IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Sala końca.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 9, 10, 11  Next
AutorWiadomość



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : I
Wiek : 23
Skąd : Birmingham
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 1004
Dodatkowo : Metamorfomagia, teleportacja
  Liczba postów : 1900




Gracz






PisanieTemat: Sala końca.   Pon Gru 20 2010, 21:32

First topic message reminder :



Słyszysz?
Cichy szept przedostaje się,
spod małej, lśniącej kuli.
Utrzymuje się w powietrzu,
spada co jakiś czas,
odradza się,
ale zawsze jest inna.

Wsłuchaj się w jej łagodny głos.
Słyszysz co mówi?
Nie, to niemożliwe.
Tylko ci, którzy są blisko końca,
mogą cokolwiek zrozumieć.

Rozumiesz?
Nie bój się.
To nowy początek.

To zapewne jedna z mniejszych sal, jakie można znaleźć w całym zamku. Przypomina trochę Pokój Snów, przez cichy szept, który rozlega się dźwięcznie po pomieszczeniu. Wygląda jednak całkowicie inaczej. Naprzeciw drzwi jaśnieje mała kula, lśniąca bardzo bladym, ale na swój sposób fascynującym światłem. Przybiera różne barwy, zależnie od tego, który raz się rozbija, a robi to, kiedy do sali wejdzie ktoś, dla kogoś coś się skończyło. Jest to niesamowite zjawisko, które warto zobaczyć. Poza ową kulą, nic nie chce tu świecić, nawet Lumos nie działa w tym miejscu.
Na ziemi rozłożone są wygodne poduszki, a w rogu jest ich jeszcze więcej. Kiedy zaś spojrzy się w górę, można zobaczyć kilka gwiazd, które udają, że istnieją w tej sali.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość



avatar

Uczeń Ravenclaw
Rok Nauki : VII
Wiek : 24
Skąd : Paryż
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 67
Dodatkowo : Metamorfomagia, teleportacja
  Liczba postów : 498




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Pią Paź 21 2011, 23:25

Tu nie było czego zazdrościć. Niczego. Absolutnie niczego. Bo, gdyby Latif stanął przed rzeczywistą perspektywą możliwej zamiany na uczucia, czy podjąłby się tego? Czy zdecydowałby się na przejęcie bólu, rozpaczy i szaleństwa, jakie teraz nękały bezbronną wobec nich Antoinette? Nie czuła się dzięki nim dobrze. Nie czuła, że żyje. Wręcz przeciwnie. Pragnęła umrzeć, odejść, zniknąć, dołączyć do niego, tam, gdzieś w zaświatach, w bezkresnej otchłani pustki, w niebie, w piekle, gdziekolwiek był. Pragnęła znów go zobaczyć, choćby tylko raz, powiedzieć, jak bardzo go kocha, jak bardzo go kochała i zapewnić, że wszystko to, co robił względem niej i ich rodziny, było udane. Każdy błąd był zaletą. Każdy błąd przyczynił się do tego, że tak bardzo go kochała. Każdy błąd był czymś wyjątkowym. Czymś, co powtórzyłaby jeszcze raz, w nieskończoność, mogłaby cierpieć jak najmocniej, byle tylko żył. Mógł jej nawet nienawidzić. Ostatecznie ją odtrącić. Zapomnieć o jej istnieniu. Zapomnieć o istnieniu Lusi. Byle tylko znów był szczęśliwy. I żywy. Ale była bezsilna wobec tego, co się stało. Nie potrafiła zatrzymać biegu czasu, nie potrafiła go cofnąć ani zmienić przeznaczenia. Ta bezsilność sprawiała, że chciała porzucić to, co miała. Porzucić córkę. Tak po prostu zniknąć. Czy Latif rzeczywiście zamieniłby się z nią na rozpacz, na życia, na uczucia i na przyszłość? Chciał poznać smak samotności? Jeżeli tak, zgodziłaby się na to bez wahania. Emocje, które tliły się w niej, które wybuchły w niej niespodziewanie, nie przynosiły ulgi.
- Nie mów nic - odparła, jeszcze zanim sam skończył mówić. Chciała znów zatracić się w ciszy, namacalnej, krystalicznie pięknej, ukoić nerwy, przynajmniej częściowo, uspokoić się. Dlatego też, gdy zamilkł, wyprostowała nieznacznie plecy i odchyliła głowę, pozwalając, by kolejna fala łez zalała jej czerwone policzki, by wytyczyła tor na jej czyi i zniknęła pod materiałem błękitnego swetra. Oddychaj. Głęboko. Tak, właśnie tak. Antoinette, pogódź się z tym. Spróbuj. Zostałaś sama. Nie ma przy tobie mężczyzny, który wyznaczał sens twojej egzystencji, ale to nie koniec. Spróbuj. Spróbujesz od nowa, kiedy już oswoisz się z tą myślą, kiedy nadejdzie twoje rozgrzeszenie. Oddychaj. Tak, właśnie tak.
Trwała w tym stanie kilka, czy nawet kilkanaście kolejnych minut. Nie rozumiała, jej myśli były ogromnym chaosem, z którego od czasu do czasu wyłapywała pojedyncze słowa składające się w niejasne, pomieszane zdania. Ale kiedy tylko poczuła, że znów jest zdolna cokolwiek powiedzieć, uniosła powoli powieki, utkwiwszy spojrzenie w kruchej ciemności królującej ponad nią. Ponad nimi.
- Miałam wszystko, wiesz? - Zaczęła półszeptem, niemal niedosłyszalnym dla uszu. I zrobiła pauzę, jakby delektując się zbiorem pięknych wspomnień. - Miałam wszystko i byłam najszczęśliwszą osobą na tym świecie. Choć czasem nie układało nam się dobrze, wiedziałam, że zawsze jesteśmy tylko dla siebie i zawsze będziemy razem. Jestem matką, żoną, byłą żoną, a teraz wdową. Ten czas... Mija za szybko, odbiera nam innych ludzi zbyt brutalnie. - Pełniła już tyle ról, mając zaledwie osiemnaście lat. Nikt nie przygotował jej na stratę męża. Nikt nie przygotował jej na taki rozwój wypadków. Nikt nie przygotował jej na taki początek końca. Lub koniec początku. Pięknego początku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Rok Nauki : II
Wiek : 26
Skąd : Al-Hamma al-Dżarid
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 77
Dodatkowo : Teleportacja
  Liczba postów : 201




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Sob Paź 22 2011, 15:07

Oczywiście, że to złudne wrażenie, że nigdy by się na to dobrowolnie nie zdecydował, że tylko mu się wydaje i naprawdę woli już swoją pustkę i urojone poczucie niespełnionej miłości, niż to, co wyniszczało teraz zrozpaczoną Antoinette. Och, tak strasznie chciał jej teraz powiedzieć coś, żeby ją podnieść na duchu, pocieszyć, sprawić, żeby chociaż przez sekundę poczuła się lepiej – nie znał jej, jasne, teoretycznie mogła być mu obojętna. Mógłby ponownie zapewnić, że jest mu przykro i po prostu odejść, by potem unikać jej zapłakanego wzroku na korytarzach i zapewne pełnych wyrzutu spojrzeń. Chociaż nie – czy w obecnym stanie byłoby ją stać na jakikolwiek wyrzut? Nieważne; nie opuścił jej teraz, nawet jeśli przez chwilę pomyślał, że wolałaby zostać sama. Mimo wszystko, gdzieś tam czuł, jakby ją znał, wiedział z opowieści Charlesa, jak uroczo wygląda po przebudzeniu, w jego wymiętej koszuli, i jak patrzy na niego z dezaprobatą, kiedy wraca do domu później niż zwykle i bełkotliwie tłumaczy, że to był tylko jeden drink. Choć nigdy nie był świadkiem tych scen, oczami wyobraźni widział, jak dziewczyna – albo i nawet kobieta, biorąc pod uwagę bagaż jej życiowych doświadczeń – bawi się z Lucy na dywanie przed kominkiem albo przysypia nad niedokończonym wypracowaniem z Eliksirów i kubkiem zimnej kawy, nie wiedzieć czemu, przypominał sobie teraz wszystkie te wywody Primrose’a, miłe historyjki, tragiczne wspomnienia, zabawne anegdotki… nigdy nie słuchał ich ze szczególną uwagą, ot, po prostu, pozwolił im wlatywać do swojej świadomości, ale nie notował w pamięci szczegółów, które teraz – o dziwo – do niego wracały.
Zgodnie z jej zaleceniem, zapadła cisza, podczas której on też nie zwracał uwagi na to, jak szybko płynie czas i czy w ogóle, czy przypadkiem się nie zatrzymał. Czy to czasem nie jest koniec świata, czy Allah nie zsyła ich na wieczne potępienie w tej gęstej, smutnej atmosferze Sali Końca, które nigdy końca nie ujrzy. Wieczność, podczas której ona będzie szaleć z tęsknoty za najgorszym mężem wszech czasów, który zostawiał ją nieskończoną ilość razy; wieczność, podczas której on nie będzie wciąż bił się z myślami i żałował, że ją tu spotkał i przekazał nowinę. Mogła żyć w beztroskiej nieświadomości, pewna, że Charlesowi wiedzie się dobrze w tej pieprzonej plantacji truskawek. Mógł jej tej niewiedzy nie odbierać.
Drgnął, kiedy dziewczyna odezwała się niemal niesłyszalnie, i wreszcie odłożył na ziemię te nieszczęsne okulary, które do tej pory nerwowo ściskał w dłoni, jakby myślał, że gdy zrobi to dostatecznie mocno, ich niedoszły właściciel się tu zjawi.
- Wiem – odpowiedział po prostu – To niesamowite, że po tym, jak namieszał ci w życiu, specjalnie czy nie, nieważne, to niesamowite, że jeszcze się nie poddałaś – stwierdził wreszcie, zastanawiając się, czy przypadkiem nie chwali dnia przed zachodem słońca. Śmierć najważniejszej osoby jest chyba najbardziej jasnym sygnałem, by to uczynić, prawda?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Ravenclaw
Rok Nauki : VII
Wiek : 24
Skąd : Paryż
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 67
Dodatkowo : Metamorfomagia, teleportacja
  Liczba postów : 498




