IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Mieszkanie nr 5

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 682
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 599
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Mieszkanie nr 5   Sro Lis 01 2017, 21:37


Mieszkanie Daniela Bergmanna


p o d g l ą d
Spoiler:
 

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 267
  Liczba postów : 128
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   Sro Lis 01 2017, 23:40

Za dużo.
Działo się - za dużo.
W głowie Marceline pędziły myśli, które niczym dzikie konie zderzały się o siebie i doprowadzały do istnego kataklizmu zalewającego najgorszymi scenariuszami umysł osiemnastolatki. Jej świat powoli załamywał się i rozpadał na drobne cząsteczki, jakby nie umiała do końca zaakceptować pewnych zdarzeń. Chwile przelatywały przez palce, a ona zaś tkwiła w porcelanowej bańce, która w każdej chwili mogła pęknąć na wskutek zbyt silnego podmuchu wiatru, którego nieprzewidywalność strąciłaby bez trudu zbudowany mur z kruchego tworzywa, stającego się jedyną z możliwych tarcz. Czuła narastające napięcie kumulujące się w żyłach i pragnęła zatopić poczucie beznadziejności w alkoholu, który wolną stróżką spływałby po brodzie i szukał odpowiedniego miejsca do przystanku; tym mogłaby się okazać ścieżka między piersiami, przez co zachęcony ledwo poznany chłopak być może mężczyzna, doszukiwałby się szansy na realizacje zwierzęcych i prymitywnych potrzeb. W takich chwilach jak ta, Holmes wcale nie myślała o ewentualnej ucieczce i ukryciu się przed światem w czterech kątach. Ba!, ślepo dążyła do tego, by przełamać się i dotrzeć do miejsca gdzie zapomni o wszystkim, jak za dotknięciem różdżki i znalezieniu się pod wpływem Obliviate. I była to jedna z tych rzeczy, których nie wiedział o niej nikt, ale to ukryte w głębokiej podświadomości demony doprowadzały do tego, by wysnute scenariusze zaczęły się ziszczać - bez względu na późniejsze konsekwencje.
Sytuacja w mieszkaniu Ezry sprawiła, że Marceline musiała poddać się fałszywej mistyfikacji. Próbując odnaleźć drogę do domku babci, zgubiła się kilkukrotnie i tylko trafienie zupełnym przypadkiem na Błędnego Rycerza, którego obsługa poinformowała dziewczynę o transporcie dla zagubionych czarodziejów, pozwoliło na dotarcie do... Londynu. Dlaczego szukała tutaj schronienia? Dopytywała przecież o wszelkiej maści punkty medyczne, szpitale, ale ostatecznie - nie podjęła się ryzyka przekroczenia progu św. Munga. Nawet jeżeli Ulla tam była, to jak Holmes mogłaby się jej pokazać na oczy? Młodsza krukonka wcale nie chciała iść na tą domówkę, zresztą proponowała zaszycie się między regałami książek w pokoju Marceline ze skrzacim winem, by tylko nie musiały zmagać się ze spojrzeniami innych. Były dla tych ludzi obce, choć może Tiverton trochę mniej, wszak Francuzka spędziła w Hogwarcie raptem kilka dni tuż po swoim przyjeździe do Anglii, zaraz potem ukrywając się w połach ciepłej pościeli, nie posiadając w sobie dostatecznie dużo odwagi, by w ogóle zjawiać się na zajęciach, które prowadził on.
Rozmowy były intensywne, podobnie jak otępiałe już spojrzenia, które kierowali na siebie. Jak mógł mieć na imię? To nie było istotne, skoro bardziej rudowłosej odpowiadały dłonie, które wędrowały po jej ciele, aniżeli słowa szeptane wprost do jej ucha. Irytacja zawrzała, gdy tuż obok pojawił się ktoś kogo głos znała, ale nie umiała przypisać do żadnej charakterystycznej sylwetki. I zajęło jej chwilę ogarnięcie - kim był ów człowiek. Na wpół przymknięte powieki i wsparcie się o jego silne, męskie ramię pozwoliło iść prosto, byle dotrzeć do mieszkania, w którym mogłaby wreszcie odpocząć, nie komentując irracjonalnego zachowania, które jemu z pewnością mogłoby przeszkadzać.
- Chcę do domu - jęknęła, a bełkot, który uleciał spomiędzy spierzchniętych warg wydawał się być na tyle nieprzyjemny, że i wybawca zaczynał się z pewnością modlić o szybkie dostanie się do środka. Nierealna, wykreowana przez dziwne zbiegi okoliczności, utworzona w tek chwili z fałszu i obłudy - nie przypominała siebie. Była ledwie cieniem, który majaczył głuchym echem i pozostawiał po sobie ułudę obecności. Dwa wolne kroki w przód pozwoliły dotrzeć do kanapy, na której się ułożyła wygodnie, jasno dając do zrozumienia, że to pora na sen a nie szczere wyznania - dlaczego.
On również był powodem.
- Herbaty - poprosiła, nadal nie będąc pewną gdzie jest. Rozbieganym spojrzeniem odszukiwała znajomych elementów, ale jedynym co rozpoznawała były jego oczy. - Albo wody, tak, sok też może być lub wino, zresztą - cokolwiek - powiedziała niepewnie i pozwoliła mackom wyobraźni otulić się szczelnie, bo czy nie był to odpowiedni moment, by po prostu zasnąć. - Ciastka też chcę - nie, mój drogi, to nie jest koniec listy roszczeń.
Dopiero zaczynamy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 682
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 599
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   Pią Lis 03 2017, 22:12

Dotykał dna.
Trafił tam ni mniej, ni więcej przez nią - został złapany prosto w szczęki emocji, zaciskające się na bezbronnym pod niszczycielskim naporem ciele; upadał w niekończącą się przepaść, z zaciemnieniem wirującym w rejestrowanym widoku. Przerastały go własne, przybywające samoistnie pytania, wołające ze wszech zakamarków umysłu - słyszał ich pełne roszczeń wołania wraz z każdym skurczem poderwanego ku wzmożonemu tłoczeniu krwi serca.  
Wyjaśnienia zostały nieuchronnie wyparte z prowadzonych zapisków pamięci - nie wiedział, dlaczego obrał konkretnie tę trasę. Kroczył skropionym przez wilgoć, londyńskim chodnikiem; żadnych ludzi - dokoła - nikt, nic, tylko droga, zapomniana i nieprzychylna, pnące się w stronę nieba ściany budynków, pustka zalewająca obszar, wypełniana jedynie przez własny oddech. Czy aby na pewno? Palce nieomal trzeszczą w spajających ich człony stawach, kiedy dłoń odruchowo pragnie zbrylić się na kształt pięści - wędrujący, znużony wzrok pragnął automatycznie odsunąć się z nieukrywaną odrazą od dwojga zamazanych postaci - lecz wyłapuje prędko jedną (układ ciał eskaluje wówczas odrazę), a widok razi go niczym piorun; kiedy o n pragnie wciągnąć ją w obręb brudnych toalet, pewnie zuchwale wzmocniony w poglądzie łatwej zdobyczy, która nie stawia oporu, która chce, lgnie do niego w krótkotrwałym impulsie szansy zaspokojenia.
Kurwa mać.
Mięśnie spięły się; kończyny ruszyły, zamaszyście wyzwalając działanie, wyjątkowo niestanowiących część scenariusza - jakby zyskując autonomię dla swoich czynów. W pewnie stawianych krokach, szybkich, przeszywał rozpostartą pomiędzy nimi przestrzeń dystansu, ze śmiertelnie poważną ekspresją - kolejną maską ściśle łączącą się z jego twarzą. Główna wątpliwość kołacząca pośród asymetrycznych strzępków rozważań - pulsowała jaśniejącymi literami d l a c z e g o zazdrość wgryzała się w jego mięśnie (powstałe rany jątrzyły się bezsilnością), dlaczego pozostawała wciąż przypisana do niego, po tym wszystkim, dlaczego gniew wrzał w nim niczym w zamkniętym, ledwie wytrzymującym napór ciśnienia naczyniu; przecież pozostawała wolna, przecież nie byli już powiązani ze sobą - wystarczało zaś ledwie wyłapanie splecionych dłoni z innym Krukonem, aby wyzwolić kaskady niezdolnych do okiełznania reakcji. W bójkach zaś nie był dobry, pracował przede wszystkim umysłem oraz unikał tego rodzaju konfliktów, uszczuplając ich incydenty do minimalnej skrajności; być może jego fizjonomia z mrożącą zamiecią spojrzenia oraz powaga zdolna przywodzić na myśl funkcjonariusza w cywilu, zmusiła tego kretyna do rezygnacji. Nie dbał o to, podobnie jak nie dbał o słowa zdolne uchodzić z jej ust, ewentualne sprzeciwy, gdy wyziębione palce (aura nie zwykła sprzyjać) zakrzywiły się sztywno w niemal zakleszczającej pułapce: - Chodź - oznajmił, prawdopodobnie zbyt oschle; wkrótce dotarło doń, że powinien był poluzować uścisk, pomagając się dostać do pobliskiego mieszkania.
Wcześniejsza wściekłość nie chciała wyparować z mężczyzny - uporczywie w nim tkwiła, płomień jej nie wygasał - aczkolwiek również nie wzrastał, mieszając się z zagubieniem. W milczeniu zaszył się w kuchni (dzięki temu uzyskał chwilę na ochłonięcie dla siebie, na ułożenie rozsypanych i wciąż pęczniejących myśli); wbił wzrok w paczkę ciastek, miał nadzieję - nie nazbyt pozbawionych przez długie otwarcie smaku. Chciał nawet w pierwszym momencie przetransportować wszystko zaklęciem, ale - o zgrozo - różdżka kompletnie odmówiła mu posłuszeństwa. Wrócił więc i położył na stole talerz z herbatnikami, wręczając jej na początku szklankę ze zwykłą wodą - wydawała mu się najlepszą z podanych opcji. Jego wzrok wiecznie gdzieś błądził, a postać wydawała się tworzyć szczelniejszą niż zwykle barierę dystansu; już nawet sam zapach wina go drażnił.
- Jeśli chcesz, możesz iść się wykąpać - powiedział, zanim zdążył ocenić, czy aby powinna w tym stanie się gdziekolwiek przemieszczać.

kostki, meh
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 267
  Liczba postów : 128
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   Sob Lis 04 2017, 19:03

Czuła przeraźliwy smutek, który wywołany krzywdą jednej z najbliższych jej osób pchał ją do coraz to śmielszych poczynań. Nie chciała by Ulla cierpiała, dlatego tak bardzo serce zatrwożył lęk, kiedy zdała sobie sprawę z powagi sytuacji, ale tchórzostwo nakazywało aktualnie odsunąć się od niej, uciec i pozostawić w rękach człowieka, którego notabene nie znała. Nie skrzywdziłby jej - tego była pewna, podobnie zresztą jak tego, że trafi w odpowiednie ręce, które z pewnością pozwolą na szybki powrót do zdrowia. Ona sama potrzebowała innego lekarstwa na swoje rozterki i dziwnym stało się, że w ostatnim czasie tak często sięgała po alkohol, który w następstwach czynił ogrom spustoszenia w jej drobnym ciele i pchał do czynów haniebnych. Gdyby nie nagłe szarpnięcie i zakleszczone palce na jej przegubie, cóż mogłoby się wydarzyć?
N i e myśl.
Ulegle szła, przebierała krótkimi nóżkami, które plątały się przy zbyt szybkim tempie. Pojękiwała z niezadowolenia, choć podświadomość nakazywała ufać, że już teraz wszystko będzie dobrze. Co jednak jeśli to tylko iluzoryczne działanie procentów krążących w krwiobiegu Marcelina, odurzonej na tyle, że załamanie rzeczywistości nie następowało nad horyzontem, a co najwyżej gdzieś na rozstaju dróg tego co warto a z czego należało zrezygnować. Na pewno do tych drugich nie zaliczał się sen, którego pragnęła najmocniej w świecie, a który w tej chwili wydawał się jedynym ukojeniem na zszargany nastrój. Złość wisząca tuż nad głowami nie pozwalała się skupić, choć nie do końca wyłapywała sens nerwowości pętającej oboje pasmami grubych lin, odbierając resztki trzeźwości. Po zetknięciu z miękkim materacem zniknęło nawet to, a pojawiła się jedynie chęć zmoczenia ust, które wydawały się w tej chwili zbyt spierzchnięte od mrozu i oddechu, który ulatywał spomiędzy nich.
- Nie złość się - szepnęła cicho i spojrzała na niego oczami wielkimi, których malował się jawny strach, że chowałby urazę zbyt długo, a ona nie mogłaby zrobić z nią nic. Zupełnie. Mimowolnie wyciągnęła dłoń w stronę Daniela, próbując go złapać, przyciągnąć do siebie i poczuć tę stabilizację, którą dawał jej wiele miesięcy temu. Tęsknota za wieloma elementami doprowadzała do tego, że gubiła się w gąszczu spraw, które zaczynały ją przytłaczać, a przecież pragnęła tylko jednego. W ie s z czego?
Spróbowała się podnieść, co jeszcze bardziej pogorszyło stan, w którym się znajdowała, a zawroty głowy zmusiły ją do tego, by momentalnie usiadła i złapała oddech. Serce dudniło w piersi, gdy raz po raz starała się złapać oddech i pomimo potrzebny prysznicu, tak w tej chwili nie była w stanie ruszyć do przodu.
- Pomóż... - jęknęła żałośnie i raz jeszcze spróbowała wstać i udać się do łazienki, choć jedynie była zdolna do podniesienia się na równe nogi. Czekała cierpliwie na jego reakcje, nie wiedząc co tak naprawdę zrobi, jak się zachowa i czy pozwoli jej na to, by w tak prozaiczny sposób go poczuć, tę nieszablonową bliskość polegająca na enigmatycznym wsparciu, które być może zrozumieją tylko oni. Jak jednak miała mu powiedzieć o swojej głupocie i naiwności? Nikt w końcu nie znał jej tak jak on, a tym samym - odczuwała zbyt duży wstyd, że jako typowy samotnik postąpiła tak bezmyślnie i poddała się chwilowej spontaniczności. - Mogę tu zostać do rana? Potem zniknę i... - szepnęła cicho i spuściła wzrok, bo nie powinno jej tu być, tak samo jak nie miała prawa do zbyt bliskiego kontaktu, który jawił się jako karygodny i niezgodny ze społecznymi normami. Do czego zatem mieli prawo? - I nie będę już sprawiać problemów - obiecała i chciała, żeby w to uwierzył; powinien, prawda?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 682
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 599
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   Wto Lis 07 2017, 01:34

