IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 zwodzisz mnie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 288
  Liczba postów : 151
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: zwodzisz mnie   Sro Lut 07 2018, 20:33


Retrospekcje

Osoby: Marcelina & Daniel
Miejsce rozgrywki: Hogwart
Rok rozgrywki: początek 2018
Okoliczności: kolejne zignorowane zajęcia, brak obecności tam, gdzie powinna być; zbyt wiele słów.
Zbyt wiele prawdy.


Ostatnio zmieniony przez Marceline Holmes dnia Sro Lut 07 2018, 20:37, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 288
  Liczba postów : 151
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: zwodzisz mnie   Sro Lut 07 2018, 20:33

Zbyt krótko to wszystko trwało.
O jedną lub dwie doby.
A co jeśli transformacja czasu mogłaby przejść w wieczność?
z a w s z e
Dni mijały spokojnie, o ile można w ten sposób zweryfikować kolejne godziny poświęcone na wertowanie podniszczonych stronic w szkolnej bibliotece, tworząc notatki i przypominając sobie o znienawidzonych zagadnieniach z dziedzin, które nigdy nie jawiły się jako jej ulubione. Przedmiotem sprawiającym przyjemność młodziutkiej czarownicy była transmutacja, na którą notabene nie miała odwagi przychodzić, jakby bojąc się o reakcje nauczyciela, o oschłość, dystans i chłód bijący od jego postawy. Czyż nie to raniło ją najmocniej? Zdawała sobie sprawę, że ignorując wykłady czy lekcje Bergmanna doprowadzi w końcu do zawieszenia jej, ale strach paraliżował ją na tyle mocno, że nie potrafiła przełamać się w swoich wykreowanych scenariuszach, które mąciły spokój ducha. W ułamku sekundy pamięć o słowach i czynach wypowiadanych przez Daniela ulatywała w eter, a na horyzoncie malowała się świadomość przeszłych sytuacji, w których faworyzował inne, nic nieznaczące.
Biegła korytarzami Hogwartu, gdy wreszcie przypomniała sobie o zajęciach z profesorem, ale to właśnie spisywane frazy na pergaminie dotyczące jego przedmiotu doprowadziły do chwilowej dekoncentracji i zapomnieniu o podstawowych obowiązkach. Modliła się w duchu, by nie dawał jej żadnego szlabanu, bo przecież nie byłaby w stanie zjawić się w gabinecie tego konkretnego profesora, przeczuwając konsekwencje z samotni, w której zamknęliby się przed światem. W Trausnitz walczyli ze sobą zbyt długo, ale jakże nieudolnie, a w Hogwarcie ta walka byłaby zgubna od samego początku; chciała do niego należeć.
Kiedy tylko dostrzegła jak drzwi auli otworzyły się, zastygła w bezruchu.
K u r w a. M a ć.
- Już koniec? - szepnęła cicho, gdy wreszcie udało jej się wypatrzeć znajomą twarz w tłumie, a zaraz potem odciągnęła krukona na bok. Czekała na jakąkolwiek odpowiedź, reakcję, coś co pozwoli uwierzyć, że może to tylko parominutowa przerwa, ale... Spóźniła się.
Kątem oka dostrzegła sylwetkę Daniela w oddali, a gdy ich spojrzenia się skrzyżowały, spuściła tęczówki i czym prędzej odwróciła się na pięcie, by obrać inny tor swej podróży korytarzami. Nie chciała, by myślał, że go unika, ale w pewnych sprawach nie posiadała żadnego wyboru, a ten moment właśnie takowym był. Musiała reagować szybko, by nikt nie powiązał znaczących faktów, ujawniających grzechy, w które się wplątali, a doskonale liczyła się z plotkami, które kilka tygodni temu obiegły cały Hogwart.
Wędrowała korytarzami szkoły, co jakiś czas opuszkami dotykając ścian, w których wciąż tętniło życie, jakby chciały opowiadać historię z przed wielu lat, na co Marceline reagowała dwojako. Z jednej strony fascynowało ją to, zaś z drugiej - wydawało się nazbyt nieosiągalne, dalekie, budzące przestrach. Czy wszystko mogło wydarzyć się naprawdę? Z zamyślenia wyrwał ją dopiero hałas, którego sama była przyczyną. Niezbyt skupiona i pogrążona w głębokiej otchłani myśli wpadła na jednego ze studentów, z pewnością z klasy wyżej, na co mogły wskazywać dwie księgi znajdujące się pod jej stopami. Byle nie robić z siebie większej ofiary niż była, pospiesznie schyliła się po lekturę i na raptem ułamek sekundy pozwoliła na skrzyżowanie spojrzeń.
- Przepraszam - szepnęła, a zaraz potem odsunęła się na krok, chcąc ufać swojemu przeczuciu, że może jednak nie zawiśnie zaraz pod sufitem.
- Myślałem, że to puchonki są niezbyt rozgarnięte, ale może pomyliłem domy? - zażartował chłopak, a uśmiech, którym obdarzył Marceline sprawił, że policzki pokryte siateczką piegów przybrały jeszcze intensywniejszego kolorytu; tak łatwo się zawstydzała. Chciała podjąć się próby jakiejkolwiek ewakuacji, bo to było teraz istotne, a przynajmniej na tyle, by odgonić myśli od kolejnej wpadki dzisiejszego popołudnia.
- Byłam zamyślona - wytłumaczyła pospiesznie, a chwilę potem zrobiła krok w tył, szukając ewentualnej ścieżki, za którą miała podążyć, bo czyż nieodpowiednim było teraz znaleźć się w dormitorium lub chociaż salonie wspólnym? - Powinnam już wracać - wydukała, łamiąc słowa w dwóch miejscach, unosząc przy tym tęczówki na nieznajomego, dając mu jasno do zrozumienia, że to nie najlepszy czas na kontynuowanie dysputy.
- Więc może innym razem pozwolisz się porwać na kawę w Miodowym Królestwie? - zaproponował otwarcie, zaś w tym samym momencie, plecy Marceline przy kolejnym kroku zetknęły się z dziwną, nieznaną i zbyt ciepłą płaszczyzną. Odwróciła się gwałtownie, a jej oczom ukazała się twarz Daniela, co poskutkowało gwałtowniejszym biciem serca i falą emocji, które zalały ją w ułamku sekundy. Holmes traciła grunt pod nogami, ułożone wymówki i wszelkie argumenty dla swojego zachowania, co nie miało teraz żadnego znaczenia.
- Profesorze, nie chciałam... - głos rudowłosej, drobnej dziewczyny brzmiał inaczej; słychać w nim było niepewność i brak naturalnej nuty.
Co robić.
Co robić, gdy rzeczywistość wydaje się być pułapką?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 891
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 685
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: zwodzisz mnie   Czw Lut 08 2018, 13:06

