IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Łazienka Jęczącej Marty

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1 ... 8 ... 12, 13, 14
AutorWiadomość



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 23
Skąd : Londyn/Hogsmeade
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 4902
  Liczba postów : 4468
http://czarodzieje.my-rpg.com/t58-bell-rodwick
http://czarodzieje.my-rpg.com/t649-bellcia
http://czarodzieje.my-rpg.com/t243-bell-rodwick
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7785-bell-rodwick#216614




Administrator






PisanieTemat: Łazienka Jęczącej Marty   Pią Cze 11 2010, 17:27

First topic message reminder :


Lazienka Jeczacej Marty
Czasem można tu spotkać jakiegoś zabłąkanego ucznia, łazienka jednak nie cieszy się zbytnią popularnością, z prostego powodu - zamieszkuje ją wyjątkowo płaczliwy duch - Jęcząca Marta. Na jednej z umywalek dostrzec można mały rysunek węża, dzięki któremu, jak głosi legenda, można otworzyć przejście do Komnaty Tajemnic.




Ostatnio zmieniony przez Bell Rodwick dnia Sob Wrz 06 2014, 17:53, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość



avatar

Student Hufflepuff
Rok Nauki : X
Wiek : 21
Skąd : Paryż
Czystość Krwi : 10%
Galeony : 895
  Liczba postów : 921
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6354-raphael-theodore-de-nevers#178291
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6355-ekscentryk-i-marzyciel#178298
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6356-ludzie-listy-pisza#178305
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7207-raphael-theodore-de-nevers#204480




Gracz






PisanieTemat: Re: Łazienka Jęczącej Marty   Nie Mar 29 2015, 21:25

Walczył ze sobą. Miał ochotę przyciągnąć ją mocno do siebie i pocałować zachłannie w usta, przypomnieć sobie ciepło jej warg i kruchość ciała. Mając ją tak blisko tęsknił jeszcze dotkliwiej niż wtedy, gdy nie widywał jej całymi miesiącami, ale ten rodzaj tęsknoty nie był tak bolesny i beznadziejny, pozwalał mu wierzyć, że za jakiś czas będzie mógł sobie pozwolić na pocałunki mniej ulotne i niewinne niż ten, który właśnie złożył na jej dłoni. Czuł, intuicyjnie czuł, że Serena reaguje na te delikatne pieszczoty i dowody jego niewygasłej czułości. Miał ogromną ochotę przyspieszyć to wszystko, odzyskać ją tu, teraz, mieć pewność, że znów należą do siebie, ale zdawał sobie sprawę, że przeskoczenie tych dwóch lat nie będzie proste i że potrzeba im czasu. Nie mogli wykonać jednego skoku, to byłoby samobójstwo, świadczyłoby o niedojrzałości, która już raz im rozdzieliła. Powinni stopniowo budować most nad tą przepaścią czasu i spotkać się w połowie drogi. Im dłużej o tym myślał, tym większe czuł zniecierpliwienie, szczególnie gdy na twarz Sereny wystąpił uroczy rumieniec.
- Nie musi pani nikogo udawać. Nie znam równie interesującej kobiety jak pani - powiedział z rozbrajającą szczerością, patrząc jej głęboko w oczy, po czym nerwowo przygryzł dolną wargę, starając się zapanować nad tą wszechogarniającą ochotą, by ją pocałować. Doświadczenie nauczyło go, że poddawanie się tego typu kaprysom bez namysłu może skończyć się bardzo nieprzyjemnie dla obu stron, a nie mógł sobie pozwolić na ponowną utratę Sereny.
Irytek był do tej pory największym utrapienie Raphaela, nie szczędził mu złośliwych psikusów i upokorzeń, które puchon znosił z godnością, na tyle, na ile było to możliwe. Od pierwszego dnia w Hogwarcie poltergeist upatrzył go sobie za swój cel i nie odpuszczał przez te wszystkie lata, uważając najwyraźniej, że łagodny i wiecznie nieprzytomny de Nevers jest doskonałym obiektem drwin. Jednak tym razem wyświadczył mu ogromną przysługę, w związku z czym Raphael był gotów puścić wszystkie inne numery Irytka w niepamięć.
Każde jej słowo było jak balsam na jego duszę. Patrzył na nią i miał wrażenie, że jego serce topnieje, rozpuszcza się jak czekolada pod wpływem jej ciepłych słów. Chciał ją objąć, przytulić, ale taka odległość była rozsądna, przynajmniej na tę chwilę.
- Sereno... nawet nie masz pojęcia, jak bardzo mi to wszystko ciążyło. A może masz - dodał po chwili, uśmiechając się delikatnie. - Myślę, że Irytek nieświadomie wyświadczył nam ogromną przysługę. Mam wrażenie, że teraz... że teraz jestem spójną całością. Jakbym odnalazł spokój, mogąc powiedzieć ci to wszystko i mogąc usłyszeć ciebie - zawahał się przez moment, po czym dodał nieco ciszej. - Mając odwagę... mieć nadzieję, że mogę cię odzyskać.
Sam fakt słuchania jej głosu sprawiał mu przyjemność. Obserwował myśli i odczucia, czy raczej ich refleksy odbijające się na jej buzi, która dziwnie pojaśniała w ciągu tych kilkunastu minut. Roześmiał się ciepło, kiwając głową. Tak, doskonale rozumiał jej problem z nadawaniem imion.
- Wiem, co masz na myśli... Czasami najtrudniejszą częścią pisania jest wybranie odpowiedniego imienia dla mojej postaci. Imienia, które by do niej pasowało. Ale myślę, że twoja bezimienna nie czuje się specjalnie poszkodowana - dodał, jakby chcąc ją pocieszyć, bo przecież to nic takiego. Skoro przez tyle lat nie mogła się zdecydować, jakie imię nadać swojej kotce, najwyraźniej nie było to konieczne.
- Och, pomysł z samolocikami jest bezwzględnie uroczy. Tak, w wersji mugolskiej są to butelki, ale rzucanie butelek z drugiego piętra... - roześmiał się, po czym z czułością ścisnął jej drobne palce, kiedy jej dłoń wtuliła się w jego własną. Jego serce trzepotało się w piersi jak szalone, ale było to wspaniałe uczucie.
A potem... potem zjawiła się Jęcząca Marta i cały nastrój prysł. Mimo to podziękował jej grzecznie, ale ani w głowie mu było puścić dłoń Sereny. Odprowadził ją aż do przejścia do pokoju wspólnego Ravenclawu, cały czas trzymając ją za rękę i czując się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Na pożegnanie delikatnie ucałował jej zarumieniony policzek, czując niedosyt, ale i nadzieję, że krok po kroku odbudują to, co kiedyś ich łączyło.

z/t x 2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 23
Skąd : Londyn/Hogsmeade
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 4902
  Liczba postów : 4468
http://czarodzieje.my-rpg.com/t58-bell-rodwick
http://czarodzieje.my-rpg.com/t649-bellcia
http://czarodzieje.my-rpg.com/t243-bell-rodwick
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7785-bell-rodwick#216614




Administrator






PisanieTemat: Re: Łazienka Jęczącej Marty   Sro Cze 10 2015, 23:55

Bell poleciała za nim. W sensie pobiegła, ale to było trochę jakby latała. Pewnie zachowywała się dwunastolatka. W sumie nic dziwnego, gdyby ktoś pomyślał, że nią jest. Biegli tak przez ten korytarz, a uczniowie śmiesznie się na nich gapili. Bell wciąż z różowymi rękami uniesionymi do góry.
Nie mogła zdecydować, która łazienka będzie lepsza. Na tym piętrze była w końcu i męska, i damska... ale no właśnie! Najlepsza byłaby chyba prefektów. Nie żeby Bell miała coś przeciwko wparowaniu do męskiej łazienki (i była wręcz pewna, że Julek myślał podobnie), ale rety, tam na pewno ktoś się przypałęta...
Ostatecznie padło na Jęczącą Martę. Bell przystanęła przy drzwiach i otworzyła je po cichutku (brudząc klamkę na różowo), po czym weszła na palcach do środka.
- Chyba jej nie ma - oznajmiła szeptem, sama nie wiedziała dlaczego. To przez tą atmosferę duchowatości. Oparła się o ścianę i dopiero potem zauważyła, że zrobiła na niej różowy odcisk. - O rety - mruknęła do siebie. Odkręciła kran (który też stał się różowy) i włożyła ręce pod strumień wody, który był tak mocny, że aż opryskał ją i lustro. Ale przynajmniej pozbyła się farby z dłoni. - To głowa pod kran? - zapytała Julka. Miała wrażenie, że może się nie zmieścić, po zlew jednak nie był wystarczająco głęboki, hehs.

______________________


ocal swoje marzenia

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Hufflepuff
Rok Nauki : VII
Wiek : 20
Skąd : Londyn, Anglia.
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 35
  Liczba postów : 56
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10759-julien-philip-thornblade
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10761-julek-kocha-wszystkich#295271
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10760-sowa-thornblade-a#295270
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10762-julien-thornblade#295274




Gracz






PisanieTemat: Re: Łazienka Jęczącej Marty   Sob Cze 13 2015, 23:39

Hm, Julek nie miał nic przeciwko, żeby paradować po całej szkole z dziwnymi brejami na głowach, bo przecież było zabawnie, właśnie to liczyło się najbardziej. A to, że większość uczniów patrzyła na nich z uśmiechem na twarzy (choć byli ci, którzy sie nie uśmiechali, a jedynie kręcili głowami, jakby ta dwójka robiła coś bardzo złego) trochę go motywowało, w końcu nie wszyscy uważali ich za chorych psychicznie, całkiem nieźle!
Właściwie to nie wiedział gdzie ciągnie go Bellcia, więc z uśmiechem na ryjku wesoło za nią hasał. Po chwili wspinaczek po schodach dotarli do łazienki Jęczącej Marty, Julek jakoś wybitnie za nią nie przepadał, ale przynajmniej nikt się tam nie kręcił. Chłopak popatrzył na Rodwick, której udało się wysmarować pół pomieszczenia swoimi różowymi łapkami, oczywiście się nie powstrzymał i buchnął śmiechem, po chwili jednak zakrył usta dłonią, bo przecież Marta mogła gdzieś tam być. Kiedy Bell zapytała o wkładanie głowy pod kran, Juluś wział głęboki wdech i ruszył w jej stronę. Czy jego wielki łeb miał się tam zmieścić? Zresztą nie przekona się dopóki nie spróbuje!
-Bell? Myślisz, że Marta gdzieś tu jest?- zapytał Puchon niemal szeptem, bo w końcu nie miał ochoty na nią w paść... Albo przez nią. Jak na posłuszne dziecko przystało nastawił glowę pod kran, ledwo co ja tam mieszcząc i przywołał Krukonkę gestem ręki, przecież ktoś musiał mu pomóc. Gdyby ktoś wpadł teraz do łazienki mógłby pomyśleć, że Bell topi biednego Julka, który swoją drogą czując zimną wodę na łbie zapiszczał niczym kobieta, taki męski nasz Thornblade.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 23
Skąd : Londyn/Hogsmeade
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 4902
  Liczba postów : 4468
http://czarodzieje.my-rpg.com/t58-bell-rodwick
http://czarodzieje.my-rpg.com/t649-bellcia
http://czarodzieje.my-rpg.com/t243-bell-rodwick
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7785-bell-rodwick#216614




Administrator






PisanieTemat: Re: Łazienka Jęczącej Marty   Czw Lip 16 2015, 09:08

Nie to, że Bell obawiała się Jęczącej Marty, ale mimo wszystko wolała jej nie spotkać. Wiadomo, jaka ona była. Jeszcze by jakimś cudem całych ich wymazała farbą, a Bell jednak wolała mieć kolorowe tylko włosy a nie cała wyglądać jak ufoludek!
Pomogła Julkowi jeszcze bardziej wcisnąć głowę pod kran, co wcale nie było takie łatwe, bo jak się okazało, dużo bardziej się nie dało, chcąc jednocześnie uniknąć, żeby mu się w tę głowę nie wbijał. Bez sensu, takie małe te zlewy. W każdym razie kiedy już puchon się nachylił, rudowłosa (teraz już nie całkiem!), nabrała wody w dwie ręce w taką jakby miseczkę i polewała julkowe włosy. Bo jakimś dwudziestym razie wydawało się, że farba w miarę spłynęła, chociaż z tego co Bell pamiętała, lecąca woda powinna być czysta, a wcale taka nie była. Ale oj tam!
- Chyba już - oznajmiła więcej. Z nim było łatwo, bo jednak włosy miał w miarę krótkie. Z nią już nie będzie tak szybko. Wyczarowała skąd ręcznik i dała go Julkowi, żeby się wytarł, a potem sama włożyła głowę pod kran. Już prawie koniec farbowania!