Był jakby - bezpośrednio związany wyłącznie ciałem z otaczającą rzeczywistością; umysł oraz emocje, dryfowały zagubione w oddali, sparaliżowane w zaułkach labiryntu niewiedzy; był odległy, za kryształową ścianą nasiąkłą oddechem chłodu - chociaż kotwica pragnącego zaistnieć dotyku, poszukująca stałego podłoża do zagłębienia, dążyła jakby do wyciągnięcia go z aberracji transu. Bełtały się zawód, wściekłość, radość z odnalezienia i obecności, niepewność oraz zarazem zdecydowanie - bieguny obydwu wartości napotykały siebie w nieustającym konflikcie. Wnętrze mężczyzny przypominało właśnie scenę batalistyczną, kotłowanie się ciał pod zasłoną tumanów pyłu rozniecanych przez dwie, gęste masy walczących do ostatków sylwetek - tak samo toczyły zaciekłą walkę uczucia, na smierć i życie, na istnienie oraz wyparcie ze świadomości. Nie umiał oprzeć się autystycznym zapędom, pod którymi uwięził wszelkie zdolne kaleczyć słowa albo przybrania mimiki - rozchwiany bardziej niż zawsze, musiał wpierw opanować ogarniającą niepewność. Czasami sądził, że właśnie - dystans - byłby najlepszym lekarstwem dla ich obojga, ryzykownie wymykającym się spod kontroli reguł, spod kontroli racjonalności, byleby tylko wypełnić niedorzeczne pragnienie zostania razem; była jego przekleństwem i zarazem jedną z niewielu osób, które tak kiedykolwiek pragnął - jak widać mijane lata nie chciały grać roli - mimo rozstania, mimo znienawidzenia, nie potrafiły jego od niej uwolnić.
Nawet, jeśli to miało go ostatecznie pogrążyć, zetrzeć z powierzchni ziemi.
Ponownie - oschły rozsądek odradzał pomocy w tym aktualnym stanie; równie rozpaczliwie aczkolwiek lękał się jej odepchnąć, odmówić - w rzeczywistości nie miał zamiaru i nie potrafił. Każde, wspólne spędzanie momentów sprawiało trudną w zdefiniowaniu radość - tym bardziej trudną do określenia teraz, w pozornym zbiegu okoliczności powstrzymującym kaskady spontanicznych decyzji, ulotnej przyjemności zostawiającej blizny zdolnej wciąż prześladować pustki. Dopiero wówczas zdołał się połowicznie przełamać, a jego wzrok - rozbiegany dotychczas, nieistniejący - w pełni osiadł na postaci Marceline.
- Pojawiają się, kiedy znikasz - odpowiedział krótko, nieco ściszonym i nieco zachrypłym tonem, do którego przedostania się w eter zmuszał bolesne, dławiące mięśnie zbuntowanego gardła. Mówił szczerze, mówił nie bez powodu, a w kierowanym spojrzeniu dało się zauważyć smutek (rozczarowanie?). Tracił ją, stracił dwa lata temu, zmuszony do opuszczenia Trausnitz, stracił - kiedy później zaszyła się wewnątrz domu, nie chcąc uczęszczać na jakiekolwiek lekcje, stracił - kiedy błąkała się ulicami Londynu. Co, do cholery, było w tym wszystkim n i e tak? Palce poruszyły się, lecz nie stworzyły ponownie bojowego zaciśnięcia się w pięści; zamiast niej przybliżyły się, mając ją wspierać w drodze, zgodnie z wypowiedzianą prośbą. Nie byłby zdolnym odmówić, nie byłby zdolnym jej znów odtrącić.
Odkręcony kran przywoływał kojący szum wody - sprawdził jej strumień, chcąc nadać mu odpowiednią temperaturę dla doświadczenia kąpieli. Teraz należało jedynie pomóc z dostaniem się oraz zabraniem rzeczy (także zdjęciu, jeśli było to nadto uciążliwą czynnością). Mimowolnie widok jej ciała, jakie niegdyś tak chętnie badał, uczył się fragment po kolejnym fragmencie (odsłonięte wzniesienia piersi, delikatne zarysowanie nieodzownie kuszącej sylwetki), każde zdolne w powstaniu pomiędzy nimi muśnięcie - sprawiało, że balansował na granicy obłędu rozbudzanych na nowo, kolejnych uczuć - w tym cechujących się zwykłą prymitywnością żądzy.
Naprawdę mogła go zgubić.
Zdecydowanie.
- Załatwię coś w kwestii ubrań - stwierdził niemniej, kiedy już bez uszczerbku zakończył swoje elementy zadania; wciąż zachowywał dystans - widmo okoliczności odnalezienia nie chciało odejść, podobnie jak nieco wcześniejsza deklaracja o nienawiści; był niepewny i wiedział, że powinien być w tym w wszystkim ostrożny.
Niemniej - on nie zwykł spełniać swych powinności, n i e takich.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 267
  Liczba postów : 128
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   Wto Lis 07 2017, 07:59

Gdyby była choć odrobinę świadoma, zapewne nigdy nie pozwoliłaby się zabrać do tego mieszkania, bowiem wszystko między nimi było skończone. Temu chciała zawierzyć, jakby ślepo ufając przeczuciu, że nic dla niego nie znaczy, że jest ledwie strzępkiem przeszłość, której się wyrzekł jak Judasz. Było to w jakiś pokrętny sposób bolesne, może nieco przykre, ale Marceline chciała karmić się iluzoryczną mrzonką o niewerbalnej obietnicy ukrytej pomiędzy frazami. Podświadomość targała ją po bezkresie niewiadomych i pchała w szpony prozaicznego zgubienia. Naiwność buntowała się przeciw ostrożności, ale teraz uleciała w eter niemal każda cząsteczka, która toczyła przeogromny bój z tym co powinna a czego nie. Czy istniały jeszcze jakiekolwiek zasady, które świadczyłyby o rozsądku, który alarmował o nieprzekraczaniu granic? Zapewne nie. Elementarne składowe wycofania i odosobnienia osiemnastolatki runęły, gdy to on pojawił się na jej drodze i wyswobodził z okowów spontanicznych decyzji, tak zgubnych, tak idyllicznych, podejmowanych bez mrugnięcia okiem, stających się jedynie destrukcyjną manią, której chciała ulec bez obaw i niejasności. Ciągnięta przez pętające ją liny lgnęła do niewiadomych, których pragnęła dotknąć, poczuć, skosztować, ażeby nikt nie odebrał jej prawa do wolności. To lęk o n i ą, a może nawet perspektywa ewentualnej krzywdy jaka ją spotkała, zmusiła Marce do tego, by odreagowania zakrawało o upodlenie, które zrujnowałoby w niej najważniejsze pierwiastki tworzące obraz niewinny, nad wyraz dziewczęcy, pod kopułą której ukrywała się emocjonalna bomba, mogąca wybuchnąć w każdej chwili.
Był zbyt blisko, a ona z rozkoszą zaciągała się charakterystyczną wonią jego perfum. Cóż miała zatem do stracenia, skoro nie posiadała niczego?
Prawie po omacku szukała silnych ramion mężczyzny, by móc się w nich zatopić, dokładnie tak jak w Perth, gdy trzymając ją za dłoń pokazywał nieznane i prowadził po krętych ścieżkach spełnienia, gdzie mieszały się wszystkie uczucia i zalewały przyjemną falą rozkoszy. Dzisiaj czuła jedynie wdzięczność, że ją przygarnął jak żebraka z ulicy, choć nic ponad to nie mogła dostrzec. Bergmann pozostawała w końcu senną, nieistniejącą marą, a alkohol buzujący w jej żyłach nie pozwalał na przyswojenie do siebie informacji, że jest realny.
Zastygła w bezruchu, gdy uraczył ją tym jakże krótkim zdaniem i, pomimo że bardzo chciała, nie potrafiła unieść na zeń spojrzenia. Zielonkawe tęczówki błądziły rozbiegane po łazience, szukając już nie tylko zaczepnego punktu, ale też powstrzymując falę łez, która gromadziła się w kącikach.
- Pamiętasz... - szepnęła cicho i przygryzła policzek od środka, jakby nie mogąc utworzyć prostego przekazu kilku słów, w których zawarta była przykra prawda. Serce nie przetwarzało ów wspomnień, a umysł wyplewiał z siebie chęć wyrzucenia z siebie bolączki wynikającej z przedawnionych błędów.
Pozwoliła zsunąć z siebie sweterek i koronkowy gorset, który jako jedyny zasłaniał jej piersi, teraz już zakryte przez drobne dłonie, wstydząc się jego ewentualnego osądu. Nie śmiałby patrzeć na nią w ten sposób teraz, a może właśnie... Wiedziała, że będzie i dlatego nie dopuszczała do siebie perspektywy, w której to ulegną oboje dzikiej żądzy i oddadzą się chwili uniesienia, która wyda na nich wyrok skazujący? Nie m o g ł a; już nigdy. Odetchnęła więc z ulgą, kiedy opuścił pomieszczenie, a sama z trudem weszła do wanny, kuląc się jak małe dziecko, które podciąga pod brodę kolana i chowa w nich twarz, nie zamierzając dać się znaleźć. Woda przyjemnie drażniła jej wyziębione ciało, a myśli z każdą sekundą stawały się coraz wolniejsze, wreszcie stając się nic nieznaczącymi.
- Gdybyś wiedział... - szepnęła do siebie i pozwoliła raptem jednej łzie spłynąć po pyzatym policzku.
Nie możesz.
Dla naszego dobra.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 682
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 599
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   Czw Lis 09 2017, 18:52

Odległość pomiędzy nimi w c a l e się nie zmniejszała - promieniowała generowanym w przewrażliwieniu bólem, niczym otwarta rana o niekwapiących się ku złączeniu brzegach, dotkliwie piekąca otchłań rozdarta przy naturalnej, niegdyś stabilnej ciągłości, na której oboje stawiali dwa lata temu pierwsze, w pełni nieprzejmujące się zagrożeniem kroki. Choć obdarzany dotyk, choć bliskość do złudzenia przypominała tę - dążącą rozbudzić w nim określone reminiscencje, chciała rozniecić w umyśle pożogę niegdyś zaznawanych emocji; zarazem wiedział, że nie były one właściwe. Oziębła, wykuta w lodowej skorupie ściana spowijała w rzeczywistości odległość pomiędzy ich dwoma światami - w których myśli, przerażeni mieszkańcy przechadzali się smętnie wzdłuż granic - wiedząc, że nie są w stanie ich w żadnym stopniu przekroczyć. Dawna zgodność zatraciła swój rytm, wypaczyła charakter, zdruzgotana i zniechęcona siarczystym policzkiem porażki
(a on ciągle, zaparcie twierdził, że n i e tkwił w tym jego udział; nie było w tym jego winy).
O czym więc myślał? Ile dałby, aby przekonać się o nierozwiązanej zagadce własnego rozszalałego wnętrza - w którym zapuszczał się w najprawdziwsze bagno amoralności, pragnąc jej i jednocześnie pozostając świadomym, że nie może - już nie może? Nigdy nie mógł, od zawsze, od samego początku zuchwale omijał reguły, przed każdym z ludzi udając innego siebie; teraz udawał na już zbyt wielu płaszczyznach, zaplątał się (z własnej woli!) w uściski starej-nowej relacji, chociaż w rzeczywistości…
po przedarciu się oraz oszlifowaniu prawdy
dosyć, wystarczy, odejdźcie do jasnej cholery.
Zapuszczenie się w zacienioną (celowo nie miał ochoty zaświecić światła, jak czynił zazwyczaj leniwym machnięciem różdżki) i ochłodzoną w stosunku do zamglonej przez ulatującą parę łazienki sypialnię, pozwalało mu nabrać większej ogłady. W kilku, łapczywie wypełniających miąższ płuc oddechach pragnął zarazem wyrzucić z siebie to wszystko, co sprawiało, że drżał - wątpliwości wbijały swoje zęby w fundament, jęczały z pustki ocalałe pozostałości sumienia, serca, które wydawało się tylko skrzepem. Dawno nie był już zagubiony, tak ulotny i tak niepewny - podobnie jak ona. Nienawidził tej sytuacji i nienawidził siebie, ponieważ został zakuty w kajdany przez rechoczącą bezsilność, ponieważ ta sytuacja przeczyła zupełnie posiadanej przezeń naturze: wzniosłych planów, wybiegania do przodu i olbrzymiego pola manewru - traktowania sytuacji jak szachownicy, gdzie niespiesznie i precyzyjnie dobierał ruchy, aby móc ostatecznie z przywdzianym uśmiechem przywołać słynne, oświadczające wygraną słowa.
Owym razem nic nie mógł.
Udało mu się powstrzymać przed zawaleniem eteryczną budowlę duszy, myśleć logicznie, umocnić korzenie myśli w rzeczywistości, przy tym - co było przydatne. Wyjął jedną ze swoich koszul, chcąc ją przetransmutować w ubranie dla niej; wyszło za drugim razem - dość dobrze, jak na ostatnią porażkę z idiotycznym zaklęciem znanym nawet pierwszoklasistom. Wszelkie podteksty albo nęcenie po raz kolejny - z własnej, nieprzymuszonej woli - zdolne zaprowadzić go w oślepienie niepohamowania nie były absolutnie wskazane.
Nie wiedział już, czego chce (czyżby?)
kogo
chciał jej (pamiętasz, kiedy to powiedziałeś, nieomal dławiąc się atmosferą zaciskającą się niczym wisielcza pętla, dławiąc się drobinami starej, teatralnej sali, dławiąc się beznadzieją, w jakiej byłeś zmuszony, by trwać?).
- Podam tobie ubrania - odezwał się wyraźniej przed drzwiami - kiedy będziesz gotowa. - Pozostawało jeszcze zaprowadzić ją do sypialni (w odmiennym charakterze niźli dotychczas), cały czas bijąc się z wylęgającą się w środku głowy szarańczą.
Jak długo będziesz to w stanie znieść, jak długo będziesz w stanie wytrzymać?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 267
  Liczba postów : 128
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   Pią Lis 10 2017, 10:20