Głód kobiecego ciała był w nim przepastny; nawiedzał prędko po wygaśnięciu, nieposkromionym, trudnym do odrzucenia uczuciem. Nic nie umiało mu sprostać, nic zastąpić - nie podsycało oraz nie spalało go równie, czyniąc zeń ledwie sługę dla dobra działań prymitywności (?) ciała ludzkiego, źródła najprostszej oraz paradoksalnie najintensywniejszej rozkoszy, porażającej wszystkie nerwowe szlaki jak piorun. Zdecydowanie zbyt wiele myśli oscylowało dokoła rozgrzanych ud, rozchylonych krawędzi warg oraz oczu o rozszerzonych od pożądania źrenicach - po skończeniu błogiego urlopu, którego dosadna, amoralna esencja skrywała się za kurtyną pozorów, kurtyną milczenia i nieodbytych w rzeczywistości rodzinnych spotkań (poza jednym, niezbędnym), wszystko wydawało się być wyblakłe, wszystko wołało go, napędzało bezdenny, wilczy apetyt. Wzmagało uzależnienie, którego diabła bronił adwokat w formie męskiego pierwiastka, męskiej słabości, nieodpartego napięcia, nawarstwianego przy kilku dniach pozbawionych kobiecej sylwetki, zmysłowo zarysowanej w półmroku, nurkującej w miękkości sfałdowanego posłania.
Zderzenie z ponurą szarością dnia codziennego, obowiązków nauczyciela, nie przeplatało się z niczym zaskarbiającym uwagę. Podirytowany - jak zawsze - wyczynem Clarke'a, którego sama, nawet bezczynna obecność skręcała go w irytacji, opuszczał salę, podobnie jak strumień uczniów oraz studentów. Wykład przebiegł, podsumowując pomyślnie, chociaż nie dostrzegł jej wśród widowni mimo prawionych obietnic - opuszczała się przerażająco w swych osiągnięciach, wiecznie błądziła gdzieś, jakby celowo pragnęła zaszyć się poza jego wzrokiem. Zdenerwowanie znów wzrosło, kiedy mignęła mu w zgromadzeniu na korytarzu, wśród mozaiki nieistotności odmiennych twarzy, innych sylwetek, pogrążających się w prowadzonych rozmowach; gwar był nieodzownym składnikiem tętniących ożywieniem korytarzy Hogwartu.
Nie mógł przecież się do niej zbliżyć.
Zachłanna myśl o niej rozdzierała Bergmanna, czyniła chaos we wnętrzu czaszki, istne splątania nieokiełznanych myśli. Rozkojarzony, przybierał maskę fatamorgany skupienia, która przylgnęła do twarzy, do wzroku, lądującego wśród tekstu własnych spostrzeżeń. Aż wreszcie - nastąpiło zderzenie. Dotyk. Silniejsze zabicie serca, zdziwienie, oderwanie spojrzenia od kreślonego niegdyś na pergaminie przekazu. Strzępki pobliskiego dialogu wiły się z żałosnością w głowie mężczyzny, powtarzały złośliwie, jak gdyby przy tym rechocząc.
- Nic się nie stało - odpowiedział machinalnie, lekkim, przepełnionym neutralnością wzrokiem zstępując na drobną postać, na usłaną piegami, dziewczęcą twarz, lekko oraz urzekająco rumianą. Zazwyczaj, powinna stworzyć w profesorze Bergmannie uśmiech, naturalny, serdeczny - obecnie wyłącznie podsycała oliwią wewnętrzny ogień - płonącego pod szczelną, powierzchowną powłoką zdenerwowania. Na nią, na wszechobecne znużenie, na wykład, na klasyczne odstawienie nałogu, który najsilniej wypalał jego wnętrzności. Na stojącego obok chłopaka (kim był konkretnie dla niej?). Na własną, pozbawioną uzasadnienia zazdrość.
Na w s z y s t k o, cholera jasna, na wszystko.
- Panno Holmes - grał jednak nadal nauczyciela - przy nietypowej okazji - zaznaczył półżartobliwie, zwracając się do niej; z premedytacją, z jasną premedytacją i złośliwością, doskonale świadomy odpowiednich w wybrzmieniu akordów, zasiania ziaren, z których to wkrótce rozpocznie narastać niepokój.
- Proszę przyjść do mnie w sprawie nieobecności - zaznaczył, z rozkoszą nadmieniając swój powód, swoją wymówkę, którą był w stanie nagminnie i bez podejrzeń używać. Odszedł, spokojny, na nowo zaszywając się w świat skrupulatnych notatek, chwilę później znikając za murem oczekujących pod wejściami do konkretnych pomieszczeń postaci.
Naprawdę sądziła…?
Obserwujący dalsze przemieszczanie się Holmes kruk - wśród komplikacji zamku, wydał się w intuicji rozpoznać obraną drogę. Wielkim szczęściem był jeden, niezmiernie dyskretny korytarz, przy którym czuwał już jako człowiek, czyhał jak skradający się łowca, gotów w najwłaściwszym momencie wykonać skok w stronę potencjalnej zdobyczy.
Triumfalny uśmiech rozciągnął wargi mężczyzny.
Miał rację.
Cisza, owiewająca scenerię, była mącona jedynie echem rozchodzących się kroków, ich oddechami, kołaczącą symfonią serc skrytych pod osłonami żeber. Pociągnął ją, zakrywając swą dłonią usta (aby jej krzyk nie rozniósł się, sprowadzając niepokój), do jednej z nieodwiedzanych już klas, wytartych z umysłów - wypełnionych pustynią kurzu. Rzucone naprędce Colloportus, musiało, nawet pomimo zakłóceń, za którymś razem przywołać korzystny efekt. Nie zważając, nie przejmując się - przytrzymywał ją sztywno, pozwalając nie-przyzwyczaić się do swojego afektu, do przyciśnięcia, do chłodnej ściany dotykającej skórę, jakby w istocie była uciekinierką. Dopiero po chwili poluzował swą rękę, blokującą dziewczęce wargi.
- Dlaczego to znowu robisz? - wysyczał jadowitym pytaniem wprost do jej ucha, ociężałym od licznych pretensji, od bezsilności; od całokształtu wrzącego wówczas pod jego skórą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 288
  Liczba postów : 151
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: zwodzisz mnie   Pon Lut 12 2018, 08:49