______________________


ocal swoje marzenia

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Rok Nauki : VII
Wiek : 18
Skąd : USA, Moira
Galeony : 582
Dodatkowo : wilkołak
  Liczba postów : 1123
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12242-vittoria-brockway
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12245-szufladki-titi
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12243-poczta-titi
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12244-vittoria-brockway




Gracz






PisanieTemat: Re: Łazienka Jęczącej Marty   Wto Mar 22 2016, 15:13

Dopiero gdy udało jej się odejść od wszystkich uczniów pozwoliła sobie na kilka łez. Tak musiało być. Lilith nie zasługiwała na te wszystkie słowa, ale bez nich Vittoria nie miałaby tej pewności, że gryfonka ją opuści. Że będzie na tyle załamana, że nie będzie chciała mieć z nią nic wspólnego. Widziała jak się niszczy przyjaźń i postanowiła rzucić nią o ziemię i zdeptać. Może to dobrze, że się spotkały. Lepiej prędzej niż później. Pierwsza osoba została odbębniona. Zostały jeszcze trzy. Trzy, które stanowiły bardzo ważne miejsce w jej sercu.
Nie chciała iść do Fredericka. Gdy to przemyślała głębiej to zrozumiała, że on na pewno ją stąd zabierze. Poza tym potwierdziło by się, że nie jest jeszcze gotowa na powrót do Hogwartu. Weszła do jednej z kabin w tym miejscu. W torbie przy sobie miała zapasowy opatrunek i maść leczniczą wykradzioną z szafki swojego opiekuna. Wiedziała, że nie wystarczy to na długo, ale może przynajmniej do wieczora. Gdy wróci z Bonmerem do domu ten pewnie będzie zły, ale opatrzy ją porządnie i wszystko będzie dobrze.
Zmieniła sobie samemu opatrunek. Gdy to robiła jej myśli krążyły we wszystkich możliwych rejonach. Łzy co jakiś czas ciekły z jej oczu, a ona starała się je opanować. To wszystko co mówiła bolało ją tak samo, jak Lilith. Nie mogła wyrzucić z głowy jej miny. Po raz kolejny otarła swoje oczy. Wrzuciła do muszli zakrwawiony materiał starego bandażu. Ubrała ponownie na siebie koszulę i bluzę z kapturem. Wyszła z kabiny i podeszła do umywalkę. Oparła się o nią. Przekręciła kran, ale brakowało tu wody.
- Aquamenti – Wycelował różdżkę w jedną z zatkanych umywalek. Wzięła z niej wodę i obmyła sobie twarz, w tym lekko napuchnięte oczy. Tego też miała nie robić. Miała nie czarować. To podobno też kosztowało za dużo sił. Ale już gorzej nie będzie, prawda? I tak nie była w stanie stać nie podpierając się czegoś. Musi chwilę odetchnąć i odpocząć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : II
Wiek : 21
Skąd : Anglia, Cotgrave
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 308
  Liczba postów : 331
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12277-edward-harper#327635
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12284-ktos-chce-cos-od-harpii#327714
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12283-kwiaty-tanatosa#327713
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12285-edward-harper#327718




Gracz






PisanieTemat: Re: Łazienka Jęczącej Marty   Wto Mar 22 2016, 17:18

Niby umówił się z jakąś laską, żeby się zabawić i zapomnieć o pewnej salemce, która nie dawała mu świętego spokoju. Westchnął pod nosem i już w trakcie spotkania z ową panną wymigał się czymś ważnym pozostawiając ją samą na dziedzińcu, a on chciał ukryć się w odległych gęstwinach zamku. Ciekawe, czy tak można powiedzieć… nie ważne. Chłopak wszedł do łazienki jęczącej Marty, bo wiedział, że nikogo tutaj nie zastanie. To miejsce, do którego normalne duszyczki się nie zbliżają ze względu na Martę. Chwila samotności, ciszy i spokoju to jest to, czego potrzebował.
Jednak los nie jest taki litościwy i łagodny dla niego. Gdy tylko pojawił się w pomieszczeniu, jego oczom ukazała się dobrze mu znana sylwetka. Znał każdy milimetr jej ciała mimo iż to co ich łączyło wcale nie było takie poważne czy intensywne. Był w stanie to wszystko zapamiętać i chociaż chciał zapomnieć, nie był w stanie.
Chłopak stał i wpatrywał się w plecy dziewczyny widocznie zszokowany. Co miał teraz zrobić? Oddalić się zanim go nie zauważyła? A może jednak podejść i porozmawiać z nią. O czym? Udawać, że nic się nie stało? Czy wręcz przeciwnie pokazać jak bardzo emocje nim teraz targały? Musiał się opanować. Miał ochotę się na nią rzucić i pocałować tak namiętnie jak tylko był w stanie, ale nie mógł.
- Cześć – rzucił to puste słowo w przestrzeń.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Rok Nauki : VII
Wiek : 18
Skąd : USA, Moira
Galeony : 582
Dodatkowo : wilkołak
  Liczba postów : 1123
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12242-vittoria-brockway
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12245-szufladki-titi
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12243-poczta-titi
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12244-vittoria-brockway




Gracz






PisanieTemat: Re: Łazienka Jęczącej Marty   Wto Mar 22 2016, 17:35

Stała tak oparta o umywalkę. Z zamkniętymi oczami. Z każdą chwilą czuła, że wracają do niej siły. Może to za sprawą eliksiru wzmacniającego, który również miała przy sobie w torbie, a który wypiła podczas bandażowania. On zawsze pomagał, choć tylko na chwilę. Miała pochyloną głowę a włosy okalały jej twarz. I pewnie stałaby tak jeszcze kilka minut gdyby nie fakt, że usłyszała głos... I doskonale go znała. Wiedziała już, że ten dzień będzie jeszcze gorszy, niż się zapowiadał. Najpierw Lilith. Teraz Edward. Upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu.
Zacisnęła palce na zimnej porcelanie umywalki. To... To było chyba najgorsze. Jej wszystkie plany. Musiała się ich trzymać. Odwróciła się w jego stronę i... Zamarła. Nie była wstanie wykrztusić z siebie ani słowa. Będąc tyle czasu u Fredericka zrozumiała niejedno. Przede wszystkim jak bardzo zależy jej na bliskich. A Edward? Wydawał się być jej bratnią dusza. Tak dobrze się z nim czuła. I gdy teraz na niego patrzała miała ochotę rzucić mu się na szyje, powiedzieć jak bardzo za nim tęskni i jak bardzo go... Bardzo lubi. Tak. To też do niej docierało. Że lubi go bardziej, niż powinna. Ból gdy widziała jak jego kruk odlatuje z listem, którego nawet nie odebrała... Był gorszy niż ten w boku. I jego również musiała chronić. Mimo tego, że tak bardzo chciała go pocałować, przytulić i powiedzieć mu wszystko.
- Edzio! Kope lat, co? - Rzuciła odpychając się lekko od umywalki i zmierzając w jego stronę. Przepraszam Cię skarbie. Tak strasznie Cię przepraszamTęskniłam, wiesz? - To mówiąć uśmiechnęła się, ale... Inaczej niż zawsze. To nie była ani czułość, ani sympatia. Raczej rodzaj ironii - Nawet nie wiesz jaki miałam doskonały miesiąc. Warto było sobie pojechać na te wakacje.  Muszę Ci się pochwalić. Udało mi się zaliczyć jakiś... - Tu zatrzymała się, żeby się zastanowić i coś policzyć na palcach - Pięciu facetów. I to na trzeźwo. Wprawdzie żaden nie był tak dobry jak ty, ale całkiem spoko kolesie. A co u ciebie? Znalazłeś już sobie kogoś, czy nadal wszystkie wolą twojego brata? - Stała przed nim mając ręce w kieszeniach. Jej wzrok wyrażał kpinę i pogardę. Miała nadzieję, że z nim pójdzie dużo łatwiej niż z Lilith. On jej nigdy nic nie obiecał. I nie był aż tak uparty. Chyba...
- Właściwie, to sama was dzisiaj pomyliłam. Parę tygodni was człowiek nie widzi i jesteście identyczni - Musiała powiedzieć wszystko, co widziała, że może go zaboleć. Chciała by wściekł się i wyszedł. Nawet jeśli miałby ją uderzyć, bo w końcu stała kilka centymetrów przed nim perfidnie patrząc mu się w oczy - Spadam, widzimy się kiedyś tam - Rzuciła po czym podniosła z ziemi swoją torbę, klepnęła go w ramię i po prostu wyszła z łazienki. Zatrzymała się jeszcze na chwilę pod drzwiami. Całe jej ciało chciało zawrócić. Każdy centymetr walczył z jej świadomością. Umysł jednak był silniejszy. Odeszła by już nigdy więcej nie móc poczuć jego ciepła.

z/t
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : II
Wiek : 21
Skąd : Anglia, Cotgrave
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 308
  Liczba postów : 331
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12277-edward-harper#327635
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12284-ktos-chce-cos-od-harpii#327714
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12283-kwiaty-tanatosa#327713
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12285-edward-harper#327718




Gracz






PisanieTemat: Re: Łazienka Jęczącej Marty   Wto Mar 22 2016, 17:55

Co… co się właśnie stało? Chłopak stał już pół godziny w łazience wpatrując się tępo w umywalkę przed którą przed sekundą stała ona. Próbował zanalizować każde jej słowo, ale nie był w stanie nawet myśleć. Musiał sobie to przypomnieć. Zamknął więc oczy, by się skupić.

Kiedy skończyła mówić, jego twarz nie wyrażała nic, tylko wielkie zaskoczenie. Nie drgnął, nie wypowiedział słowa. Był nieobecny tak jakby go tutaj tak naprawdę nie było. Kiedy dziewczyna pożegnała się z nim, nawet się nie ruszył, żadna zmarszczka na jego twarzy nie drgnęła, a on z szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w pustkę. Co? Czemu masz taką minę? Wakacje? Faceci? Pomylić? Żartujesz prawda? Co się dzieje…
Nie był w stanie zareagować w jakikolwiek sposób. Wszystko się nagle rozbiło na milion fragmentów, a on odpłynął w dal.