Czuła jak wszystko ją parzy, jak krew buzuje w żyłach, jak dusi się pragnieniem skosztowania tego co zabronione, jak łapczywie szuka po omacku możliwości przedarcia się przez poły grubej kotary, która oddziela jej sylwetkę od rychłego końca, który nastąpiłby po przełamaniu granic. Łapała się na chęci tak absurdalnej, tak nierealnej i tak szalbierczej, jakby cały świat został wykreowany przez niezrównoważonego emocjonalnie artystę, który na papier przekładał swoje podniety i fikcje rodzące się w głowie. Nią również kierowała żądza wpychająca jej drobne ciało do otchłani piekieł, wydająca na wyrok skazujący wprost w objęcia kata, który z rozkoszą i manią zaciskałby pętle na łabędziej szyi, oczekując długiej i trawiącej trzewia śmierci.
Wiedziała, że tak to się skończy.
Oboje byli tego świadomi.
Uzależnienie rodziło głęboko skrywane pragnienia, które z całych sił próbowała zatrzymać w sobie, kiedy to przełamywana linia oporu przesuwała się coraz dalej i dalej, a okowy lodu topniały pod wpływem jego ciepła, którym emanował. Eskalowała przyjemny zapach docierający do umysłu i otwierający nowe rozdroża, którymi niegdyś stąpał, wydeptując tym samym ścieżki duszy, tak nieskalanej, tak niewinnej i tak bardzo wystawiającej się na ewentualną dewastację. Uczynił zeń istotę, która była od niego zależna, a zarazem nie traciła przy nim własnego charakteru, pozostając butną, choć o słodko-gorzkim uosobieniu. Z n a ł ją na tyle? Gra była warta świeczki, wszak toczyli bój o własne, dalekie perspektywy na kolejne dni, które stałyby się dręczącą wizją rozłąki.
(Dotykaj mnie. Raz jeszcze przesuń opuszkami po wystających obojczykach, które domagają się chwilowej atencji. Dłońmi zejdź niżej, wprost na piersi, które perfekcyjnie pasowały do twoich dłoni. Wargami, na których nadal czuć smak nikotyny, pocałuj mnie - jakby jutra miało nie być.)
nadal jestem twoja
Ciepło wody przyjemnie otulało zmęczone ciało Marce, która coraz to chętniej zanurzała się po sam czubek głowy pod przeźroczystą taflą, uciekając w ten sposób przed światem. Łaknęła ciszy i spokoju, który otrzymywała jedynie, gdy pozwalała myślom wzlecieć hen - ponad niebosa, skłaniając się ku upadkowi. Mityczne, woskowe skrzydła topniały, a do wyłączonego niemal umysłu docierał głos, który prowokował do reakcji, a przecież tak bardzo chciała zapomnieć o tym co było dwa lata temu, spisać w księgach nowe rozdziały, dać się porwać wirowi spontaniczności; odreagować nieudany wieczór. Ileż mogła poświęcić dla jednej chwili słabości, rozniecając tym samym ogień spalający wszystko na popiół?
Leniwie podniosła się z wanny i nie sięgając po ręcznik (tym bardziej po ubrania), ruszyła przed siebie, choć jej nogi nadal były jak z waty. Organizm niezwykle wolno usuwał alkohol, który odbierał trzeźwość, ale nie przyćmiewał na tyle racjonalności, by nie być pewną opuszczenia łazienki w zupełnej nagości, która przestała ją krępować. Kropelki wody lśniły na jej bladej skórze, podkreślając tym samym chłód, który smagał szczuplutką sylwetkę, pozostawiając na niej gęsią skórkę. Klatka piersiowa unosiła się spokojnie, choć mógł dostrzec gwałtowne reakcje na zimno. Dzieliła ich nieznaczna odległość. Nieznośna, rodząca potrzebę zerwania do reszty iluzorycznych szat rozwagi, dlatego gdy była wystarczająco blisko, wbiła w Daniela ufne spojrzenie, w którym tliła się niema prośba - upadnijmy razem.
- Przecież wiesz, że nigdy nie będę - odpowiedziała sentencją podkreślającą analogię do ów sytuacji, która po raz pierwszy miała miejsce, gdy Holmes oficjalnie mogła zostać uznana za szesnastolatkę. To pocałunek Bergmanna, którym uraczył jej kark sprawił, że pociągnęła go na górę i pozwoliła na pokonanie wysokiego muru oddzielającego ją od społeczeństwa; nikt jej nigdy nie rozumiał, tak jak on. - Mogę zniknąć, jeśli chcesz - szepnęła cicho i dopiero wtedy dostrzegła koszulkę, którą trzymał. Jej tęczówki spoczęły na linii dłoni mężczyzny i bez pytania ujęła ją w smukłe palce, by dopiero po upływie kilku sekund zasłonić nią to co było dla niego przeznaczone nieosiągalne.
Jak wiele musimy poświęcić?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 682
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 599
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   Sob Lis 11 2017, 17:20

Zamrugał; powietrze nagromadzone w płucach było już ledwie bezużyteczną masą - mdłym substytutem oddzielonym od cząstek tlenu, wyłącznie rozpychającym gąbczaste rusztowanie miękkich, niezbędnych do prowadzenia wymiany gazowej tkanek. Wszystko zatrzymało się, nie czuł własnego oddechu, nie czuł niezmiennie tłoczącej krew pompy serca, którego echo wysiłku gnało zazwyczaj przez komplikacje naczyń, nie czuł siebie i nie czuł jej - jak w iluzji, jak we śnie spowijającym umysł.
Niedorzeczne.
Odgrywał rolę postaci rodem z antycznej tragedii; w szlaku słów, czynów przekładanych na rzeczywistość zgodnie z radami na didaskaliach, przybliżał się - by wypełnić ofiarowaną przez fatum zgubę, smagany na własne życzenie poprzez emocje, poprzez pragnienia, poprzez żądzę odbierającą zdrowy ciąg myśli. Każdy oddzielający od niej centymetr zadawał mu bezlitośnie ukrytą, dotkliwą ranę w obrębie wnętrza; niestabilny, pełen sprzeczności był gotów już rzucić się w przepaść obłędu - i nie żałować, zetrzeć z powierzchni ziemi własne sumienie, i teraz wystarczająco ułomne, wystarczająco pozbawione praw nawoływań. Sylwetka nieskażonego złymi czynami człowieka, do bólu neutralnego badacza, w pełni oddającego się - tylko oraz wyłącznie - swej pasji, była mrzonką niezdolną utrzymać się długo w świecie, wpajaną szarej masie otaczających ludzi, aby po zawężeniu ich pól widzenia móc manewrować do woli na pozostałych płaszczyznach. Nie był on taki, nie umiałby być - nie przy niej - obojętny i trzymający się zasad (których wszak nie posiadał, z których naśmiewał się, które omijał na wsparciu wdrażanych oszustw).
Cisza, sama z siebie, zgniatała mu wówczas krtań - chociaż paradoksalnie niezwykle bardzo pragnął ją przerwać. Wpierw obdarzył Marceline wyłącznie spojrzeniem, zagadkowym, nieokreślonym, osiadającym na jej sylwetce jakby z delikatnością - lód tęczówek ogarnęła na moment mgła przytłaczających rozważań.
- Nie chcę - wyszeptał po chwili, wymuszając uległość mięśni wobec artykulacji. Dłoń wspięła się w tym momencie, dotychczas spoczywająca bezwładnie - bez życia - nagle obejmując palcami przedramię, czując pod naporem opuszek rozgrzaną przez kąpiel skórę, wystawioną tak nagle w kontrastujący szum chłodu. Zsunął się, poluzowując uścisk - chwycił ją wówczas za rękę, zamykając ją w szczelnej osłonie własnej, większej, o twardszej i grubszej skórze, pod której warstwą na grzbiecie uwypuklały się szlaki błękitnych żył - nici owijających rusztowanie szkieletu.
Zaprowadził Holmes do pokoju; nie zmieniał panującego układu półmroku, w którym jednakże szło się odnaleźć - jasna barwa pościeli odznaczała się stosunkowo dosadnym, z lekka nieostrym kształtem razem z zarysowaniem łóżka. Obserwował jej ruchy, zanurzanie się w miękkiej (należącej do niego) pościeli, by wypowiedzieć ostatnie - jak wówczas uważał - tego dnia słowo.
- Dobranoc. - Zniknął za progiem i przymknął drzwi; samemu udał się do łazienki - złudnie pokładając nadzieję, że krótka kąpiel pozwoli jemu ochłonąć, że zdoła jakimś cudem dziś zasnąć, uwolnić się z kajdan myśli. Spływająca po ciele woda, co prawda - pozwalała na lekki dystans, lecz wyłącznie przyciszała emocje, które potrafiły powracać nagle ze zwielokrotnioną siłą. Wyłonił się w samych bokserkach (tak spał zazwyczaj), nie przejmując się znaczną obniżką temperatury - spojrzeniem mimowolnie ogarnął wejście do własnej sypialni, teraz już niedostępnej, przyprawiającej wspomnieniem o ścisk w narządach. Powolnym, snującym się krokiem dotarł do salonu oraz ułożył się na wątpliwie wygodnej kanapie; przykryty odnalezionym kocem, w końcu przymknął powieki, licząc, że łaska Morfeusza będzie wyjątkowo wielka tej nocy; nawet, jeśli miałby doświadczyć kolejnego koszmaru, wolał go od dławiącej, bezsennej nocy spowodowanej pędem minionych zdarzeń. One wciąż tkwiły, wciąż pojawiały się, nie dało się od nich uwolnić.
To było naprawdę
niedorzeczne.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 267
  Liczba postów : 128
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   Pon Lis 13 2017, 12:03