Gubiła się we własnych myślach, które zmuszały do wielu zachowań. Jawiły się jako jedyne właściwe, a zarazem tak sprzeczne z pragnieniami odbijającymi się echem od cienkiej ściany skóry. Paliły żywym ogniem, uporczywie szukając drogi, która uwolni je z okowów narzuconych z obawy - nie przez zeń same. Walka jaka była toczona w drobnym ciele Marceline świadczyła o tym, że dała się zniewolić i przegrała ją ponownie; uległa, nadając mu prawo do bycia jedynym odpowiednim, który miał szansę rościć sobie wobec niej bezwzględną przynależność, jakby nikt nie powinien wejść na teren tego co posiadał. Czy aby na pewno tak się stało? Enigmatyczna tajemnica wiązała ich we wspólnym więzieniu, z którego nagle - wydawać by się mogło, że zniknęła. Wydostała się przez miniaturową szczelinę i pognała na bezdroża, byleby uciec od osoby Daniela Bergmanna, rezygnując ze wszystkiego, co było z nim związane, mimo że stała się uzależniona od niego, jak narkoman, który poszukuje swoich narkotyków.
Nie zdawała sobie sprawy, że torturując siebie, skazała także jego na swoistego rodzaju cierpienie, odbierając możliwości dotarcia do niej, poddania się męskim zapędom, dominacji, która zrodzi w niej falę gwałtownego podniecenia, by tkwić na uboczu z dala od żądań egoistycznych i wysublimowanych podniet. Musiała skupić się na nauce, częściowo rezygnując z lekcji, które prowadził on, licząc się z brakiem skupienia i ewentualną oceną, nieodpowiednią względem wymagań postawionych przez ojca.
Palący wzrok mężczyzny wywołał w niej nieodparte wrażenie stanu irytacji, w który go niemal nieświadomie wpędziła. Sama odczuwając szeroką paletę emocji, które tętniły w nim, reagowała w sposób absurdalny, poddając się jego woli. Był zły, ba!, można śmiało określić, że wściekły, ale to mogła dostrzec tylko ona, podobnie jak zazdrość, która nagle dała o sobie znać, kiedy to zrozumiała w jakiej sytuacji ją zastał; nie znosił tych wszystkich młodych chłopców, mogących zaskarbić sobie jej sympatię, ale czy nie zdawał sobie sprawy, że to jego chciała, najmocniej w świecie?
- Profesorze - szepnęła cicho i nie spodziewała się, że nieznany jej uczeń odważyłby się odezwać. W jakim błędzie tkwiła, skoro chwilę później nieznajomy odezwał się, zaś głos - przyjemny dla ucha - uraczył ich dwuznaczną frazą.
- Niepotrzebnie zajmowałem jej czas, proszę jej nie karać.
W tęczówkach Holmes pojawiła się nuta rezygnacji, wszak student nie był z pewnością świadomy, co łączy nauczyciela z krukonką, a tym samym doprowadził do sytuacji, w której to ona będzie musiała się tłumaczyć, choć nie była niczemu winna.
- Zaraz przyjdę, profesorze - wydusiła z siebie, a serce uderzyło dwukrotnie szybciej, kiedy to pojęła, co się może wydarzyć. Nie chciała go zawodzić i zrozumiała to właśnie teraz, idąc korytarzem i nie odwracając się już na chłopaka, który był jej całkiem obojętny. Oddychała z trudem, mimo to nie zwalniała, układając w myślach ewentualny plan obrony, fraz, które przekonałyby go o uczuciach tętniących w niej na tyle intensywnie, że gdyby tylko chciał - mógłby ich dotknąć. Elementarność całej scenerii przypominała abstrakcyjną ułudę, w której zaraz utonie, nim jednak zaakceptowała swój los, kolejne utracenie go - gwałtowny ruch sprawił, że zastygła w bezruchu, zaś stłumiony jęk ugrzązł na linii gardła. Patrzyła szeroko otwartymi oczami na Daniela, od razu chcąc wyswobodzić się z pod jego siły, przez co smukłe palce zacisnęły się na jego przegubie. Starała się zrozumieć, pojąć ów zachowanie, ale im dłużej dzierżył władzę nad jej wątłym ciałem, tym bardziej ona się temu poddawała. Mimowolnie zsunęła dłonie wzdłuż męskiego ciała i pozostawiła je na grzebieniach biodrowych, byleby mieć szansę odepchnięcia go od siebie. Nieoczekiwana bliskość sprawiła, że chciała wtopić się w ścianę, zaś jego słowa odbierały kontrolę nad świadomą obroną. Feeria emocji wymieszanych w dwóch ciałach przypominała ledwie iluzoryczną otoczkę, która odgradzała ich od świata. Ile musiało się wydarzyć, by rzeczywiście stali się kiedyś dwoma, dalekimi bytami? Głupcy mogliby sądzić, że cokolwiek zdoła ich rozdzielić.
- Puść - powiedziała z trudem, choć ciało sugerowało coś zupełnie innego - trwaj. - Jesteśmy w szkole, nie możesz - wydusiła, mimo że urządziła sobie wędrówkę wzdłuż linii podbrzusza Bergmanna. - Daniel, proszę... - jęknęła, aż wreszcie nieznacznie odsunęła od niego głowę, uwydatniając zupełnie nieświadomie łabędzią szyję. Nie chciała go prowokować, wszak mury Hogwartu mogłyby nie zdołać ukryć ów tajemnicy, a najważniejszym było to, aby prawda nigdy nie ujrzała granicy światła.
W ie s z?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 891
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 685
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: zwodzisz mnie   Wto Lut 13 2018, 12:09

Obarczał ją w i n ą
zrzucał na wątłe, dziewczęce ramiona jej ciężar. Winą, wyzbytą z określającej precyzji, chociaż rozdzierającą od środka; która obecnie w nim wrzała niczym we wnętrzu wulkanu, pozornie statycznej, utwardzonej - stałej zewnętrznie góry o gorejącym sercu. Irytacja powoli kondensowała zaćmę kontroli, niewidzialnymi ruchami ostrz nożyc przecinała kolejne, utrzymujące sznurki, ścierała w pył zachowane ostatki hamulców przyzwoitości. Spojrzenie przekazywało więcej niż uchodzące słowa, ulotne, niedopełnione w swoim przekazie - wzrok, którym obdarzył chłopca, nakazał natychmiastowo zacisnąć wargi i nie uronić kolejnej, nieadekwatnej werbalizacji (przecież chodziło o coś innego, w wersji dlań serwowanej, zwykłej nieobecności, owszem, zdecydowanie, nic więcej).
Bliskie spotkanie nie wytłumiło w nim irytacji; był sam dla siebie niepoczytalny, nie wiedział, co chce i co może (nie obchodziły go wcześniej tak przestrzegane kajdany reguł, byleby nie pozwolić chybotać się reputacji). Prędko przez złość, przez wyrzuty, ową mgłę - jaka zwykła zasnuwać chłodne pierścienie tęczówek, prześwitywać zaczęło niczym nieposkromione, rażące ją pożądanie. Bliskość drugiego ciała oraz odosobnienie w klasie, dawało złudne poczucie wręcz absolutnej władzy, zaś dłonie wędrujące po ciele wyłącznie drażniły go, utwierdzały w owym wyżerającym pruderię poczuciu. Nie mógł być teraz jedynie nauczycielem.
Nigdy nim nie był.
Otoczka kłamstw, jaką jeszcze niedawno, w ogólnym, oficjalnym spotkaniu wokół siebie roztaczał - poczęła nieuchronnie rozpadać się na bezkształtne kawałki. Ta sytuacja zbyt bardzo przypominała, odznaczała się zbyt nęcącą go analogią do zaszywania się w Trausnitz poza obszarem ciekawskich spojrzeń; gdzie nikt nie był w stanie wyodrębnić ich szeptów, ich przyspieszonych oddechów oraz przeżywanego ogromu spełnienia. Była to analogia, której nie umiał odrzucić, kusząca jak wąż do czynienia występku (znów) depczącego moralność, ryzykownego, a jednak - pełnego złudnej gwarancji wykorzystania tego zrządzenia bez konsekwencji. W swej hipokryzji potrafił bywać przerażająco zazdrosny - bez konkretnego powodu, samozwańczo przypisał sobie do Holmes prawo, którego nie należało naruszać nawet rzucanym, pełnym zachwytu, zauroczenia spojrzeniem. Zaborczy, chociaż sam nie przestrzegał niekiedy reguł - kiedy mógłby być tylko jej, oddawał się przy rozłące uciechom z mniej lub bardziej przypadkowo spotkaną przedstawicielką płci pięknej. Oczywiście usprawiedliwiał się: był mężczyzną, miał określone potrzeby, to nie zdołało nic znaczyć. Tym razem, zaskakująco, był pozbawiony dawek używki, pozwalającej mu utrzymywać względną stabilność.  
Musiał zapłacić więc cenę.
Ona musiała wraz z nim.
- Oczekiwałem odpowiedzi - ostro zarysowany, bezwzględny szept wydostał się spomiędzy jego ledwie rozwartych warg. Wypowiadane, nakazujące się opamiętać słowa obmywały go, przychodziły i odchodziły bez żadnych skutków. Oddech mężczyzny owiewał nierówność jej małżowiny usznej; przygryzł nieznacznie płatek jej ucha. Nadal nie umiał wybaczyć jej tych występków, w których mógł doszukiwać się nawet premedytacji; notoryczna jej nieobecność na prowadzonych zajęciach, unikanie na korytarzach - powinna chociaż zachowywać pozory, cholera jasna, niekoniecznie coś więcej.
- Nie - przypomnienia zasad - dodał, równie bezbarwnie, bez najmniejszego przejęcia. Nie obchodziły go. Nie zważał choć odrobinę na słowa, tak długo, jak zaprzeczały reakcjom jej ciała, ochoczo przyjmującego zanikający dystans; tak długo, jak mógł rozczytać zadowolenie płynące z działań, wychwycić między wierszami. Zamilknął, drażniąc pocałunkami odsłoniętą wtem, nieodparcie nęcącą szyję - świadomie lub nieświadomie, nie miało najmniejszego znaczenia. Dłoń, zatrzymana na linii talii, bezceremonialnie wdarła się pod spódnicę, element szkolnego mundurka - wpierw gładząc, lecz później bardziej zdecydowanym dotykiem zaciskając się na pośladku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 288
  Liczba postów : 151
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: zwodzisz mnie   Sro Lut 14 2018, 08:35