Gdy myśli skończyły napływać do jego głowy uchylił powieki, a z jego oczu wylewała się niezliczona ilość żalu. Odwrócił się na pięcie i lekko blady, bez żadnego wyrazu twarzy zaczął wychodzić z łazienki. Coś się jeszcze stało. Po drodze przywalił twarzą w ścianę, spojrzał na nią niepewnie. Musiał iść do domu.

z\t
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Skąd : wiesz?
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 28822
  Liczba postów : 35561
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7560-wielka-poczta-mistrza-gry#211658




Specjalny






PisanieTemat: Re: Łazienka Jęczącej Marty   Czw Wrz 21 2017, 17:27

THERIA

Zdecydowałeś zapisać się do Klubu Therii i teraz masz szansę przekonać się, czy okazało się to mądrą czy nierozsądną decyzją! W tej grze spotkać może Cię wszystko - dlatego bądź czujny. Panuje zasada kto pierwszy ten lepszy, dlatego którekolwiek z was może napisać post jako pierwsze. Najważniejsze informacje są tu  a zasady tu.
Proszę o wklejanie pod postem kodu:

Kod:
<zg>Kostka</zg>: [url=LINK DO LOSOWANIA]LICZBA OCZEK[/url]
<zg>Pole</zg>: NUMER POLA
<zg>Efekt</zg>: EFEKT POLA
Powodzenia!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VI
Wiek : 16
Skąd : Bradford
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 44
  Liczba postów : 51
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15122-carmen-lowell#402975
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15129-ziomki-i-poziomki-carmen#402984
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15128-sowa-carmen#402983
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15123-carmen-lowell#402971




Gracz






PisanieTemat: Re: Łazienka Jęczącej Marty   Czw Wrz 21 2017, 19:50

Sama nie wiedziała co ją popchnęło do tego, by grać w jakieś gry, które mogą się skończyć dla niej co najmniej niefajnie. Mało tego, wydała naprawdę kupę galeonów, by zdobyć eliksir postarzający, bez którego w ogóle nie zostałaby dopuszczona do całej tej wątpliwie przyjemnej rozrywki. Podeszła do tego jednak niezwykle ambicjonalnie wiedząc, że jest na tyle mądra, by sobie poradzić bez większych problemów, choć tak naprawdę nie miała bladego pojęcia co ją za chwile miało czekać.
Tak, czy inaczej – otrzymawszy zaproszenie do łazienki jęczącej Marty (Carmen miała cichą nadzieję, że ominie ją spotkanie z rezydentką tego przybytku, ale kto wie) narzuciła na siebie prosty, szary sweterek i nieśpiesznie pokonując drogę z lochów zastanawiała się, jaki to nieszczęśnik otrzyma zaszczyt bycia jej przeciwnikiem. Oczywiście kim by ta osoba nie była i tak przegra, wiadomo, no ale ciekawość zawsze brała górę, tak więc i teraz panna Lowell zadawała sobie jakże istotne pytanie – to będzie dziewczyna, czy chłopak? Wolałaby dziewczynę, bo wtedy satysfakcja ze zwycięstwa będzie o wiele większa, tym bardziej, jeśli to będzie gryfonka. Generalnie jednak nawet jeśli trafi się jej ktoś zupełnie inny płakać przecież nie będzie, ale wiadomo, dziewczyna gryfonka byłaby miodzio.
No więc doszła już do tej sławnej toalety, zostawiając za sobą lekko uchylone drzwi. Znalazłszy najbardziej wygodny kawałek podłogi usiadła, wyciągnęła różdżkę i zaczęła się nią bawić w oczekiwaniu na drugiego gracza. Palce lekko ją świerzbiły, a w duszy czuła lekką nutkę niepewności.
A jak sobie nie poradzi?

Kostka: -
Pole: -
Efekt: -
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Ravenclaw
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Skąd : Plymouth
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 149
  Liczba postów : 84
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15147-caspar-whitley#404082
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15162-lece-bo-chce?nid=4#404143
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15163-poczta-kaparka
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15157-caspar-whitley




Gracz






PisanieTemat: Re: Łazienka Jęczącej Marty   Czw Wrz 21 2017, 20:30

Głupio było się przyznać, ale pierwszy raz miał grać w tę grę. We wcześniejszych latach jego pomysł z eliksirem postarzającym nie wypalił, ponieważ stłukł fiolkę z płynem jeszcze w dormitorium, a teraz... cóż, teraz mógł zostać członkiem Therii na legalnych warunkach. Oczywiście, rzadko kiedy robił coś legalnie, ale obiecywał sobie, że zanim opuści Hogwart, zagra w tę przeklętą grę.  Nie przeczytał zasad zbyt dokładnie, ledwie pobieżnie przeleciał po nich wzrokiem, ponieważ zdał sobie sprawę, że jest nieco spóźniony. Informację o rozpoczęciu gry dostał zdecydowanie zbyt późno – jak w ciągu kilku minut miał się przygotować i zjawić na drugim piętrze, wcześniej znajdując się w wieży Ravenclawu? W ekspresowym tempie włożył na siebie czarny sweter i dżinsy, a później wyleciał z dormitorium jak z procy. Tak, musiał wracać się po różdżkę, razem z przekleństwami cisnącymi mu się na usta. Ostatecznie na miejscu znalazł się chwilę po czasie, ale miał nadzieję, że zostanie mu to wybaczone. Zmarszczył brwi i jeszcze raz zerknął na liścik z informacją – miał stawić się w łazience Jęczącej Marty. Serio? W damskiej łazience? Pacnął się ręką w czoło. Może jeszcze Jęcząca Marta będzie jego przeciwniczką? Z drugiej strony, nie pogardziłby, gdyby musiał walczyć przeciwko dziewczynie. Może nawet dałby jej wygrać? Pchnął drzwi prowadzące do toalety i zmierzwił dłonią włosy. Wtedy jego wzrok padł na Carmen. Oparł się o ścianę i gwizdnął z podziwu, aby skupić jej uwagę na sobie. Nie spodziewał się, że jego przeciwniczką będzie panna Lowell, ta nienaganna, pilna uczennica! Parsknął śmiechem i wszedł wgłąb łazienki. – Takie urocze nazwisko, a taka krzywa mina – rzucił, a uśmiech ani na chwilę nie schodził z jego ust. Momentalnie usiadł na podłodze obok Carmen i przyjrzał się dokładnie jej sweterkowi. Wyglądał na drogi. – Nie boisz się, że go zniszczysz? – spytał z zainteresowaniem. Również wyjął różdżkę i zaczął obracać nią między palcami. – To jak? Zaczynamy czy pękasz, panno idealna? – mruknął na koniec z zawadiackim błyskiem w oku. Teraz to musiał wygrać. Inaczej jego męska duma będzie go pozdrawiać z piekieł.

KOSTKA: -
POLE: -
EFEKT: -
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VI
Wiek : 16
Skąd : Bradford
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 44
  Liczba postów : 51
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15122-carmen-lowell#402975
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15129-ziomki-i-poziomki-carmen#402984
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15128-sowa-carmen#402983
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15123-carmen-lowell#402971




Gracz






PisanieTemat: Re: Łazienka Jęczącej Marty   Czw Wrz 21 2017, 21:22

Trzy minuty spóźnienia. Dodać do tego fakt, że sama była tu z dobry kwadrans przed czasem to w sumie dawało prawie dwadzieścia minut smętnego siedzenia na zimnej, kamiennej podłodze i patrzenia się tępo w drzwi jednej z kabin w tym przeklętym klopie. Jak to zwykle w przypadku panny Lowell bywało, irytacja osiągała już poziom krytyczny i powiedziała sobie, że jeśli jej przeciwnik nie pojawi się w ciągu kolejnych dwóch minut, to sobie stąd po prostu wyjdzie. I nie ważne jakie konsekwencje będą się z tym wiązały. Co to w ogóle ma być, takie spóźnianie się. Brak szacunku i tyle, a Carmen nie uznawała czegoś takiego.
Kilkanaście sekund później usłyszała najpierw kroki, a potem skrzypienie drzwi. No nie. Whitley. Cholera jasna, naprawdę wśród tych wszystkich uczniów, studentów i innych chętnych do zagrania w Thierię osób musiała trafić akurat na niego? To ten pech. Musiał ją nagle nawiedzić i nie chciał opuścić. Albo to ktoś z góry się na nią uwziął i postanowił uprzykrzyć jej życie. No ale trudno. Pojawienie się Caspara wiązało się z tym, że teraz Carmen zaczęła traktować tę grę o wiele poważniej. Teraz to już musi wygrać, nie ma innej opcji.
Posłała mu wymuszony uśmiech. Krzywa mina? Taki przecież miała wyraz twarzy, cóż mogła na to poradzić.
- Spóźniłeś się – odpowiedziała na jego zarzut. Wszedł tu i od razu zaczął się jej czepiać, a to przecież on na starcie zarobił już potężnego minusa. – Powinni ci za to odjąć punkty, ale spokojnie, przegrasz i bez tego.
Nie musiał siadać obok. Mógł usiąść naprzeciwko, nie miała pojęcia dlaczego to zrobił. To dziwne, ale z jakiegoś powodu poczuła się lekko nieswojo, bo po pierwsze przebywała sam na sam z jakimś chłopakiem w jednym pomieszczeniu (co się wcześniej NIGDY nie zdarzyło), a po drugie on sam jeszcze zminimalizował odległość ich dzielącą do naprawdę krytycznego stopnia. Spojrzała na niego kątem oka, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że z jego ust padło jakieś pytanie.
- Co? E, nie, to stary jest… – odparła powracając wzrokiem do rzeczonego sweterka. No nic. Nie ma czasu na pogaduszki, wypadałoby w końcu wziąć się za grę. Carmen odetchnęła głęboko i ściskając różdżkę prawą dłonią, chwyciła kostki w drugą.
- Damy mają pierwszeństwo, panie irytujący – powiedziała, i rzuciła kostki na plansze, niepewnie czekając na to, co się wydarzy.
No i był szelest. Carmen z szeroko otwartymi oczami zaczęła rozglądać się na boki w poszukiwaniu źródła dźwięku, aż nagle podskoczyła, gdy tuż obok ucha przeleciała jej strzała. Dostrzegła centaura i z rosnącym strachem zanotowała, że nie ma wcale dobrych zamiarów. Strzały świstały jedna za drugą. Ślizgonka zakryła twarz przedramieniem i błyskawicznie, w zasadzie niewiele myśląc wykrzyczała zaklęcie.
A potem cisza. Odsłoniła twarz, a gdy okazało się, że znów w toalecie znajdują się tylko we dwójkę z Casparem odetchnęła z ulgą. Miała wrażenie, że jej bijące serce słychać było w wieży Gryffindoru, ale co tam. Adrenalinka!


Kostka: 9 + parzyste
Pole: 9
Efekt: Centaur atakuje!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Ravenclaw
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Skąd : Plymouth
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 149
  Liczba postów : 84
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15147-caspar-whitley#404082
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15162-lece-bo-chce?nid=4#404143
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15163-poczta-kaparka
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15157-caspar-whitley