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Sob Paź 22 2011, 15:27

Może rzeczywiście byłoby lepiej, gdyby zostawił ją teraz samą. Ale to nie miało znaczenia. Nie. Ona była sama, dostatecznie sama, by zatracić się w tym, co obejmowało ją z każdej strony. W tym, co coraz mocniej zaciskało wokół niej więzy, drażniące ramiona, szorstkie, nieprzyjemne, zimne. A mimo wszystko wciąż czuła w sobie żar, tak zajmujący i tak ogromny, iż przez moment miała nieodparte wrażenie, że po prostu spłonie... To mieszało się z chłodem bijącym od podłogi, od ścian, z uczuciem całkowitego zamrożenia stóp. Nie mogła się ruszać. Ale miotała się, nie wiedząc, czy robi to jedynie w swoim wnętrzu, czy naprawdę każda z jej kończyn drga w chaotycznym tańcu pełnym rozpaczy. Zatraci się w nim. Tak, zniknie, raz na zawsze, a czas wymaże ją z pamięci znanych jej ludzi. I ktoś kiedyś, za kilka czy kilkanaście lat, usiądzie przy smutnej Lusi, i powie jej, tak, miałaś dobrych rodziców, wspaniałych rodziców, którzy kochali się tak mocno, którzy nie mogli żyć ze sobą i bez siebie, którzy zostawili cię, gdy miałaś niecały rok, w obawie, że tym razem nie poradzą sobie bez wzajemnej pomocy, bez świadomości, że drugie z nich wciąż jest obok, nawet jeśli dzielić ich będą miliony kilometrów. Dlatego teraz, sierotko, zdana jesteś na łaskę innych krewnych, bez wspomnień o osobach, które dały ci życie. Byłaś za młoda, by ich zapamiętać, więc naciesz wzrok tymi fotografiami, dopóki jeszcze nie wyblakły, nie przestały się ruszać. Widzisz, jak pięknie razem wyglądali? To twoi rodzice. Charles i Antoinette Primrose.
Rozedrganą dłonią otarła kolejne łzy spływające po mokrych policzkach. Każda kolejna kropla wypalała nowy, niewidzialny tor na jej skórze. I choć było to względnie przyjemne, łagodzące, nie chciała już tego czuć. Nie chciała w ogóle czuć. Dlatego wyłączyła się na chwilę, na moment, na wieczność, by potem znów otworzyć zaczerwienione oczy i usadzić się pod ścianą. Uspokoiła oddech, przynajmniej częściowo, i spojrzała na Latifa. Z jednej strony żałowała, tak bardzo żałowała, że zdecydowała się napisać esej właśnie w Sali Końca, ale z drugiej... Podobno najgorsza prawda jest lepsza od kłamstwa. Co, gdyby dowiedziała się tego za kilka lat, przyjeżdżając do Irlandii, by odwiedzić swojego byłego męża? Najlepszego byłego męża, jakiego mogłaby sobie kiedykolwiek wymarzyć. Ze starszą córeczką u boku, trzymaną przezeń za rączkę. Dwa światy przeistoczyłyby się wówczas w ruinę.
- Namieszał? - Powtórzyła za nim, nieco skonsternowana, jakby przypominając sobie znaczenie tego słowa. Ach, oczywiście. Nie minęło kilka sekund, aż ciszę przeciął donośny, dziewczęcy śmiech. Śmiech pełen bólu, niewymuszonej radości, szaleństwa, cierpienia. - Tak, namieszał. Nikt nie namieszał w moim życiu tak, jak on. Ale wiesz co? Życzę ci tego samego. Życzę ci, żebyś poznał smak takiego namieszania. Bo nie ma nic piękniejszego na tym świecie. - Skończyła, kręcąc lekko głową. Nie zwracała uwagi na kilka pojedynczych łez, jakie zagubiły się na jej twarzy. Była zbyt zajęta wspomnieniami, doszczętnie ją pochłaniającymi. Nigdy się nie podda. Nie ma mowy. Nigdy. Nie ma mowy. Nigdy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Rok Nauki : II
Wiek : 26
Skąd : Al-Hamma al-Dżarid
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 77
Dodatkowo : Teleportacja
  Liczba postów : 201




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Sob Paź 22 2011, 16:37

Dlatego właśnie Antoinette musi się postarać, by nikt nie musiał opowiadać Lucy o jej rodzicach, którzy odeszli tak wcześnie, że nie zdążyli nawet zagościć w jej wspomnieniach. Dlatego musi przestać tonąć i nie zniknąć, dlatego musi to przetrwać i dać dziewczynce tyle ciepła, by nigdy nie odczuła tego chłodu bijącego z wiecznie pustego fotela, na którym zwykł siadać Charles. Chociaż on tak naprawdę opuścił ten fotel nie kiedy został brutalnie pozbawiony życia na ruchliwej ulicy gdzieś na końcu świata, wśród mugoli, a już wtedy, gdy po raz kolejny oznajmił Wyjeżdżam. Gdyby żył, pozostawiłby po sobie to jedno głupie słowo – wyjeżdżam – i mętlik w głowie, i pytania bez odpowiedzi. Pytania zaczynające się na dlaczego?, o nieistotnych końcówkach, takich, na które nie da się racjonalnie odpowiedzieć. Pewne pytania muszą zostać pytaniami. Gdyby żył… natomiast teraz, teraz jest tylko wspomnieniem. Niczym więcej. Wspomnieniem. Lepiej być smutnym, choć czasem i ciepłym wspomnieniem czy milionem bezsensownych pytań?
Latif przez chwilę odniósł wrażenie, że się przesłyszał, najzwyczajniej w świecie do jego uszu nie dotarło to, co dziewczyna powiedziała, tylko jakaś zmodyfikowana wersja. Życzę ci tego samego? Życzę ci, żebyś poznał smak takiego namieszania. Bo nie ma nic piękniejszego na tym świecie.
Ach, więc to właśnie to. Miłość, miłość miłość miłość, nawet ta najokrutniejsza i najbardziej bolesna potrafi być tą najpiękniejszą – bo po prostu jest. Czy to nie straszne? Czy nie lepiej powinno być bez tego? Czy nie bezpieczniej? Otwierając się na to uczucie, wychodzisz na wojnę, opuszczasz bezpieczny bunkier samotności i ruszasz w świat, a to, gdzie trafisz, nie zależy od ciebie, to jak straszne w skutki będą kolejne starcia, też. Ogłuszony uczuciem idziesz na oślep, w każdej chwili możesz dostać order, ale w każdej możesz też nadepnąć na minę. Tak jak teraz Antoinette.
- Ale to boli – odparł odkrywczo w odpowiedzi, trochę z niedowierzaniem. Owszem, parę minut temu zapewne przyznałby jej rację, powtórzył to, co pomyślał: ”to takie ludzkie”. Ale czy naprawdę warto ryzykować i się narażać? Nie lepiej zostać w ciemnym, zimnym, smutnym, ale jednak wciąż BEZPIECZNYM bunkrze?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Ravenclaw
Rok Nauki : VII
Wiek : 24
Skąd : Paryż
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 67
Dodatkowo : Metamorfomagia, teleportacja
  Liczba postów : 498




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Sob Paź 22 2011, 16:57

- Uderzenie palcem w kant szafki, w środku nocy, też boli - zauważyła, nieświadomie przeciągając niektóre sylaby. Pamiętała, jak przytrafiło się to Charliemu. Obudził ją swoim niekontrolowanym wrzaskiem i litanią przekleństw skierowanych pod adresem bogu ducha winnego mebla. Wtedy miała mu to za złe, zmęczona po całym dniu nauki, po odrobieniu miliona prac domowych, ale teraz, z perspektywy wciąż upływającego czasu, wydawało się jej to nie tyle zabawne, co nawet urocze. Wszystko, co robił i co mógł zrobić było urocze. A mógł zrobić jeszcze tak wiele. Gdyby nie wypadek. Gdyby nie to, że teraz zostawił ją już na zawsze, bezpowrotnie odszedł, zniknął bez słowa pożegnania. Rozstali się głośno. Podczas kolejnej kłótni. Padło kilka bolesnych uwag. Żałowała ich z całego serca. Choć chyba oboje wiedzieli, że słowa nic nie znaczą, są zwykłym złamaniem prawdziwości myśli. Wtedy nie chciała go widzieć; teraz oddałaby za to wszystko. Nawet własne życie za krótką chwilę rozmowy, jakiegokolwiek kontaktu z agentem Primrose. Czy pomyślał o niej w ostatniej chwili? Czy przypominał sobie ich wspólną przeszłość w ostatnich sekundach? Czy przed oczy przywołał roześmianą buzię ich córki? Czy w uszach zadźwięczały mu słowa składanej przed ołtarzem przysięgi? Nieważne, jak zabrzmiał wyrok podczas rozprawy rozwodowej. Ich małżeństwo było wieczne. Nie opuszczę cię aż do śmierci. Antoinette nie opuściła go. Zawsze była z nim.
- Nigdy nie znałam i nie poznam już lepszego człowieka. - Nieprzyjemne uczucie w gardle nasiliło się znacznie, a oczy znów zapiekły. Nie, nie płacz już, za dużo popłynęło łez. A to dopiero początek. Początek końca. Lub koniec początku. Powinna coś zrobić. Wziąć się w garść. Wrócić do domu, przytulić do siebie Lucy Primrose, jej Lusię, zaszyć się w bezpiecznym, dziecięcym pokoiku i poczekać tam, aż świat doszczętnie się zburzy. Nie. Zaszyć się w dziecięcym pokoiku, przeczekać burzę i rozpocząć proces nowej nauki. Nauki życia ze świadomością, że jego już nie ma. Tak samo jak nie ma sensu wyczekiwać przy oknie jego powrotu. To takie... Nierealne. Wszystko było już nierealne. Najgorsze fantazje zderzyły się z brutalną rzeczywistością, zatarły wyjątkowo kruche granice. Jak miała sobie z tym poradzić? Jedna, mała Tosia, która dostała od życia to, o co kiedykolwiek mogła poprosić, a teraz to zostało wydarte z jej rąk, tak po prostu, bez chwili najmniejszego wahania. Przygryzła dolną wargę, przenosząc spojrzenie z ledwo widocznej sylwetki Latifa, na swoje stopy. Buty. Były tak bardzo zajmujące, interesujące, porywające... Powoli podniosła się z podłogi, stanąwszy na chwiejnych, drżących nogach. Sięgnęła po torbę, spoczywającą nieopodal. Przewiesiła jej pasek przez ramię.
- Powinnam iść - oświadczyła nagle, wyjątkowo twardo i zdecydowanie. Musiała coś zrobić. Wiedziała już, co. Dlatego przestąpiła kilka kroków w kierunku drzwi, podtrzymując się wolną ręką o ścianę. Chodzenie było takie trudne. Takie trudne, jak perspektywa jej przyszłego życia. Bardzo bliska perspektywa.
Wyszła na korytarz i zatrzymała się, oddychając głośno. Gdzie by tu iść, gdzie iść? Przecież wiedziała; iść do domu. Ale cichy głos w jej głowie stanowczo odradzał tego pomysłu. Więc ruszyła w kompletnie innym kierunku. Latif Dugmesi. Ciekawe, czy jeszcze kiedyś się spotkają.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Student Ravenclaw
Rok Nauki : II
Wiek : 24
Skąd : Południowa Hiszpania
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 149
Dodatkowo : Teleportacja
  Liczba postów : 1357




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Nie Lis 20 2011, 00:35


Było zimno. Bardzo zimno. Dlatego Simon szedł szybciej. Powoli zaczęło do niego docierać, co znów ma się wydarzyć. Nie da się ukryć ze go to podniecało. Po dwudziestu minutach doszli do zamku, chwile potem na szóste piętro. Celem była Sala Końca. Mała, przytulna miękka. I było ciemno. A to idealnie działa na zmysły. Studencik obdarzył swojego chłopak po drodze paroma soczystymi pocałunkami o smaku Ognistej Whiskey. Cieszył się. Delikatnie nacisnął klamkę nie dużych drzwi. Gdy weszli do środka, drgnął, prawdopodobnie z podniecenia. Nie mogąc czekać już dłużej, zaczął namiętnie całować swojego chłopaka, bombardując jego ciało dłońmi, które w miedzy czasie zdążyły się ogrzać. Tęsknił za tym jak za niczym innym.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 24
Skąd : Londyn/ Osaka
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 146
Dodatkowo : Teleportacja
  Liczba postów : 1320




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Nie Lis 20 2011, 00:50

Oh, taaaak... Namida nie był pewien, bo było naprawdę ciemno, ale Simon musiał aż wrzeć! Zresztą, on sam czuł, że każde miejsce którego dotknęły dłonie jego chłopaka, pali żywym ogniem - całkiem jednak pozytywnie. To było naprawdę miłe uczucie.
- Zwolnij... - szepnął, kiedy w głowie zaczęło mu aż wirować od natężenia pieszczot. Oddychał głęboko, a jego oddech musiał mieć zapach alkoholu. Simona miał... słodko gorzki zapach alkoholu. To kręciło jeszcze bardziej.
Sala końca? Pfff... to był dopiero początek! Namida odsunął sie nieco, zrzucając z siebie wierzchnią część ubrań, popychając Simona na poduszki, co by wygodnie się na nich ułożył, po czym uklęknął ponad jego kolanami. Pochylił się, zaledwie muskając ustami wargi kochanka. Nie mógł się powstrzymać, żeby choć trochę się z nim nie podrażnić. Był teraz taki uroczy... Niby niewinny, ale Namida wiedział, co mu chodzi po głowie, jakie same zbereźne myśli i fantazje.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Student Ravenclaw
Rok Nauki : II
Wiek : 24
Skąd : Południowa Hiszpania
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 149
Dodatkowo : Teleportacja
  Liczba postów : 1357