Nie rozumiała jego gniewu, który wtapiał się w jej wątłą sylwetkę i czynił spustoszenie wobec niewiedzy jaką ją karmił. Chciała zadać choćby jedno pytanie, usłyszeć jedną odpowiedź, ale perspektywa na wyduszenie z siebie choćby słowa, jawiła się jako niedorzeczność. Był dla niej kimś nieosiągalnym w tej jednej chwili, kiedy to ze spojrzenia nie mogła wyczytać niczego ponad emocje, które mieszały się z tymi ukrytymi pod jej drobną powłoką ciała.
Czy w a r t o?
Dłonie Holmes zacisnęły się mocniej na przegubach Daniela, a sama próbowała wtopić się w ścianę, by tylko nie popełnili żadnego głupstwa, które zaważyłoby na ich przyszłości; niegdyś nad wyraz zszarganej i budzącej ciekawość uczniów czy nauczycieli. Wiedziała o plotkach, które krążyły na początku roku, ale nigdy nie dali powodu do uwierzenia w nie, zaś teraz wystarczył jeden nieostrożny ruch, by wszystko runęło i skazało tę dwójkę na przykrą rozłąkę, odbierając im prawo do spotkań czy choćby rozmów. Nie była gotowa na takie poświęcenie, pragnąc tego konkretnego mężczyzny jak żadnego innego, dając mu siebie i roszcząc sobie prawo do absolutyzmu względem niego; nikt oprócz niej. Żadna nie mogła sądzić, że Daniel Bergmann mógłby do nicj należeć, ale było wiele naiwnych, jeszcze więcej głupich, którym Marceline nadawała intrygujące przydomki spisane na stronicach zaklętego dziennika. Igranie z nią wiązało się z wybudzeniem uśpionych demonów i szaleństwem, które obezwładniało młodziutki umysł. Odczuwamy to samo, prawda? Nigdy nie przyznałaby otwarcie, że to zazdrość mąciła jej spokój ducha, podobnie jak niepewność względem niewiedzy, którą ją karmił, ale on doskonale liczył się z tym, tak jak zapewne sądził, że wszelkie jej działania to czysta premedytacja.
Chłód ściany drażnił delikatną skórę przez nazbyt cienki materiał sweterka, który nie chronił przed ewentualnym zimnem. Szata została zapewne w dormitorium, zaś ona walczyła teraz o ewentualną ucieczkę, by podniecenie wymieszane z pożądaniem nie wykreowało w nich świadomości, że teraz - tutaj - są w stanie ulec słabościom. Kilka miesięcy tworzenia muru dystansu odgradzającego ich od pomówień, notabene - jakże prawdziwych, by raz jeszcze wystawić się na osąd. W głowie Holmes zaczęła kiełkować ta niepewność, pomimo że przyjemny ucisk w podbrzuszu nakazywał uległość; wspomnienie Trausnitz w analogicznej sytuacji wydawało się niewłaściwe, ale ileż oddałaby za egoistyczne uśpienie swych potrzeb? Musiała zachować jednak trzeźwość, dlatego pomimo palącej chęci złamania reguł, próbowała odsunąć Daniela od siebie, gdy to drobne palce przesuwały się po jego ramionach aż na tors, by wreszcie zaprezentować swoją wątłą siłę. Głos jakim ją jednak uraczył sprawił, że zastygła w bezruchu, łapczywie próbując złapać powietrze, gdy to niepewność i swoistego rodzaju lęk zmusiły ją do chwilowej uległości.
- Nie chcę - szepnęła, kiedy to po raz kolejny uraczył ją przyjemnie drażniącym oddechem, dając mu dostęp do siebie, a zarazem walcząc, by nie ryzykował pod wpływem zgubnych emocji. Raz jeszcze próbowała odepchnąć go od siebie, ale malała pod jego siłą, kiedy to katując jej wrażliwą skórę, pozostawiał na niej wilgotne ślady. - Przypominam, że... - głos dziewczęcia zawisł w powietrzu, kiedy to Bergmann odważył się na dotyk podkreślający jego dominację. Głuchy jęk wydobył się spomiędzy spierzchniętych warg rudowłosej, a zaraz potem smukłe palce zacisnęły się na linii torsu Bergmanna. - Przestań, proszę - nie mówiła zbyt głośno, jakby nie mając odwagi wydusić z siebie czegokolwiek, bojąc się o ich przyszłość, ale chciała wierzyć, że profesor ma w sobie choć trochę rozwagi. Mogli spotkać się gdziekolwiek, byle uciec z tego miejsca jak najdalej, pozostać iluzorycznym, żyjąc nadal w cieniu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 891
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 685
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: zwodzisz mnie   Sro Lut 14 2018, 13:39