Gracz






PisanieTemat: Re: Łazienka Jęczącej Marty   Czw Wrz 21 2017, 21:58

Zawsze się spóźniał. Na lekcje, na posiłki, nawet na spotkania ze znajomymi. Każdy, kto znał go choć trochę, zawsze umawiał się z nim nieco wcześniej – dzięki temu oboje przychodzili w umówione miejsce w podobnym czasie, a Caspar był przekonany, że przyszedł punktualnie na spotkanie. Do tej pory nikt nie próbował wyprowadzać go z błędu; zapewne wiedzieli, że jest wiecznym dzieckiem szczęścia i nie przejąłby się specjalnie, gdyby okazało się, że przez te wszystkie lata przychodził spóźniony. Czy to by coś zmieniło? Pewnie nie. Swoją drogą, gdyby Carmen po prostu wyszła, znudzona oczekiwaniem na Caspara, chłopak by pewnie wygrał valcouverem, nie? Szkoda, że tym razem okazała trochę więcej cierpliwości niż zwykle i postanowiła dać mu szansę. Odwzajemnił jej uśmiech, który najwyraźniej wiele Carmen kosztował, po czym wzruszył ramionami na jej pierwsze skierowane do niego słowa.
Po prostu uwielbiam, gdy na mnie czekasz – odpowiedział słodkim tonem, chociaż bardziej przypominało to parodię zakochanej piętnastolatki niż prawdziwą ripostę. Po chwili pokiwał głową z uznaniem. – To miło, że masz wysokie mniemanie o sobie. Kiedyś kobiety nie posiadały tyle odwagi co teraz. Trochę przykro to mówić, ale jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie miałabyś wyboru i musiałabyś zabawiać dzieci po ukończeniu szkoły. Chyba się cieszysz, że możesz decydować o sobie, co? I na przykład, grać ze mną teraz w tę grę – zastanawiał się na głos. Wiele się zmieniło w ciągu tego niespełna wieku; czarownice zyskały wiele praw, ale również świat parł do przodu. Wszystko się zmieniało. Uśmiechnął się pod nosem, gdy spostrzegł, że ją nieco zdezorientował. Pewnie, mógł usiąść naprzeciwko, ale siedzenie obok było przyjemniejsze. Poza tym miło pachniała. Ponownie wzruszył ramionami na wzmiankę dziewczyny o swetrze. Cóż, skoro tak uważała – jeśli straci ten swój szary sweterek, odda jej swój. Postanowione.
Dopiero teraz spostrzegł planszę, przed którą siedziała Carmen. Zacisnął palce na różdżce i uśmiechnął się do niej, nawet nie protestując, gdy stwierdziła, że to damy mają pierwszeństwo. Okej, to była idealna okazja do podroczenia się z Carmen i zapewne chętnie by ją wykorzystał (kto tu widział jakąś damę, na przykład?), ale w tym samym momencie Ślizgonka rzuciła kostkami i na planszy pojawił się napis. „PRZEDE WSZYSTKIM NIE MIAŁEŚ POŻYWIENIA, A BYŁEŚ ZA SŁABY, ŻEBY UDAĆ SIĘ NA POLOWANIE, CHYBA ŻE W CHARAKTERZE OFIARY.”Chyba jakiś kopnięty poeta układał te wierszyki – mruknął pod nosem, a w łazience zapanowała cisza. Nienaturalna cisza, którą przerwał szelest dobiegający z kabiny. W łazience pojawił się centaur i Caspar otworzył usta ze zdziwienia. Zaczął strzelać w nich strzałami, dlatego poderwał się i już wyciągał różdżkę, aby się z nim uporać, kiedy Carmen machnęła swoją i centaur rozpłynął się w powietrzu. Wow.
No to moja kolej – Caspar przełknął głośno ślinę i przejął kostki od Carmen. Wyrzucił dwie czwórki. Osiem. Pionek przesunął się leniwie po planszy, a przez dłuższą chwilę nic się nie działo.
„JEDNA KROPLA ZŁA NASĄCZA JADEM CAŁE NASZE DOBRO.” Nagle podłoga zadrżała i pod ich stopami pojawiły się Jadowite Tentakule. Casper wstał i chciał odskoczyć, ale przewrócił się i jedna z roślin wstrzyknęła w jego rękę jad. Nie czuł prawej dłoni, różdżka wypadła mu z ręki. Serce zaczęło bić mu jak oszalałe, ale nawet nie wydał z siebie dźwięku. Szybko schylił się po różdżkę drugą ręką, sycząc z bólu. Warknął i prędko rzucił odpowiednie zaklęcie, a Tentakule zniknęły. – Na brodę Merlina – jęknął Caspar przeciągle, kiedy w łazience zapadła cisza. Złapał się lewą ręką za prawą dłoń. – Nie czuję jej, kurw... – mruknął cicho. Czy to była pora na zażycie leczniczej mikstury?

Kostka: 8 + nieparzyste
Pole: 8
Efekt: Sparaliżowana prawa ręka po ataku Jadowitych Tentakul. Super.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VI
Wiek : 16
Skąd : Bradford
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 44
  Liczba postów : 51
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15122-carmen-lowell#402975
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15129-ziomki-i-poziomki-carmen#402984
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15128-sowa-carmen#402983
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15123-carmen-lowell#402971




Gracz






PisanieTemat: Re: Łazienka Jęczącej Marty   Czw Wrz 21 2017, 23:28

- Lubisz, gdy na Ciebie czekam? Przecież nie wiedziałeś nawet, że to ja tu będę – zauważyła. Generalnie jeśli chciał zabłysnąć jakimś dobrym tekstem, to słabo mu wychodziło. Może na jakąś wątłą i naiwną puchoneczkę by podziałały, bo one takie są, że byle czym je można zbajerować. Carmen nie miała najmniejszego zamiaru należeć do fanclubu Caspara, ponadto miała nadzieję, że jak już wygra i stąd wyjdzie, to nie będzie już musiała oglądać jego twarzy do ostatniego dnia swojej edukacji w tym zamku, bo tak mu będzie wstyd i będzie się po prostu przed nią ukrywał. – I nie, nie mam wysokiego mniemania o sobie, po prostu wiem, że jestem od ciebie lepsza. A ty pieprzysz od rzeczy – skwitowała jego wywód o czarownicach z przed wieku. Denerwował się, czy jak? Czyżby Carmen go onieśmielała, że paplał co mu ślina na język przyniesie? Może i nie była brzydka, ale też żadna z niej miss Hogwartu, więc jeśli w istocie Whitley czuł się zawstydzony to zupełnie niepotrzebnie. Z tego pieca chleba nie będzie.
Całe szczęście gra po chwili pochłonęła ją w całości i nie musiała już zastanawiać się, dlaczego ramię chłopaka omal nie otarło się o nią już dwukrotnie. Trochę ją to rozpraszało, chociaż do końca nie zdawała sobie z tego sprawy.
Nie miała też pojęcia, że mimo, że przed chwilą prawie została poważnie ranna (ale oczywiście miała na tyle dobry refleks, że udało się jej tego uniknąć), Thieria zaczyna się coraz bardziej podobać. W głowie jej szumiało od nadmiaru emocji i jednocześnie cieszyła się niezmiernie, że wyszła z pierwszego rzutu bez szwanku. Teraz kolej krukona. Carmen bez słowa przyglądała się mu, jak rzucał kostki, a gdy cytat pojawił się na szkle pochyliła się, by go przeczytać. Ledwo skończyła, a pod nogami i tyłkiem pojawiły się im Jadowite Tentakule. Dziewczyna sprawnymi ruchami różdżki odstraszała zabójcze pędy nie pozwalając, by wstrzyknęły w nią swój jad. Kątem oka jednak dostrzegła Caspara, który niefortunnie przewrócił się na podłogę i zanim zdążył jakkolwiek się obronić, jego ręka została sparaliżowana. Po chwili udało mu się całkowicie zlikwidować roślinę, jednak z jego twarzy łatwo można było wywnioskować, że wcale się z tego faktu nie cieszył. Rzucanie zaklęć lewą ręką nigdy nie było dla praworęcznych osób takie łatwe.
Panna Lowell przeciwnie – paraliż Caspara powodował, że jej szansa na wygraną momentalnie wzrosła. Gdyby była gryfonką o dobrym serduszku, najpewniej teraz razem z chłopakiem ubolewałaby nad jego niedysponowaniem, ale jako, że należała do osób dość wrednych, zwyczajnie była zadowolona z takiego obrotu spraw.
- Wszystko okej? – zapytała jednak, choć w jej tonie na próżno było szukać oznak jakiejkolwiek troski. Czekała bardziej na sygnał, czy może już rzucać kośćmi, które od kilku sekund ściskała w ręce, ale oficjalnie niech będzie, że się przejęła.
Chuchnęła w zaciśniętą pięść. Na szczęście, pomyślała i otworzyła dłoń nad planszą.
- Wszystko dzieje się jak w koszmarze: wyrzyguje moje dawno stracone złudzenia, urojenia, które mnie nawiedzają, i to wszystko pada na czarny asfalt wraz z odgłosem płynnego i ohydnego wybuchu, który odbija się w mojej głowie jako nieszczęsny wyrok mojej niegodziwości – przeczytała na głos i… podskoczyła ze strachu. Głośny wybuch dobiegający z jednej z kabin z pewnością postawiłby na nogi cały zamek, gdyby nie fakt, że ta rozgrywka była tajna i nikt, oprócz tej dwójki tutaj, o niej nie wiedział.
- To chyba sklątka, pójdę sprawdzić – rzuciła wstając z miejsca i kierując się do wyżej wymienionej kabiny. Otworzyła drzwi i zanim zdołała podnieść różdżkę, by unieszkodliwić to paskudztwo, ta wybuchła ponownie, odrzucając Carmen na przeciwległą ścianę, kilka metrów dalej.
Bolało. Carmen upadła niefortunnie na lewy bark, a oczami wyobraźni widziała już krwiaki, jakie na pewno pozostaną jej po tym zdarzeniu. Ze złości machnęła różdżką w stronę sklątki, która rażona zaklęciem zwyczajnie zniknęła.
Ślizgonka jęknęła z bólu podnosząc się z podłogi i siadając na powrót na swoim miejscu. Jeśli przed chwilą była tak bardzo pewna siebie, to musiała teraz zweryfikować swój nastrój.


Kostka: 5 + nieparzyste
Pole: 14
Efekt: Wybuchająca sklątka, która nabija mi kilka potężnych siniaków.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Ravenclaw
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Skąd : Plymouth
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 149
  Liczba postów : 84
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15147-caspar-whitley#404082
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15162-lece-bo-chce?nid=4#404143
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15163-poczta-kaparka
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15157-caspar-whitley