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Nie Lis 20 2011, 14:07

Simonem zawładnęło podniecenie. Magia chwili. Alkohol przyjemnie szumiał w głowie, a tak kochane ciało było blisko, bardzo blisko. Ostaniu się tak czuł, zaraz po rozpoczęciu semestru. Gdy wszystko się zmieniło. Relacje, kierunek nauki, poglądy. Mimo że tyle nie fajnych rzeczy wydarzyło się w życiu naszego studenta, on czuł się szczęśliwy, spełniony jak nigdy. Nie mógł sobie tylko wybaczyć że przez ostatnie miesiące zaniedbał relacje ze swoim chłopakiem. Na każdym poziomie. Ale nie chciał też żeby wyszło na to, że z Namidą łączy go tylko seks. Jednak nic nie mógł poradzić. Tęsknił, a to był najlepszy sposób na złagodzenie skutków tej rozłąki. Nasz student nie bez przyczyny wybrał właśnie Sale Końca. Nie wyglądał za atrakcyjne. Wyglądał jak trup. Od wakacji schudł 10 kilo. Nie dowaga w przypadku to mało powiedziane. Nie chciał żeby widok jego wystających żeber, mocno zarysowanych bioder zniszczył to, co miało się zdarzyć. Nie, nie mógł na to pozwolić. Do jego uszu dobiegły słowa Namidy „Zwolnij…”. Widzicie, co tęsknota robi z człowiekiem?! Zanim się zdążył odpowiednio opanować, już wylądował bez kurtki na miękkich poduszkach. Kolejny przyjemny dreszcz przebiegł przez jego ciało. Teraz nie było mowy o tym żeby się uspokoił. Z każdą sekundą pożądanie wzrastało, a usta Ślizgona tylko ten efekt potęgowały. Można to uznać za masochistyczne podejście, ale Simon w jakiś tam chory sposób, lubił, gdy Namida doprowadzał go to takiego stanu, paroma musknięciami warg. Cały się gotował. Chciał więcej i więcej. Nie chciał już więcej czekać. Paroma zdecydowanymi ruchami, pozbył się koszulki Namidy, a swoimi dużymi dłońmi, na początku ledwo muskał klatkę piersiową swojego chłopaka, jednak z każdą chwila jego dłonie wędrowały coraz dalej, i dalej. Student nie mogąc już wytrzymać, pochwycił pełne usta w kolejnym namiętnym pocałunku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 24
Skąd : Londyn/ Osaka
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 146
Dodatkowo : Teleportacja
  Liczba postów : 1320




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Pon Lis 21 2011, 00:51

Simon dawał mu tyle natchnienia... Zawsze, kiedy był tak blisko, w głowie Namidy kotłowały się miliony gorących myśli, które od razu chciałby przelać na papier, ale oczywiście to musiał zrobić później. Teraz były ważniejsze rzeczy do zrobienia. Pocałunki jego studencika mąciły mu w głowie. Nawet nie zauważył, kiedy stracił koszulę. Nie miał jednak zamiaru być dłużnym i także raz dwa zdjął z Simona bluzkę. Przesunął powoli dłońmi po jego ramionach, głaszcząc je delikatnie. Chociaż pocałunki były drapieżne, jego ruchy były naprawdę stonowane. Chciał powoli, przecież nie musieli się z niczym spieszyć.
Namida co rusz szeptał imię ukochanego... To było aż silniejsze, nie panował nad tym. Oczy miał zamknięte- i tak widział jedynie cień ciała chłopaka. Przesunął powoli dłonie w dół, na klatkę piersiową, wyczuwając pod opuszkami palców bijące serce. Uśmiechnął się nawet na myśl, że bije dla niego, i to wyjątkowo szybko. To w jakiś sposób sprawiało, że był... naprawdę szczęśliwy. Cudem powstrzymywał się, żeby nie zaśmiać się głośno! Ale to mogłoby zepsuć te chwilę. Dłonie zeszły nieco niżej... i choć Namida nic nie widział, to i tak otworzył oczy.
- Simon. - gdy powiedział jego imię głośniej, jego głos był bardzo ochrypły. Już chciał wygarnąć mu zwyczajnie, co sądzi o takim czymś... Nic tylko skóra i kości! ... ale zrezygnował. Westchnął głęboko, wiedząc, że teraz to i tak już nic nie zrobi... Może jedynie jak najczęściej swojego chłopaka dokarmiać. - Głupol z Ciebie... ale Cię kocham. - szepnął, schodząc powoli pocałunkami od ust, przez policzek na szyje i na obojczyki, obsypując je delikatnymi cmoknięciami. Nie mógł się nadziwić sobie samemu, że aż tak się zaniedbali obaj nawzajem... Musieli spooro nadrobić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Student Ravenclaw
Rok Nauki : II
Wiek : 24
Skąd : Południowa Hiszpania
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 149
Dodatkowo : Teleportacja
  Liczba postów : 1357




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Pon Lis 21 2011, 15:28

Simon oddawał się cały Namidzie. O boże, robili to za rzadko. Simon nie czuł się od dawna tka dobrze. W końcu miał wrażenie że wszystko jest tak jak powinno. Już zapomniał nawet o tym że Namida może odkryć jego mały kompleks. Całował, a za każdym razem gdy słyszał swoje imię wypowiadane w taki sposób, nieznacznie się uśmiechał, a serduszko biło mu szybciej. Jednak, gdy do jego uszu doszedł ochrypły głos, pełen wyrzutu nie trudno było mu się domyślić co wywołało taką reakcję. Policzki nieco go zapiekły, a ręce drgnęły. Gdyby nie następne słowa Namidy, pewnie zamknął by się w sobie, wyrzucił klucz do jeziora.:
-Ja ciebie też. Bardzo, bardzo mocno.- "Bardziej niż siebie" pomyślał jeszcze. Jednak nie powiedział. Bez sensu było niszczyć ta chwile, jakimś głupi rozważaniem. Oddał się rozkoszy totalnie, wplatając jedna z dłoni w włosy chłopaka, drugą umiejscowił na jego lędźwiach, upijając się każdą mini sekundą spędzoną z Ślizgonem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 24
Skąd : Londyn/ Osaka
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 146
Dodatkowo : Teleportacja
  Liczba postów : 1320




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Sob Gru 03 2011, 19:16

Hmmm... Namiś lubił, kiedy Simon, może nawet też nieświadomie, dotykał jego wrażliwych miejsce... No i kiedy mówił te cudowne słowa. Na jego usta aż sam z siebie wpływał szeroki uśmiech. Teraz oczywiście nie było go widać, ale... a tam! Był szczęśliwy i już!
Jak na raz przypomniało mu się, że przecież oficjalnie są narzeczeństwem! No, prawie oficjalnie... Namida, mimo wszystko, nadal nie miał ani okazji, ani odwagi powiedzieć o tym rodzinie... Nie obawiał się reakcji nikogo, jak swojego ojca... Ten mimo wszystko liczył, że Namida przedłuży ród... Ale Ślizgon nie miał na to najmniejszej ochoty.
Składał delikatne pocałunki na klatce piersiowej swojego ukochanego, co rusz drażniąc ją lekko językiem. Wiedział, że... to z innej strony mogło "dziwnie" wyglądać. Że nie widzieli się taki szmat czasu, a zamiast pogadać i w ogóle jakoś... romantycznie spędzić czas, to myślą tylko o jednym. Ale to właśnie tęsknota robi z człowiekiem. Poza tym... Namida na samą myśl był tak napalony, że nawet gdyby ktoś wtargnął do pokoju, to by nie przestał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Student Ravenclaw
Rok Nauki : II
Wiek : 24
Skąd : Południowa Hiszpania
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 149
Dodatkowo : Teleportacja
  Liczba postów : 1357




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Pon Gru 05 2011, 19:27

Simon nie miał tego problemu. Jego siostry zawsze wiedziały ze z nim to jest coś nie tak. Więc nie obawiał się, że jak powie Natalie to szybko rozejdzie się to pocztom pantoflową. One go nie obchodziły. Już od dawna przestał sobie zaprzątać głowę tym, co pomyślą inni. Ba, nawet go nie obchodziło, co sobie pomyślą jego przyjaciele. Liczył się tylko Namida. Był jedyną osoba, która mogła na niego w jakikolwiek sposób wpłynąć. Może to zabrzmi desperacko, ale dla niego skoczyłby nawet z klifu. Całe jego życie, wszystkie wspomnienia zdawały się nieco zamazane dopóki nie poznał Namidy. Kto by pomyślał, że przyjaźń może przerodzić się w tak głębokie uczucie.
Tym sobie też nie zaprzątał głowy. Chociaż było w tym trochę racji. Nie, wróć. Nasi kochani panowie zawsze cieszyli się sobą najpierw fizycznie, a potem przechodzili do zaspakajania swojej psychiki. To było całkiem roztropne. Na przykład mogłoby się im troszku trudno gadać i tak dalej.
Simon się nie hamował. Nie potrafił, nie chciał. Z jego ust wydawały się przyjemne westchnienia, a dłonie, przyjemnie rozgrzane powędrowały ku spodniom ślizgana. Delikatnie acz stanowczo rozpiął guzik, rozporek, zsunął je w dół. Odurzenie alkoholowe zniknęło bez śladu, zostały dreszcze z podniecenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 24
Skąd : Londyn/ Osaka
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 146
Dodatkowo : Teleportacja
  Liczba postów : 1320




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Pon Gru 05 2011, 21:52

+18 ... mua ha ha ha Ing face

To od razu było widać, że Simon już nie może się doczekać... Ale Namida też zaczynał robić się niecierpliwy. Niby z jednej strony myślał o jakiejś romantycznej atmosferze, delikatności i w ogóle... A z drugiej miał ochotę zwyczajnie zedrzeć w końcu z tego przeklęcie seksownego chłopaka ciuchy i po prostu go...! Usz, no, to było takie nie fair, że nie mógł go teraz zobaczyć! Miał gdzieś serio, czy faktycznie był tak wychudzony, jak Namida czuł pod opuszkami palców. Stęsknił się, a teraz nawet nie mógł na niego spojrzeć, dostrzegając jedynie zarysy ciała.
Pozbawiony spodni poczuł się nico mniej pewnie... To jednak nie powstrzymało go przed ściągnięciem również spodni Simonowi. Powoli zacisnął dłoń na jego penisie, chcąc jeszcze bardziej go pobudzić, ale jednocześnie nadal trochę się podrażnić. Jęki Simona sprawiały, że na jego usta wpływał szeroki, pełen satysfakcji uśmiech. Był dumny z siebie, że to jego przecież jest zasługa, o! A jeszcze sposób, w jaki on to robił, wydawał się taki... jednocześnie uroczy i seksowny. Sprawiał tylko, że Namida miał na niego jeszcze większą ochotę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Student Ravenclaw
Rok Nauki : II
Wiek : 24
Skąd : Południowa Hiszpania
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 149
Dodatkowo : Teleportacja
  Liczba postów : 1357




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Wto Gru 06 2011, 09:14

+18
Namida uzyskał zamierzany efekt. Przyjemne podniecenie rozlało się po ciele. Mimo że już dobrze znał dotyk Namidy, nie potrafił przywyknąć, za każdym razem reagował równie silnie jakby to był pierwszy raz. Faktycznie, nie mógł się doczekać. Z jego ust wydał się głośniejszy jęk, a klatka piersiowa podniosła się do góry pod wpływem głębokiego wdechu. Teraz nie było mowy o śnie, majkach czy kto tam wie. Namida był tu naprawdę, żywy, ciepły. I bez dwóch zdań oboje nie mogli się doczekać. Simon nie zamierzał leżeć bezczynie i przeżywać. W końcu byli tu dla siebie na wzajem, a nie tylko dla niego. Włożył dłonie z po bokach bokserek Namidy, jeżdżąc dłońmi po linii bioder. A pełne usta pochwycił w pocałunku. Chciał go jak najwięcej, więc absolutnie się nie hamował, a francuski pocałunek zapierał dech w piersiach nawet jemu. Z czasem zniecierpliwiony muskał palcami męskość swojego chłopaka. Mamusi, normalnie trudno sobie wyobrazić jak bardzo go pragnął...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 24
Skąd : Londyn/ Osaka
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 146
Dodatkowo : Teleportacja
  Liczba postów : 1320




