej chwili wystawiani na próbę, musieli zaprzeczać wszelkim pomówieniom. Po raz kolejny wbijane w jej serce ostrza odbierały szansę na jakąkolwiek reakcję, a przecież tęsknota jawiła się jako potrzeba przełamania ograniczeń, które zbudowane na kłamstwach blokowały możliwość choćby cienia ruchu.
- Boję się - przyznała otwarcie i przygryzła policzek od środka. Cóż miała mu rzecz? Nie wydusiła z siebie autentycznej sentecji owianej nutą enigmy, by nie zrozumiał tego opacznie. Nie powinien. - To wszystko... - zawiesiła głos i odwróciła się powoli, by wlepić w jego twarz zielonkawe tęczowki okraszone w tej jednej chwili nostalgią i smutkiem. Czy dostrzegał to? Czy widział ból, który wypalał w niej chęć dalszej egzsytencji? - To wszystko odżyło, a ja nie jestem pewna - czy potrafię zaakceptować myśl, że to już koniec - wyjawiła mu w sekrecie i zrobiła krok w przód. Wiedziała, że żadne z nich nie podejmie się próby przełamania barier, by tylko nie dać się pociągnąć cichym pragnieniom w wir fałszywej ułudy. - Nie wiem czy umiem być dla ciebie tylko uczennicą, choć... - zawiesiła głos i spuściła wzrok, by nie mógł odnaleźć jej spojrzenia, którym zdradziłaby się bez trudu, wszak to on znał ją najlepiej i doskonale wiedział o wszystkim, co nękało ja od zawsze. Nie musiała mówić, by odnalazł właściwy kierunek. Wystarczyło, że po prostu był. Teraz nie powinien i zdawał sobie z tego sprawę. Ona także. Musiał być świadomy, że nie mieli prawa do popełnienia kolejny raz tego błędu. - Choć tak naprawdę, szczerze cię nienawidzę - wyszeptała i uderzyła w jego tors drobną piąstką, chcąc dać upust irytacji, która tłamsiła ją od środka.
Czy jest już dla nas za późno?
Doprawdy, nie wiem - dokąd to wszystko zmierza.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 406
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 491
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek babci Holmes   Sro 25 Paź - 10:38

Wszystko rozsypywało się w bezużyteczność ruiny, wybuchającej chmarami pyłu, wdzierającego się na powierzchnie wilgotnych zwierciadeł oczu; chociaż w rzeczywistości chaos był ledwie preludium końca, zaś koniec - sam w sobie pozostawał jedynie ciszą (bądź obciążonym od bezsilności skowytem, idąc za poetyckim wyobrażeniem jego istoty).
Czy aby na pewno - koniec?
Nie zmieniał się. Niezależnie od słów uchodzących spomiędzy drżących warg Holmes, niezależnie od irytacji z niej uchodzącej - wyraz twarzy, postawa, pozostawały wciąż identyczne, wręcz jak zaklęte spojrzeniem Meduzy w nieubłaganą wieczność. Żadne emocje - chociaż szalały pod warstwą zewnętrznych tkanek - nie przepływały przez sylwetkę mężczyzny, znoszącego ów biczujący go grad przekazu. Dopiero teraz w umyśle wyróżniało się jasne - dlaczego nie należało się tutaj zjawić, co naprawdę wywoływała jego obecność, jak bardzo jeden, spadający na ich oboje dysonans pozostał brzemienny w skutkach i negatywnych uczuciach, cierpkich jak podawany do picia ocet. Czas nie potrafił zaszyć tych ran, które teraz rozdrapywała z jeszcze zacieklejszą agresją, które pękały w szwach niestabilnych skrzepów, na nowo wypuszczając ze swoich wnętrz prąd fioletowoczerwonej posoki. Bezsilność, przytłaczająca porażka - oraz wzmagające się z chwili na chwilę zdenerwowanie dominowały pośród złowieszczo tłoczącej się nieustannie mieszanki, wrzącej obecnie w naczyniu czaszki mężczyzny.
- Nigdy nie będzie końca - odpowiedział zaledwie krótko, z jednej strony - ozięble i bez emocji, szorstko niczym stwierdzany wyrok, z drugiej zaś - przesyłając jej ważną prawdę. Naprawdę - j a k mogła sądzić, jak śmiała uważać, że po tym wszystkim odwróci się od niej, skąpany w obojętności, w zignorowaniu, jeżeli znowu odzyskał pole manewru? Odtrącenie jej w Trausnitz nigdy nie było pomyłką, nigdy nie oznajmiało, że tak naprawdę mamił ją wiecznym kłamstwem w zamian za obezwładniająco przyjemne spędzenie dłużących się podczas roku szkolnego nocy.  
Nigdy nie miał zamiaru odejść. Nigdy nie odpuszczał.
Wściekłość obezwładniała go swymi mackami - chociaż niedostrzegalna przy zewnętrzności - wściekłość z powodu kolejnej bierności, ultimatum, na jakie musiał bez najdrobniejszych zmian przystać. Przegrał - upadał na drodze klęski, ścierał swoje kolana w bolesne znaczenia ran posklejanych od kurzu. Przegrał - teraz, tak - przegrał. Przegrana była nieunikniona.
Pozostawało jedynie najlepsze wyjście, aby wróciła do szkoły.
- Niemniej - dodał - nienawidź dalej. - Gardło zawiązywało się niemal w supeł, dławiło, niechętnie przepuszczało werbalizację. - To dostatecznie silne uczucie.
Zatuszuj tą nienawiścią wszelkie, żywione wcześniej uczucia - jej czarną masę wylej oraz pozwól ostygnąć zupełnie nowej w swoim obliczu formie. Jedną ze skrajnych, najintensywniej barwiących się, odmieniających emocji, pogrzeb pozostałe na razie żywcem (ale tak bardzo chciał, aby nie zwiędły pod nienawiścią, nie zginęły jak pod naporem miecza).
Tak bardzo
musiał jednakże grać. Nie pozostawać sobą - po raz kolejny.
- Dla profesora Bergmanna jesteś wyłącznie jedną z wielu uczennic. - Gryzł się obecnie z beznamiętnością, którą był zdolny zawsze wykreować tak łatwo, jakby wciąż pozostawał niezwykle szczery; jak równie łatwo wychodziło mu wcześniej, przechadzać się bez konkretnego wzroku po klasie, zagłębiać się w temat lekcji, tonąć w tej neutralności, odgrywanym we wnętrzu klasy spektaklu - ażeby potem, poza spojrzeniem niechcianych osób, ze skręcającym mu trzewa pożądaniem oczekiwać zjawienia się jej w gabinecie. I wtedy, nareszcie, dać upust wszystkim, kłębiącym się niczym chmurna zapowiedź burzy emocjom.
Ale tak nie mogło być teraz.
- Żegnaj - rzucił jedynie; zabrał swoje rzeczy i przybrał zwierzęcą postać, trzepocząc wachlarzem skrzydeł.
I zniknął.