Gracz






PisanieTemat: Re: Łazienka Jęczącej Marty   Pią Wrz 22 2017, 00:24

Gdyby w tej chwili Caspar stwierdziłby, że uwielbia trudne sytuacje, Brandy na pewno wybuchłaby śmiechem. To nie chodziło nawet o to, że Krukon co chwila wpędzał się w tarapaty albo miał okropnego pecha, jeśli chodziło o podejmowanie odpowiednich decyzji. Teraz stawką było coś więcej niż uniknięcie szlabanu albo wygranie gry, która na chwilę obecną chciała ich wszystkich pozabijać. Miał wrażenie, że jeśli zacznie ignorować chwiejne humorki Carmen, to mu się opłaci. Zresztą, był również uparty i często robił innym na przekór. Gdy ktoś mówił "Przestań", nie przestawał, wręcz przeciwnie, robił coś z jeszcze większą mocą. Gdy ktoś mówił "Nie zrobisz tego", udowadniał, że zrobi. Nie miał żadnych skrupułów przed spełnianiem własnych zachcianek, a teraz właśnie takowa go naszła – chciał wykrzesać z Carmen chociaż odrobinę entuzjazmu albo innych gwałtownych uczuć, bo nie wierzył, że Ślizgonka jest jedną z tych chłodnych, wiecznie wyniosłych dziewczyn. A była wyniosła, i to bardzo, ale każda jej opryskliwa odzywka sprawiała, że intrygowała go coraz bardziej. Lubił być otoczony głośnymi, kłótliwymi dziewczynami – przykładem do tej pory były same Gryfonki, ale kto wie, może dołączy do nich również Ślizgonka? Co prawda Carmen diametralnie się od nich różniła. Była ostrożna, wyrafinowana i chłodna. I coraz bardziej pociągająca.
Po prostu przyznaj, że za mną tęskniłaś i dlatego jesteś taka drażliwa – wzruszył ramionami i posłał jej perskie oczko. Uwielbiał być panem sytuacji, uwielbiał obracać w żart wszystkie zwrócone przeciwko niemu aspekty. Jeszcze bardziej lubił pokazywać, że to on ma rację. No i wyglądało na to, że Carmen powoli zaczynała tracić cierpliwość. Pytanie brzmiało, czy zamierzał doprowadzić ją do granic wytrzymałości czy nie? – Myślę, że płeć piękna nie została nazwana tak dlatego, że jest gorsza od tej brzydkiej – odparł dość zagadkowo i wymijająco, zastanawiając się, czy tym razem Lowell podejmie temat. Na razie nie chciała odpierać żadnej z jego zaczepek, szkoda. A chętnie by z nią podyskutował! No i nie, broń Merlinie, nie był zdenerwowany. Zawsze plótł, co mu ślina na język przyniosła, chociaż teraz starał się bardziej trafnie dobierać słowa. Zupełnie jakby przejmował się opinią dziewczyny – ale przecież on nie przejmował się nikim.
Gra toczyła się dalej. Dopiero teraz do Caspara dotarło, w co tak właściwie się wpakował; toczyli między sobą niebezpieczną grę i mierzyli się z groźnymi zadaniami, wykorzystując całą szkolną wiedzę i starając się przy okazji nie stracić życia. Był pewien, że Theria ma przed nimi jeszcze wiele zagadek i wszystkich nie zdołają odkryć podczas tej jednej rozgrywki; chętnie zagrałby razem z Carmen ramię w ramię, wspólnie mierząc się z otrzymywanymi zadaniami, ale dziewczyna nie wydawała się zainteresowana współpracą. Nawet sposób, w jaki się do niego zwróciła po ataku tentakuli nie sugerował, że obchodziło ją coś jeszcze oprócz wygranej.
Mhm, chyba okej, przejdzie. Cóż, jakby nie było, nic nie czuję, nie? – powiedział, a serce nadal biło mu jak oszalałe. A ostatnio pisał referat na zielarstwo o roślinach niebezpiecznych! Miał nadzieję, że to było ich ostatnie spotkanie z roślinkami z piekła rodem. Mimo że ledwo uniknął kolejnych ugryzień, uśmiech ponownie pojawił się na jego twarzy. Kochał adrenalinę, która płynęła w jego żyłach i sprawiała, że krew buzowała. Gdy zerknął w stronę Carmen widział, że ona prawdopodobnie przeżywa to samo. A może by tak zostali łowcami przygód?
Przyglądał się, jak Lowell ponownie rzuca kostkami, a następnie odczytuje na głos napis, który pojawił się na planszy. Caspar znowu się skrzywił – lubił rozwiązywać zagadki, ale nie w takich warunkach. Tutaj co chwila, po każdym rzucie kostką, coś próbowało ich zabić i nie mógł sobie pozwolić na chwilę dekoncentracji. Ponownie wzmógł czujność i nadstawił uszu akurat w momencie, w którym w jednej z kabin rozległ się wybuch. – Fajerwerki? – spytał głupio, po czym odprowadził Carmen wzrokiem. Już otwierał usta, żeby powiedzieć, że otwieranie drzwi do kiepski pomysł, gdy dziewczynę odrzuciło kilka metrów na przeciwległą ścianę. Podbiegł do niej i znowu podał do niej dłoń – naprawdę chciał, żeby tym razem ją uścisnęła i pozwoliła sobie pomóc. – Nie bądź uparta i daj sobie pomóc. Boli? – spytał, marszcząc brwi i wskazując skinieniem głowy na jej bark. Usiedli z powrotem w okolicach planszy, a on co chwila zerkał na nią z niepokojem. Teoretycznie rywalizowali, praktycznie... cóż. Gdyby oddał jej zwycięstwo, pewnie nie czułby się pokonany. Zaczynał się poważnie nad tym zastanawiać. Ujął w palce kości do gry i rzucił drugi raz tego wieczoru na planszę. Dziewięć. Pionek przesunął się na pole siedemnaste, a w okrągłym szkle na środku planszy pojawił się napis. – "Chciałbym jak piorun, uderzyć i zginąć, ale o gwiazdy zaczepić w locie" – przeczytał cicho i uniósł głowę. Co to mogło znaczyć? Znowu nastała cisza. Cisza przed... burzą. – Coraz bardziej mi się podobają te opisy – mruknął pod nosem, próbując rozetrzeć prawą dłoń lewą, ale nic z tego. Jad Tentakuli był zbyt silny. Nagle, prawdopodobnie w jezioro, uderzył piorun. Uniósł wzrok i wyjrzał przez okno – lało. I wtedy zgasło światło; ich jedynym źródłem światła było zamglone szkiełko na środku gry. Przeklął głośno, tym razem już się nie hamując. – Lumos – rzucił szybko zaklęcie i oświetlił różdżką część pomieszczenia, coby sprawdzić, czy nic nie czai się za rogiem. Byli sami. Nadal ocierał się ramieniem o ramię Carmen i... cóż, jednak miło było poczuć jej obecność. Zwłaszcza, że było tak ciemno. – Tym razem nie skończyło się całkiem źle, zaledwie nie mamy światła – podsumował z westchnięciem i przypadkiem potarł ramię Carmen swoimi palcami. Przypadkiem.


Kostka: 9 + nieparzyste
Pole: 17
Efekt: Ciemno. Romantycznie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VI
Wiek : 16
Skąd : Bradford
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 44
  Liczba postów : 51
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15122-carmen-lowell#402975
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15129-ziomki-i-poziomki-carmen#402984
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15128-sowa-carmen#402983
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15123-carmen-lowell#402971




Gracz






PisanieTemat: Re: Łazienka Jęczącej Marty   Pią Wrz 22 2017, 01:31

No, no. Cóż za postanowienia! Carmen nie należała do łatwych panienek, czego Caspar powinien być raczej świadomy, jako, że ona nigdy, ale to przenigdy nikogo nie miała. Facet był jej potrzebny jak dziura w skarpecie. Najważniejsza jest nauka, a nie obściskiwanie się w schowku na miotły, co obecnie Lowell uważała za jawne prostactwo i oznakę niedojrzałości. Miłość to głupota, zakochanie się – choroba umysłowa. Może kiedyś przyjdzie na to czas, jednak ślizgonka nie sądziła, by miało to nastąpić w najbliższych latach. Była za bardzo oporna na takie rzeczy, nie spotkała do tej pory nikogo, kto dałby radę zmiękczyć jej kamienne serduszko a i Whitley nie wyglądał wcale na takiego, co by temu zadaniu niewykonalnemu podołał.
- Nie jestem drażliwa – powiedziała cierpliwie. – Po prostu uważam, że otaczają mnie sami idioci, bez obrazy. Generalnie świat byłby lepszy, gdyby wszyscy myśleli jak ja.
Czy to żart? Czy Carmen Lowell właśnie porwała się na dowcip? Ułomny bo ułomny, ale jednak dowcip i krukon był tego świadkiem. Gdyby warunki temu sprzyjały mógłby to jakoś uwiecznić i chwalić się potem innym, że to on, Caspar, słyszał żart z ust tej ślizgonki z kijem w dupie, naprawdę!
Co do zaczepek… Omijała je szerokim łukiem. Wiedziała, że jeśli raz da się złapać w ich sidła, to już się prędko z nich nie uwolni, a nie miała doświadczenia w tych sprawach. Oczywiście wiedziała jak spławiać innych, ale ten tutaj był wyjątkowo natrętnym osobnikiem a to już poważniejsza sprawa. Musiała też przyznać szczerze przed samą sobą, że trochę się bała. No bo oczywiście istniało pewne ryzyko, że się złamie. Nie chciała się złamać. Najchętniej wyczarowałaby między nimi kamienną ścianę, która skutecznie oddzielałaby ich, byleby ten przeklęty chłopak w końcu przestał ją dotykać.
Jego ton, gdy zadała mu pytanie o samopoczucie sprawił, że mimo wszystko trochę zrobiło się jej chłopaka szkoda. Pomyślała nawet, że jeśli wygra z nim teraz, to wcale nie będzie z tej wygranej usatysfakcjonowana, bo to takie trochę nie fair. Nie mógł używać prawej ręki. Żadne z nich nie wiedziało, co ich czeka dalej, a jeśli okaże się, że od tego będzie zależało ich życie? Po krótkiej ciszy, która nastąpiła po jego słowach zebrała się w sobie i sama nie wierząc w to, co robi podsunęła:
- Wypij eliksir. W razie czego mamy jeszcze drugi.
Kiedy ona również odczuła skutki brutalnego traktowania ich przez Thierię na własnym ciele, straciła nieco rezonu. Była już w połowie planszy a póki co skończyło się na kilku siniakach i sparaliżowanej ręce. Zawsze mogło być gorzej, stwierdziła więc, że chyba nie są tacy najgorsi.
Zaraz, zaraz. Od kiedy zaczęła myśleć w liczbie mnogiej? Chyba już zbyt długo przebywała w towarzystwie tego chłopaka, bo zaczynało się jej udzielać. Znaczy, o empatię chodzi. Zaczęła się nim… przejmować.
Zacisnęła zęby i skorzystała z jego pomocnej dłoni, nie tak, jak ostatnio. Pal licho ślizgońską dumę, bark zbyt mocno ją bolał. Dała się odprowadzić na miejsce i z obawą obserwowała dalszy ciąg wydarzeń. Już nie patrzyła z zaciekawieniem jak pionek Caspara leniwie pokonywał kolejne pola. Nie czuła tak jak on. W sumie chciała by ta gra się już skończyła. Martwiła się, że to, co się za chwilę wydarzy będzie o wiele gorsze niż przy poprzednich rzutach.
Na całe szczęście zamiast kończyn, zostali pozbawieni jedynie światła. Whitley zaradził temu doraźnie jak tylko potrafił i niestety musieli do końca rozgrywki siedzieć w dużo gorszych warunkach. Jak teraz miałaby dostrzec strzałę, która kilka minut wcześniej omal nie przepołowiła jej ucha?
- Świetnie. Ty uważasz, że to nie tak źle? Już bym wolała, żeby włosy zmieniły mi się w algi, czy coś – stwierdziła i jęknęła, bo znów naruszyła swój obolały bark.
Czy bała się ciemności? Niekoniecznie, biorąc pod uwagę fakt, że od jedenastego roku życia mieszkała w lochach. Mimo wszystko cieszyła się, że nie jest tu sama i szczerze, już niech nawet będzie, że wolała obecność Caspara, niż kogoś innego.
Przełykając ślinę po raz kolejny chwyciła za kostki, modląc się w duchu, by nie polała się krew. Wyrzuciła sześć. Pionek niespiesznie przesuwał się na pole dwudzieste a Carmen z niecierpliwością oczekiwała na zadanie, z którym przyjdzie się jej zmierzyć. Nagle, zupełnie znikąd, bo ciężko było w ciemnościach dostrzec źródło a także zupełnie nie wiadomo jak ślizgonka została oblana eliksirem. O ironio, postarzającym. Przecież to zrządzenie losu, bo sama musiała go użyć przed tym, zanim się tu w ogóle pojawiła. Poczuła, że się zmienia. Dobrze, że w razie czego zanim upiła łyk przestudiowała księgę, w której jasno stało jak zatrzymać starzenie się. Szybko wyszeptała zaklęcie, ale mimo refleksu ilość eliksiru jaki ją oblał była zbyt duża i Carmen zatrzymała się na etapie mniej więcej trzydziestu lat. Co teraz? Co będzie, jeśli jej tak zostanie?
Parsknęła. A potem zaśmiała się pod nosem. A gdy już skończyła, wybuchła naprawdę gromkim śmiechem. Martwiła się tym, że Caspar zaburzał jej strefę komfortu? Teraz już nie musiała! Wyglądała jak nauczycielka i raczej mało prawdopodobnym było, by krukon dalej kontynuował te swoje przypadkowe otarcia.
- Mam zmarszczki – zauważyła. – Rzucaj szybko i wychodzimy, chcę być znów młoda, tęsknię za moim małym pryszczem na czole.