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Sob Gru 17 2011, 13:04

+18

Z drugiej strony... Faktycznie cieszył się, że jest ciemno i że za bardzo go nie widać... Nie hamował się w ogóle właściwie, wdychał co chwila i jęczał, chcąc już jak najszybciej się dobrać do swojego chłopaka. Bo niby dlaczego miałby czekać? O niee, czekać, to mógł sobie wcześniej, zanim to się stało. Teraz nie miał zamiaru. Koniec tego dobrego! Czas na lepsze! Podniósł się nieco, rozbierając się już kompletnie, robiąc zresztą to samo z Simonem (straciłam rachubę, czy już się rozbierali czy nie XD) .
Z jednej strony czuł tak straszną ekscytacje, a z drugiej... bał się, kurde! Że się nie sprawdzi, czy coś, albo że nie usatysfakcjonuje Simona i że będzie jedna wielka klapa zamiast miłosnego uniesienia. Przecież MUSIAŁ się sprawdzić... Okropnie by się czuł, gdyby zawiódł Simona. Za nic tego nie chciał.
- Kocham cię. - szepnął, w końcu decydując się na to. Powoli wszedł w narzeczonego, jednocześnie składając mocny i namiętny pocałunek na jego ustach, przygryzając je lekko, wydając z siebie zduszony, gardłowy jęk.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Student Ravenclaw
Rok Nauki : II
Wiek : 24
Skąd : Południowa Hiszpania
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 149
Dodatkowo : Teleportacja
  Liczba postów : 1357




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Sob Gru 17 2011, 19:08


+18
Ale że to już? Simon nawet nie zauważył, kiedy obaj leżeli już nadzy. Mało się zastanawiał nad tym, co może się wydarzyć. pewnie bez potrzeby by się stresował w ogóle, dupa by wyszył a nie coś miłego. Gdy usłyszał te dwa miłe słówka, które w ustach jego chłopaka brzmiały po prostu bajecznie, uśmiechnął się. Ba! Nawet szukał w mózgo- czaszce jakiejś błyskotliwej odpowiedzi. Ale nie zdążył nic wymyślić. To się już stało. I było przyjemne, bardzo przyjemne. Simon za nic w świecie nie chciał niczego zapomnieć z tego wieczoru. Krew w nim bulgotała z tego wszystkiego, miło szumiąc w uszach. Jęknął z rozkoszy, i położył dłonie na plecach swojego narzeczonego, unosząc biodra do góry. Myślał, że przysłowiowe „bycie na dole” sprawi, że będzie odczuwał jakiś dyskomfort psychiczny, albo coś. Ale nie. Chyba nawet bardziej mu się podobało. Jednak teraz nie był zbytnio zdolny do filozofowania. Jego bystry, krukoński mózgu kompletnie opętało podniecenie z ust wydawały się westchnienia, i głośniejsze jęki. Zapomniał nawet przez chwile jak się nazywa, liczyło się tylko to niezwykłe uczucie…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 24
Skąd : Londyn/ Osaka
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 146
Dodatkowo : Teleportacja
  Liczba postów : 1320




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Czw Gru 22 2011, 12:07

+18

To... było niesamowite uczucie. Ciężko je nawet opisać słowami! Wiedział już, że seks z Simonem jest czymś wyjątkowym, ale... w tej chwili to juz wykraczało poza jego wszystkie wyobrażenia! Ciało Simona, nawet, jeśli wychudzone, było teraz strasznie gorące i Namida nie mógł się nim dosłownie w pełni nacieszyć. Było mu go tak cholernie, tak strasznie mało!
Przed sobą samym, tak gdzieś w głębi serca przyznawał się, że mimo dominującej natury, odpowiadało mu bycie "na dole"... Ale zwalał to na karb tego, że uwielbiał, kiedy poświęcano mu całą uwagę.
I on poświęcał teraz całą swoja uwagę Simonowi. Pieścił jego usta w czułym pocałunku, co rusz jednak schodząc na dół, aby zostawić na szyi małe malinki. Był kiepski z matmy, ale naliczył, że zrobił ich już z jakieś 8. Jego narzeczony albo będzie zachwycony tym gestem, albo będzie zakrywał szyje szalem przez jakiś tydzień. Tak czy tak, Namida był z siebie dumny, słysząc, że Simonowi się podoba. On sam zresztą się z tym nie krył, wydając co rusz głębokie jęki, czując, jak pożądanie kompletnie odbiera mu hamulce i czując, że, niestety, jest tak podniecony, że to nie zajmie długo, żeby doszedł.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora




Student Ravenclaw
Rok Nauki : II
Wiek : 24
Skąd : Południowa Hiszpania
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 149
Dodatkowo : Teleportacja
  Liczba postów : 1357




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Czw Gru 22 2011, 22:44

+18
Czy seks z ukochaną osoba nie jest najlepszą rzeczą na świecie? Nie. Dobry seks z ukochaną osobą to najlepsza rzecz pod słońcem słońca. Simon chciał zapamiętać tą chwile jak najlepiej, jak najdłużej. A przynajmniej podświadomie chciał. Bo jego świadoma część mózgu skupiała się tylko i wyłącznie na rozkoszy, jaką dawała ta cała sytuacja. Każdy kolejny czuły pocałunek na jego szyi, sprawiał że temperatura jego ciała wzrastała znacznie. Tak Simon myślał tylko o tym żeby to trwało jak najdłużej.
Jego dłonie błądziły szaleńczo po całym ciele Ślizgona, a usta nie pozwalały się nawet na chwile oderwać tym drugim ustom. Jęki, wzdychanie, zapach potu dwóch rozpalonych ciał. To były główne bodźce jakie odbierał mózg Krukona. Wiedział że spełnienie jest blisko. A jego ciało to pokazywało. Po szerokich plech, klatce piersiowej, nogach przebiegały przyjemne, gorące dreszcze. Z ust wychodził najróżniejsza słowa, głównie po hiszpańsku, przeplatane imieniem ukochanego. Biodra unosiły się do góry, chcąc jeszcze więcej. Nigdy, przenigdy nie było mu tak dobrze…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : I
Wiek : 24
Skąd : Bristol
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 285
Dodatkowo : Teleportacja
  Liczba postów : 362




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Sro Lut 08 2012, 23:16

Desiree niepokoiła się. Nie wiedziała co się dzieje, tęskniła za Tristanem. Byli razem na feriach, tam mieli spędzać ze sobą każdą wolną chwilę a tutaj co? Ich wyjazd trwał kilka tygodni, a oni ni spotkali się ani razu. Dlaczego, co się działo? Ślizgonka przez cały czas chodziła po miasteczku, po domu w górach, w którym mieszkali i...nic. Po prostu nic. Zniknął jak kamień w wodę. Nadszedł dzień wyjazdu, który to wprawił ją w dobry humor. No bo przecież teraz, w karocy musi go zobaczyć, prawda? Ale...nie było go. Des wariowała, szalała bez niego. Teraz, gdy po tych dwóch tygodniach razem, uwierzył w jej miłość...nagle zniknął. Chodziła po wszystkich pokojach i pytała o niego ludzi, ale nikt go nie widział. Tak jakby go wcale tu nie było. ale przecież był, widziała go, umiechnęła się do niego kilka sekund przed tym jak weszła do swojego pokoju, która dzieliła z kilkoma znajomymi jej ludźmi. Od tamtej pory go nie widziała. Ale do jej głowy przyszła myśl, że może nagle musiał wyjechać, a teraz czeka na nią w zamku i jak już się spotkają to przeprosi ją, że nic jej nie powiedział, a ona mu wybaczy i wszystko będzie dobrze. Tak, na pewno tak będzie. Uspokojona czytała więc sobie podczas podróży książkę, nie pozwalając żadnym pesymistycznym myślom krążyć po swojej głowie. Po dwóch godzinach dotarli na miejsce. Spodziewała się, że Puchon będzie na nią czekał tuż na progu, w końcu wiedział kiedy i o której wracają. Nie było go. Desiree nie odzywając się do nikogo pobiegła do lochów, odłożyła bagaże i ruszyła na poszukiwania. Nie dbała o to, że wygląda dziwnie łażąc po korytarzach i wszystkich salach wykrzykując imię chłopaka. Nie widziała go prawie miesiąc, a gdy się kogoś kocha to to wygląda prawie jak wieczność, a przynajmniej tak człowiek się czuje. Wędrowała po zamku już ładnych parę godzin, i nic. Kamień w wodę. Kurwa, Tristaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaan, gdzie jesteś? Proszę, proszę, błagam, znajdź się, powiedz, że to głupi żart, bardzo głupi, nie śmieszny wcale, gdzie jesteś? Zaczynało ją to wszystko denerwować, nie wiedziała co się dzieje, tęskniła jak diabli, chciał w końcu go zobaczyć, okrzyczeć, że się przed nią ukrywał, pocałować, powiedzieć, że go kocha...Tak, tego potrzebowała, a w zamian dostała zupełnie coś innego...Przechodziła właśnie przez szóste piętro, zajrzała do klas, do Sali Artystycznej, może gdzieś tam się zapodział, aż dotarła do pokoju marzeń. Tam zatrzymała się na dłużej. Na pewno by go tam nie spotkała, wiedziała, że to miejsce stało się dla niego przeklęte, ale darzyła je pewnym rodzajem sentymentu. To tam poszli po pamiętnym spotkaniu na Krużgankach, tańczyli, całowali się...Było dobrze, tak cholernie dobrze, aż coś jej totalnie odbiło i uciekła. A mieliby o tyle więcej czasu... Do dziś pluła sobie w brodę za tamto wydarzenie w połowie grudnia. Przez chwilę patrzyła na adapter stojący w kącie...pamiętała, słuchali wtedy Beethovena i jego utworu dla ukochanej Elizy. Jakże wtedy było jej cudownie, czuła, że jest Elizą swojego Beethovena, Izoldą swojego Tristana. Będą musieli tu kiedyś przyjść, namówi go do tego. Może trafią na te same poduszki co wtedy...na jej usta wpłynął lekki uśmieszek zwiastujący to, że myśli o przyszłych wydarzeniach w tym pokoju, a były one baaaaardzo miłe. No dobrze, Desiree, wychodź z tego pokoju! Musisz poszukać swojego ukochanego, powiedzieć mu, że go nienawidzisz za to głupie zniknięcie, że kochasz za wszystko inne! Chodź. Wyszła więc z Pokoju Marzeń i ruszyła dalej cały czas rozglądając się za siebie. Powoli zaczynało ją to wszystko męczyć, ale nie mogła się poddać. Nie teraz. Będzie go szukać tak długo, aż go znajdzie. Najpierw da mu w twarz, wykrzyczy jak bardzo się martwiła, a potem pocałuje. Tak, tak zrobi jak go zobaczy. Zapadał już zmierzch, na korytarzach było coraz mniej ludzi, ale ona uparcie szła dalej. W pewnej chwili zauważyła sowę. Nieznaną sowę siedzącą na parapecie za oknem i patrzącą najwyraźniej na nią. Ktoś do niej napisał? Ale kto i po co? Szybko podeszła, otworzyła okno i przejęła liścik. Nie otwierając go ruszyła przed siebie rozglądając się za cichym miejscem, do którego mogłaby wejść by spokojnie przeczytać list. W końcu dotarła do jakichś drzwi, otworzyła je i weszła. Ciemno jak w grobie, to była pierwsza myśl jaka ją naszła. Pomieszczenie to rozświetlała tylko jedna, świetlista kula unosząca się nad ziemią. Jeśli dobrze pamiętała nigdy nie była w tym pomieszczeniu. Ale słyszała o nim, znane było jako Sala Końca. A ta kula...ponoć rozbijała się, gdy przychodził tam ktoś dla kogo coś się skończyło. Ale teraz nie miała prawa się rozbić. Bo oto dla Des kilka tygodni temu rozpoczął się nowy etap w życiu. Jest zakochana i szczęśliwa. A na Tristana poczeka, nawet i dwa miesiące! Czuła, że on jest tego wart, wiedziała o tym. Usiadła na jednej z poduszek w kącie pomieszczenia i otworzyła list. Rozpostarła papier i zaczęła czytać. Po pierwszym razie jej oddech zwolnił? Czy to żart, kolejeny głupi żart?