+18

Rozwaga odrywała się sukcesywnie - niczym najświeższa warstwa wówczas spękanej farby, odchodziła strupami od stworzonego obrazu przesyconego spokojem mężczyzny, płótna wyniszczanego w ułamkach sekund (działającego odwiecznie w harmonii z rozsądkiem nauczyciela, autorytetu wlewającego wiedzę we wzrastające umysły). Palące intensywnością uczucia obnażały z trucizny fałszu i ujawniały chaos, gwałtowny, nieprzewidziany chaos - którego nie mógł odrzucić, któremu musiał ulegać, którego głos, zrywający się donośnością - musiał zaakceptować. To pozostało utkwione od zawsze pod idealnym, pierwszym wrażeniem ułożonego człowieka, pokrywającym jak skóra właściwą skórę; od niepamiętnych czasów tam, w środku, musiało tlić się szaleństwo.
Czynności, których nie powinien a zrobił, zbierały się w coraz bardziej drastycznych liczbach.
Zsyłały nań satysfakcję (choć nie powinny), każdy z nabytych grzechów czyniony był z nieodzowną rozkoszą, narastającą wraz z przenikaniem w bezkresną otchłań wynaturzenia. Nic nie sprawiało upodobnionej radości jak zdruzgotanie prawa, jak rozrywanie spokoju oraz niszczenie barier. Zaburzał - ze spokojem przędzoną nić życia nieśmiałej istoty, dzięki jednemu spotkaniu i przeprosinom, kiedy to drążył dalej, kiedy po kilku spotkaniach był przekonany jak bardzo pragnie nie tylko rozmów, nie tylko jej obecności; była zaskakująco dojrzała, wzbudzała w nim pożądanie wykręcające narządy, jakiego nie byłby w stanie a także nie chciał odrzucać. Każdy, chlubiący się nieodzowną rozwagą człowiek nie dopuściłby jednoznacznej, wysyconej otumanieniem zbliżeń relacji; zerwany w wynajmowanej sypialni kwiat błędu, wakacyjny, już karygodny, był powielany wciąż w szkolnych murach. Był najzwyczajniej bezwstydny, nie odczuwając wyrzutów z powodu - rzekliby szorstkim głosem oceniający ludzie - gorszenia młodej osoby, poszukującej właściwych ścieżek wiodących w przyszłość, jaka powinna zacieśniać zdrowe relacje z innymi, o przybliżonym wieku. I znowu, powinien być jej mentorem, nie - pozbawionym precyzji, odległym, okrytym zasłoną nocy kochankiem.
Naprawdę sądziła
że z całym, uzbieranym bagażem t a k i c h dokonań mógłby z łatwością stchórzyć oraz z pokorą, wstydem, schować się w gabinecie?
Z dokładnością obdarowywał ją muśnięciami warg, dostrzegając uległość; nie odpychała już swoją lichą i nieszkodliwą siłą (nie mogła nic zrobić, nie mogła się przeciwstawić), chociaż jej słowa przeczyły, jakby nawoływały do przywołania wcześniejszej, wykreowanej na zakłamaniu iluzji. Czy chciałaby, rzeczywiście, aby profesor był nieodłączny, już nigdy nie obdarzył jej dziewczęcego oblicza spojrzeniem zamglonym pasją? Dawane przez nią sygnały były niemniej zbyt słabe, aby odstąpił oraz rozciągnął na nowo dystans z przejęciem, rozważając prawione tłumionym szeptem sugestie. Teraz - były dla niego niczym. Słowa, nic więcej jak słowa, rozmywające się w ulotności w otaczającym powietrzu, słowa, które zadrżały i nieuchronnie kończyły z draśnięciem ciszy swój żywot. Bezwartościowe.
- Gdybym miał przestać - oznajmił niskim, równie ograniczonym do niezbędnego minimum w swojej głośności tonem - nigdy bym się nie zbliżył. - Tym razem on przypominał jej nieodzownie skrywaną w swoich występkach prawdę, odrywając się od składanych na delikatnym ciele Holmes pocałunków. Wraz z zapadnięciem określonego przekazu, odwrócił ją - bez uprzedzeń, tym razem twarzą do chłodnej ściany, zakleszczoną między jej niewzruszeniem oraz przylegającą - nieubłaganą, męską sylwetką. Wędrówka jego opuszek palców nie zaprzestała działań, przechodząc między jej uda, bez zatrzymania muskając wpierw przez przeszkodę bielizny kobiecość; aby już wkrótce, systematycznie odciągać na bok niepotrzebny, ograniczający ich przecież materiał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 288
  Liczba postów : 151
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: zwodzisz mnie   Sro Lut 14 2018, 17:49

+18

Popełniali błąd, który mógł ich słono kosztować.
To ona w tej chwili trzymała na wodzy rozwagę, której to właśnie jemu brakowało. Poddawała się iluzorycznemu postrzeganiu świata przez pryzmat zachowawczej postawy, choć tak naprawdę mógłby płatami ściągać z jej wątłej sylwetki wstyd, którego w tym momencie się wyrzekała. Grzech obmywający ich ciała, wydawać się był zbyt mało intensywny, skoro sięgali po pół środki, gdzie zawarta była cała świadomość codzienności. Dokładnie tej, którą karmili się w Perth i Trausnitz, ulegając zgubnej fantazji splecionych ciał, gdzie to nie istniała granica wieku czy rozsądku. Nigdy takowa nie rozdzielała tej dwójki, jakby dając im prawo do wyboru, z którego korzystali - stawiając wszystko na jedną kartę i poddając się pragnieniu zrodzonym na długo przed pojawieniem się w Hogwarcie.
Należała do niego.
Serce Holmes biło szybciej niż kiedykolwiek wcześniej; nie były to uderzenia przypominające zaprzeszłe czasy. Symbolizowały one początki, gdy to wreszcie znalazł się w hotelowym pokoju, a ona niemal z przestrachem spoglądała na drzwi sypialni, byleby nie weszli do niej rodzice, którzy z pewnością nie odczuwaliby radości z tytułu domniemanego romansu. Czy tym jednak była relacja z Danielem Bergmannem? Wydawać się mogło, że w enigmatycznej otoczce swoistego rodzaju pożądania, byli wobec siebie bliżsi niż zwykli kochankowie. Wymagała od niego zachowań, które literaccy artyści przypisywali do emocjonalnych związków, a wszystko to miało niepodważalne motywy zawarte we wspólnym jestestwie. Przywiązała się do niego, odnalazła też spokój i harmonię, a to czego poszukiwała naprawdę, profesor skrywał dużo głębiej niż fizyczna powłoka, do której być może aktualnie dostęp miała tylko ona. Nie chciała oddać tego nikomu, ufając że nie jest jedną z wielu, choć jak mogłaby wątpić w postępowanie mężczyzny, skoro to przez nią ryzykował w tej chwili najistotniejszym elementem - karierą? Nie nadał jej miana byle kogo, czyniąc z niej swoją partnerkę w zbrodnii wszelakiej.
Teraz i na zawsze.
- Daniel... - powtórzyła raz jeszcze imię nauczyciela, a zaraz potem wypuściła gęstą strugę powietrza, jakby chcąc dać upust swoim reakcjom. Chciała to przerwać, choć z drugiej strony pragnęła, by wreszcie złamał ją niczym wątpliwą gałązkę i przypomniał, że słowa mają jedynie moc sprawczą, gdy człowiek rzeczywiście tego oczekuje, a teraz? Ledwie łechtały otumaniony umysł, nad którym władzę przejęły wszelkie emocje, te najbardziej gorejące i nadające zupełnie innego tempa egzystencji. Smukłe palce mimowolnie zahaczyły o klamrę paska i nim zdążyła się zorientować, silne pociągnięcie sprawiło, że skóra dłoni zetknęła się z zimną ścianą. Głuchy jęk wydobył się z gardła Marceline, która kompletnie nie spodziewała się takiego obrotu spraw, gdzie to bez uprzedzenia, pytania i jakiejkolwiek aprobaty, stała się w pełni uległą i poddaną jego woli. Mogłaby wydusić z siebie jedno lub dwa słowa, ubrać uczucia w krótką sentencję, nadać tej sytuacji inny wymiar, ale obezwładniał ją swoją stanowczością, kiedy to raz po raz palcami wodził po jej wrażliwej kobiecości, od kilku dni pozbawionej upragnionego dotyku. Oddech gwałtownie przyspieszył, zaś drobne ciało dziewczęcia reagowało natychmiast, pozwalając odcinkowi lędźwiowemu ułożyć się w łuk, czym nieświadomie ułatwiła Danielowi całą zabawę. Była głodna, spragniona wręcz tej toksycznej bliskości, z której nie planowała się wyswobodzić i wystarczył tylko jeden błąd, jeden zbyt głośny dźwięk sprowadzający spojrzenia ciekawskich na drzwi zamkniętej sali.
P r o s z ę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 891
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 685
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: zwodzisz mnie   Sro Lut 14 2018, 20:20