Kostka: 6 + parzyste
Pole: 20
Efekt: Jestem sexy MILFem
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Ravenclaw
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Skąd : Plymouth
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 149
  Liczba postów : 84
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15147-caspar-whitley#404082
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15162-lece-bo-chce?nid=4#404143
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15163-poczta-kaparka
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15157-caspar-whitley




Gracz






PisanieTemat: Re: Łazienka Jęczącej Marty   Pią Wrz 22 2017, 23:43

Podobne myśli towarzyszyły mu jeszcze na początku roku, kiedy po raz pierwszy spotkał się z Clary. Rozmyślał wtedy nad tym, że dziewczyna w zasadzie nie jest mu do niczego potrzebna; trudno to przyznać, ale przez te wszystkie lata to Brandy zastępowała mu wszelki kontakt z dziewczynami. Mógł przytulać ją, gdy tylko chciał. Zwierzał jej się ze swoich problemów, a także wysłuchiwał trosk Powell. Pomagali sobie wzajemnie, ale co było najważniejsze – mogli na siebie liczyć w każdym momencie i Brandy nie obrażała się, gdy znajdywał sobie – na jakiś czas – nową towarzyszkę rozmów. Właśnie to mu przeszkadzało w innych czarownicach; każda, gdy dowiadywała się o istnieniu Brandy, najlepszej przyjaciółki Caspara, dziwnym trafem robiła się zazdrosna i bardzo prędko oskarżała tę dwójkę o romans. Na początku było to uciążliwe, później z kolei – nie do wytrzymania. Caspara zastanawiało jedno; jak, na litość boską, niektóre uczennice w Hogwarcie nie zaobserwowały, że Brandy była nieodłączną towarzyszką Caspara i nie były w stanie zaakceptować ich relacji na samym początku? Właśnie dlatego Whitley dał sobie spokój z dziewczynami i ich humorkami. Ostatnią dziewczynę miał bodajże rok temu; nic dziwnego, że teraz, w ciemnościach, hormony zaczynały mu buzować, kiedy tak siedział ramię w ramię ze śliczną, filigranową blondyneczką.
No to może mnie oświecisz i podzielisz się swoimi poglądami? Chodź, podyskutujemy trochę. Nie gryzę, wręcz przeciwnie, uwielbiam ambitne rozmowy, Zwłaszcza w damskich toaletach – powiedział Caspar całkiem szczerze, ale pytanie brzmiało, czy w oczach Carmen znowu nie miał ochoty z niej pożartować. A nie miał! No, okej, może trochę miał chęć na kilka żarcików, ale bardziej chciał dowiedzieć się, jaki punkt widzenia posiadała Ślizgonka na pewne sprawy i nieco ją zrozumieć. I dopiero wtedy ewentualnie ją wyśmiać. Później oczarować. A następnie owinąć ją sobie wokół palca. Tak, to kolejny żart; gdyby udało mu się dotrzeć do Carmen, na pewno nie próbowałby jej tresować. Prędzej to on byłby na każdej jej zawołanie i to on chciałby podarować jej gwiazdkę z nieba, nie ona jemu. Taka była prawda; to mężczyzna musiał się postarać, aby utrzymać przy sobie kobietę. To on musiał rozwiać jej wszelkie obawy przed zaangażowaniem się w związek i sprawić, by chciała mu zaufać i ofiarować swoje serce. Ech. Jak zwykle. Wszystko na głowie faceta. Dlatego spojrzał na Carmen jak na idiotkę, gdy zasugerowała, aby wypił jeden z eliksirów.
Co? Nie jest ze mną aż tak źle. Lepiej zostawić ten eliksir na czarną godzinę. Myślę, że sparaliżowana ręka to jeden z naszych najmniejszych problemów. Zresztą... drugą rękę mam w porządku, nią też mogę rzucać zaklęcia – rzucił Caspar, może trochę mniej przekonująco niż wcześniej, ale chciał wybić Carmen pomysł zużywania leczniczej emulsji od razu. Nie chciał tego mówić głośno, jednak gra dopiero się rozpoczynała. Mogło czekać na nich coś dużo bardziej gorszego. Z drugiej strony doceniał, że dziewczyna zaczęła się nim przejmować. Minimalnie, ale jednak. To sprawiło, że uśmiechnął się do siebie lekko i pogratulował sobie w duchu. Czyżby Carmen zaczynała go lubić? Czy może nadal było to zbyt duże słowo? Mimo wszystko uznał to za dobry znak. Uniósł różdżkę nieco wyżej, gdy dziewczyna potrząsnęła kośćmi do gry i rzuciła je na planszę. Ponownie w zamglonym szkle pojawiły się pozawijane litery, tym razem układające się w słowa "Starość zamiast jutra posiada wczoraj". To akurat był łatwy do rozszyfrowania cytat. Ludzie starsi mieli za sobą już niemal całe życie; mieli piękne wspomnienia minionego czasu i ich jedynym martwieniem się o przyszłość było martwienie się o dzieci i wnuczęta. Jednak jaki to miało związek z Therią? Czy gra dawała im do zrozumienia, że powinni skupić się na życiu, a nie na bezmózgim rzucaniu kostką? Akurat Caspar podzielał to zdanie i chętnie zacząłby robić z Carmen coś innego, zwłaszcza w tych ciemnościach. Już miał coś powiedzieć, gdy nagle spostrzegł jakąś ciecz spływającą po swetrze Lowell. Znowu Caspar miał rację; powinna go zdjąć, jeśli nie chciała go zniszczyć. Przybliżył różdżkę w kierunku Carmen, nieco zaniepokojony.
Wszystko w porządku? Co to jest? – spytał niepewnie, a potem uniósł brwi z zaskoczenia. Eliksir postarzający! Twarz dziewczyny przybrała jeszcze poważniejszy wyraz twarzy niż zwykle, tu i ówdzie pojawiło się kilka zmarszczek. Jednak nadal wyglądała zachęcająco. Carmen szybko znalazła odpowiednie zaklęcie i rzuciła je, tym samym zatrzymując proces starzenia się. Zatrzymała się około trzydziestki. Zaśmiał się, wtórując tym samym śmiechowi Carmen; teraz nieco głębszemu i bardziej perlistemu niż jaki zaprezentowała wcześniej.
I tak wyglądasz fajnie – skwitował krótko wzruszeniem ramion, w świetle różdżki przyglądając się dziewczynie. – Przypominasz mi teraz mamę – dodał nagle bez zastanowienia, posyłając jej troszeczkę zbyt długie spojrzenie. Spuścił wzrok; tylko Brandy wiedziała, w jaki sposób zginęła jego matka. I brat. Nie mógł o nim zapomnieć. Westchnął cicho, po czym już bez słowa sięgnął po kostki i wyrzucił... dwa. Jego pionek posunął się o dwa pola do przodu i stanął na dziewiętnastym. Niespecjalnie chciało mu się czytać napis, jaki powoli wysunął się z mgły, ale ostatecznie nachylił się i ponurym głosem odczytał jego treść. – Rzygasz łzami prosto z serca, aż trzęsiesz się z nieszczęścia. Niezbyt zachęcające – mruknął, a zaraz potem zacząć stukać palcami o planszę. Czekał na to, co się wydarzy; a zaraz potem poczuł, jak zbiera mu się na mdłości. I to nie byle jakie. Pozieleniał na twarzy, dlatego wstał i oparł się o chłodną ścianę, przytrzymując dłoń przy ustach. No jak nic, zbierało mu się na pawia. Zgiął się wpół. Nie mógł wymiotować. Nie przy Carmen, dobra? Starał się opanować torsje, jednocześnie wertując magiczny notes z zaklęciami, który otrzymali na początku. Na szczęście, bardzo szybko znalazł odpowiedni czar i natychmiast go wykorzystał. Mdłości zniknęły, ale uczucie ciężkości w żołądku pozostało. Caspar osunął się po ścianie i ukrył twarz między kolanami.
Miałaś rację, kończmy to szybko – powiedział przytłumionym głosem. Po tej sytuacji troszeczkę stracił rezon i był nieco zdezorientowany, ale starał się trzymać fason. Bezskutecznie. Było mu trochę niezręcznie, że spotkało go coś takiego akurat obok Carmen, ale nadal nie wiedział, czemu się tak tym przejmuje. – Jak to się skończy, pójdziemy do kuchni na gorącą czekoladę? Będą pianki – zaproponował nagle, unosząc głowę i zachęcając jednocześnie Carmen gestem do kolejnego rzutu kostką. Musieli sobie jakoś osłodzić ten okropny wieczór. Pełen adrenaliny, ekscytacji i przeżyć, ale jednak okropny.

Kostka: 2+parzyste
Pole: 19
Efekt: Lekkie mdłości, ale efekt został pożegnany za pomocą zaklęcia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VI
Wiek : 16
Skąd : Bradford
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 44
  Liczba postów : 51
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15122-carmen-lowell#402975
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15129-ziomki-i-poziomki-carmen#402984
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15128-sowa-carmen#402983
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15123-carmen-lowell#402971




Gracz






PisanieTemat: Re: Łazienka Jęczącej Marty   Sob Wrz 23 2017, 19:51

Spojrzała na chłopaka kątem oka zastanawiając się, czy on naprawdę chce poznać jej punkt widzenia, czy po raz kolejny zwyczajnie się nabija. Ton jego wypowiedzi był raczej poważny, poza tym lekko ją czymś takim zaskoczył. Dotąd nikt nigdy nie zapytał Carmen dlaczego odnosi się do innych w taki a nie inny sposób. Owszem, mówili jej, żeby przestała się dąsać, albo, żeby częściej się uśmiechała, ale nigdy tak. Musiała przyznać, że miała przeogromną ochotę wytłumaczyć to wszystko Casparowi, ale to był temat na spokojny wieczór przy herbacie, a nie nad śmiercionośną grą, która co rzut serwowała im niemałą palpitację serca.
- Może porozmawiamy o tym następnym razem, gdy znów spotkamy się w damskiej toalecie – stwierdziła, bo miała wrażenie, że przez te wszystkie emocje nie potrafiłaby ubrać swoich poglądów w słowa tak, jakby to sobie wymarzyła. Jeśli nadarzy się okazja i to nie taka, w której Whitley czyści jej trampki, albo w której przez ciemność nie widzieli przeciwległej ściany, ślozgonka chętnie przysiądzie i opowie mu co o wszystkich w zamku sądzi.
Tymczasem musiała wysłuchiwać jak krukon zgrywa bohatera. Nie chciał wypić eliksiru, a on przecież po to tu był, by mogli z niego skorzystać. Dla Carmen jego zachowanie było totalnie bez sensu. Na Merlina, dlaczego akurat teraz stwierdził, że pokaże jaki to on nie jest twardy i sparaliżowana ręka to nic takiego?
- Weź go lepiej bo przysięgam, że jeżeli się zmarnuje to wyleję ci go na głowę – zagroziła mając nadzieję, że dosadnie dała mu do zrozumienia, żeby się z jej nie sprzeciwiał. To jedyny odruch człowieczeństwa na który się zdobyła na przestrzeni ostatnich lat, a on jeszcze śmie powiedzieć jej, że nie. Też coś. Jeszcze dwa, maksymalnie trzy rzuty i przekroczy metę, a przynajmniej tak wychodziło z jej rachunków, które na szybko poczyniła w głowie. Sama nie miała większych obrażeń jeszcze, a mogło się zdarzyć tak, że w ogóle nie będzie eliksiru potrzebować.
No właśnie. Po kolejnym rzucie okazało się, że jej wygląd zewnętrzny w końcu nie odbiegał od tego, jak się na co dzień czuła. Doroślej. Na co jej więc był eliksir? Nie odmłodzi jej przecież, musi się przemęczyć. Miała jednak nadzieję, że po wyjściu z toalety znów wróci do swojej normalnej postaci, bo chociaż może i jej to pasowało, to jednak póki co nie chciała tak bardzo odbiegać w przyszłość.
Komplement chłopaka nieco poprawił jej humor, bo nie oszukujmy się; Carmen może i była zimna i wredna ale mimo wszystko nadal pozostawała przede wszystkim babą, która czasem lubi, jak powie się jej coś miłego.
- Dzięki – powiedziała bez cienia jadu w głosie. Ktoś chyba mądry kiedyś napisał, że Są takie wydarzenia, które - przeżyte wspólnie - muszą się zakończyć… A nie, to jednak nie pasuje, bo tu nie ma mowy o żadnej przyjaźni. Chodziło o to, że Carmen przestawała powoli traktować Caspara jak zło konieczne a to i tak ogromny progres. Milowy krok w przód, jak ze Szkocji do Walii. Nie wiedziała jednak o co chodzi z tym, że przypomina mu mamę, ale już chyba przywykła do tego, że Whitley czasami gadał od rzeczy. Widocznie tak było i tym razem.
Ale wracając do gry. Teraz  kolej chłopaka, więc jedyne co ślizgonka mogła teraz zrobić to siedzieć i zagryzając wargę patrzeć jak rzuca kośćmi na tę przeklętą planszę do gry, która coraz bardziej przestawała się jej podobać. Przeniosła wzrok na twarz Caspara, który tak jak ona na pewno usilnie zastanawiał się co mogą oznaczać słowa przeczytane właśnie na szklanej kuli. Mimo ciemności mogła zanotować, że chłopak robi się coraz bardziej zielony i już ułamek sekundy później wiadomo było dlaczego.
Świetnie. Carmen nienawidziła, gdy ktoś przy niej wymiotował, a na to się właśnie zanosiło. Nie była uzdrowicielką, nie miała pojęcia jak mu pomóc, bez ruchu więc siedziała dalej podczas kiedy Caspar słaniał się pod ścianą szukając przeciwzaklęcia. Całe szczęście poszło mu to całkiem gładko. Carmen zapaliła swoja różdżkę i przyglądając się chłopakowi siedzącemu pod ścianą marzyła tylko o tym, by już stąd wyjść.
- Odzyskujesz kolory – zauważyła, co miało oczywiście pocieszyć Caspara, ale czy jej się to udało wiedział tylko on.
Jeszcze pół godziny temu na jego propozycję odpowiedziałaby stanowcze „nie”. Teraz, gdy wyobraziła sobie siebie w kuchni, tę gorącą czekoladę i te wspaniałe pianki stwierdziła, że to jedyne o czym marzy i okej, nawet obecność krukona nie zaburzała tak okropnie tej wizji. Kiwnęła więc głową w odpowiedzi, po czym zamykając oczy wykonała swój rzut. Dwadzieścia sześć. Gdyby wiedziała jak to pole zadziała na nią w ogóle nie zgłosiłaby się do tej okropnej gry.
- Największa nadzieja wyrasta z bezsilności – przeczytała na głos, po czym posłała chłopakowi pod ścianą zdezorientowaną minę. Co to miało oznaczać? Miała nadzieję, że nic, co wiązało się z krwią, albo pająkami. Miała nadzieję… Nagle to ją dopadło. Łzy wielkie jak grochy skapywały z jej policzków prosto na podłogę, a sama Carmen zaczęła najpierw pociągać nosem, a potem po prostu wyć. Zaciągała się potężnym szlochem nie mając kompletnie pojęcia dlaczego. Było jej tak niewymownie smutno i źle. Rozpacz ogarniała całe jej ciało i Carmen nie dane było nawet pomyśleć o tym, by to w jakikolwiek sposób przerwać. Ukryła twarz w dłoniach płacząc głośno. Zapomniała nawet o tym, że nie była w toalecie sama, generalnie nie było to dla niej teraz istotne. Położyła się na boku i przytulając policzek do kamiennej podłogi zawodziła donośnie przez długie minuty. Nigdy nie ryczała. Przez cale swoje życie nie uroniła nawet jednej łzy a teraz proszę. Zupełnie tak, jakby nadrabiała wszystkie minione lata, a także kilkanaście kolejnych. Płakała i płakała, aż płacz przerodził się w łkanie, a łkanie w pochlipywanie. Dopiero gdy powoli się uspokajała na powrót dostrzegła Caspara. Musiała wyglądać tragicznie, cała czerwona, opuchnięta od płaczu i osmarkana. Poczuła się jeszcze gorzej, gdy uświadomiła sobie, że musi ją teraz taką oglądać. Nie dość, że stara, to na dodatek smutna i brzydka.
Podniosła się z podłogi ocierając twarz rękawem tego nieszczęsnego sweterka. Jedynym plusem w tej sytuacji był fakt, że się nie pomalowała, toteż nie martwiła się, że smugi tuszu do rzęs tworzyły na jej twarzy swoistą mozaikę. Podała kostki chłopakowi.
- Błagam wyrzuć jedenaście, lub dwanaście. Chcę już stąd iść – powiedziała żałośnie, a samotna łza znów torowała sobie drogę w dół jej policzka.