Wspomnienia.
Dawne sytuacje, które rysowały się pod stertą kartek z nowymi zdarzeniami.
Nadal twoja?
Nic nie dzieje się bez przyczyny. Podobnie było z ich spotkaniem, które zaplanowane przez pokrętny los, złączyło drogi ich dwojga, kiedy to dawali upust swojej irytacji, a przynajmniej - robiła to ona. Złość na swoją głupotę, na bezsilność i potęgujący niepewność strach o nią. Mogłaby przysiąc, że w tamtej chwili nie chciała myśleć o przykrym incydencie, jakby obecność Daniela elektryzowała ją na tyle, że każde pasmo wolnej myśli, wszystkie możliwe bodźce, spojrzenie zielonkawych tęczówek skupiało się - wyłącznie - na nim. Przecinająca ich sylwetki cisza sprawiała, że Holmes nawet nie drgnęła, gdy to jej serce rwało się ku mężczyźnie, zaś chłodne dłonie chciały obejmować go na linii pasa, by to paznokciami zaznaczyć ścieżkę przynależności; bolesną, ale wykreowaną z pożądania, które rozdzierałoby trzewia.
Nic się jednak miało nie wydarzyć.
Nie powinno.
Zetknięcie zimnej skóry z ciepłą dłonią Bergmanna sprawiło, że Marceline spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami i choć alkohol szumiał nadal w jej żyłach, tak najzwyczajniej w świecie zapragnęła, by ten cholerny dystans został zmniejszony, by ich sylwetki zakleszczyły się w jedno, by mogli wreszcie przekroczyć próg stworzonego przez nich raju. Byli aktorami, którzy odgrywali swoje role i to bez większego trudu, ale gdy wreszcie samotność spowijała ich pod kurtyną nocy, zrzucali maski i przeciw wszystkiemu - eskalowali swoją obecność, która kusiła teraz najmocniej. Być może dlatego nie odpowiedziało na to niewyraźne dobranoc, może to był powodów, dla którego zatopiła się w pościeli i rozmyślała o zaprzeszłych sytuacjach, tak bardzo chcąc wpaść w wir całkowitej destrukcji, wydając na siebie wyrok i próbując mu wybaczyć. Żal odchodził w niepamięć (nie skrzywdziłby jej ponownie, prawda?), a zwykła ciekawość kierowała jej czynami, których prawdopodobnie nie powinna się dopuszczać, ale im głębiej to analizowała - tym bardziej pragnęła łamać zasady, które ich nie dotyczyły.
Leniwie uniosła się na przedramionach taksując przy tym łóżko i miejsce obok, które pozostawało puste; nie było nawet cienia perspektywicznego opartego o jego obecność. Pozostawił ją samą sobie,co zrodziło w niej jeszcze większą chęć i potrzebę przełamania wszystkich granic; tych nieznośnych, niepotrzebnych i wytworzonych przez społeczeństwo, które wiedząc o ich nieprzyzwoitym uczuciu, osądzałoby w kategoriach - niewłaściwe, ale cóż w dzisiejszych czasach można takowym nazwać? Dla rudowłosej nie miało to większego znaczenia, dlatego zgodnie z intuicją, kierowana sercem, gdzie racjonalność umysłu odeszła na bok, ustępując wszelkiej moralności. Znów była blisko, znajdowała się tuż obok, obserwując jak spogląda na nią i jak podnosi się do pozycji siedzącej, wyczuwając - co ta zamierza mu uczynić. Bez pytania bowiem usiadła na jego kolanach i opuszkami przesunęła po męskich ramionach, nachylając się przy tym i czule, ledwie wyczuwalnie, muskała jego usta, które niegdyś tak często kosztowała. Przyjemny prąd przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa, kiedy coraz to śmielej przesuwała smukłymi palcami po ciele Bergmanna, a pocałunki przybierały formę tych namiętnie zakazanych. Powstrzymanie się przed cichymi pragnieniami było nierealne, dlatego z taką rozkoszą chełpiła się w cudownym uniesieniu zespalającym ich w niewinnej pieszczocie przesiąkniętej żarem. Oderwała się dopiero w chwili, gdy brakowało jej tchu, a kumulacja przeróżnych emocji coraz bardziej stawała się odczuwana.
- Nie chcę spać sama - wyszeptała cicho i wlepiła w niego spojrzenie, w którym jawiła się niema prośba. Nie powinien w końcu odmawiać temu, na co oboje mieli ochotę, czyż nie? Ileż mógł ze sobą walczyć, tkwić zamknięty w klatce ograniczeń? Jak wiele gotów był poświęcić dla reguł, których nie mieli? Wolno zsunęła się z danielowych kolan i wyciągnęła ku niemu dłoń, dając mu pozorny wybór.
Ofiarując kolejną szansę.
Chodź.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 682
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 599
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   Wto Lis 14 2017, 22:24

Pomiędzy iskrą (bluźnierczej) idei a popełnieniem grzechu istniał zawsze ten moment - antrakt, zniewolenie przez aberrację niepewności, osieroconych przez odpowiedzi pytań, niepewności - niemniej nietrwałej - która po chwili pęka jak szkło po zderzeniu się z pięścią; zmarszczki destrukcji przecinają uprzednio gładką powierzchnię - wahanie nie ma już dłużej znaczenia, zniesiony zostaje ból jego piętna. Świadomość czynienia złego jest zagłuszana triumfem czynności, jej samej w sobie, napawającej wypaczoną wręcz satysfakcją - jaka wykrzywia w tej chwili w zadowolonym grymasie wargi. Gardło sumienia ulega zatkaniu; umysł jest tylko posłusznym sługą w tym czynie, jakby podyktowanym przez instynkt. Przez moment, przez patrzenie się w otchłań mającą zaraz pochłonąć, skowyt wyrzutów staje się niewyraźny, mgła żalu rozpływa się, zlewa z przezroczystością powietrza
wszystko inne przestaje istnieć.
Cisza naprzykrzała się, szumiąc w uszach, bezkształtna i nieprzyjemna. Mimo przymkniętych zasłon zroszonych zmęczeniem powiek, sen nie kwapił się ku nadejściu; mężczyzna leżał, wyłącznie, leżał w bezruchu, podróżując po labiryntach myśli. Brak jakichkolwiek bodźców niezależnie rozbudzał działania zmysłów, chcących za wszelką cenę wyłapać choć niewyraźny symptom. Odwrócił się (każde ułożenie raziło go niewygodą), w końcu lustrując niedostatecznie wyraźną przestrzeń, kąpiące się w cieniu doskonale znane mu elementy mieszkania, które po odsączeniu z kolorów oraz utracie ostrości, wydawały się bliżej nieokreślone i obce.
W końcu wychwycił kroki.
Początkowo niewyraźne - nie zwracał uwagi, lecz gdy zbliżała się - jakby pod sugestią nieobecnego rozkazu, podniósł się; ze spojrzeniem na granicy pytania i cierpliwego pozostawania w oczekiwaniu. Biernie przyjmował każdą wdrażaną czynność, czując się jak we śnie - jakby pojawiały się podświadome jego życzenia; i c h nieustanne pragnienie do trwania razem, irracjonalne jak wzlot owadów w stronę mających spalić ich drobne ciała, płomiennych języków. Wytarły się wszelkie zahamowania, wszelkie stwierdzenia, że przecież nie może, jedynie pogorszy sprawę, że to niewłaściwe.
Był słaby.
Żałośnie słaby.
(Chciał być.)
Zatracał się w pocałunkach, współistniał z bliskością jej ciała, do którego przywarły stęsknione dłonie. Każde z działań stawało się być manifestacją pragnienia, ogromnego pragnienia, które dotychczas był zmuszonym utrzymywać w ukryciu - zamknięte, przez wzgląd na zasady, na jej nienawiść, gorycz spowodowaną ostatnim odejściem, na tłamszący prawdziwy obraz całokształt. Teraz - wszystko zostało zniesione - pozory przyzwoitości prysnęły niczym mydlana bańka. Nic nie istniało, prócz ich splecionych sylwetek.
Jak w transie, pochwycił dłoń Holmes powoli, acz bez najmniejszego wahania - podążył za nią, spełniając prośbę, wygrzebując oszukiwane pożądanie - obecnie - omal nie rozsadzające od środka. Położył się obok niej, zanurzając się w miękkiej, spiętrzonej ku fałdom kołdrze; nie miał jednakże w zamiarze pozostawać bezczynny - już nie, opętany przez ciąg sytuacji, rozdzierające uczucie, jakie brało swe źródło gdzieś w okolicy podbrzusza. Nachylił się nad nią, ponownie kosztując ust, które pozostawały oddalone zbyt długo; palce przemierzały z delikatnością płynących kropel, w dół kobiecego torsu, wzdłuż mostka, zahaczając niesfornie o zasłonięte wyłącznie przez nałożony materiał piersi. Zmierzały niespiesznie aczkolwiek nieubłaganie, muskając wewnętrzną część ud - lecz nie był to jeszcze ten moment; chciał delektować się, chciał dokończyć to, co zostało brutalnie przerwane ostatnio (gdy otworzyła oczy, zdenerwowana, nakazująca przysięgać). Dotyk ponownie został skierowany ku górze, podnosząc koszulkę; drażnił ustami okolicę jej brzucha, skórę na odznaczających się grzebieniach biodrowych, aby później - zadecydować się całkowicie ściągnąć ten lichy, przeszkadzający element ubrania.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 267
  Liczba postów : 128
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   Sro Lis 15 2017, 13:54

Chciała zgrzeszyć.
Ten jeden raz, kiedy był tak blisko; na wyciągnięcie dłoni, wystarczyło jedynie spróbować.
Zgarnąć go egoistycznie dla siebie.
Czy o tym właśnie myślała, gdy leżała otulona grubą warstwą kołdry? A może zastanawiała się nad tym - co należy a czego nie? Dzisiaj zasady przestały istnieć, dokładnie tak jak wtedy, gdy przebywali razem w Szkocji, kiedy musieli ukrywać emocje buzujące w ich żyłach. Ten wieczór uświadomił jej dokładnie to samo, co wiedziała już dawno temu, ale to naiwność wkradała się do podświadomości i sugerowała, że jest inaczej. Kłamstwo powtarzane wielokroć wreszcie przybiera kształt prawdy, ale przekonanie, że ułuda staje się realnością to czysty masochizm. I tym był brak jego obecności przez prawie dwa lata, gdy musiała mierzyć się w pojedynkę z demonami rozsadzającymi jej wnętrze i raniące dogłębnie duszę, któa wydawała się być dostatecznie pokiereszowana przez ogrom nieoczywistych emocji płynących w żyłach, tworzących siateczkę niejednoznacznych reakcji.
Spontaniczność pod osłoną nocy wydawała się być bardziej oczywista niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy to namiętność zrodzona z pocałunków kumulowała się w podbrzuszu i tworzyła ewentualny obraz przyszłości, w którym to złączą się w jedno ciało. Pragnęła przekroczenia granicy przyzwoitości, zdarcia zwykłej, przetransmutowanej koszulki i oddania w dłonie Daniela swojego ciała, które spragnione odrobiny atencji, ofiarowałoby każdą swoją reakcją nieme podziękowanie dla odważnych czynów, którymi obdarzałaby ją z czystą zachłannością. Pewnie dlatego jęknęła wprost w jego wargi, gdy rękami zaczął badać fakturę jej zmęczonego ciała, a ona z taką subtelnością próbowała skradać kolejne muśnięcia, by tylko nie zawstydzić się z powodu własnych podniet. Ileż jednak można trwać w iluzorycznym transie, gdy to poranek zbliża się niemal wielkimi krokami i należy zrobić wszystko z prawdziwą starannością, by jak najdłużej nie dopuścić do możliwości zetknięcia świtu z mrokiem.
- Nadal jestem... - twoja; nie zdołała dokończyć, gdy w końcu znaleźli się w łóżku, bo znów próbował obdarzać jej wargi pocałunkami, które oddawała z czystym zaangażowaniem. Wiła się tuż obok, nie mogąc zrozumieć - dlaczego, cóż ich tak do siebie ciągnęło. To serce Marceline wyrywało się do Daniela - nie do profesora Bergmanna - stąd nie potrafiła zatrzymać w sobie niewypowiedzianych uczuć, które podkreślała nieśmiałymi czynami. Smukłe palce przesuwały się wzdłuż torsu przez mostek mężczyzny docierając na podbrzusze, nie robiąc nic ponad to. Nie zależało jej teraz na erotycznym zbliżeniu, choć podniecenie poddawało destrukcji trzewia, a z każdą kolejną sekundą napędzało do oddania mu dotyku, który prowokowałby do jeszcze śmielszych działań.
Mimowolnie wygięła się w łuk, kiedy to badał fakturę jej skóry niczym wykwintny lekarz o precyzji artysty, reagując na to jeszcze intensywniej niż dotychczas. Czuła zahaczające opuszki tuż przy linii piersi, które zmierzały w stronę brzucha, a gdy znalazły się na udach, zastygła w bezruchu. Prowokował ją i nęcił śmiałymi pocałunkami, które składał coraz niżej, co wykreowało w niej niepewność związaną z następstwami. Nie oponowała jednak przeciwko tym czynom, żądając niemo, by czasem nie przerywał w tej chwili. Przymknięte powieki pozwalały na spotęgowanie uczucia, które zmuszało jej serce do wzmożonej pracy, dlatego w chwili ściągnięcia koszulki, pędziło jak szalone. Była zupełnie naga, ponownie odarta z pozornej niewinności, gdy to raptem jedynie ich skóry oddzielały od siebie niepołączone ze sobą dusze, by czasem nie zdołały przeniknąć przez barierę zrodzoną z fizycznych mankamentów. Paznokciami malowała znane tylko sobie symbole na jego ramionach i uciekała biodrami, gdy to docierał do ich granicy i próbował pokazać jej, że wciąż oddziałuje na nią równie silnie, ale musiał być tego pewien, skoro z taką rozkoszą oczekiwała na więcej. Czy czuł? Czy aby na pewno wiedział?
Jesteśmy zgubieni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 682
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 599
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   Pią Lis 17 2017, 21:32