+18

Całość swych argumentów umieszczał w czynach; w każdym, wdrażanym w ich teraźniejszość drgnięciu, w obrębie hermetycznego świata dwóch przybliżonych ciał - w którym niepodważalnie pozostawali zamknięci. Drażniący, eskalujący swoją dosadność dotyk, oddech, jaki osiadał rozgrzaną mgłą na jej szyi, szorstki, porastający policzki zarost zahaczający jakby przypadkiem w kontraście z miękkością spragnionych warg. Dobierał sprecyzowane czyny, nieustannie wpisywał w obręb zaburzających stateczność planów (mających w swoim zwieńczeniu zagwarantować niepodważalne zwycięstwo).
U l e g ł o ś ć; aczkolwiek nie ona była odwiecznym kluczem, nie ona jak słodki, spijany nektar drażniła z rozkoszą zmysły - było to samo w sobie spełnianie się scenariusza, w jaki ją zdołał uwikłać, w owym momencie równoznaczne z poddaniem się jego dłoniom. Uwielbiał, jeśli przędzone pajęczyny zamiarów oblepiały ofiary, na które czyhał - ze skutkiem. Przeciwnie, zablokowanie śmiałych posunięć na szachownicy rzeczywistości wprawiało w trudne do utrzymania afekty; dlatego ogarniała mężczyznę tak znacznie niczym pożoga wściekłość - jeśli dyskretnie rzucany tor wzroku wychwycił innego, znajdującego się w jej pobliżu. Nie dopuszczał, już teraz możliwości rozstania; zaborczy, chciwy, chciał mieć ją tylko dla siebie, bez umiaru, bez świadomości, kiedy powinien przestać. Doskonale wiedziała - respektowanie zasad, poszanowanie, rozjuszona niczym bestia zachłanność były jednymi z największych jego słabości.
Ona była jego słabością.
Celowo niszczył wkradającą się między ich ciała, naturalną odległość, dawał wyczuwać emanujące zeń pożądanie, które wciąż narastało i jeszcze bardziej niszczyło ostatnie pohamowania. Nie był też powściągliwy - tak długo, jak mógł być pewny, tak długo, jak czuł, jak odbierał jedna po drugiej reakcje, poddanie w każdym z etapów. Głoski, do niedawna układające wyrazy o charakterze karcącym, nakazującym opamiętanie w tej sytuacji (bez skutku), obecnie przelewały się w jego imię; celowo lub niecelowo, uwielbiał ów krótki, w jednym tchnieniu zawarty znak o mnożących się aktualnie znaczeniach. Powiększała wciąż głód, każdym zmysłowym napięciem smukłego ciała, głód nieomal bezdenny, apetyt na bliskość, fizyczną, pieczętującą zawsze ich przynależność
wspólne łamanie zasad.
Strzępki trzeźwości chwytały się rozpaczliwie ostatniej deski ratunku faktu niewydawania łamiących granicy ledwie słyszalnych dźwięków - dzięki nim byli w stanie się ostać, pozwolić ewentualnym osobom przejść obieraną drogą bez wybudzania podejrzeń. Z drugiej strony, w całości był niewolnikiem swej żądzy - ukrywanej zbyt długo w ciągłym uzależnieniu, w braku kolejnej dawki narastające z prędką, niezdolną do odrzucenia, fizyczno-psychiczną potrzebą. Pożądanie opanowało mężczyźnie umysł, utrzymywało obfitujące w wyładowania nerwy; czaszka opustoszała z licznych zazwyczaj myśli, z obfitości rozważań przemieniała się w pustkę, przyjmującą jedynie płynącą z tu i teraz przyjemność. Wykonywał odruchy wręcz machinalnie, jakby z odgórnych rozkazów najpierwotniejszych instynktów, podarowując dotyk jej najwrażliwszym punktom, zatapiający się w odczuwalnym cieple niedalekiego ciała. Nie czekał jednak i nie przedłużał, nie byłby w stanie, podobnie jak niegdyś zsyłać na nich katusze oczekujące tylko jednego, określonego momentu. Metaliczny chrzęst paska zdradzał niejako zamiary tego, co najwyraźniej nie miało wyjścia, co było zobligowane nastąpić.  
- Musisz być cicho - szepnął jedynie i zakrył swoją dłonią, podobnie jak wcześniej jej usta; równie z tym zaistniałym momentem, bez celebracji zatopił się między smukłe, dziewczęce uda w śmiałych i szybkich ruchach; dokładnie takich, które chciał wcześniej wdrożyć i których nie mógł zagarnąć, zgadzając się aby ona przejęła inicjatywę.
Dzisiaj nie ustępował.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 288
  Liczba postów : 151
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: zwodzisz mnie   Czw Lut 15 2018, 12:40

+18

Nad wspólną egzystencją tej dwójki nie wisiały czarne chmury, które zwiastowały zgubę. Biały obłoczek symbolizował deszcz oczyszczenia, który winien spaść na ich splecione ciała spragnione odrobiny atencji. Czyny świadczyły o chęci realizacji grzesznego planu, w którym to oboje stawali się winnymi pragnień skrywanych pod osłoną dystansu i dziwnej sposobności pchającej ich ku sferze zamkniętej, do której być może nikt nie ma dostępu. Wszystko miało swoją przyczynę jak i skutek, który uwydatniał się pod wpływem przyspieszonego rytmu serca czy oddechu, gdy to jego wargi przyjemnie drażniły delikatną skórę, pozbawiając przy tym wszelkich złudzeń o ewentualnej szansie na obronę wobec działań, których się dopuszczał.
Niczym małe dziecko brnęła teraz w sieć, która więziła w obliczu dorosłych zagrań, tak rozkosznie przyjemnych, dalekich od wszelkiej krzywdy, przepełnionej żądzą egoistycznej realizacji planów. Uciekała się do niego, chcąc przystać na wszelkie możliwe pomysły, by urzeczywistnienie w dzikiej pogoni nadeszło szybciej, choć przecież to gra wstępna dawała największe poczucia spełnienia i satysfakcji. Jak długo? Ile jeszcze? Pragnienie wymalowane w jego tęczówkach zmuszało do padnięcia na kolana i zgodzenia się na spełnienie fantazji ukrytej pod połami delikatnej powłoki skóry. Była spragniona pokonania ów ograniczenia jakim były ich ciała, przepełnione ogniem, który wypalał kanaliki nerwowe i zmuszał do gwałtownych reakcji, choć ona wcale nie była ich nauczona.
Zawsze jego.
Uzależnienie przypominało chorą fascynację, w której to narkotyczny wpływ osoby Bergmanna doprowadzał Marceline do absurdalnych decyzji i zachowań. Ulegała świadomej sile i dominacji mężczyzny, przed którym chciała się otwierać niczym zakazana księga, by wdarł się głębiej niż ktokolwiek wcześniej, by czytał ją stronica po stronicy i odnajdywał tajemnice zawarte w wątłej posturze, która uginała się przy mocniejszym podmuchu wiatru, dokładnie tak jak teraz robiła to wobec niego. Mimowolne napięcie smukłych ud, podobnie jak wygięcie kręgosłupa w łuk było niezamierzone, wykonane mimowolnie, bez ingerencji w ciało, które spragnione dotyku szukało go, nakazywało Danielowi, by się nie znęcał, nie przedłużał aktu, w którym uzyskają bezpruderyjne katharsis.
Jęknęła po raz kolejny, gdy usłyszała chrzęst paska, a zaraz potem zacisnęła smukłe palce na ścianie, jakby chcąc się zabezpieczyć przed gwałtownym początkiem tego co było nieuniknione. Myśli pędziły niczym stado nieokiełznanych koni, a ona czekała; cierpliwie. Dopiero dłoń na jej ustach przywołała ją do porządku, jakby dając zakaz, który potem został ubrany w trzy słowa, tak charakterystyczne dla Bergmanna, gdy wymagał pełnej subordynacji wobec nadchodzących zachowań. Ciche mruknięcie nastąpiło w momencie, gdy to przyległ do niej, a ona całkowicie pozbawiona możliwości odsunięcia się, odchyliła głowę, nieznacznie wspierając się potylicą o męski tors. Ruchy były wzmożone, silne i czuła całą sobą, gdy zagłębiał się w niej, przenikał na wskroś, dając jej tym samym do zrozumienia, że należy do niego i nie powinna postępować nieroztropnie. Przymknęła powieki, wyobrażając sobie teraz te wszystkie momenty, gdy tak ochoczo przychodziła do jego gabinetu i pozwalała mu na wiele, ale dziś to on ją zaskoczył. Obezwładnił niczym drapieżnik ofiarę i pokazał, że jest nieobliczalny; dokładnie taki, jakiego pragnęła zawsze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 891
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 685
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: zwodzisz mnie   Czw Lut 15 2018, 20:39

