IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Pokój Życzeń

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1 ... 20 ... 35, 36, 37
AutorWiadomość



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 23
Skąd : Londyn/Hogsmeade
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 5162
  Liczba postów : 4468
http://czarodzieje.my-rpg.com/t58-bell-rodwick
http://czarodzieje.my-rpg.com/t649-bellcia
http://czarodzieje.my-rpg.com/t243-bell-rodwick
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7785-bell-rodwick#216614




Administrator






PisanieTemat: Pokój Życzeń   Pią Cze 11 2010, 18:28

First topic message reminder :


Pokój Życzeń

Chyba najfajniejsze pomieszczenie w całym Hogwarcie. Wystarczy coś sobie wymarzyć, a już to mamy. Niestety, nie można tam wyczarować jedzenia, ani picia, także jeśli chce się przygotować romantyczną kolację, posiłek trzeba przynieść samemu. Jedną z większych zalet jest, że gdy jesteś w środku osoba która nie wie czymś stał się dla ciebie ten pokój nie może dostać się do środka. Aby pojawiły się drzwi, przez które można wejść, należy przejść trzy razy wzdłuż ściany, myśląc o odpowiedniej rzeczy.

UWAGA: Aby wejść obowiązkowo należy rzucić kostką w pierwszym poście. Nieparzysta – udaje Ci się wejść, parzysta – niestety nie udaje Ci się wejść. Jeśli już raz odkryjesz lokację możesz odwiedzać ją bez ponownego rzucania kością. Zezwala się zdradzić lokalizację tematu dwóm osobom towarzyszącym.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 21
Skąd : Hiszpania, Walencja
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 1721
  Liczba postów : 908
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12573-candida-feliciana-miramon#339796
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12577-cukierek
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12578-lluvia
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12581-candida-feliciana-miramon




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Czw Lut 09 2017, 00:06

Mina Tony’ego była bezcenna, jakby sam nie rozumiał, czemu tak to się skończyło. Candy mu się nie dziwiła – nie dość, że jest już w dziewiątej klasie, to Hiszpanka zdążyła go poznać jako towarzyskiego człowieka, który potrafi wyciągnąć z rozmówcy wszystko. Gdyby nie to, że tak się pilnowało, i ona wygadałaby się ze swoich sekretów. Z jednej strony tę cechę charakteru można uznać za bardzo cenną i pozytywną, a z drugiej, tak jak Candy, uważać ją za najgorszą zmorę. Na szczęście nie sprawiało to, że przestawała Tony’ego lubić. Być może nie panował nad nadmierną ciekawością, a że sprawiał dobre wrażenie… Tylko mu pozazdrościć.
I co, poprosić o morze w zamku? – Gdy myślała o czymś ekstremalnym, przychodził jej na myśl czynny wulkan albo może szczyt góry… Jeżeli Krukon miał takie marzenia, chciałaby o nich usłyszeć. Po matce odziedziczyła chęć do podejmowania ryzyka i kiedy było zbyt łatwo i przyjemnie, nudziła się.  
Chłopak na szczęcie nie miał obiekcji co do budyniu, nawet zgodził się z nią, że jest o wiele lepszy niż jakiś tam kisiel (którego tak na marginesie nie trawiła, nie dość, że brzydko wyglądał, to jeszcze smak często był strasznie mdły, nieważne, w jaki sposób by go nie robiła), więc uśmiechnęła się do niego porozumiewawczo. Jak tu nie kochać takiego człowieka: brak jakiejkolwiek alergii, a do tego je wszystko, co mu się poda i nigdy nie narzeka!
Wymieszała wszystkie składniki i wreszcie mogła dodać wszystko do garnka. Podłączywszy wcześniej ogień, nie spuszczała już wzroku z zawartości. Mieszała bez przerwy, dokładnie i mocno, żeby nic nie przywarło do dna.
Z sokiem malinowym? – podpytała jeszcze. Rzecz jasna maliny i tak położy, ale mogła też wszystko polać sokiem ze słoiczka. Na szczęście mogła poszczycić się olbrzymią podzielnością uwagi w trakcie gotowania, bo inaczej Tony mógłby tylko stać i czekać, aż skończyłaby wszystko. Teraz pozostało jedynie poczekać, aż budyń zgęstnieje, co akurat było najszybszą rzeczą w tym wszystkim. – Co u ciebie słychać? – zagadała. – Ratujesz przed zagubieniem jakieś nowe Krukonki? – Właśnie wyłączała gaz. Podniosła garnuszek za uchwyt i, szturchnąwszy chłopaka, żeby się posunął, zbliżyła do salaterek, aby wypełnić je ciemną masą. Wyszły aż cztery, wypchane prawie po brzegi. Spojrzała z dumą na swoje danie, a potem na Krukona, żeby szybciej decydował, czy lepiej będzie z sokiem czy bez. Dwie porcje zdążyła już polać, te były na pewno jej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Skąd : Nowy Jork, Stany Zjednoczone
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 127
  Liczba postów : 117
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14064-anthony-edison
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14068-anthony-edison
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14067-anthony-edison
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14066-anthony-edison