| koniec :<<<
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 406
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 491
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek babci Holmes   Czw 14 Gru - 1:32

| po słynnej kłótni

T o powracało - mógł się wypierać, acz nie był w stanie zagłuszyć, zatrzymać prądu biegnących pośród krawędzi swego umysłu spostrzeżeń; reminiscencji prześladującej jak stado psów - nielitościwie wyszukujących jego-zwierzyny, zatapiających kły z każdym rozegraniem na łamach wizji wbitych w podłoże pamięci scen, obecnych wspólnie z nienaturalnym nagromadzeniem szczegółów. Jej wyraz twarzy, jej słowa, zwłaszcza zapadłe z początku.
Czyżby coś rzeczywiście mogło mieć miejsce?
Czyżbyś coś zdołał przeoczyć, Danielu?
Tłamszony nieustannym ciężarem, zły na nią oraz zły podobnie na siebie, przeklinający wszystko - ostatecznie uzbierał niezbędne zasoby siły. Nie mógł wytrzymać pnących się niczym zatrute pędy, domagających się odpowiedzi pytań - które nieustępliwie panoszyły się wśród codziennych, pospolitych rozważań - przemykały gdzieś w tle - lecz nieustannie uwydatniały się, próbowały zagłuszyć. Wewnątrz miał mętlik, bałagan większy aniżeli zazwyczaj - w którym nie umiał się chociaż częściowo odnaleźć; niby-honor, wyniosłość oraz wrażenie bezsensowności wizyty (odgórnie zwieńczonej fiaskiem), napawały go wstrętem i blokowały przez ciągłość dni po nastaniu kłótni. W rzeczywistości - wcale nie chciał jej tego mówić. Nie chciał w ten sposób zranić, choć jeszcze - jeszcze tego nie wiedział. Nie chciał zakończyć.
Niemniej zranił.
Niszczył, wszystko wyniszczał dokoła siebie.
Chłodne, zimowe powietrze przeczesywało część kruczych piór - nieuchronnie zaczynała panoszyć się zima; spod ciężkich cielsk zgromadzonych chmur zsypywała na ziemię blade, śniegowe płatki, wirujące w swoim ulotnym, nieco ospałym tańcu. Zbliżał się do określonego domu, tym razem już przekonany - zawzięty - skoro już podjął się tej czynności, nie miał absolutnie żadnego zamiaru odpuścić, choćby do resztek miał zszargać wyolbrzymioną, napęczniałą, niezmiernie łatwo bolesną dumę. Przysiadł na parapecie, początkowo wyłącznie wpatrując się w widok zastany w szybie sypialni Holmes.
Wreszcie, uderzając masywnym dziobem - zapukał; odmierzał wykonywaną czynność regularnie niczym wskazówki zegara, odzywające się skrupulatnym tykaniem. Nie miał zamiaru odejść, dopóki nie zwróciła uwagi, dopóki nie zdecydowała się - nie pozwoliła mu wejść do środka.
W końcu obecnie - z pewnością - wiedziała kto przyszedł przyleciał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : -212
  Liczba postów : 114
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: Domek babci Holmes   Czw 14 Gru - 9:15