+18

Zachłysnął się pożądaniem - oddychał nim, żył, w rytm jego rezonowały cząsteczki zarówno ciała i duszy. Wypleniony z żywionych uprzednio obaw, nagromadzenia rozważań przytłaczających zakręty umysłu oddawał się tylko oraz wyłącznie wykonywanym czynnościom; wystarczała jedynie bliskość ich ciał, tonących wspólnie w miękkich falach posłania - gdzie rytm odmierzały wzmożone cykle uderzeń serca i pobieranych oddechów, niekiedy zdolnych do usłyszenia wyraźnie, uchodzących spomiędzy rozdzielanej linii czerwieni warg, uzewnętrzniających namiastki doznań.
Dopiero później wypadało? żałować - o ile kiedykolwiek wykiełkuje w nim chwast takiego uczucia, uporczywego, trującego jak bluszcz zdzierający masywność muru osobistych przekonań, za jakich wzniesieniem zwykł się perfidnie ukrywać, z jakich uczynił opokę, usprawiedliwienie wszelkich karygodnych zachcianek. Nie powinien, nie powinien jeszcze na samym początku, nie powinien tym bardziej teraz - zachowując pozory, zezwalał tumanom ich mgły raptem opaść, wykorzystując moment na ujawnienie wszystkich buzujących we wnętrzu pragnień. Wszystko niszczył; ulegając spontanicznym podszeptom pokus, czule nachylających się w stronę ucha by zgubić, uczynił swą egzystencję jednym ciągiem tyrani emocji, wędrówką pełną niepoliczonych odchyleń, bez najmniejszego porządku. Egoistycznym nierozważaniem konsekwencji dźgał innych jak naostrzonym nożem, nie dostrzegając czerwonych szram, jakie zwykł pozostawiać. A jednak - jakże był w tym zagmatwaniu stabilny, jak nadal, mimo upływu miesięcy i lądowania w innych ramionach, w niby-obojętnym na czułość hedonistycznym sposobem życia - wykazywał się gamą uczuć, nie potrafił uwolnić się od niej i zawsze, niezmiennie jej pragnął. Była w tym również czysto uczuciowa więź przywiązania - pewnie wręcz z powstającą przesadą, z nieznanych bliżej powodów (dlaczego, Danielu, dlaczego się tak przejmujesz? Masz własne życie, nieułożone jak zawsze), kiedy wypełniał się gniewem, spostrzegając ją w towarzystwie innych. Wolał porzucić wcześniej nękające go sfory przypuszczeń, co zdarzyłoby się - gdyby - nie przechodził wówczas tą drogą, nie posłał wpierw znużonego spojrzenia na parę w pierwszym odbiorze nieistotnych sylwetek. Jedna część potrafiła postrzegać wyłącznie scenariusz (i samozwańczo nadała sobie ku temu prawo), że o n i nikt inny jest w stanie nurkować z nią pośród cieni, zlewać swoje postacie majaczące w objęciach nocy - jedynego schronienia przed wspólnym wyklęciem i gradem wyrzucanego z pogardą wzroku, którego perspektywą jednakże nigdy nie wydawali się martwić. Tylko oni pozostawali istotni.
Druga część zaś wiedziała, że znowu pozwala zapętlić się w jednym, cholernym błędzie. Do czego to wszystko prowadzi? Do zatracenia. Do destrukcji. Do roztrzaskania się, kiedyś - już całkowicie. Rozważny człowiek powstrzymałby się z obdarzaną myślą na temat kobiety, obecnej sytuacji oraz łamaniu jednego z najistotniejszych punktów regulaminu. Rozważny człowiek nie dopuściłby nigdy do potoczenia się zdarzeń w ten sposób.
Być może - był skończonym idiotą. Po prostu.
Czy przyjdzie później, chłodny powiew żalu za popełnione czyny?
Chciał, żeby wszystko było takie jak dawniej - proste, nieskazitelne, toczące się własnym życiem, czerpiące garściami z bogactw ludzkiej niewiedzy. Uśmiech wstępował na jego oblicze, kiedy omiatał wzrokiem, zachłannie, odsłoniętą w całości jej drobną postać - na ile tylko był w stanie w otaczającej, mętnej zasłonie szarości. Z przyjemnością napotkał ponownie w pocałunku ich usta, dłoniami nie zaprzestając badania faktury ciała, centymetr po centymetrze, obecnie bez skrępowania nawet eterycznej tkaniny. Wieńcząc ich pocałunek, w końcu przekroczył zahaczaną wielokrotnie barierę - najpierw wyłącznie drażniąc płatki jej kobiecości opuszkami swych palców, aby później zagłębić się w śmielszych ruchach. Muśnięciami warg schodził później wzdłuż szyi, czując, jak powstające napięcie poczyna mielić jego wnętrzności na miazgę - jak nic nie jest w stanie się ostać - prócz wyraźnego teraz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 267
  Liczba postów : 128
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   Wto Lis 21 2017, 20:09

+18

Czyż to nie absurdalne?
Los w przedziwny sposób splótł dwie jednostki, tak różne, tak obce, tak... Niewyraźnie zakrawające o nutę szaleństwa, w które razem popadali jeszcze bardziej. Nic się bowiem dla nich nie liczyło, a tym samym stawali się jeszcze bardziej pogrążeni w nieobliczalnej wizji ich własnych pragnień, które pętały nadgarstki i pozbawiały możliwości ucieczki. Chęć skosztowania ów zakazanego owocu jawiła się jak szansa na poddanie się destrukcyjnej sile, dewastacji wrażliwych odłamków duszy i porcelanowego serca, ale nic - n i c - co mu ofiarowało, nie zostałoby przez niego wystawione po raz kolejny na upokorzenie. Próbowała temu wierzyć, ufać, bo dlaczego miałby wykorzystywać jej uczucia i pogrążać ją w świecie mroku, który ogarniał całą drobną sylwetkę i nie puszczał ze swych macek? To przy nim jasność przebijała się pośród czarnych chmur i tylko dlatego korzystała ze sposobności, którą dał jej los, tak samo jak nie pamiętała innych ramion, które otulały ją szczelnie, nadając wszystkiemu nowego tempa, ale gdy pojawiał się on - cały świat zatrzymywał się w miejscu.
Nadal nie była jednak ś w i a d o m a.
Rozwaga graniczyła z cudem, podobnie jak zdystansowanie, którego nie akceptowała i nie przyswajała. Pragnęła przedrzeć się przez gąszcz trudnych decyzji razem z nim, by wreszcie odnaleźć spokój, który miała w Perth. Wspomnienia uderzyły w nią z impetem, gdy nagle pojawił się przed oczami obraz miękkiej pościeli i słońca, które wpadało przez cieniutką szczelinę między kotarami i naznaczało ich splecione sylwetki. Dzisiaj byli jedynie nocnymi kochankami, którzy uciekają przed światem i przykrymi osądami, ale czy rozdawali karty według zasad fair play?
Chciała wierzyć, że są uczciwi.
Chciała myśleć, że całuje tak tylko ją.
Opuszkami palców przesuwała po jego ramionach, dotykała subtelnie skóry, od której biło ciepło. Wargami muskała obojczyki Daniela, gdy tylko na moment odsuwali się od siebie, by zaczerpnąć powietrza. Drżała na myśl o kolejnych pieszczotach, a policzki usiane piegami stawały się nieznacznie czerwone, kiedy to ich spojrzenia napotykały na siebie i mogła pojąć z jaką pasją i pożądaniem na nią patrzy. Klatka piersiowa unosiła się nierównomiernie, a moment, w którym dotknął najbardziej wrażliwego miejsca w kobiecym ciele sprawił, że jęknęła, chcąc przy tym złączyć uda, by tylko jej nie prowokował. Nie mógł.
Nie powinien.
- Daniel... - szepnęła, a zaraz potem resztki świadomości zostały jej odebrane, gdy z taką precyzją przeszedł do kolejnego etapu pieszczoty. Odważyła się nieznacznie cofnąć biodra, by uciec przed tą torturą, ale nie umiała mu się oprzeć. Przez długie miesiące poszukiwała możliwości znalezienie się ponownie pod nim, nad nim, obok - byle dać mu rozkosz i satysfakcję, że nic się nie zmieniło. Bezwiednie wyciągnęła dłoń przed siebie, zahaczając smukłymi palcami o męskość Bergmanna, ale im bardziej on nie zatrzymywał się w swoich ruchach, tym bardziej ona traciła poczucie rzeczywistości, która zlewała się w jedno.
Nadal twoja.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 682
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 599
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   Sro Lis 22 2017, 12:11

+18

N a l e g a ł; w pewnych, zagarniających ją ruchach, w przylgnięciu pod skłębieniem materiału pościeli, w pocałunkach prowadzących zawiłe znaczenia ścieżek, czynionych z niemijającą pasją; nie chcąc za wszelką cenę wypuścić ją z własnych objęć. Była jego słabością, w obliczu której rozsądek oraz zobowiązania waliły się w wypaczoną ruinę - nieskrępowany przez normy oraz moralność, odrzucał niepotrzebne sugestie przerwania tego szaleństwa. Wnętrze zalane miał podnieceniem, wrzącym w najdrobniejszych warstwach komórek, penetrującym każdy zakamarek bez uznawania wyjątków - sprzedawał się w pełni słodkiej niewoli obłędu, pomyłek, jakich to nigdy nie miał w zamiarze się wyzbyć. Został złamany - instynkty były zdecydowanie silniejsze, nie pozwalały - aby zakleszczyć się tutaj zobojętnionym, z nienaturalnym spokojem zbliżyć się bez odczuwania napięcia i najzwyczajniej zasnąć. Zaślepiony afektem, był coraz bardziej zdecydowany, coraz bardziej bezpruderyjny, coraz bardziej despotyczny, nie rozważając odmowy w kontynuacji.
Odrzucał odpowiedzialność.
Obchodziły go wówczas reakcje, których mógł być przyczyną - te niewyraźne i dosadniejsze, w splatających się, wyraźniejszych oddechach - jakby uwięzione wewnątrz pomieszczenia powietrze nie wystarczało - aby nasycić, jakby za każdym razem nurkowali w podwodne bezkresy tego, co nieodgadnione i niemożliwe do przewidzenia. Chciał jej odpowiedzi, żądał ich i bezczelnie zabierał każdym z przewrażliwionych zmysłów. Chciał zobaczyć to wszystko raz jeszcze, chciał zobaczyć ich razem - jak jest w stanie sprawić jej satysfakcję, zesłać ulotne, szybko przemijające zaspokojenie zataczające analogiczny krąg do poprzednich. Sam również wystawiłby roszczenia o znacznie więcej, kiedy jej delikatne opuszki stykały się z jego erekcją, wybrzuszającą materiał bokserek. Głęboki wydech niemal zupełnie uczynił opustoszonymi płuca, a on oderwał się od szyi Marceline - ponownie - wyszukując skąpaną w półmroku twarz, bezczelnie zbierając każde z drgnięć mięśni mimicznych, patrząc się w rozszerzone podobnie jak jego źrenice. Jego palce, początkowo zataczające leniwe okręgi w najbardziej wrażliwym, strategicznym miejscu jej ciała - nie bały się wzmóc swojej pracy. Wolał nie omijać żadnej z dostępnych części, drażniąc ponadto dłonią, bawiąc się tą granicą - wyznaczającą całkowite zatopienie się między rozgrzaną skórą ustępujących ud. Musiał poczuć to choćby raz jeszcze - bez względu na konsekwencje oraz ewentualną świadomość własnej niestabilności, zatruwającej wszystkich, z którymi miał bliższy kontakt. Tak, powinien później żałować tego występku. A jednak - nie chciał. Nie teraz.
Na twarzy mężczyzny dało się dostrzec lekki, przymglony uśmiech, fascynację, z jaką pogrążał się w tym - co niewłaściwe, muskając ponownie czerwień jej delikatnych warg.
- Jestem obok - przypomniał ściszonym głosem, subtelnie przebijającym dotychczasową oszczędność w słowach, czyniącym tembr znacznie niższym niż się odznaczał zazwyczaj. Choć wydawali się snem, byli stworzeni ze zwykłej, namacalnej materii - jedynie zaburzając tę rzeczywistość wiążących regulaminów, ponownie zrzucając oszukujące skóry - inni, niż przedstawiali się powierzchownie.
Niepojmowana obsesja najwyraźniej musiała trwać - nadal.
Czy miała być jego przekleństwem?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 267
  Liczba postów : 128
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   Czw Lis 23 2017, 20:20