+18

Cisza n i e mogła być jednoznaczna.
Kiedy zapadła, umiała wszywać w otaczające postacie niepewność, posiadła zdolność rozdzierania od środka i rozpruwania stężonych, niemrawych gardeł, nieumiejętnych w przeciwstawieniu się jej rozciągniętym wpływom. Specyficzna, ulotna, nienamacalna - jak doskonale znana w swojej nieuchwytności, czystej abstrakcji wbitych w bezkształcie bodźców. Ich cisza należała do wyjątkowych, ich milczenie - było milczeniem z wyboru, milczeniem wznioślejszym niż niepotrzebne słowa, alegorią porozumienia oraz podejmowanej zgody. Razem staczali się w bagno grzechu, niszczyli wszelkie z oddzielających barier, jedno za przyzwoleniem drugiego, razem pragnęli trwać w ukradzionych chwilach. Razem zaszyli się - z dala od pragnącego osądzać wzroku. Wiedział - w przypadku pytania, dźwięczącego w powietrzu, jakiego on był nadawcą ona nigdy nie okrywała się pasywacją obojętności. Kiedy on pytał - nie istniała żadna odpowiedź
prócz potwierdzenia.
Była to jedna z tych odpowiedzi oraz jedno z tych pytań, przemieszczających się z ułożeniem sylwetek, z tańcem smolistych cieni, rzutowanych na ścianę - sugestii, jakie nie miały potrzeby ulegać werbalizacji. Dzięki temu - tak doskonale odnajdywali się w obopólnym milczeniu, które nie było mdłe - obfitowało w wyrazy, gdzie poruszali się zgodnie, w żywiole, w nieodstąpionej pasji. Zachęcał, ona zaś ulegała zachciankom, ulegała natężającym się w niej pragnieniom. Nawet, jeśli relacja ich była niezdrowa, była dolegliwością od miesięcy palącą ciągle nienasycone ciała, zaostrzającą się w paroksyzmach dążenia, aby utworzyć jedność. Nawet, jeśli nie miał on prawa jej tak traktować, nieczule, niepoczytalnie - nie tutaj. Jego ostatnie czynności były zgoła odmienne od tych, którymi raczył ją podczas ostatnio spędzonej przerwy, w licznych objęciach, słowach, bawieniu się tą, zaistniałą granicą, która powoli była degradowana wraz z ubraniami - lądującymi formami bezużytecznej tkaniny; w miękkiej, otaczającej pościeli, w zaznanym wspólnie poranku, pukającym do drzwi zamykanych snem powiek złotymi igłami światła. Obecnie był niczym zwierzę, był wyłącznie ucieleśnieniem swoich instynktów, poszukujący bezwzględnie doznania nietrwałej ulgi. Jak kreatury, na wierzch wypełzały czysto fizyczne potrzeby, zniewalające ją, zniewalające ich - przy najmniejszym minimum. Urzeczywistniał też swoją wściekłość, swoją zaborczość wobec niej samej (wolał nawet nie myśleć, z kim przebywała podczas gorzkiej rozłąki, kiedy nie chciała go znać, kiedy odtrącił ją dla kobiety, z którą niegdyś łączyły go intensywne relacje). Być może zbyt bardzo.
Z przesadą.
Narastającą, by obezwładnić w ogromie wyładowań neuronów.
Odsunął dłoń (powróciłaby zaraz, gdyby jedynie z jej gardła wyrwał się choć nieznacznie głośniejszy z dźwięków), zatrzymując dotyk swych palców na oblanym rumieńcem policzku. Drugą ręką przytrzymał brązowo-rdzawe kosmyki jej włosów; jego oddech stawał się nieco bardziej słyszalny, jak gdyby płuca umiały z trudem  przetrzymać chwytane w zmożonym, bezwarunkowym odruchu powietrze. Szarpnięcia bioder nie ustawały, odnajdując przyjemność, zwiększaną z każdą sekundą. Czuł każdą cząsteczkę ciała, każdy kipiący fragment, zbliżanie się do momentu, do kulminacji, która za jakiś czas miała nieuchronnie oblepić i tak nietrzeźwe, otumanione hedonistyczną euforią zmysły.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Paryź, Francja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 288
  Liczba postów : 151
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15095-marceline-holmes
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15094-marceline-holmes