Wyjechałem.
Kocham cię mocno lecz nie mogłem cie zabrać ze sobą.
Nie martw się o mnie. Nigdy o tobie nie zapomnę.
Najlepiej będzie jak zapomnisz o mnie, bo nigdy nie wrócę .
Wybacz mi za wszystkie przykre chwile i dziękuje ci za te wspaniałe.
TP.

Tak, to był głupi dowcip Puchona a on sam zaraz tu wejdzie i powie, że przeprasza i że kocha. Prawda? Przeczytała te zdanie jeszcze kilka razy nie mogąc przestać. Palcem dotknęła liter napisanych jego własną ręką, tym cudownym, niemal kaligraficznym pismem. Powoli dotarł do niej sens tych słów, choć nadal uważała to za żart, głupi żart. Wyjechał...nie wróci...nie zapomni...kocham cię... Do jej oczu napłynęły łzy, których nie mogła, nie chciała powstrzymać...Nie, to nieprawda, kłamstwo, on nie wyjechał, on tu jest, kocha ją, ona go kocha, jutro się spotkają i wszystko będzie w porządku. Nie mógł ot tak sobie wyjechać. Nie mógł!!! Gdzie i po co??? Przecież mówił...że kocha ponad życie, że nic nie jest ważne tylko ona, że nigdy jej nie zostawi, że to ona stanowi sens jego istnienia, że tylko dzięki niej i dla niej żyje...A teraz wyjechał i nie wróci. I jak tu wierzyć facetom, no jak?! Desiree chciała z nim być, teraz, na zawsze. Wiedziała, że to ten jedyny, była tego pewna. Mieli być razem tak długo jak będzie trwał świat. A teraz została sama...Bez Tristana. Bez jej Tristana, który stanowił teraz część jej duszy, który był jej tlenem, potrzebowała go by istnieć. A on wyjechał, zostawił ją i wyjechał. Wyjechał, naprawdę wyjechał. Już go nie było, a ona miała pozostać z tą świadomością do końca życia. Aileen Desiree Weaver wybuchnęła płaczem, tak głosnym, tak rozpaczliwym...Krztusiła się swoimi łzami, powietrzem, które nagle stało się dla niej za ciężkie. Padła na podłogę uderzając o ziemię. Ale nie odczuła upadku, w jej głowie widniała tylko jedna myśl, jedno zdanie. Wyjechał. Ta myśl męczyła ją, wdzierała się w każdy zakamarek jej duszy, sprawiała takie cierpienie, jakiego jeszcze nigdy nie zaznała, ba!, jakiego jeszcze nikt nie zaznał. Jej ukochany rycerz, jej Tristan odszedł i nie wróci. Serce zamarło. Skurczyło się w sobie i zniknęło by nigdy nie powrócić. Ona nie miała już serca. ON był jej sercem, jej duszą, wszystkim co miała. Znali się tak krótko...ale czy czas jest miernikiem miłości? Czy to uczucie potrzebuje jakiegokolwiek miernika? Nie, zdecydowanie nie. Świat runął. Nie było już Desiree. Był tylko jej cień, jej duch, ciało umarło,przestało jej słuchać. Została zburzona, ten list zniszczył wszystko. -N-nnie...to nieprawda. To nie jest, KURWA, prawda...-wycharczala z trudem. Wypowiedzenie tych kilku słów było trudne, tak cholernie trudne. Ale musiała. Musiała podtrzmywać swoją wiarę w to, że Tristan jest tu, w zamku, że jej nie zostawił. Wiedziała, że okłamuje samą siebie, miała tego świadomość, pozostały jej jeszcze resztki rozsądku, w głębi duszy wiedziała, że Puchon nie zażartowałby sobie w ten sposób. Ale musiała. Musiała wierzyć. Inaczej już by jej nie było. A może już jej nie ma? Nie wiedziała co jest prawdą, a co klamstwem. Wszystko zlało się w jedną całość...Ból, tęsknota, miłość, niedowierzanie..Desiree chciała po prostu zniknąć. Zniknąć z tego globu, który stracił dla niej jakiekolwiek znaczenie, nie miał już żadnej wartości. Kolejne minuty dłużyły się coraz bardziej. Ile już ich minęło od końca jej świata? Pięć, dziesięć, dwadzieścia, pięćdziesiąt, sto? A czy to ważne? Zegar się dla niej zatrzymał. To był koniec. Koniec. Pośród spazmów szlochu wyłoniła tylko dźwięk. Dźwięk rozbijającego się szkła. Podniosła głowę, która ważyła teraz minimum tonę i spojrzała przed siebie. Kula, ta sama kula, kótra unosiła się wcześniej w powietrzu rozbiła się. Potwierdziła tylko cierpienie dziewczyny. Tak. Nadszedł koniec. Koniec tej pięknej bajki, w której ostatnio żyła. Aileen i Tristan. Tristan i Aileen. Tristan i Desiree. Desiree i Tristan. Tyle kombinacji a znaczyły one jedno. Miłość, uwielbienie, jedność, wszechobecną radość. Ona i on. Razem mieli przetrwać wszystko. A co teraz? Nic, została ona sama z tym szałem, z tym bólem jaki ogarnął ją po jego odejściu. Niezrozumieniem dlaczego tak się stało, dlaczego teraz? Czemu nie wziął jej ze sobą? Przecież bez niego nic już nie było. Stanowili jedność, nierozerwalną jedność, która jednak została rozerwana. Z ust Ślizgonki wyrwał się jęk. Jęk pełen bólu, miłości, tęsknoty, niedowierzania, rozpaczy. Zaczęła się trząść i wić, jakby jej dusza miała zaraz opuścić jej ciało, jakby już się do tego szykowała, a nie mogła. Uderzyła parę razy głową o ziemię, rozbiła ją sobie, aż pokazała się krew, która zlepiła jej włosy, ale nie przeszkadzało jej to. Ból fizyczny nie mógł równać się z bólem psychicznym, z bólem rozrywającym jej duszę na strzępy, pochłaniającym ją od środka. Ostatnimi siłami przypomniała sobie słowa, które ktoś powiedział jej kilka tygodni temu, a których wtedy nie przyjęła do wiadomości, bo były zbyt nierealne.
A jeżeli już nie wróci? Jeżeli to okaże się końcem, to naprawdę, chciałabyś widzieć go teraz, udającego jak to bardzo cie kocha i po jakimś czasie cię zostawia, jakby nigdy tego nie robił? Chyba lepiej że odszedł i robi to odseparowując się od ciebie. Tamta Gryfonka...Lilly...przewidziała coś co właśnie się stało...To wszystko jej wina, jej sprawka... Czy rzeczywiście tak było? Nie spotkał się z nią, bo wiedział, że niedługo odejdzie i nie chciał sprawić jej więcej bólu? Desiree zawyła żałośnie, obejmując rękoma kolana i zwijając się na podłodze z bólu. Nie mogła dłużej sobie z tym poradzić. Czuła zimno, zimno ogarniające od wewnątrz,i nie mające nic wspólnego z temperaturą pomieszczenia, nie, to ją przerastało, nie da sobie rady, musi...musi...Słabła coraz bardziej, płacz odbierał jej resztki sił, jej oddech stawał się coraz bardziej płytki, a to wszystko...treść listu widziała przed oczami, mimo, ze były one zamknięte...Wyjechałem...Kocham cię, ale nie mogłem cię ze sobą zabrać. Nie zapomnę o tobie...nie wrócę...Wybacz, dziękuję...Najlepiej będzie jak zapomnisz... Kompletnie zwariowałeś?! Nie, nie zapomnę o tobie. Pamięć twojej osoby zostanie na zawsze we mnie, sprawiając mi niewyobrażany ból. Będziesz moim najbardziej bolesnym, ale najwspanialszym wspomnieniem. Będę tęsknić, płakać, błagać los, żebyś wrócił...Zawsze będę cię kochać Tristanie Paladinie.

Koniec. Koniec pięknej bajki, koniec dziejów współczesnego Tristana i Izoldy...

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : I
Wiek : 22
Skąd : Paryż/Londyn
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 1616
Dodatkowo : teleportacja, wilkołak
  Liczba postów : 2144
http://czarodzieje.my-rpg.com/t2503-cornelia-somerhalder
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4052-nowe-powiazania-nowej-corin#120887
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4053-corin-somerhalder#120896




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Nie Lut 12 2012, 13:26

Corin biegła przez zamek mocno ściskając w dłoni dosłownie chwilę temu napisany list. Jej zamaszyste, zazwyczaj ładne pismo z serduszkami nad „i” teraz było niedbałe. Cała kartka zawierała sporo skreśleń i kleksów od pióra. Nie zauważyła nawet, że na kartce widniało kilka słonych kropelek. A przecież ona prawie nigdy nie płacze. Ale jak mogła wytrzymać kiedy targało nią tyle przeróżnych uczuć, które ostatnio spotkanie z Lilly dodatkowo wyrzuciły na wierzch. Przez to wszystko kiedy go pisała naprawdę bolało ją serce. Wspomnienie o Ramiro, o momentach kiedy naprawdę pragnęła się do kogoś przytulić było zabójcze. Tęsknota powoli ją wykańczała. Serce biło mocno kiedy to wybierała się we wszystkie znane im miejsca żeby tylko go odnaleźć. Nawet wróciła na Słowacje, ale i tam nie było nawet śladu po chłopaku. Tak po prostu zniknął niczym bańka mydlana. I równie łatwo pękło jej serce.
Mogła mówić ludziom wszystko. Uwierzyli bez problemu, że wcale nie tęskni. Nawet Lilly myślała, że Corneli już wcale nie zależy, że jej to tak nie boli. W końcu przyjaciółka sama to jej zarzuciła. Czy właśnie tak było? Nie! Całkiem na odwrót jak widać. W końcu inaczej nie pozwalałby na to, by obecnie jej policzki pokrywały mokre ślady. Ale już nie płakała. Łzy już dawno się jej skończyły.

Proszę nie mów muszę odejść, tyle jeszcze na nas czeka.
Nawet jeśli to, co było już nie wróci.
Nawet jeśli dziś już nic nie znaczy zostań, bo jak nikt przynosisz mi powietrze.


Pędziła nie mogąc się doczekać momentu, kiedy dotrze na wierze. Z błoni, gdzie pisała list było trochę daleko. Dlatego nic dziwnego, że zmęczyła się już będąc ledwo na pierwszym piętrze. Potem szła już coraz wolniej i wolniej. Aż w końcu zmęczona kucnęła, potem usiadła na środku korytarza i przytuliła do siebie mocno list. Jej szczurek bardzo szybko zrozumiał, że jego pani nie ma już siły. Siły na nic. Wyszedł z kaptura zielonej bluzy, którą miała na sobie, a do której dołączyła czarne rybaczki i zielone trampki. Wyjął z rąk Corin ów list i sam prawie od razu pobiegł by wysłać ów papier za pomocą jakiejś sówki. Mądre zwierzątko.
Dziewczyna położyła się na środku korytarza. Tak po prostu tam leżała. I nuciła jedną z piosenek, które dobrze znała.