+18

U l e g a ł a.
Nie miała powodu, by go w tej chwili od siebie odepchnąć, skoro drobne, spragnione ciało z wdzięcznością odpowiadało na każde muśnięcie, które zostało mu zaserwowane. Oczekiwała więcej i szukała sposobności do tego, by to otrzymać, jakby łudząc się, że jest w stanie wytrzymać długo w tych katuszach, które przyprawiały ją niemal o spazmatyczne skurcze, gdy przesuwając opuszkami palców, grał na niej jak na drogocennym instrumencie. Mogłaby mu szeptać do ucha wysublimowane sentencje okraszone bezpruderyjnym pragnieniem przedarcia się przez kolejne ograniczenia, jakimi stawały się już tylko napięte do granic możliwości mięśnie, drżąc na myśl o kolejnym dotyku, którego nie potrafiła przewidzieć. Wystawiała się na próbę, choć ta była z góry przegraną, kiedy to przygrywane melodie na jej rozpalonej skórze stawały się nieodłączną przesłanką o rychłym końcu i poddaniu się wobec wszystkiego, co zamierzał uczynić. Wprowadzał element baśniowy do rzeczywistości, gdy to w ledwie wyczuwalnych pocałunkach przypominał o swojej obecności, zaś spierzchnięte wargi próbowały odnaleźć możliwość skradzenia mu na dłużej ust, którymi doprowadzał ją na skraj przepaści. Czy aby na pewno był świadom tej katuszy, kiedy to w cichych jękach podkreślała, że nadal jest jedynym? Nie była pewna, ale obawiała się, że wszystko mogłoby nagle rozpaść się na miliony cząstek i pogrążyć ją w obliczu słabości, której pragnęła najmocniej.
Chciała tylko j e g o.
Trzymając resztki siły sprzeciwu w sobie, odporności na erotyzm wypełniający żyły, chęć doprowadzenia się do stanu dewastacji mentalnej i fizycznej, przegrywała z każdą upływającą sekundą. Złudnym było myślenie, że jest w stanie się oprzeć. Och, Merlinie!, w jakim słodkim błędzie tkwiła, gdy raz po raz przez jej kończyny przepływały prądy zbliżającego się orgazmu, a wzdłuż kręgosłupa przebiegał przyjemny dreszcz, który zmuszał do odpowiadania na jego czyny. Wyginała się w łuk, przy czym podkreślała drobny kształt linii swojego ciała, gdy bez trudu cofała biodra w tył, co by mu na chwilę uciec, a zaraz potem wrócić. Poruszała nimi niespokojnie, nadając przy tym intensywniejszego odbierania, ba!, zabierania mu wyboru, ażeby tylko móc przypieczętować z nim pakt ostateczny. Na zawsze. Czuła jak przenikał do jej wnętrza, a spomiędzy warg, które przygryzała coraz bardziej, uleciało nagle jego imię, któremu nadała nowego, bardziej lojalnego wydźwięku - niż kiedykolwiek wcześniej. Z namaszczeniem przyjmowała zalewającą ją falę ekscytacji, która paraliżowała jej sylwetkę, by zaraz potem zacisnąć uda, co miało na celu zblokowanie kolejnego pomysłu na torturę. Miała wrażenie, że rozpadła się na wiele cząsteczek i ciężko będzie pozbierać to w jedno, kiedy tak trzęsła się z emocji, które w niej grały pierwszoplanowy spektakl. Policzki nieświadomie pokrywały się nutą czerwieni, jakby sugerując, że wstyd obezwładnił ją całkowicie, choć tak naprawdę chciała przebrnąć przez kolejne fazy, nadając sobie prawo do nie oddawania go przez najbliższe dni, byle nadrobić stracony czas.
Spokojne serce, które zwolniło tempa zdawało się pełnić teraz funkcję jedynie dekoratywną, by ktokolwiek był pewien, że jeszcze żyje. Oddech Marceline normował się na tyle, że z każdą sekundą stawała się bardziej obecna, przez co spróbowała również odnaleźć dłonie Daniela, z którymi chciała spleść swoje palce; bez obaw, że nagle zniknie.
- Co ty ze mną robisz... - szepnęła cicho i przymknęła powieki, jakby łudząc się, że teraz nadejdzie spokojny sen, ale ten mógł nadejść tylko w jego ramionach.
Z o s t a ń.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 682
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 599
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   Sob Lis 25 2017, 01:48

+18

Potrzebował jej - współistniejącej z władzą nad sytuacją, która wylądowała, ofiarowana, w jego ściśniętych dłoniach - pisaniem scenariuszów dotykiem tudzież innymi gestami, zlewających się cząstek bodźców w jedno, wędrujące splotami nerwów odczucie. Potrzebował tego - tej ulotności zakrawającej na surrealizm, na szczelny kokon wydłużonego snu, w obrębie którego wszystko mogło się przeobrażać bez przeszkód.  
Potrzebował ich r a z e m.
Ponownie, zataczając szlak cyklu (bez znużenia) w powtarzalności wiecznego głodu, panoszącego się w jego trzewiach. Uginając kolana pod ciężarem szeptu pokusy, tak nieodpartej, tak niemożliwej do zaniechania; pragnienia samego faktu, niczego więcej, żadnych złożonych korzyści prócz feerii doznań pod skąpym światłem księżyca, poza oczami, uszami, jakie wydałyby chętnie potępiający wyrok. Odnawiał piętno łączące ich obydwoje sylwetek, złączonych - blisko siebie, najbliżej, przekraczając narastające zawirowania - jeszcze na majaczących w ponad dwuletniej przeszłości wakacjach. Nie odstępowało wrażenie, że właśnie może skosztować epizodu beztroski, zrzucając ciężkie, zaległe zasłony zmartwień, wychwalać to - co słabe, co kruche, co żałośnie przemijające a jednak tak ubóstwiane, nieprzemiennie, w toczącym się ludzkim życiu. Nie byłby w stanie - już nie - poddać złożonej analizie czy rozmyślaniom składowe ostatnich momentów; umysł pustoszał, pęczniejąc wyłącznie od nawarstwianych wrażeń, oddając się z pełnym poświęceniem inicjowanym czynnościom. Wszystko kwitował wyłącznie cięższym oddechem, czując skręcające go podniecenie z każdym przypływem pewności wieńczonym konsekwencjami coraz to śmielszych zagrań. Był tylko i aż pragnieniem, niczym więcej, nic więcej nie było trzeba, trwał utwierdzony niczym chory w majakach, jak utopista w wynaturzonych tezach, jak zahipnotyzowany w omiatającym go transie. Paranoja sprzeczności spalała go i wskrzeszała na nowo. Prawda i kłamstwo. Sen oraz rzeczywistość.
Opuszki palców mężczyzny, muskające rozgrzane ciało, wydawały się stwarzać rytm w swoich nieprzypadkowych działaniach; nie odstępowały łatwo, nie były możliwe do zbycia nawet radykalniejszym poruszeniem jej bioder, ciągle nieustępliwie kontynuując. Przylgnął do niej, nie mogąc znieść żadnej, wgryzającej się odległości, chwilę później pozwalając zapuścić się w swoje objęcia - tuż po kulminacyjnym, triumfalnym w jego odczuciu punkcie. Dla niej - choć tak naprawdę tylko na tym zależało mu teraz - przede wszystkim - na jej odpowiedzi, na jej błogości zdolnej okiełznać komórki. Mógłby robić tak cały czas. Bez przerwy.
- Mógłbym powiedzieć to samo. - Twarz zbliżona blisko jej twarzy, owiewała skórne powłoki głęboko następującym wydechem, ciepłym i delikatnym. Usta zbliżyły się, jakby dążąc do pocałunku, niemniej - nie uczyniły nic konkretnego; pozostawały wyłącznie słowa, najbliższe oraz trwające krótko, a jednak - jakby zakorzenione wśród nieruchomej, zakłócanej jedynie zdawkowo ciszy. Sam nie uczynił nic konkretnego. Nie potrzebował, delektując się tą bezczynnością w umiejscowieniu obok.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 267
  Liczba postów : 128
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   Sro Lis 29 2017, 10:43

Nie było przed tym ucieczki.
Ani teraz ani kiedykolwiek później.
Wiedziała, że finał dla nich jest oczywisty, jakby byli od siebie całkowicie zależni, nie umiejąc pogodzić się z ewentualną stratą, choć czy nadal należała do niego? D z i s i a j z pewnością i za to mogła być odpowiedzialna; była gotowa ponieść wszelkie konsekwencje wynikające ze słabości, której się poddali, enigmatycznej sile, która zdominowała ich zniewolone dusze, a zarazem potrafiłaby wydać osąd, że to on był temu winny.
Chciała kontynuować feerię emocji, które ją obezwładniały, kiedy z takim oddaniem, wręcz namaszczeniem - dotykał jej ciała, przesuwał opuszkami palców po rozgrzanej skórze, reagującej dreszczami na chociażby sekundowe zetknięcie dwóch płaszczyzn. Zmysły odbierały bodźce ze zdwojoną intensywnością, przez co musiał dostrzegać w przymglonym spojrzeniu nieme pragnienie przedarcia się przez tą jedną, konkretną barierę, jakby mur ograniczeń musiał runąć, ażeby katharsis obmyło ich z grzechu, którego dopuszczali się raz jeszcze. Bez konsekwencji i analizowania ów sytuacji, w którą popadali z prawdziwym szaleństwem otumaniającym i pogrążającym w niewypowiedzianym żądaniu przynależności.
Troski i zmartwienia szarej codzienności odeszły w niepamięć i pozwoliły na wdrożenie do rzeczywistości elementu baśniowego, który pozwalał na uległość nieskąpaną w ryzach pruderii bądź ewentualnej dominacji czyniącej z niej ledwie przedmiot, na którym wyładowałby swoją irytację. Dzięki temu badała fukturę jego sylwetki, przekraczała kolejne progi, by wreszcie pozwolić nadchodzącemu orgazmowi na całkowite zniewolenie, które z pewnością wyczuwał w spazmatycznych skurczach, gdy coraz bardziej zaciskała uda na jego biodrach i wyginała się w łuk, chcąc by nie przerywał w tej chwili pieszczoty. Czuła, że to nadeszło nagle i wydarzyło się być może kilkukrotnie, ale słowa wypowiadane spomiędzy spierzchniętych warg ulatywały nieświadomie, zupełnie jakby czyniąc z niej niewolnicę uczuć.
- Zatem mów... - wyszeptała, a kiedy tylko znalazła do tego sposobność, zmusiła go do zamiany rolami. Szukała możliwości do pozbawienia go tego ostatniego elementu, który w tej chwili ich krępował i nie pozwalał na przejęcie odrobiny inicjatywy, a przecież mieli całą noc do tego, by raz jeszcze odnowić w swej pamięci obraz ciał, których ponownie uczyli się na pamięć. Smukłymi palcami przesunęła wzdłuż kości biodrowych Daniela i zahaczyła o ten wrażliwy punkt, choć tak naprawdę czy zrobiła cokolwiek więcej?
Wiedzą już tylko oni.

/zt x2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 682
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 599
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   Pią Sty 05 2018, 23:20

| po Bożym Narodzeniu

Przenikliwe, rytmiczne tykanie zegara mieszające się z mniej regularnym szelestem kartek, z sukcesem dławiło panującą w mieszkaniu ciszę. Pozorny, płynący między ścianami spokój w istocie stanowił jedną, ogromną ułudę; była to jedna z tych atmosfer napiętych wiecznie w oczekiwaniu, z parzącym od wewnątrz kotłem gotujących się pragnień, coraz mniej obarczanych jarzmem samokontroli. Zbyt długo, stanowczo zbyt długo - pozostawali oddzielnie przez panujące rygory zasad, rozdzieleni rozmachem kłótni, nieporozumień, błądząc wśród zawiłości odosobnionych światów. Potrzebował jej, potrzebował kontaktu, oszołamiającej bliskości splatającej zazwyczaj ich dwoje sylwetek zamazywanych w półmroku; w niewiedzy oprócz nich samych, o snujących się niczym cienie, niepoliczonych sekretach.
Uzależnienie - choć wyniszczało - pozostawało zawsze nieopisanie przyjemne.
Warte kontynuacji.
Niezdolne do odwołania.
Z chęcią przyspieszyłby czas - nagiął te nieugięte, rządzące nieodwołaną ręką zasady postępującej, wiecznej obróbki rzeczywistości, ciągu przyczyn i skutków, przeszłości - która bezwzględnie minęła oraz przyszłości - mającej nastąpić; tak, przybliżyłby przyszłość zamaszystym zniekształceniem wskazówek, oderwaniem kart z kalendarza - nawet, jeśli nadzieje te były zgubne, myśli wydawały się śmiało wykraczać w swych dywagacjach. Nawet, jeśli pozostawała bierność. Obecną rozpiętość wolnego czasu gospodarował, czytając książkę - ułożony, dość niewygodnie na salonowej kanapie, przechodził wzrokiem przez ciemne szlaki odbitych na stronach liter. Sekundy dłużyły się, nawarstwiały, rozwlekały - nawet zabijane zajęciem; nie mógł już zabić i opanować biegu, nieustannie zachodzącego w głowie.
Pojawi się dziś?
Jutro?
Nigdy?
Wątpliwości syczały jak poskrywane w zakamarkach umysłu węże, teraz wypełzające powoli z jam, coraz śmielsze, coraz to bardziej stające się natarczywe. Niepotrzebnie - bo przecież przyszła. Zerwał się z miejsca, poprawiając zagiętą gdzieniegdzie koszulę, luźno przylegającą do torsu. Kiedy spojrzenia zdołały się spotkać, kiedy twarz byłą już materialna nie - przywołaniem z dorobku wspomnień - na jego oblicze wstąpił lekki, nieudawany uśmiech. Pomógł zdjąć Holmes wierzchnie okrycie, odwieszając na wolne miejsce.  
Wszystko wydawało się nagle tak namacalne, jak i odległe - obecnie stanowił jeden, chodzący chaos, składał się z nieporządku przejmującego nad nim wręcz absolutną władzę. Pragnienia, instynkty, wychodziły obecnie na wierzch, zachłanne jeszcze na samym starcie; choć z drugiej strony, utrzymywanie ich - oraz jej w niepewności, było ciekawą grą, ocenioną za wartującą podjęcia. Satysfakcja mogła być znacznie większa - ponadto miał on do przekazania też inne kwestie.
- Mam coś dla ciebie - oznajmił po chwili. Na zaistnienie tego momentu również nieopisanie czekał; dlatego nie posługiwał się sowią pocztą, nie spłycał wszystko w zapisywane słowa na pergaminie listu. Nie, kiedy miała się zjawić.
I mogli znowu być razem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 267
  Liczba postów : 128
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   Sob Sty 06 2018, 18:33