Chciała zapomnieć.
O nim.
O przeszłości i tym co nie dawało spokoju.
Myśli uciekały do dnia, w którym przekroczyła próg gabinetu Daniela, a macki zakleszczające się w okół jej drobnej sylwetki zdawały się mieć definitywny zakaz, by ją gdziekolwiek puścić. W odmętach pamięci dostrzegała obraz jego oczu, których chłód przeszywał na wskroś, a wbijane dogłębnie ostrza pozostawiały po sobie ślady po karmazynowej cieczy, która sącząc się z otwartych ran, brudziła delikatny materiał białej koszuli. Irracjonalne metody krzywdzenia się przyjęły nieoczekiwany obrót akcji, jakby jedyne do czego byli zdolni to całkowita destrukcja, nie bacząc na przeszłość i czas, gdy to lojalność przysłaniała im zdrowe myślenie. Marceline była w końcu oddana Bergmannowi; łaknęła jego towarzystwa i ufnie zawierzała mu swoją duszę, nie biorąc pod uwagę, że kiedykolwiek zechce zaprzedać ją komuś mało znaczącemu, komuś kto tak naprawdę istnieć może tylko w umyśle przesiąkniętym obawami.
D e m o n y.
Obudziły ją.
Po raz kolejny sprawiły, że sen został przerwany, a wspomnienia uderzyły z impetem, jakby napawając się lękiem przed wszystkim, co dopiero miało się wydarzyć. Z trudem łapała powietrze, gdy przemierzając korytarz domu babci starała się odnaleźć w rzeczywistości, która tłamsiła ją nieustannie. Czuła się jak wrak, który nie ma prawa istnieć. Dlaczego tak bardzo bolały ją słowa mężczyzny? Cóż takiego w sobie miał, że przejmowała się frazami ulatującymi spomiędzy jego warg? Nadal jej zależało. Była przecież dla niego nikim; to nie powinno mieć żadnej wartości.
Usiadła przy biurku z kubkiem gorącej herbaty o smaku malinowym, by choć przez moment skupić się na czymś innym niż to co trapiło ją nieustannie. Wolnym ruchem sięgnęła po zeszyt, który leżał nieopodal i nieustępliwym wzrokiem badała fakturę powłoki pokrytej w prawym dolnym rogu srebrną nicią, kształtującą litery w jej inicjały. Spisane było w nim wszystko, jakby mając na celu odnalezienie możliwości wypuszczenia z siebie emocji, które spalały na swej drodze wszystko; dzis nie była w stanie poskładać choćby jednej sentencji, pozwalającej na wyrzucenie toksyny wypełniającej kanaliki nerwowe.
Nagłe stukanie sprawiło, że uniosła wzrok przed siebie, rejestrując przy tym sylwetkę znajomego ptaka, którego nie chciała tu. Oddawanie mu prawa do decydowania - czy bezkarnie może pojawiać się w jej progach, przypominało egoistyczną zachciankę. Zbyt mało powiedział? Ileż jeszcze słów musiał użyć, by zranić ją do reszty, nie pozostawiając złudzeń, że doprawdy - nie ma wartości. Głuche echo odbiło się od ścian i wiedziała, że jego stukanie może obudzić babcię, dlatego niechętnie otworzyła okno, a zaraz potem sięgnęła po szlafrok, którym otuliła wątłe ramiona. Nie odzywała się, nie zamierzając komentować niczego, ale pragnąc zdobyć wiedzę - po co.
- Nie powinieneś - wydusiła w końcu z siebie, a zaraz potem zamknęła drzwi swojego pokoju, by żadne szmery nie dotarły do uszu starszej pani.
Chcesz kolejnej szansy?
Jaki ma to sens?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online


Sponsored content












PisanieTemat: Re: Domek babci Holmes   

Powrót do góry Go down
 

Domek babci Holmes

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Opuszczony domek na drzewie
» Domek na drzewie
» Domek z modeliny (MG: Austria)
» Dom, domek, domeczek.
» Domek Gabrielle

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
Dolina Godryka
 :: 
Domy i mieszkania
-