Płaczę do pustych ścian - co za wstyd
Byłam z kimś jakiś czas, nieważne już
Czuję, że wokół mnie nie kocha nikt
Czuję, że zawsze już będzie tak.

Kilka osób minęło ją patrząc na nią jak na jakąś wariatkę. Nie dziwiła im się. Ale nikt nie zainteresował się tym, w jakim jest stanie. Jak bardzo jej się chce spać. I pewnie w pewnym momencie otuliłby by ją ramiona Morfeusza gdyby nie to, że usłyszała łkanie. Jakże rozpaczliwe i głośne. Dochodzące z jednego, jedynego miejsca. Od jednej osoby. Sala Końca.
Cornelia z początku się nie zainteresowała. Miała własne problemy. Ale... Ale kto ją lepiej zrozumie jak nie ktoś, to przeżywa to samo? Chciała się komuś wygadać, ale wiedziała też, że w obecnym stanie najlepiej może pocieszać ludzi, bo wie jak się czują. Instynktownie wstała i ruszyła w stronę drzwi. Kiedy je otworzyła zobaczyła w środku dziewczynę. Znała ją. Kojarzyła ją z libacji alkoholowej na Slowacji... Wtedy, kiedy Ramiro zobaczył ją z Finnem. Zacisnęła pieści. Czy dokładnie wszystko musi się kojarzyć z tym... Z tym... Ughm! W tym momencie była już jednocześnie wściekła i zrozpaczona. Miała ochotę zacząć walić głową w ścianę tak, jak on niegdyś pięściami w drzewo. A nuż jeśli stanie jej się krzywda, to on wróci. Może to był najlepszy pomysł? Może sala końca była do tego najlepszym miejscem?
Nie wiedziała dokładnie co stało się owej dziewczynie. Ale naprawdę widok był żałosny. Miała nadzieję, że ona nie wygląda na aż tak przygnębioną. Może tą dziewczynę spotkało zdecydowanie coś gorszego? Jednak co może być straszniejszego niż utrata jedynej osoby, którą obdarzyło się czymś więcej niż przyjacielskością i to zdecydowanie czymś więcej. Co może być gorszego niż tęsknota do pocałunków?

Jednego dnia jak w niebie 
A zaraz potem było źle
Ja chyba oszaleję 
Mym uczuciem bawisz się!


- Cześć – Szepnęła cicho brązowowłosa spoglądając na dziewczynę, której szczerze mówiąc nie darzyła sympatią. Uznała ja niegdyś za napuszoną ślizgonkę. Teraz będąc w opłakanym stanie mogły się nawet dobrze dogadać. Uśmiechnęła się jednak wyszło to tak sztucznie, że było widać, że w ogóle jej nie jest do śmiechu. Opierała się o ścianę. Wolnym krokiem ruszyła w stronę dziewczyny. Kiedy była już przy niej klęknęła na podłodze i położyła łonie na kolanach. Nic więcej nie mówiła. Nie wiedziała, co ma powiedzieć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : I
Wiek : 24
Skąd : Bristol
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 285
Dodatkowo : Teleportacja
  Liczba postów : 362




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Nie Lut 12 2012, 13:51

Wyjechałem...wyjechałem...wyjechałem... Dlaczego, powiedzcie mi, dlaczego? Dlaczego ktoś mówi, że kocha, że żyje tylko dla ciebie, że bez ciebie umiera, że jesteś dla niego wszystkim, że żyje dzięki tobie, że bez ciebie będzie jak ciało bez krwi, kieszonkowiec bez rąk, dlaczego w takim razie odchodzi?! Desiree pamiętała jego każde słowo. I te na krużgankach, i te w pokoju marzeń, życzeń, i te na dachu...Gdybyś dała mi szansę zacząłbym kręcić w drugą stronę światem by zobaczyć twój uśmiech. Dała mu tą szansę, a on co? Tak po prostu ją zmarnować, zostawiając ją i powodując niewyobrażalną wręcz rozpacz. Fakt, wyglądała żałośnie. Trzęsła się jak osika, łapczywie łapała oddech, jak gdyby była rybą wyjętą na brzeg, skulona wyglądała jak mała, bezbronna dziewczynka. I tak właśnie się czuła. Od łez piekła ją cała twarz, gardło bolało coraz bardziej, od szlochu i jęków jakie z siebie wydawało. Brak Tristana sprawił jej iście fizyczny ból, który miał trwać i trwać i trwać...Ich bajka się skończyła. Nie było już Tristana i Izoldy, nie było nawet Tristana i Desiree. Była tylko pustka i żal. Dziewczyna nie czuła nawet gniewu. Nic już nie czuła. Tylko płakała, płakała, płakała...aż usłyszała skrzypnięcie otwieranych drzwi. Natychmiast usiadła obejmując przy piersi zgięte kolana i wpatrując się w dziewczynę. Przez łzy prawie wcale nie widziała, ale jakimś cudem zdołała ją rozpoznać. Pamiętała. Impreza na Słowacji, Latif Dugmesi, ona, jakaś studentka, Puchon i ten, no...Ramiro. Gryfonka nie wyglądała dobrze, wbrew przeciwnie. Widać było, że i ją spotkało coś złego. Ale Des byla zbyt przejęta swoim własnym bólem by się tym przejąć. Cześć? A co to zna...a, już wie. Teraz trzeba by jeszcze odpowiedzieć. Co się na takie coś odpowiada? Spierdalaj? Nie, to nie to chyba. - Cześć. -jęknęła Ślizgonka przed kolejnym spazmem szlochu jaki ją opanował. Wyjechał, wyjechał, wyjechał
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : I
Wiek : 22
Skąd : Paryż/Londyn
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 1616
Dodatkowo : teleportacja, wilkołak
  Liczba postów : 2144
http://czarodzieje.my-rpg.com/t2503-cornelia-somerhalder
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4052-nowe-powiazania-nowej-corin#120887
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4053-corin-somerhalder#120896




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Nie Lut 12 2012, 14:06

Zniknął. I go nie ma. I nie będzie. Czy jedynym rozwiązaniem nie będzie życie dalej? W końcu każda kobieta dobrze wie, że faceci od zawsze byli tylko bezuczuciowymi świniami. Nigdy ich nie obchodziło to, co się będzie działo z drugą stroną. Kiedyś widziała nawet sytuację, kiedy chłopak zerwał z dziewczyną w momencie Nowego Roku, gdy ta mu życzyła, żeby zawsze już byli razem. Bo się po prostu znudził. Czy Ramiro znudził się nią? Czy Tristian znudził się Des? Możliwe. Jednak czy nie łatwiej byłoby je zostawić i zostać tutaj? Wolałaby patrzeć jak Rami chodzi z każdą inną dziewczyną, nawet z Lilly. Byle by tylko wiedziała, że z jej ukochanym... Już nie jej... W każdym bądź razie chciałaby tylko dowiedzieć się, czy wilkołak nie ma jakiś większych problemów. Ponownie mocniej zacisnęła pięści, tym razem leżące na kolanach. Pozwoliła, żeby długie zadbane paznokcie wbijały się w jej skórę pozostawiając na niej bolesne, czerwone ślady.
Czy Desire ją rozpoznała? Pamiętała ją? Zdawało jej się, że tak. Cornelia uniosła jedną z dłoni i założyła za ucho swój kosmyk, który nie miał zamiaru się tam długo utrzymać i prawie odraz wrócił na twarz. Opuściła głowę pozwalając, by długie do pasa włosy zasłoniły jej twarz. Zastanawiała się, co może powiedzieć. Obie były najwyraźniej zdolne tylko do tego jednego, krótkiego „Cześć”. Nie była wstanie sklecić zdania, które nie zaboli albo jedną albo drugą. Jednak coś musiała przecież wymyślić. Cisze nie jest przyjacielem w takich sytuacjach. Atmosfera bowiem zdawała się być tak toksyczne, że mogła zabijać gorzej niż pęknięte na dwie połówki serce.
- Ty też kogoś straciłaś, prawda? Kogoś ważnego... I też masz ochotę popełnić samobójstwo, ne? - Zamiast pocieszenia z jej ust wydobyło się tylko i wyłącznie stwierdzenie faktu. Jej zdaniem to nie był dobry pomysł. Może jednak powinna pozostawić milczenie? Bo jej głos był rozpaczliwy, jąkała się. A i po jej policzku spłynęła kolejna łza rozmazując na nim czerń resztek tuszu do rzęs jakie się jeszcze zachowały.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : I
Wiek : 24
Skąd : Bristol
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 285
Dodatkowo : Teleportacja
  Liczba postów : 362




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Nie Lut 12 2012, 18:14

Zniknął? Zniknął. Nie ma go? A no nie. Ale nie wróci...Salazarze, błagam, spraw by wrócił! (tak btw, mam zamiar go namówić żeby za kilka miesięcy wrócił Tristanem, ale nic mu nie mów jeszcze xD) Desiree nie chciała żyć dalej, nie bez niego. Najgorszy był fakt, że mimo iż nie znała go długo, i zanim zrozumiała pewne rzeczy, minęło mnóstwo czasu, zbyt dużo, zbyt dużo czasu zmarnowali zanim na powrót zeszli się ze sobą. I za mało chwil spędzili za sobą. Bo cóż znaczą dwa tygodnie w porównaniu do całego życia, które mogli spędzić razem. W sumie to nie wiem ile by ze sobą byli bo Des jest nieobliczalna i niestała no ale dobra. Faceci to świnie, prawda. Wcale nie liczą się ze zdaniem swoich partnerek. A jeśli chodzi o powód odejścia mężczyzn obu dziewczyn...Ślizgonka nie uważała by Tristan mógł się nią znudzić. Nie zapowiadały tego jego wyznania jakie wobec niej czynił przez cały okres ich związku. Gdyby potrafiła teraz logicznie myśleć, a nie potrafi bo akurat wypłakuje sobie oczy, to pewnie uznałaby, że powód odejścia jest bardziej skomplikowany. Może coś mu się stało, może...no nie wiem, ale na pewno nie wyjechał tylko dlatego, że z nią zrywa bo mu się znudziła, czy że kocha inną. To nie byłoby w jego stylu. Musiał mieć inny, ważniejszy powód. Tak na pewno. Desiree nie wiem czy wolałaby aby Tristan tu został i spotykał się z inną. Zapewne od razu zabilaby tamtą drugą obdarzając ją najgorszymi wyzwiskami jakie istnieją. Była teraz na tym etapie rozpaczy, że nie widziała dla siebie innego miejsca jak przy nim i odwrotnie. On powinien być z nią. A jeśli nie...to mógł chociaż podać powód swojego wyjazdu. Nie martwiłaby się tyle o niego. Tak, ona taka była. Bardziej się o niego martwiła niż wkurzała, choć może i powinna bo w końcu zerwał z nią listownie i porzucił. Po chwili płacz tak ją zaabsorbował, że zapomniała o towarzyszącej jej Corin. Wciąż opierając się o ścianę i obejmując kolana głowę oparła właśnie na nich przykrywając się wlosami. I oczywiście nadal szlochała. Ale teraz już nie głośno i rozdzierająco. Nie miała na to siły. Czuła się tak jakby miała nie móc mówić przez tydzień. Cały czas drżąc od przenikającego od środka zimna płakała rzewnie nie mogąc się uspokoić. Na razie miała szczerze w dupie, to że ktoś na nią patrzy i to, że właśnie burzy swoją powszechną opinię napuszonej ślizgonki. Ale każdy ma chwile zwątpienia i prawo do rozpaczy, bolu, cierpienia...Każdy. Desce (Des-Deska, hehe xD) osobiście pasowala cisza przerywana tylko jej szlochem. Przynajmniej w tej chwili. Chciała sobie spokojnie pocierpieć, tak aby nikt o tym nie wiedział. A kto tak zna Gryfonów, może ta laska rozgada w jakiej sytuacji widziała naszą Desiree. W końcu panna Weaver już byla świadkiem plotkarstwa Lwów. Bowiem nie miała wątpliwości iż to właśnie jedna z Gryfonek, a mianowicie pewna Eveline zauważyła ją z Tristanem tego dnia gdy spotkali się na krużgankach i rozgadała plotkę, że Des się z nim spotyka. Ta dziewczyna już od dawna totalnie ją wkurwiała. Ona i ta jej różowa farba, którą Desiree została potraktowana na Haloween. Ale nic to. Ail w istocie nie była w stanie sklecić żadnego sensownego zdania. Dlatego gdy Cornelia się odezwala ona tylko podniosla wzrok ukazując skrzywioną bólem twarz, rozmazany makijaż i załzawione oczy. Na pytanie tylko pokiwała glową. Nie była w stanie odpowiedzieć. Straciła kogoś ważnego...Dopiero teraz gdy Gryfonka wypowiedziała to na głos dotarło to do Desiree tak naprawdę. Straciła go, ona naprawdę go straciła...Pociągnęła nosem nie pozwalając sobie w tej chwili na wybuch płaczu jaki ją opanował. -Tak, i nie wiem co tu jeszcze robię...powinnam od razu pójść na wieżę...-mruknęła Des, cichutko chlipiąc. I potem zupełnie irracjonalnie, wcale nie myśląc, podała dziewczynie list od Puchona. Czyżby chciała podzielić się swoim bólem? Dlaczego? Czyżby uznała, ze ta dziewczyna wie co ona czuje, bo sama przeżywa to samo? -Mój chłopak...Tristan...po prostu...-odszedł. dodała w myślach. Słowo to wciąż nie mogło przejść jej przez gardło, w którym nadal tkwiła gigantyczna gula uniemożliwiająca jej zarowno oddychanie jak i mówienie. Ponadto mówiła tonem tak rozpaczliwym, że aż krajało się serce. Zauważyła, że tamta dziewczyna zachowuje się tak samo, i również płacze. Poczęła się w nią intensywnie wpatrywać próbując się uspokoić. Ale nie wyszło. Wciąż płakała i trząsła się niemiłosiernie czując wewnątrz siebie ogromny, przeszywający resztkę jej serca, która jeszcze pozostała. Reszty już nie było. Tristan ją zabrał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : I
Wiek : 22
Skąd : Paryż/Londyn
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 1616
Dodatkowo : teleportacja, wilkołak
  Liczba postów : 2144
http://czarodzieje.my-rpg.com/t2503-cornelia-somerhalder
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4052-nowe-powiazania-nowej-corin#120887
http://czarodzieje.my-rpg.com/t4053-corin-somerhalder#120896