Gracz






PisanieTemat: Re: zwodzisz mnie   Pią Lut 16 2018, 10:52

+18

Mówienie z nim było inne.
Należało do tych, które zdaje się być niejasne, niejednoznaczne, piekielnie obce. Cisza zapadająca na ich ustach przypominała o nieuniknionym; zwiastowała to czego oboje mogli być pewni, rozmawiając ze sobą słowami, które nie odnajdywały choćby grama kłamstwa. W jego oczach znalazła enigmatyczny spokój rozpostarty w błękitnych pierścieniach, wlepiających się w jej dziewczęcą buzię z bystrością i pewnego rodzaju nadzieją, że mu nie ucieknie, zostanie w jego ramionach, pomimo że tak często obdarowywał ją chłodem, destrukcyjnym i łamiącym małe serce. Nie potrzebowała z nim mówić o wzniosłych rzeczach, jakby wiedziała, że to nie jest konieczne, poddając się bezdennej woli nieprzewidzianej codzienności, w której stawali się jednością. Z dala od ciekawskich spojrzeń, oceniających, wydających nieme osądy, które sklasyfikowałyby ów relacje jako niewłaściwą, zakazaną i gorszącą dla Marceline. Nie pytaliby, tak jak on - założyliby z góry, że to dewiant, który wplątał ją w chorą zabawę, ale czyż ona nie uległa jego fantazjom? Pragnęła zagłębiać się w bezdenność, której jej uczył, poznając tym samym jej kruche ciało, malując na niej znaki przynależności.
w ie s z?
Wspomnienie z przed kilku dni rozpalało ją intensywnie; odczuwała po raz kolejny na własnej skórze chęć eskalacji tych momentów, kiedy to zamykali się przed światem, a on niczym wytrawny kochanek rozpalał w niej pierwotne instynkty, nakazując samym spojrzeniem, by rozsuwała smukłe uda i pozwalała mu wedrzeć się zbyt głęboko. Owszem. Dla postronnych, nawet dla jej ojca - mogło być to chore, ale Marceline odczuwała przy Danielu niebywałe szczęście, chociaż tak naprawdę nigdy nie rozmawiali o tym, co jest między nimi, kim są dla siebie, jakby Holmes obawiała się usłyszeć okrutnej prawdy. Wolała żyć w błogiej nieświadomości, byle mieć prawo do przebywania tuż obok niego, dzięki czemu łamała własne przekonania i obietnice, które złożyła tacie, wszak... On był świadomy wydarzeń w Trausnitz. Teraz miała pewność, że nie mógł się tego dowiedzieć, pewnie złamałaby go, ale podchodziła do całej relacji z Bergmannem egoistycznie.
Pragnęła tego zaspokojenia, które teraz paraliżowało jej ciało i sprawiało, że traciła zmysły otumanione przez gwałtowność odbierającą trzeźwość umysłu. Nie miało już znaczenia, że są w szkole, choć to adrenalina napędzała ją nieustannie, a lęk przed ewentualnym ujawnieniem tajemnicy zmuszał do tego, by była cicho. Musiała. Jęk jednak uleciał spomiędzy spierzchniętych warg krukonki, kiedy wzmógł swoje ruchy, a szczupłe nogi rudowłosej uginały się pod jej ciężarem. Drżała, co zapewne widział, gdy raz po raz zaciskała palce na murowanej ścianie i nie umiała powstrzymać się przed wyduszeniem z siebie jego imienia, które zawisło w powietrzu. Było to jak prośba, by dał jej orgazm, a zarazem by zniknął, wszak bała się; bała się tego, że ktoś słucha.
Nagła fala spełnienia uderzyła w nią gwałtownie, co wywołało mimowolnie płynące po jej pyzatych policzkach łzy; nie potrafiła tego wytłumaczyć, będąc przekonaną, że to jakaś anomalia w przeżywaniu rozkoszy jaką jej zapewnił. Nigdy wcześniej nie reagowała w ten sposób, a będąc pewną, że i on osiągnął swój szczyt - odsunęła się, choć nie odwróciła wzroku na Daniela, jakby wstydząc się tego. Emocje znalazły ukojenie, zaś ona sama musiała jak najszybciej wydostać się z tej klasy. Sięgnęła do zakolanówki, z której wyciągnęła różdżkę, a chwilę później machnęła na drzwi, jakby próbując się uratować przed odpowiedzialnością związaną z zaistniałym wydarzeniem; nie chciała, by odebrał to opacznie, ale musiała uciec, zamknąć się w hermetycznej otoczce samotni, do której nie zamierzała wpuszczać kogokolwiek.
Nie dzisiaj.
Nie jego.

| zt Marce
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 36
Skąd : Berlin/Oakham
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 891
Dodatkowo : animag (kruk)
  Liczba postów : 685
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15073-daniel-alexander-bergmann
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15091-daniel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15099-krebs
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15076-daniel-bergmann




Gracz






PisanieTemat: Re: zwodzisz mnie   Pią Lut 16 2018, 13:02

+18

Nic więcej
nic, ukrywane między wierszami
po prostu nic, w brutalności rozlewające się nic.
Nagle, aczkolwiek przewidywalnie - w końcu do tego dążył - obezwładniającej w swym epizodzie fali nastającego orgazmu, który ćwiartował ulotnie oraz odbierał świadomość. Z trudem przywracał bieg zwyczajnego oddechu, przylegał jeszcze przez chwilę, jeszcze niespiesznie, jak gdyby pragnął zagwarantować choćby zdawkową bliskość, czułość - nieuświadczoną teraz i niedostępną. Tym wyraźniejsze było jednakże spełnienie, podszyte świadomością i jej dotarcia do szczytu, targającym i tak rozedrganym, dziewczęcym ciałem. Odsunął się wreszcie, nieznacznie oraz pochwycił za swoje zapięcie spodni. Szczeknięcie paska było zwyczajne, było przeciwnym wobec analogicznej czynności, wdrażanej jeszcze przed chwilą. Wszystko stawało się znów zwyczajne, w mięśnie wstępowało zmęczenie, świat malował się, używając wyblakłej palety barw - nieprzyjemnie codziennej, nakazującej powracać do wypełnianej rutyny. Chciał coś powiedzieć, chciał wreszcie w jakimś przekazie otworzyć usta, chociaż nie wiedział co. Nietrwałe poczucie triumfu zanikło, gdy zauważył uciekające spojrzenie Holmes, jej sylwetkę, jakby pragnącą się wyrwać - i rzeczywiście, wymykającą się wraz z rzuceniem niewerbalnego zaklęcia. Drzwi zamknęły się za nią ponownie.
Został sam.
Pytania kłębiły się w jego głowie złowieszczo, pragnąc za wszelką cenę przybierać postać wyrzutów, powiedzieć, że źle uczynił - niemniej, jakim cudem? Był przekonany wcześniej o wspólnym, wypełniającym zadowoleniu, które to nadchodziło z każdym wdrażanym ruchem. Jej zachowanie wzbudzało ambiwalentne uczucia, czyniło ją zawsze niedoścignioną - chociaż ją chciał zagarnąć, umiał wyłącznie na moment. Nie usłuchała go wcześniej przy prozaicznym stawianiu się na zajęciach, nie zatrzymała się teraz i nie czekała na przyzwolenie. Po prostu - gnała przed siebie, zamykała się w swoim świecie niczym w warownej, strzeżonej niedostępnością myśli fortecy. O czym myślała? Niezadowolenie było ostatnim, co chciał zakładać. Mimowolnie, niepewność zżerała mężczyznę niczym toksyczna substancja, niczym stężony kwas, rozlany nagle na skórę, który przedzierał się przez zewnętrzną obronę tkanek. Pragnął z nią porozmawiać, już, t e r a z, choć wiedział, to niemożliwe, że musi - czekać. Czekanie przychodziło zazwyczaj bez najmniejszego trudu, wydawało się takie proste, tak często uskuteczniane, wszak bywał niebywale cierpliwy, nigdy nie zmuszał; drobnymi krokami doprowadzając do zamierzonych czynów.
Tym razem było niczym tortura.
Odpowiadała mu cisza, okrutna, nakazująca się wyłącznie wynosić oraz zachować rezon. Nie mógł po sobie dać poznać rozkojarzenia i doprowadzać do zwątpień, nie mógł okazać słabości w czasie kolejnych, jeszcze dziś prowadzonych zajęć. Nie wiedział, gdzie teraz była, aczkolwiek był pewnym gdzie będzie, tam, gdzie i on zjawi się pod osłoną nocy. Podszedł do okna, które otworzył, pozwalając świeżemu powietrzu objąć na moment twarz. Płatki śniegu tańczyły w powietrzu, w którym to chwilę później zawisła czarna sylwetka kruka, powoli wzlatującego w kierunku jednej z wież zamku.
Musiał
poczekać.

| zt :c
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content












PisanieTemat: Re: zwodzisz mnie   

Powrót do góry Go down
 

zwodzisz mnie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?
» Nad Jeziorem
» Klub Nocny - Katedra Mokrej Elżbiety
» Wielka poczta Mistrza Gry
» Jaka ranga do mnie pasuje?

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
retrospekcje
-