Kostka: 6 + nieparzyste :<
Pole: 26
Efekt: totalna rozpacz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Ravenclaw
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Skąd : Plymouth
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 149
  Liczba postów : 84
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15147-caspar-whitley#404082
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15162-lece-bo-chce?nid=4#404143
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15163-poczta-kaparka
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15157-caspar-whitley




Gracz






PisanieTemat: Re: Łazienka Jęczącej Marty   Pon Wrz 25 2017, 01:40

Carmen nie powinna być zdziwiona, że Caspar spytał o coś tak oczywistego. Wszyscy mówili mu, że jest idealnym towarzyszem rozmów; pytał, rozumiał i potrafił milczeć wtedy, gdy akurat tego od niego wymagano. Poza tym nie należał do osób, które ignorowały całe otoczenie dookoła siebie, wręcz przeciwnie. Kiedy akurat miał okazję, starał się zrozumieć pobudki innej osoby; a w tym wypadku okazja wydawała się idealna. Ponadto miał wrażenie, że Theria działała cuda. Owszem, w każdej chwili mogli zginąć albo odnieść jakieś poważniejsze obrażenia, ale te niebezpieczne doświadczenia przybliżały ich ku sobie i sprawiały, że Carmen patrzyła na Caspara przychylniejszym okiem niż dotychczas. Miał nadzieję, że nie jest to spowodowane jedyne szokiem na sytuacje, w jakie wpakowała ich żądza przygód.
W takim razie czekam na zaproszenie do tej damskiej toalety, jestem wolny między trzecią a czwartą lekcją – parsknął śmiechem Whitley, naprawdę dziwiąc się, że mimo ciągłej obawy o ich skórę był w stanie żartować. Jego umysł ciągle pracował na podwyższonych obrotach i z każdym kolejnym rzutem kostką był skupiony coraz bardziej, usiłując walczyć z zagrożeniem i tylko dlatego nie poświęcał Carmen stuprocentowej uwagi. Jednak ciągle pozostawał sobą. Spokojnym, żartobliwym siedemnastolatkiem, którego jedynym zmartwieniem na chwilę obecną były lekkie nudności. Na szczęście ciągle opierał policzek o chłodne kafelki ścienne i zaczynał odzyskiwać kolory; do tej pory był pewnie blady jak ściana. – Mówisz? Nadal czuję się beznadziejnie, ale przynajmniej torsje mi przeszły – westchnął ciężko, ciągle trzymając na kolanach notes i różdżkę. Wszelkie rewolucje żołądkowe minęły, co nie zmieniało faktu, że tak samo jak Carmen miał już dość. Czuł, że gra dała mu porządny wycisk i teraz już nie obchodziło go, które z nich zwycięży i przejdzie do następnego etapu. Chciał wygrać jeszcze z jednego powodu – zgodnie ze słowami dziewczyny, że marzy o zakończeniu gry, chciał jej oszczędzić kolejnych nieprzyjemnych doświadczeń. Przyglądał jej się bez słowa, gdy rzucała kostką po raz kolejny. Jej smukłej sylwetce, długim blond włosom i szaremu sweterkowi, który zapewne będzie mu się kojarzyć ze Ślizgonką do końca życia. Nie wiedział, dlaczego, ale nagle poczuł nieoczekiwany przypływ sympatii do Lowell. Gdy Carmen posłała mu zdezorientowane spojrzenie, poruszył się niespokojnie i odruchowo powiększył zasięg Lumos, aby sprawdzić, czy nic nie czai się na nich w ciemnościach. Jednak w toalecie byli sami. I wtedy to usłyszał. Głośny szloch. Odwrócił się zaskoczony w stronę Carmen i podszedł do niej, od razu obok niej klękając. Carmen płakała, a łzy spływały powoli po jej policzkach. Złapał dziewczynę za rękę i zaczął gładzić kciukiem wewnętrzną część jej dłoni. Nie pomogło; to zapewne był skutek eliksiru lub zaklęcia. Początkowo myślał, że dziewczyna płacze ze strachu albo bezsilności, ale prędko domyślił się, że to gra znowu płatała im figle i zamiast nasyłać na nich niebezpieczne potwory, postanowiła zabawić się ich umysłami, ciałami i emocjami. Bez słowa przytulił Carmen i pozwolił jej płakać w swoje ramię. Wyglądała beznadziejnie, ale nic nie mówił. Zaraz pogładził dłonią jej włosy, nie rozpoznając siebie; przecież uwielbiał rywalizację i powinien pozbawić Ślizgonkę resztek motywacji, skoro miał już ku temu okazję. Jednak, cóż. Był chyba dobrym chłopakiem i serce mu pękało, gdy widział te wielkie jak groch łzy na jej drobnej twarzyczce. I gówno go obchodziło, że wyglądała jak nauczycielka. Po dłuższej chwili przejął od niej kostki i wypuścił ją z objęć. Skrzywił się. – Nie mam szczęścia w kostkach – uprzedził, potrząsnął kośćmi i... wyrzucił siedem. Za mało. Wymamrotał ciche przeprosiny i zerknął z ciekawością w stronę szklanej części planszy. "Największa nadzieja wyrasta z bezsilności". Stanął na tym samym polu, co Carmen. Wciągnął gwałtownie powietrze, szykując się na niespodziewaną – a raczej spodziewaną – falę emocji. Zacisnął zęby. I wtedy to poczuł. Smutek. Rozpacz. Brak sensu życia. Wstał i uderzył pięścią w ścianę, zamknął oczy i zacisnął wargi. Nie będzie płakać. Nie może! Powinien ze sobą skończyć, był tak beznadziejny, że nawet nie potrafił opanować łez przy dziewczynie. Głosik, gdzieś w środku głowy, tłumaczył mu, że to wszystko tylko fikcja, że to zaraz minie i wszystko będzie dobrze, ale nie potrafił go słuchać. Czuł tylko wszechogarniającą go bezsilność i rozpacz, której nie mógł stanąć naprzeciw. Właśnie dlatego powoli zaczął otwierać okno w łazience. Wyskoczy, skończy ze sobą. Skoczy, a wtedy skończą się wszystkie jego problemy. Jedną nogą stał już na parapecie, gdy w porę zorientował się, że takie zachowanie nie miałoby jednak sensu, a gdyby popełnił samobójstwo – Carmen nigdy nie ukończyłaby gry. W lekkim szoku i otępieniu Caspar wziął kilka głębokich oddechów, przerażony myślą, co mogłoby stać się zaledwie kilka sekund później, a następnie wrócił na swoje miejsce i z nietęgą miną sięgnął po eliksir. Zgodnie z zaleceniami Carmen. Gdy go wypił, zarówno sparaliżowana ręka jak i obolałe palce po zderzeniu ze ścianą powróciły do normalności. Jednak smutek pozostał. Poruszył palcami prawej dłoni. – Jednak miło jest ją czuć z powrotem. Dobra, Carmen. Rzucaj czwórkę i pędź po zwycięstwo – mruknął. Nagle ogarnęło go poczucie zawodu, mimo że przez całą grę wmawiał sobie, że to tylko gra i nieważne, kto zostanie zwycięzcą. Cóż, najwyraźniej dla jego ego to było więcej niż ważne. Zrobiło mu się przykro. Naprawdę był aż tak beznadziejny, że wygrywała z nim byle dziewczyna?