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Nie Lut 12 2012, 19:55

/ To jeszcze namów go do powrotu Ramirem :D Bo Corek bez niego umiera T.T :D/

Co natomiast miała powiedzieć Cornelia? Spotkała się z nim zaledwie kilka razy. Już dosłownie w pierwszym momencie się całowali! To było dla niej nienormalne. To było nie do przyjęcia. W końcu mimo iż była uzależniona od seksu, to jednak nie robiła tego z przypadkowymi chłopakami. I tak samo ważne były dla niej pocałunki. A wtedy jedno spojrzenie sprawiło, że rozpłynęła się niczym masełko na ciepłej grzance. I potem nie chciała już być blisko nikogo innego. Bo nikt inny jej tak nie przytulał. Nikt inny jej nie głaskał w taki sposób. W nikogo innego ustach jej imię „Cornelia” nie brzmiało w ten sposób. A propos tego to była jedyna osoba, której pozwalała do siebie mówić w pełnym jego wydźwięku i nie wszczynała co chwila awantury mimo iż jej naprawdę się nie podoba to imię w pełnej formie. Wiele cech odznaczało tylko Ramiro. I dlatego tak bardzo jej na nim zależało. Dlatego tak o nim walczyła. I dlatego jego strata nawet jeśli nie znali się zbyt długo była dla niej aż tak bolesna. Jakby przez jej serce momentalnie przeszło tysiące igieł.
- Tristian... Spotkałam go na feriach... Tak mi przykro – Odpowiedziała jej, kiedy skończyła czytać list, który podała jej koleżanka. Na taką wiadomość czekała. Chociaż tyle. To by sprawiło, że przestałaby się martwić. I te dwa słowa. Skoro czuł do Desire coś takiego... Jak można? Jeszcze w taki sposób zostawiać. Gdyby chociaż pokazał, że mu nie zależy. Pewnie czułaby się lepiej. Albo gdyby wyjaśnił.
- Jedziemy na tym samym wózku – Tylko tyle jej powiedziała. Ona nie mogłą jej przecież nic pokazać. Wypatrywała w kierunku drzwi. Jakby miała nadzieję, że lada chwila wpadnie tu albo krukon, albo chociaż skoro nie on, to jednak będzie to jakaś przypadkowa sówka z listem. Jak ona bardzo pragnęła jednej kartki, gdzie byłoby nagryzmolone byle jak kilka słów, które rozjaśniłyby obecną sytuację. Póki jednak to się nie dzieje Corn z dnia na dzień zaczyna nienawidzić mężczyzn. Z każdą chwilą czuła do nich coraz większe obrzydzenie. Lesbijką zdecydowanie nie zostanie, w końcu jest kimś w rodzaju homofoba, ale planowała już sztuczne zapłodnienie, a potem wychowywanie sobie dzieci w spokoju. Wtedy przynajmniej nikt jej nie zrani po raz kolejny. Dlaczego tylko i wyłącznie jej brat był dobry? Tylko on nie pozwalał na to, by cierpiała. Cała reszta osób, które kochała co chwila przysparzała jej ogromnego bólu. A tak! Jest jeszcze Finn. Ale... Finn to nie to samo. No i z nim też ostatnio zaczyna mieć ograniczony kontakt. Nie wiedziała czy to jest związane z tym, że jest między nimi ostatnio bariera ze względu na tą różnice homoseksualizm i homofobia. Może to były jeszcze jakieś czynniki? Może znowu coś zrobiła źle? Bo tylko to nasuwało się w jej głowie odkąd ktoś jej mocno uświadomił, że ona dość często rani ludzi i robi to naprawdę bardzo mocno nawet, jeśli wcale nie ma takiego zamiaru.
Tak. U Corneli też zdecydowanie wyznania Ramiro nie zapowiadały tego. W końcu jeśli nie kocha się dziewczyny, to jak można jej mówić tak pięknymi, wierszowanymi słowami coś całkiem innego? Jak można tak dotykać osobę, którą się chce zostawić. Jak można w taki sposób całować kogoś, na kim w ogóle nie zależy. Nie da się. Trzeba byłoby być naprawdę świetnym aktorem... Ale osoby, którą się kocha nie zostawia się bez wyjaśnień! Nie pozwala się na to, by wstrząsał nią taki ból! Chociaż się z nią żegna... Dlaczego więc Rami... Ten Rami, który chciał dla niej jak najlepiej wyrządził jej i Lilly takie świństwo. Lil też go lubiła. Ba, może również była w nim zauroczona tak samo. Może nawet bardziej, bo obie znają go w tym samym stopniu? Ale Gryffonka nie przeżywała tego samego. Nie mogła przeżywać tego samego. BO ON JEJ NIGDY NIE POWIEDZIAŁ, ŻE JĄ KOCHA!
Nie wytrzymała natłoku myśli, jakie naprowadził na nią ten pokój. Jakie naprowadziła na nią atmosfera. Nie dała rady znieść spokojnie tego wszystkiego. Szczególnie, że patrzała na Desire będącą w podobnej sytuacji. W momencie jej oczy ponownie zrobiły się mokre. Ale nadal starała się uśmiechać. Smutno się uśmiechała. I ona trzymała swoje uczucia na wodzy. Dławiła się uczuciami. To ją zatykało. Tworzył ów jej gardle wielką gulę, która sprawiała, że wszystko co mówiła było ciche i przygaszone. Ona cała była przygaszona. To nie jest ta dziewczyna, która na libacji alkoholowej śmiała się, dla zabawy pokazywały wszystkim na około to, że chce pocałować kumpla. To nie ta kobieta śmiejąca się z wszystkich plotek i mająca je gdzieś. Cornelia pęka. A spod pokrywy wychodzi coś nowego. Coś, co wcześniej nie pojawiało się jeszcze na świecie. Coś, co nie było wesołe i przyjemne. Wyobrażam sobie to jako ciemnego duszka, który ogarnia jej serce, całe ciało od wewnątrz nie dając jednak żadnych efektów poza jej ciałem. Przynajmniej na razie. Nie licząc tego, że jej oczy zawsze ukazywały wszystkie emocje. A teraz były puste. One nie miały żadnych uczuć.
- Ogarnij się dziewczyno... - Szepneła tonem zimnym, pozbawionym uczuć. Corin zawsze miała dwie strony. Wesoła panienka z czerwonego domu oraz to, co się właśnie pojawiło. Czysta ślizgońska natura, albo nawet gorzej. Dużo gorzej można by rzec. Tak.. Tak jak w momencie ataku na Elenę. Nie... Wielokrotnie mocniej.

Nawet najzacieklejsza bestia zna choć cień litości.
Ja nie znam,
Więc bestią nie jestem...


- Nie można niszczyć sobie życia przez jednego faceta. Jest ich jeszcze w cholerę na świecie – Powiedziała to, co było dla ich obu oczywiste. O dziwo to stwierdzenie jej tym razem nie zabolało. Powoli w ogóle przestawało ją to boleć. Niegdyś Lilly uczyła ją maskować emocje. Corn udoskonaliła tą metodę. Ona się ich wyzbywała w całości. Ale tylko w skrajnych przypadkach. I to był właśnie taki przypadek.
- To nawet zabawne. Bawią się tobą jak lalką, żeby potem zrobić nagłe puf! - Zaśmiała się cicho, ale w cholerę zimnie i ironicznie. To było tak przesycone jadem, że bazyliszek to przy niej się może schować. Położyła się na ziemi i kiwała głową w te i z powrotem oglądając sufit. Ona nadal nienawidzi tej sali. Szepty obijają się od ściany sprawiając, że czuła się jak osaczona mała dziewczynka. Ale czy teraz to jest ważne? Już nic nie jest ważne. Wszystko ma głęboko w dupie.
- Żyjemy dalej. Nie ważne czy samemu czy z kimś. Trzeba się bawić... Bawić na całego. Yay... - Nawet jej zazywczaj niesamowicie radosny wydźwięk w tym momencie był pozbawiony jakiegokolwiek szczęścia. Był raczej obojętny. Dziewczyna wykierowała w drzwi różdżkę, którą odzyskała niedawno. Wypowiedziała niewerbalnie zaklęcie „Accio”, po czym zaraz przy niej znalazły się dwie butelki ognistej Whisky. Wysunęła jedną w stronę dziewczyny uśmiechając się już nie smutno, a sarkastycznie.
- Żeby pożałowali... Tak bardzo jak to tylko możliwe – Wypowiedziała słowa swojego toastu i przytknęła swój trunek do ust biorąc sobie porządnego łyka. Plan na wieczór? Spije się i doczołga się do pokoju śpiewając średniowieczne ballady. Potem zwymiotuje gdzieś, zaśnie a rano będzie miała potwornego kaca.
- I huj facetom w dupę. Szczególnie tobie Ramiro.. Wal się – Dodała już tylko i wyłącznie do siebie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : I
Wiek : 24
Skąd : Bristol
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 285
Dodatkowo : Teleportacja
  Liczba postów : 362