Odliczała dni.
Raz po raz spoglądała na zegarek, czekała na moment, kiedy będzie mogła już wyjść z domku babci i przedrzeć się przez uliczki prowadzące do tego konkretnego mieszkania, w którym znajdzie jego; upragnionego i dającego swobodę bycia. Tak, po prostu - bez zbędnych pytań i odpowiedzi. Rozłąka była jednak najgorszym z okrucieństw zgotowanym przez los, który jawił się jako wróg niescalający wspólne ścieżki tych dwojga. Marceline pogubiła w całej otoczce iluzorycznej ułudy obowiązków potrzebę bycia blisko, zapominając o ważnych sprawach i wynosząc na piedestał zwykłe czynności, byleby nie zadręczać się w żaden sposób.
On jej nie chciał.
W to wierzyła, temu zaufała, gdy zorientowała się, że woli starszą od siebie blondynkę, z którą uchodził za parę - czy nadal(?), nie dociekała. Nie szukała fraz raniących, wbijających się głęboko w serce. Dziś poszukiwała perspektywy na znalezienie się w jego ramionach, w których zatopi się niczym mała dziewczynka, a on zrobi z nią bardzo brzydkie i niegrzeczne rzeczy, by potem na lekcjach miała problem z koncentracją, a przecież - transmutacja wydawała się być dziedziną, w której osiągnie sukces; mógłby ją deprymować?
Czarna, koronkowa sukienka podkreślała delikatną linię ciała, a rudawe włosy kontrastowały z ów barwą, nadając Holmes wyrazistości, która na codzień była zapewne niedostrzegalna dla niezainteresowanych. Wszystko brzmiało jak powtórka z Trausnitz, kiedy przychodziła do niego i chciała oddać się pasji, dając upust pożądaniu, które boleśnie ściskało trzewia. Dzisiaj, wydawać by się mogło, że wszystko będzie takie same, ale to niemożliwe; tygodnie, ba!, miesiące rozłąki, enigmatyczne wieczory, których było niewiele, kiedy wreszcie pozwoliła mu znaleźć się blisko, teraz miały stać się rzeczywistością, w której zatoną na kilka najbliższych dni, by przestać myśleć o prawdopodobnych oszczerstwach ze strony tych bardziej nieświadomych łączącego tę dwójkę uczucia. Była na to gotowa, pragnęła dać się porwać raz jeszcze w wir emocjonalnej pułapki, od której była uzależniona, ale gdyby tylko doszłoby do rozłamu ich wspólnej ścieżki - zamarłaby i stała się nikim, ledwie figurką pośród żywych cieni, bez znaczenia.
Oczy uniosła na twarz Bergmanna, a serce zakołowało w jej piersi. Wyważony ruch, dotyk, spojrzenie, dlaczego nadal nie przekroczyli tej niedozwolonej granicy? Oczekiwanie wzmagało apetyt, ale przecież Marceine czekała już zbyt długo. Teraz zdobycie się na kolejne pokłady cierpliwości zdawało się osiągnąć w sposób trudny, niewytłumaczalny, szczególnie wtedy, gdy dotyk palców Daniela zahaczył o jej kark, a każdy mięsień dziewczyny napiął się niczym struna.
- Wystarczy, że jesteś - odpowiedziała cichutko, a zaraz potem skierowała niepewne kroki w stronę kanapy, jakby chcąc uspokoić pędzące odczucia i znaleźć się wreszcie w bezpiecznej strefie, która nie zdominowałaby jej myśli. Te zaś uciekały w stronę spisanych we wspomnieniach dni i tylko dlatego obawiała się, że następne stronice otworzą przed nimi pasma nowych historii.
Czy był pewny tej kontynuacji
Ona owszem.
Czekała na kolejne rozdanie.
Na nowy początek.
- Chyba, że masz moje ulubione wino, wtedy będę mogła zaczerpnąć odrobiny korzyści - zażartowała, a słodki, dziewczęcy uśmiech wpełzł na jej wargi.
Od tego wszystko się zaczęło, prawda?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 682
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 599
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   Sob Sty 06 2018, 21:11

Wszystko wracało - wzmagało swoją obecność w silnych, emocjonalnych barwach, wyostrzało się, przybliżało - nadal niemniej nieuchwytne. Niczym bumerang powracały reminiscencje, określone epizody pozostawione wspólnie na linii czasu; przyjemny ciężar wspomnień na wzór triumfalnego orszaku ponownie gościł przed wzrokiem wiecznie kłębiącej się wyobraźni. Jej osoba - przywracała to wszystko. Swoim absorbującym widokiem przywoływała pierwsze, obfitujące w ciekawość oraz napięcie spotkania, raptowną (być może egoistyczną) oraz owocną w skutki decyzję pozostawania nadal, wykraczając już poza obszar przyzwoitości. Jej sylwetka, której zawsze pożądał tak intensywnie, wyłącznie dla siebie, kipiąc - kiedy dostrzegał osobę dotykającą ją w sposób zarezerwowany dla niego. Samozwańczo nadawał prawa, samozwańczo naginał oraz wyłamał część reguł. Ich historia nie miała być epizodem, impulsem spoczywającym w drobinach kurzu obojętności po wygaśnięciu, gwiazdą spalającą się szybko bez żadnych, dotykających ich wnętrz efektów. Musieli spalać się nadal, musieli - spalać się cały czas w spajających ich niciach nietuzinkowej (wypaczonej?) relacji, w tych ryzykownych zagraniach, od jakich niepodważalnie oboje postanowili się uzależnić.
Niespieszne spojrzenie omiotło ogół rudowłosej postaci - wyglądała wspaniale, swoją kreacją potęgując nastrojenie i tak wyczulonych zmysłów. Pożądanie rozchodziło się wzdłuż narządów jak bunt, jak odpowiedź instynktów - porywczych, z cudem utrzymywanych w ryzach iluzji zwykłego, serdecznego spotkania znajomych osób. Gra zawsze wymagała poświęceń. W mającej zajść odpowiedzi, kąciki ust mężczyzny drgnęły niespiesznie, poszerzając łuk przybranego uśmiechu. Szedł za nią, w zgodnych, dopasowanych ruchach, zmierzając w stronę salonu.
- To oczywistość - wybrzmiał, w owym momencie celowo umniejszając odległość jednym, bardziej zdecydowanym krokiem. Zatrzymał się wówczas - kiedy dystans znów się poszerzył, zaś ona zajęła miejsce. Jedno machnięcie różdżki przywołało wspominaną butelkę oraz dwa, mrugające w promieniach lampy kieliszki. Później już usiadł, swobodnie, obok - aczkolwiek nie naruszając nadto jej osobistej przestrzeni. Nie teraz.
W rzeczywistości czyhał jak naprężony do naskoczenia drapieżnik, wyczekujący jedynie odpowiedniej okazji wobec ostatecznego ruchu. Puszczał tę sytuację wolno, pozwalał jej toczyć się bez nacisku, bez przewidywań - dostosowywał się. Tak, jak zwykł czynić zawsze. Nawet, jeśli odległość wydawała się tak nieznaczna, niesamowicie łatwa w draśnięciu i przełamaniu - tak niewiele pozostawało, aby dosięgnąć jej ust oraz objąć niespokojnymi dłońmi jej ciało. Zawsze wzbudzała w nim zrywy uczuć, gwałtowne - zarówno w czas trwania zwyczajnych spotkań, podczas namiętnych nocy, podczas (niestety) kłótni. Nie oczekując już więcej, napełnił naczynia winem, pozwalając zagościć w nich graniczącej z czerwienią oraz fioletem barwie. Dopiero w trakcie nadejścia kolejnej chwili, postanowił doprecyzować.
- Wspomniałem - skoncentrował swój wzrok ponownie na twarzy Holmes, pragnąc wyłapać każdy możliwy szczegół; pragnąc nasycić się, odnotować każdą powstałą zmianę - o czymś ponadto. - Do jego dłoni zawędrował podarek, który jej wręczył - w skromnym, aczkolwiek ładnym, zamykanym opakowaniu mieścił się wybrany specjalnie naszyjnik, równie urzekający w pierwszym spojrzeniu prostotą. Trwający, świąteczny okres stanowił wyłącznie pretekst do upominku.
Chciał, aby coś, choć drobnego - zostało przy niej na dłużej.

kostki tutaj
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 267
  Liczba postów : 128
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   Sro Sty 10 2018, 12:04

Nigdy nie trzymał jej w dłoniach na tyle silnie, by bez trudu mógł przyznać sam przed sobą, że należy do niego; czy tak było w rzeczywistości? Ile kłamstwa jest w jednym zaprzeczeniu, skoro serce, dusza i ciało wyrywało się do niego, odpychane po stokroć pragnęło nadal jednego? Lawirowali na pograniczu szaleństwa, czystego obłędu, w który popadali w stagnacyjnych reakcjach szukając podrzędnego, nic nieznaczącego pocieszenia opartego o zwierzęce potrzeby. Dążyli do zaspokojenia, a zarazem nie odnajdywali go na tyle, by nie musieć o kolejną dawkę złudnej atencji, która rozmyje się nad ranem, gdy wszystko dobiegnie końca; ich prawo do wspólnej egzystencji nie istniało w obłudnym świecie normatywnych zasad.
Kruchość sylwetki otulona koronkowym materiałem pokazywała, że to dla niego - tylko i wyłącznie - scalała się z uśpionymi pokładami sensualności, gdzie erotyka ulatywała ponad eter, nie pozwalając na ewentualny zwrot akcji. Pozostawała w swej postawie nazbyt niewinna, wątpliwie wypełniona świadomą kobiecością, a jednak... Odnajdywał w niej pokłady swoistego rodzaju zmysłowości, którą wznosił na piedestał i pieścił z ukontentowaniem, jakby to było jedyne słuszne spełnienie - jak dotąd - nieujarzmionych fantazji.
Przyglądała mu się niepewnie, z trudem akceptując wzrok, w którym płonęły dawne emocje, o których zdążyła zapomnieć. Nie była ich pewna, tak samo jak tej wizyty, bojąc się, że połamie ją niczym plastikową laleczkę, a zarazem ciekawość wzrastała nieustannie, by wreszcie ustąpić pragnieniu i chowając lęki pod połami szaty, która zawisła na naściennym haczyku. Serce po raz kolejny zakołowało w jej piersi, a chwilę potem stanęło na moment czy dwa, by wreszcie wyrównać tempo, które nie mogło zostać zaburzone przez kogokolwiek; potrzebowała ulotnej pewności, że to tylko rozmowa, choć z każdą chwilą podniecenie wzmagało w niej chęć przełamania wykreowanych barier.
- A czy oczywistością jest też to, że powinien pan zachować odpowiedni dystans? - zażartowała i sięgnęła po kieliszek ulubionego wina, by po raz kolejny spojrzeć na niego szeroko otwartymi oczami i zastanowić się nad ewentualnymi zachowaniami. Nie planowała zrobić pierwszego kroku, nie czując się na siłach w narzucaniu mi swojej woli; wolała tę grę domysłów, gdzie oboje wyczekiwali iluzorycznej chwili , gdzie zespolą się w jedno i pogrążą w świecie podniet.
Wiesz, że tego chce?
Była jednak niepewna. Zastanawiała się - czy tamta nadal jest, choć oficjalne plotki głosiły, że nie; zniknęła, ale nadal pozostawały listy. Istniała? Była obecna? Kolejne pytania pojawiały się w jej głowie i szukała sposobu, by się ich pozbyć, przestać zatruwać umysł nieodpowiednimi scenariuszami, aż wreszcie dotknąć ledwie opuszkami dłoni mężczyzny i sprawdzić - czy jest prawdziwy i czy aby na pewno nie jest to sen. Milczenie stawało się pokusą i potęgowało gromadzące się pod powierzchnią skóry emocje.
- Daniel... - szepnęła cicho, gdy wspomniał raz jeszcze o prezencie, a kiedy ozdobne pudełeczko pojawiło się w jej dłoniach, zastygła w bezruchu. Nerwowo przygryzła policzek od środka, by następnie uchylić nieznacznie wieczko i poczekać na ewentualny przebieg zdarzeń, pomimo że z jej spierzchniętych warg uleciało ledwie słyszalne - dziękuję. Spokojnym ruchem odgarnęła z pleców rude pukle i odwróciła się do niego, ukazując przy tym łabędzią szyje, jakby oczekując działania - naturalnego w swej prostocie. Liczyła, że to zrozumie, pozwalając mu w ten sposób założyć subtelny łańcuszek, który idealnie podkreślać będzie jej dziewczęcość i pokaże mu, że pewne rzeczy nigdy się nie zmieniły.
Nadal twoja.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 682
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 599
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   Czw Sty 11 2018, 01:07