Kostka: 7 + nieparzyste
Pole: 26
Efekt: Czarna rozpacz, no. I eliksir na rączkę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VI
Wiek : 16
Skąd : Bradford
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 44
  Liczba postów : 51
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15122-carmen-lowell#402975
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15129-ziomki-i-poziomki-carmen#402984
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15128-sowa-carmen#402983
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15123-carmen-lowell#402971




Gracz






PisanieTemat: Re: Łazienka Jęczącej Marty   Pon Wrz 25 2017, 11:43

Również parsknęła. Kiedy już przestała patrzeć na chłopaka wilkiem musiała przyznać, że niektóre z jego żartów były nawet całkiem zabawne. On cały był w ogóle śmieszny i gdy tak siedział obok Carmen nie mogła oprzeć się wrażeniu, że może trochę źle go oceniła. Znaczy, dalej irytował ją przesadną wesołością i wpychaniem się tam gdzie go nie chcą, ale już trochę mniej. Mogła przymknąć na to oko.
Cieszyła się też niezmiernie, że jego dolegliwości minęły i obyło się bez przeglądu menu z całego dzisiejszego dnia i chociaż była ślizgonką i raczej się to jej nie zdarzało, to współczuła teraz brunetowi, że go to dopadło. Mimo wszystko jednak był dobrym towarzyszem gry i Lowell nie życzyła mu już wszystkiego najgorszego. Może tak naprawdę pod maską zimnej i wrednej baby kryła się wrażliwa i niezrozumiana dziewczyna? Nigdy się nad tym nie zastanawiała, bo nie miała okazji pozwolić sobie na chwilę słabości. Teraz jednak posłała mu pokrzepiający uśmiech.
- Wytrzymaj jeszcze trochę, niedługo stąd wyjdziemy – powiedziała.
Gdy kilka naprawdę długich minut później przestała szlochać, poczuła się jakby wyszła z jakiegoś transu. Myśl, że to wszystko było tak totalnie beznadziejne i bez sensu pochłonęła ją do tego stopnia, że jedyne, czego była świadoma to łzy, niestety na pewno nie chłopak, który uroczym gestem próbował ją uspokoić. To było silniejsze od niej. Nie umiała tego zatrzymać, bo w sumie po co… Dopiero gdy się ocknęła zauważyła, że nie leży już na podłodze, za to wtula twarz w ramię chłopaka, a on sam gładzi ją po włosach. Serce zabiło jej szybciej i chociaż na początku chciała myśleć, że jej się to wcale nie podoba, to nie mogła chyba oszukiwać samej siebie. To było najmilsze, co ją w życiu spotkało i wbrew sobie przedłużyła ten moment o kilka sekund, bo po pierwsze ramię Caspara było takie miękkie i ciepłe, a po drugie, czego nie zauważyła wcześniej, lub nie chciała zauważyć, pachniał nad wyraz ładnie. W tej chwili nie mogła zrozumieć, dlaczego sama sobie odmawiała bliskości drugiej osoby. Rodzice wychowali ją dość surowo, nie okazując zarówno Carmen jak i jej rodzeństwu zbyt wiele uczucia i ona to po nich odziedziczyła. Nie sądziła, że kiedyś będzie jej tego brakować, ale kiedy w końcu odsunęła się od krukona poczuła nieprzyjemny dreszcz. Być może było to spowodowane grą, a być może naprawdę tak myślała, ale było jej niewiarygodnie smutno, że po wyjściu najpewniej chłopak już nigdy nie zdobędzie się na taki gest, ale cóż, sama sobie na to zasłużyła. Czuła, że po wyjściu stąd stanie się przez to wszystko jeszcze bardziej zgorzkniała, chociaż, czy w istocie dało się bardziej?
Nie mogła oderwać wzroku od jego profilu, gdy, jako, że teraz była jego kolej, wyciągnął rękę by sięgnąć kości do gry. Chciała, żeby już to zakończył. Nie liczyła się dla niej absolutnie żadna wygrana, bo sama Lowell nie chciała mieć już z tą grą nic do czynienia, a jeśli wygra przejdzie do następnego etapu i znów będzie musiała stawić czoła temu koszmarowi. Gdy kostki wylądowały na planszy, a liczba oczek na nich wynosiła siedem, jedyne co Carmen była w stanie z siebie wydusić to:
- O nie… - Czy Caspar miał zamiar rozpłakać się tak jak ona? Nigdy nie widziała, by jakiś chłopak płakał, nawet z bólu. Wpatrywała się w niego z przerażeniem oczekując morza łez, on jednak zamiast tego wstał i okazał rozpacz na swój sposób. Głuchy odgłos uderzenia pięści w ścianę przeniknął ją do szpiku kości. Patrzyła i patrzyła, nie wiedząc co robić, nie chciała, by wyrządził sobie jakąś krzywdę. Na nieszczęście, to było jeszcze nic. Gdy podszedł do okna i otworzył je przestraszyła się nie na żarty. Gdy zaś postawił stopę na kamiennym parapecie podbiegła do niego by go zatrzymać, chwytając go za boki swetra.
- Caspar! Co ty robisz! Przestań! – krzyczała spanikowana, a serce o mało nie wyskoczyło jej z piersi. Ten debil chciał się zabić. Rozumiała go, wiedziała co czuł, w końcu sama przez to wszystko przed chwilą przeszła, ale samobójstwo? Oprócz paniki, poczuła też złość. – Caspar, zabiję cię jeśli wyskoczysz z tego okna – dodała jeszcze, choć pewnie i tak jej nie słyszał. Rozpacz musiała przysłonić mu wszystkie zmysły, miała więc jedyną nadzieję, że jego sweterek jest na tyle mocny, że da radę go zatrzymać.
Na całe szczęście oprzytomniał. Oprzytomniał na tyle, by powrócić na miejsce. Carmen dołączyła do niego uprzednio zamknąwszy to nieszczęsne okno, a siadając zauważyła, że Whitley na reszcie ją posłuchał i wypił eliksir.
- Nikt nigdy nie napędził mi takiego stracha – powiedziała w odpowiedzi na jego słowa. – Będziesz mi to wynagradzał do końca tego stulecia, przysięgam.
Sięgnęła po kostki. Niechciana wygrana była tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Nie miała pojęcia, co było gorsze – wyrzucić dwa, lub trzy i stawić czoła nieznanemu, czy wygrać i z obawą oczekiwać na zaproszenie do kolejnego etapu? Tak jak przy poprzednim rzucie, tak i teraz zamknęła oczy. Wykonała ruch i nie otwierając ich bardzo wolno wypuściła powietrze z płuc. Nic się nie działo. Odważyła się by spojrzeć na kostki i częściowo odetchnęła z ulgą. Pięć. Koniec gry.
Opadła na podłogę z radością notując, że nie czuje się już tak zdołowana, najpewniej więc jej wygląd również wracał do normy. Mogła śmiało stwierdzić, że była to chyba najgorsza godzina jej życia. Spojrzała na Caspara i ze zdziwieniem stwierdziła, że to nie gra i emocje, które wywołała. On faktycznie był całkiem spoko.
- Dziękuję za to pocieszanie mnie, może gdyby nie to, też by mnie naszła ochota na skakanie przez okna – przyznała. – W każdym razie, jeśli mnie pamięć nie myli, coś mi obiecałeś.

Kostka: 5
Pole: nie ważne, meta
Efekt: W y g r a ł a m
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Ravenclaw
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Skąd : Plymouth
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 149
  Liczba postów : 84
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15147-caspar-whitley#404082
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15162-lece-bo-chce?nid=4#404143
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15163-poczta-kaparka
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15157-caspar-whitley




Gracz






PisanieTemat: Re: Łazienka Jęczącej Marty   Sro Wrz 27 2017, 21:42

Uśmiech na twarzyczce Carmen był najcenniejszą zapłatą, jaką mógł otrzymać za swoje zmagania. Na początku nie była nastawiona zbyt pozytywnie, a teraz – po zaledwie kilku przygodach z trującymi roślinami, żądnym krwi centaurem i płonącą toaletą – dała się przekonać na miłe zakończenie wieczoru w kuchni w towarzystwie Caspara i kubka gorącej czekolady. Miał wrażenie, jakby powoli zacząć burzyć mur, jaki wytworzyła wokół siebie Lowell, i właśnie z tego powodu był z siebie cholernie dumny. Ten powolny sukces mówił mu, że jego starania nie idą na marne. Z drugiej strony był zaskoczony, ponieważ nigdy wcześniej nie zależało mu jakoś szczególnie na żadnej dziewczynie, z którą wchodził na wojenną ścieżkę. Nie ślinił się do każdej Gryfonki, którą przyprowadzała na ich spotkania Brandy; nie wodził oczami za wiecznie rozmarzonymi Puchonkami, za trzeźwo myślącymi Krukonkami ani za innymi Ślizgonkami, które patrzyły na niego z góry. Nie rozumiał kobiet, ale jeszcze bardziej nie rozumiał siebie. W końcu Carmen nie różniła się od innych dziewcząt – ale czy na pewno? Może za tą chłodną maską skrywała się wrażliwa i łaknąca ciepła istotka, którą do tej pory odrzucano? Może właśnie z tego samego powodu sama zaczęła odrzucać? W gruncie rzeczy Caspar miał z nią wspólnego kilka rzeczy. Dopóki jego matka żyła, miał całkiem szczęśliwe dzieciństwo; Penny dbała o jego edukację i kontakty z mugolską częścią rodziny, ale po jej śmierci doznał szoku. Gdy ojciec Caspara i Amelii przerwał żałobę zaledwie po pół roku od śmierci żony, przestał opiekować się dziećmi. Nie okazywał im już tyle miłości co kiedyś, nie baczył na ich wychowanie i edukację. Sytuacja pogorszyła się jeszcze bardziej, gdy pieczę nad domowym ogniskiem przejęła Wirginia Dear. Caspar jeszcze nigdy w życiu nie czuł się tak odosobniony od ojca, a nie wyglądało na to, aby ich relacja miała ulec poprawie.
Gdy przytulał Carmen, nie myślał zbyt wiele – wiedział, że musi po prostu podnieść ją na duchu, sprawić, aby przestała płakać i rozpaczać nad swoim losem. Nigdy nie widział takiego ataku szlochu u żadnej ze swoich koleżanek i zapewne dlatego nie wiedział, co konkretnie powinien zrobić i wychodziło mu to tak marnie. Wszystkie Krukonki przeżywały swoje rozterki z dala od wścibskich par oczu w Pokoju Wspólnym, w swoich dormitoriach, pocieszane przez przyjaciółki i współlokatorki. Nie pamiętał też, kiedy ostatnio Brandy płakała – mieli już po siedemnaście lat, nie tak łatwo było doprowadzić ich do płaczu. Czas hartował ich umysły i serca, zdawali sobie sprawę, że życie to nie Bajka o Skaczącym Garnku i żadna magia nie rozwiąże ich problemów. Pewnie dlatego Caspar ciągle robił dobrą minę do złej gry i uwielbiał obecność innych ludzi; dlatego uwielbiał jak inni go słuchali. W domu nie mógł liczyć na żadną nić zrozumienia albo wsparcia. Później ocknął się dopiero w momencie, w którym trzymał nogę na parapecie. Widział obok siebie Carmen, która coś do niego wrzeszczała; czuł, jak ciągnie go za rękaw swetra. Zabiję cię, jeśli wyskoczysz z tego okna. Zabiję cię, jeśli się zabijesz. To był żart? Szkoda, że w tym stanie nie potrafił nawet zmusić się do riposty albo chociaż uśmiechu.
A później wszystko się skończyło. Gdy Carmen wyrzuciła pięć na kościach do gry, rozpacz zniknęła; tak samo łazienka ponownie przybrała stan pierwotny, ten sprzed gry. Wciągnął powietrze w płuca i uśmiechnął się. Przegrał, to prawda. Jednak konkurencję miał pierwszorzędną. Bezceremonialnie porwał Carmen w ramiona i przytulił ją, nie bacząc na żadne protesty.
Gratuluję wygranej. Jak dostaniesz informację o następnym spotkaniu, bardzo chętnie przyjdę ci kibicować, byłaś świetna – rzucił, uśmiechając się do niej lekko. Później odsunął się, bez cienia jakiegolwiek speszenia na twarzy. Powinien częściej brać udział w tej chorej grze, jeśli podczas niej mógł za darmo przytulać śliczne dziewczyny. Znaczy, śliczną dziewczynę. A z tym oknem... Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Czułem się tak, jakbym już nigdy więcej nie miał być szczęśliwy. Jednak nieważne, chodźmy na tę czekoladę, skoro się tak niecierpliwisz. Trzeba podsumować tę zacną grę, huh – parsknął śmiechem, po czym wyciągnął rękę, pokazując Carmen, że to damy idą przodem. Wyszedł tuż za nią, zostawiając za sobą Therię, pionki i kostki. Może następnym razem ktoś inny zagra w tym miejscu?

[zt x2]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content












PisanieTemat: Re: Łazienka Jęczącej Marty   

Powrót do góry Go down
 

Łazienka Jęczącej Marty

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 14 z 14Idź do strony : Previous  1 ... 8 ... 12, 13, 14

 Similar topics

-
» Łazienka Jęczącej Marty
» Łazienka Chłopców
» Łazienka Prefektów
» Duża Łazienka
» Łazienki

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
hogwart
 :: 
Wielkie schody
 :: 
drugie pietro
 :: 
łazienka jęczącej marty
-