Gracz






PisanieTemat: Re: Sala końca.   Wto Lut 14 2012, 18:54

Czekanie sprawia ból. Zapomnienie sprawia ból. Lecz nie móc podjąć żadnej decyzji jest najdotkliwszym cierpieniem. A Desiree nie mogła podjąć żadnej decyzji, nie było jej to dane. Mogłaby za nim lecieć, moglaby napisać list...Ale po co? Teraz i tak bylo już za późno. Chłopak był teraz zapewne cholera wie gdzie na końcu świata. Ciekawe czy chociaż o niej myślał...Mówił, że nigdy o niej nie zapomni...Ale mówił też, że ona jest dla niego wszystkim, że ją kocha, że nigdy jej nie zostawi, że bez niej nie ma dla niego życia, że bez niej umrze, że...mówił jej tyle pięknych rzeczy, przez te dwa tygodnie ich związku, na Krużgankach, w Pokoju Marzeń...Ale odszedł. Mimo tego wszystkiego co jej wyznawał. Nie zdziwiłabym się więc gdyby się okazało, że szybko o niej zapomni choć obiecał, że tego nie zrobi. Desiree zaczęła się zastanawiać czy tak właśnie czuł się Tristan gdy zostawiła go wtedy w PM. Czy też tak bardzo płakał, czuł się tak podle...Nie rozumiała tylko jednego. Skoro czuł się tak jak się czuł gdy go porzucila to dlaczego ją samą skazał teraz na ten sam ból? Przecież wiedział z własnego doświadczenia jak boli gdy zostawi cię ktoś najważniejszy na świecie...Więc czemu to zrobił? A Desiree była teraz nawet w gorszej sytuacji niż on wtedy. Tristan mogł wtedy, choć z daleka, na nią popatrzeć, nacieszyć się jej widokiem, wiedział gdzie ona jest, co robi, jeśli chciał mógł z nią nawet porozmawiać. A ona? Została sama martwiąc się o niejgo jak głupia.
Ślizgonka i Puchon też nie znali się długo, ale dłużej niż Rami i Corn. Własnie dlatego Des tak bardzo cierpiała. Gdyby nie chodzili ze sobą więcej niż wtedy w grudniu pewnie nawet nie odczuła jego braku. Ale teraz...Ponownie go pokochała, ponownie mu zaufała, sto razy bardziej niż przez tamte dwie godziny. A on...jakby miał to za nic! Rzucił ją! Zachował się jeszcze gorzej niż ona wtedy, serio.
Mimo tego wszystkiego nie mogła się na niego złościć. Żywiła do niego miłość tak czystą, tak mocną, nie skalaną żadnymi podtekstami, gierkami...po prostu był dla niej wszystkim. Nawet teraz nie mogłaby się na niego gniewać, po prostu by nie mogła. Nikogo innego tak nie kochała, nikt inny tak jej nie całował, tak na nią nie patrzył, tak jej nie dotykał...Chłopak był wyjątkowy, pod wpływem jego spojrzenia ta dumna i pewna siebie Desiree stawała się miękka niczym roztopione masło na toście. Przy nim stawała się inną dziewczyną, nie piła, nie ćpała, nawet nie była na żadnej imprezie! Ale nie robiła tego z przymusu, dlatego, że on tego chciał czy coś, do niczego jej nie zmuszał. Po prostu będąc z nim nie potrzebowała żadnych używek. On był jej miłością, jej narkotykiem, jej tlenem, jedynym czego w życiu potrzebowała! Mogłaby nawet ze wszystkiego zrezygnować i teraz byleby tylko jeszcze raz go zobaczyć.

W innym życiu sprawiłabym, byś został, żebym nie musiała mówić, że jesteś tym, który odszedł, tym, który odszedł...

Tak bardzo chciałaby go zobaczyć w chwili gdy podejmował decyzję o wyjeździe. Móc go powstrzymać, wyjechać z nim...cokolwiek. Byleby tylko być przy nim wtedy. Gdyby spotkał się z nią nie odszedłby.

Chłopak zaczął odchodzić. Brązowowłosa patrzyła za nim coraz bardziej nie mogąc się powstrzymać od płaczu. Łzy leciały z jej oczu już ciurkiem, pozwoliła im spokojnie spływać po jej twarzy. Już tęskniła za Tristanem, mimo że jeszcze go widziała. Wiedziała, że to że poszedł to dobra decyzja, w myślach dziękowała mu za to. Sama zapewne nie mogłaby się na to pierwsza zdobyć. Musiałby ją chyba zepchnąć z dachu żeby się oddaliła. Ale jej serce znowu nie słuchało rozsądku. Płakało z rozpaczy, momentami przestając nawet dawać o sobie znać. W ostatniej chwili pod wpływem impulsu podjęła decyzję. Ok, mogą się rozejść, mogą się więcej już nie spotkać ale...NIE TERAZ!! Jeszcze nie. Przecież dopiero niedawno przyszedł....-TRISTAN!- krzyknęła za nim rozpaczliwie. Nie mogła pozwolić by poszedł sobie właśnie w tym momencie. -Nie idź!- po tych słowach opadła bezwładnie na ziemię. Nie patrzyła na niego. Nie wiedziała czy się zatrzymał, czy jej posłuchał. Ale zaraz podniesie głowę i zobaczy czy Tristan jest czy nie. W tej chwili czuła, że jesli Puchon sobie poszedł ona nie ma już po co żyć. Była bliska rozpaczy. Miała zamiar tu zostać i umrzeć. I tak nie było sensu ciągnąć tego co zwało się życiem.... Podniosła wzrok dopiero gdy poczuła czyjś dotyk na swoim policzku,. Jej serce od razu się uspokoiło. Został.

Przypomniała sobie ich spotkanie na dachu. Wtedy powstrzymała go przed odejściem. Dzięki temu kolejne tygodnie były najszczęśliwszymi tygodniami w jej życiu. Pamiętała, że tamtego dnia żałowala tego spotkania. Ale teraz chciałaby wrócić do tamtych chwil, jeszcze raz go ujrzeć, pocałować, zobaczyć jego uśmiech...Płacząc zapomniała nawet o tym, że nie jest sama. Ale po chwili Gryfonka się do niej odezwała oddając jej list. Przez chwilę Desiree nie mogła uwierzyć w to co usłyszała. Tamta dziewczyna widziała się z nim? Ale jak to? Ona, obca osoba, jej było dane zobaczyć chłopaka zanim wyjechał, a ona, Desiree, jego dziewczyna, nie miała takiej możliwości??!! To nie fair!! Ciekawe czy już wtedy...czy już wtedy myślał o tym żeby ją opuścić, zostawić. Przygotowywał się do tego już w tamtym momencie? Całkiem możliwe. Ślizgonka spojrzała na towarzyszkę krzywo i ze zdumieniem. -Ale jak to? Ty go widziałaś? Kiedy, gdzie, jak wyglądal, co mówił, co robił, co ty mówiłaś, co robiliście? -wyrzucała z siebie pytania niczym pociski. Chciała się dowiedzieć co robił chłopak w ostatnich dniach przed wyjazdem. Chciała wiedzieć wszystko co nie dane jej było widzieć na własne oczy. -Wiesz...przed wyjazdem na ferie chodziliśmy ze sobą dwa tygodnie. Było wspaniale, nawet nie wiesz jak....Na wyjeździe planowaliśmy spędzić ze sobą wolną chwilę, mieliśmy się bawić, zwiedzać...Ale nie widziałam go ani razu. Nie wyobrażasz sobie co czułam, jak bardzo tęskniłam...Szukałam go wszędzie, czekałam, martwiłam się jak głupia...A on zniknął jak kamień w wodę. Dopiero dzisiaj dostałam ten list.- mówiła Desiree. Nie wiedziała po co to robi. Zwierzała się praktycznie obcej dziewczynie. Ale potrzebowała tego jak cholera. Potrzebowała się wygadać, wyrzucić z siebie wszystkie smutki, żale, zapewne mówiłaby to sama do siebie jakby Cornelia nie przyszła. Na tym samym wózku...Tak, zdecydowanie. Ale było coś co je różniło. Corin i Ramiro nie znali się dlugo, parę dni zaledwie, dziewczyna na pewno nie zdążyła poczuć do Krukona tego co Des poczuła do Tristana. Ta para nie miała szans tak bardzo się pokochać i poznać, mimo tego co Gryfonka by mówiła na temat ich miłości. Sytuacja Ślizgonki była o wiele poważniejsza. Ale z drugiej strony ona chociaż miała list, a Corn nie miala nawet tego. Spojrzała na towarzyszkę. Dziewczyna ta miała łzy w oczach. Wyglądała zupełnie inaczej niż Desiree ją zapamiętała, to fakt. Ale..po chwili coś w jej twarzy zaczęło się zmieniać. Stała się...poważna i zimna, jakby bez uczuć. Ale to była przykrywka, chęć odreagowania. Weaver znała ten stan, dlatego to poznała. I nie zgadzała się z dziewczyną. -To prawda. Jest ich w cholerę. Ale obie wiemy, że dla nas liczy się tylko ten jeden. Zarowno dla mnie i dla ciebie. Mimo, iż może jesteśmy wściekłe i zrozpaczone,ze nas zostawili, może chcemy odreagować...Ale każda z nas gdyby ukochany wrócił byłaby wniebowzięta, szczęśliwa i od razu wybaczyłaby mu wszystko co zrobił. Przynajmniej ja bym to zrobiła. - powiedziała zimno Desiree. Była pewna tego co mówi. Chciałaby by Tristan wrócił, inni faceci wcale się dla niej nie liczyli, nie teraz, nie dzisiaj, nie w tym życiu. I to nie one niszczyły sobie życie. To oni je im zniszczyli.
-Puf...Wiesz...zasługiwalam na to żeby mnie zostawił. Ja mu zrobilam to samo. Nie byłam go godna. Nie zasługiwałam na niego. Był zbyt miły, zbyt dobry, zbyt kochany...a ja to ja...I szczerze, to nie mam ochoty zyć dalej, nie wyobrażam sobie, że mogłabym się kiedyś bawić czy śmiać...Po prostu sobie tego nie wyobrażam. Może jestem masochistką, ale nawet nie przeszkadza mi to że cierpię. W pewnym sensie sobie na to nie zasłużyłam.Zastanawiam się, jak długo jeszcze będę tak cierpieć. Może pewnego dnia, za kilkadziesiąt lat – jeśli ból zelży kiedyś na tyle, żebym mogła lepiej go znosić – uda mi się ze spokojem wspominać te kilka krótkich tygodni składających się na najszczęśliwszy okres w moim życiu. Wspominać, wdzięczna za to, że poświęcono mi choć trochę czasu. Że dano mi więcej, niż prosiłam, i więcej, niż na to zasługiwałam. Cóż, może pewnego dnia ma być mi dane tak to oceniać. Ale na razie...- przerwała wypowiedź w pół słowa zwieszając głowę by po chwili ją podnieść. Na widok lecących butelek rozszerzyły jej się źrenice. Przejęła alkohol i od razu upiła zbawienną Ognistą. Na razie przestała się martwić i płakać. Może gdy będzie już u siebie, w dormitorium ,to znowu zacznie. Rozpacz i smutek były tak jakby osobiste, wolała przeżywać je w spokoju. Słysząc toast skrzywiła się lekko. Ta dziewczyna była dziwna. Nie tak zachowuje się osoba, która naprawdę cierpi, tęskni i kocha. Więc Desiree wzniosła własny toast, tylko dla siebie. Najprawdopodobniej Cornelia nawet nie słyszała wyszeptywanych przez nią słów:
-Twoje zdrowie Tristan...gdziekolwiek jesteś wiedz, że tęsknię i nigdy o tobie nie zapomnę. Nie rozumiem dlaczego to zrobiłeś ale...Kocham cię. - wraz z tymi słowami podniosła ponownie butelkę i upiła kolejne parę łyków.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content












PisanieTemat: Re: Sala końca.   

Powrót do góry Go down
 

Sala końca.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 11Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 9, 10, 11  Next

 Similar topics

-
» Sala Wejściowa
» Sala lustrzana
» Sala Przyszłości
» Kosmiczna sala
» Sala treningowa

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
hogwart
 :: 
Wielkie schody
 :: 
szóste pietro
-