Lubił nadawać nowe znaczenia słowom.
Poszczególnym terminom; zdaniom nawarstwiającym się w akapity; zakrzywiać, zmieniać przedzierający się punkt widzenia. Rozszerzać interpretacje. Uwielbiał odtwarzać zasady, zapisywać ich treść na nowo, zdeformowane zwierciadłem zwodniczej tafli swej igrającej duszy. Nieustannie owijał je wokół palca, poddawał, zawsze znajdował w nich argumenty. Zawsze usprawiedliwiał siebie - zamieniał grzech w dobroczynność, kłamstwo w czynione dobro, oszustwu nadawał formę realizacji perfekcji. Wydzierał z siebie już same strzępki sumienia niczym kawałki starego, strzępiącego się płótna, pozbawionego najmniejszych szans do użytku. Dzięki takim praktykom samoistnie unikał kar chłosty poprzez narzucające się, wirujące nagromadzenia myśli, unikał powstawania wyrzutów, unikał uporczywego powtarzania jak mantrę, że nie powinien. A przecież - pogłębianie w spojrzeniu innych hańbiącej relacji, zwodzenia niewinnej istoty tak długo, kontynuacji obustronnego uzależnienia - posiadało obowiązek stworzenia w nim wewnętrznego, moralnego odzewu.
Nie. Nigdy.
Nie potrzebował tych idiotyzmów - pełnych żałosności narzuceń, wpajanych doktryn, pod którymi uginała się większość linii myślenia (niepotrzebnie; pełnych słabości). Nie, kiedy mógł mieć obok siebie, nie, kiedy przychodziła do niego i znajdowała się znów tak blisko, pogłębiając napięcie, przyspieszając pęd rwącego się serca - niczym ptak, co obłąkańczo żywi nadzieję swojej ucieczki. Jeśli zasady im zabraniały - zapisywał je odtąd na nowo, nieporuszony, mamiąc jak zawsze postronnych wizją całkiem innego człowieka.
- Odpowiedniość jest względna - odpowiedział z wykwitającym, szerszym, niby to ironicznym ale zarazem obfitującym w serdeczność uśmiechem. Wszystko bywało względne. Ich świat miał własne regulaminy, kodeksy - konkretnie - będące po prostu wyparciem tych panujących, wpajanych od urodzenia. Nie przeklinał momentu poznania oraz poddania się nieuchronnej pokusie, nie żałował nigdy swoich nalegań, pod którymi to ona zwykła uginać się, niby bezbronna i krucha.
Oboje wiedzieli, że chcą.
Bez względu na wszystko pierwotny impuls pozostawał zbyt intensywny.
Ze spokojem ukrócił dzielącą ich dwoje odległość - delektował się sposobnością tak wówczas łatwego zagarnięcia jej, przybliżenia swych ust, które bez najmniejszego znużenia ogarnęłyby w pocałunkach jej szyję. Mechanizm powściągliwości w istocie jedynie pogłębiał obecne wewnątrz pragnienia, prowadził prosto w otwartą paszczę obłędu. Poprawienie niesfornego kosmyka włosów, przypadkowe? muśnięcia o delikatną skórę, opanowana, odczuwalna mgiełka wydechu osiadająca, to wydająca się wtem rozpraszać. Błąd. M u s i a ł. Dwa zniżające swój tor, lekkie wylądowania warg, drażniące swoim dotykiem - subtelną zapowiedzią, pozbawionego przypadkowości bodźca. Z tego się składał moment - w rzeczywistości ulotny, rozpięty pomiędzy kilkukrotnym powtórzeniem mrugnięcia lustrującego oka. Ostatecznie naszyjnik mógł w pełni stanowić ozdobę, dopełniać wygląd, sprawić, aby oboje się przekonali.
- Możesz zobaczyć się w lustrze. - Wyraźniejszy w odczuciu strumień powietrza zawierał w sobie wręcz oczywiste słowa. Gotowe. Równie oczywistym stawało się dla mężczyzny - powoli kończył swoją działalność rozsądek.
Jeden krok, aby zerwać.
Uczyni go z przyjemnością - na razie jeszcze czekając. Po raz ostatni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 267
  Liczba postów : 128
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   Czw Sty 11 2018, 08:45

Kim dla siebie byli?
Ile prawdy było w nich samych, gdy atakowali się oszczerstwami, a zaraz potem szukali sposobu, by udobruchać złość, która rozsierdzała od środka?
Uszyte kłamstwami emocje jawiły się jako te najszczersze, przesiąknięte odpowiednią dozą czegoś w rodzaju manipulacji, pomimo że z naturalnego pragnienia dążyli do spisania kolejnego scenariusza. Byli odpowiedzialni za rozłam i zwątpienie, a zarazem za obopólnym działaniem utwierdzali się w przekonaniu, że nie mogą bez siebie istnieć. Pozbawiona jego ramion szalała w oceanie samotności, dokładnie tak jak w Trausnitz, kiedy zniknął, a ona została ofiarowana na scenę szydery i poniżenia, którego nie był świadomy; nie mógł, nie powinien; lepiej, by uważał, że to kłamstwo. Dzisiaj jednak była tuż obok, nie zastanawiając się nad niczym, oprócz tego - jak dużo czasu zyskali swoim uporem, zakrawającym o finezję subtelności zespalającej ich ciała razem. Noc, dwie, a może całą wieczność(?), w której uciekną przed światem i zostaną nieosiągalni dla tych, którzy usilnie próbują wydać wyrok. Och, głupcy, głupcy - po stokroć głupcy!, wierzący w swą siłę i potęgę, która nieosiągalna dla ślepych, przypominała ledwie karykaturalny pierwiastek świadomości; zwodniczej i pozbawionej choć cienia realności.
Powinien.
Powinien w tej chwili sprawić, że jego imię zostanie na jej ustach aż do kolejnej rozłąki, by wiedział, że stał się panem ciała i duszy, w których posiadaniu nadal był tylko on. Musiał w tym momencie pogrążyć się w ulotności, przemierzając kręte ścieżki niewiadomych. Był pewien wszystkiego? Zasady nie istniały, chyba że to oni byli ich twórcami, czyniąc w ten sposób z ludzi tumanów własnych ograniczeń, bowiem - Marceline i Daniel - współgrali jedynie wtedy, gdy żadne zasady nie przyczyniały się do powściągliwości, która od dawien była im zupełnie obca.
Upiła kolejny łyk wina, gdy wspomniał o odpowiedniości, a zaraz potem tkwiła odwrócona do niego plecami, jakby nie mogąc znieść wizji, że ma nad nią taką władzę. W kanalikach nerwowych przepływały potęgujące wszystko emocje, a w jej głowie pojawiały się scenariusze - jak go testować, jak sprawić, by błagał, ale... Czy sama nie wyrządziłaby sobie tym krzywdy? Oczekiwała pewnych zachowań, a zarazem chciała ulegle podlegać wizji jaką na nią nałożył, pomimo że to spontaniczność królowała w ich jestestwie, gdy bliskość stawała się nieznośna.
- Pamiętasz Perth? - nie pytała bez powodu; obdarzył ją tamtego wieczora równie enigmatycznym pocałunkiem, gdy wreszcie sama zdecydowała się pociągnąć go na górę i poprowadzić w stronę łóżka; tak bardzo nieświadomego liczby, która charakteryzowała jej wiek. Oddech Holmes spłycił się, a serce biło rytmicznie w piersi, gdy ciepłe strużki powietrza drażniły delikatną powłokę skórną, przyczyniając się tym do sekundowego załamania w rzeczywistości. - Albo noce w Trausnitz? - szeptała cichutko, poddając się całkowicie iluzorycznej chwili, kiedy z taką precyzją drażnił jej wrażliwe punkty. Przymknęła nawet powieki, by nie skupić się w pełni na tym, co się dzieje, nie pozwolić mu na rozproszenie zebranych myśli, ale tak doskonale wyważał każdy gest i ruch, że czekała jedynie na więcej. Bez pytanie ujęła jego dłonie, które wolno skierowała na swój brzuch i wsparła się wreszcie o jego tors, by następnie pozwolić mu na swobodną wędrówkę po koronkowym materiale, który dzielił go od miękkiej skóry. - Chciałabym... - przypomnieć sobie tamte czasy - - zostać tylko w tym łańcuszku - przyznała, choć może ów słowa wcale nie uleciały z jej ust, które teraz nieznacznie rozchylone układały się raz jeszcze na delikatnym szkle, z którego skradała kolejne krople wina.
Tak niewiele potrzeba.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 682
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 599
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   Pią Sty 12 2018, 23:36

Werbalizacja zdawała się schodzić ze sceny spotkania (ukrytego za wodospadem kurtyny nieprzewidywalności przy każdej zachodzącej sekundzie); inscenizacji prowadzonej na równi ze spisywaniem jej scenariusza; piórem maczanym w eskalowanej, trzymanej zbyt długo już namiętności. Zdania, przekazy - choć obijały się jeszcze, choć uiszczały swój krótki żywot kończony wspólnie z odbiorem ich bodźców, stawały się coraz to mniej potrzebne. Jedynie wpierw jej pytania, owiewające miękko pobliski eter, przywoływania w wyobrażeniach mężczyzny synestetycznych wizji: barwnych obrazów, dźwięków, emocji, które niezmiennie od wyznaczonego przypadkiem początku targały od środka i wysycały każdy w jej obecności oddech. Milczał, gdy wymieniała, z tak samo rozmytym jak poznającym linię jej szyi, kształt ciała wśród ciepłych promieni upadających z lampy, dozując początkowo subtelny, nastrajający jej receptory dotyk.
- Wszystko. - Kolejny szept, niski, przedzierający się (czyżby po raz ostatni?) przez kotarę pełnego zagadkowości milczenia. Dokładnie, wyraźnie - wszystkie zetknięcia, wszystkie gry ciał, w których tak bardzo chciał uczestniczyć, które wracały doń później echem z nieodwracalnej, niezdolnej do powtórzenia przeszłości. Z każdym dniem staczał się, nie chcąc nade wszystko urywać wpierw ulotnego kontaktu, jaki rozrastał się ponad miarę ich oczekiwań. Nie chcąc przybierać maski nauczyciela tuż po (nie)przypadkowym spędzeniu nocy, kiedy oboje zlewali się z otoczeniem półmroku, kiedy ich cienie mogły formować na ścianie wspólny, pełen obłędu układ. A on - zarówno nie pojmował wartości tych wspomnień jak zaczynał doceniać, zarówno błądził, uciekał jak wracał po nieszczęśliwym rażeniu obojętnością. Czy kiedyś zdołasz to całkowicie zrozumieć, Danielu? Mgła myśli odstąpiła od niego, pozostawiając wyłącznie wijące się pożądanie, którego krzyk wydawał się dudnić w każdej z komórek ciała; mimo, że powierzchownie kłamliwie panował spokój, spokój naprowadzanych dłoni, wpierw biernych, darzących jedynie swym ciepłem.
Ewidentnie wówczas głoskowy przekaz zatracił wartość. W tym momencie. W tej przerwie, w mrugnięciu iskry, być może niezupełnie okrywającej się świadomością skrywanej siły.
Nie musiał jej wszak zapewniać, odpowiadać cokolwiek, nie musiał jej obiecywać spełnienia tej jakby prośby (żądania?). Nie formował już pytań, nie potrzebował sugestii; trzewa skręcały się w ścisłe supły pod naporem emocji oraz instynktów, bezdennego pragnienia uprzednio nieobecnej i niedostępnej dla niego postaci. Opuszki palców rozprowadzały swój dotyk powoli; jedna z rąk wędrowała w dół jej sylwetki, wpierw niewyraźnie spoczywając na udzie - aby zagłębiać się, wyżej, głębiej, wśród stref coraz bardziej wrażliwych na sukcesywność działań. Szorstki, rdzawy zarost ocierał się o jej cienką skórę przypadkiem, kiedy pocałunkami wytyczał kolejną ścieżkę przez szyję, rozpoczynając od karku, przez delikatność zagłębień, kończąc na stanowiących granicę ich obojczykach - których również nie omieszkał się musnąć wargami. Druga z dłoni zatrzymała się najpierw na wysokości piersi, roztaczając kilka swych ruchów, lecz później, zmieniając zdanie, pochwyciła zapięcie sukienki, aby odsłonić kolejne fragmenty odkrywanego na nowo, bez najmniejszego znużenia ciała. Przejechał lekko opuszką wzdłuż odsłoniętej częściowo linii jej kręgosłupa.
Nie chciał kontynuować tutaj. Drobna, niepozorna sylwetka Holmes nie stanowiła większego wyzwania dla męskich ramion, chcących przenieść ją do sypialni - w międzyczasie nareszcie w pełni łącząc w pocałunku ich usta. Chciał ją zobaczyć, w tej analogii, z włosami w urokliwym nieładzie oraz ciałem tonącym w pościeli - już pozbawioną niepotrzebnej sukienki, kiedy się nad nią nachylał. To był dopiero początek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content












PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 5   

Powrót do góry Go down
 

Mieszkanie nr 5

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

 Similar topics

-
» Mieszkanie
» Mieszkanie 18 - Marceline Delacroix i Madison Richelieu
» Mały salon
» Mieszkanie Curtis Juvinall i Raphaela De Nevers
» Mieszkanie Emmy

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
londyn
 :: 
Ulica Tojadowa
 :: 
Kamienica nr 64
-