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Czw Lut 09 2017, 17:07

-A nie chciałabyś? Przecież to by było takie cudowne. – odparłem niemalże natychmiast, śmiejąc się przy tym dosyć mocno rozbawiony. Jakie to by było wspaniałe mieć swoją własną plaże, kawałek morza, czy nawet nieograniczony dostęp do słońca o każdej porze roku. Zamiast spędzać ponure wieczory z nosem książce, pomiędzy czterema ścianami Hogwartu można było wylegiwać się na świeżym powietrzu, przy pięknej pogodzie.
Westchnąłem cicho pod nosem wyraźnie rozmarzony. Głowa pokiwałem, jakbym jej przytakiwał. Ten magiczny obrazek nie chciał wyjść mi z głowy. Po bokach ciągnący się aż po sam horyzont złocisty piasek. Nagrzany tak mocno, że parzył w gołe stopy, ale nie na tyle by nie dało się tego wytrzymać. Żadnych kamyków, żadnych skał. Promienie słońca odbijały się od błękitnej jak niebo tafli wody. Tylko ten mały szczegół je od siebie odróżniał. Czułem na swojej twarzy delikatną bryzę, wiejąca znad wody. Mewy skrzeczały mi gdzieś za plecami, a gdy się odwróciłem widziałem coś niemożliwego. Wielkie, potężne mury Hogwartu. Bajka dla każdego ucznia. Uśmiechnąłem się, gdy wracałem do rzeczywistości, chociaż z chęcią zostałbym tam na dłużej, uprzednio zabierając ze sobą Hiszpankę.
-Nie dziękuję. – przesunąłem się by zrobić jej więcej miejsca. Chyba jak zawsze tylko przeszkadzałem plącząc się pomiędzy nogami. Trochę głupia sprawa, mógłbym w końcu nauczyć się nieco więcej, niż zanosić talerze do stołu.
Zerknąłem na maliny i ukradkiem podkradłem jedną. Jak bardzo nie przepadałem za wyrobami z nich, tak same mogłem jeść całymi dniami. Nie wiem skąd to wszystko wynikało. Uwielbiałem te małe czerwone kuleczki w swojej oryginalnej postaci. W sokach i innych wyrobach traciły całą swoją magię i stawały się kolejnym zwykłym produktem.
-Dalej nie znalazłem ciekawej pracy i ledwo wiążę koniec z końcem.  – uśmiechnąłem się delikatnie, chociaż w głębi duszy było mi strasznie głupio. Nie wiem z czego wynikały te moje problemy. Nie szukałem jeszcze niczego na stałe. Mało tego nie do końca wiedziałem co chcę robić jak już skończę studia, a mimo to nie potrafiłem znaleźć sobie pracy by dorobić kilka groszy. Wszystko co przeglądałem, dla normalnego studenta pewnie byłoby okej, ale nie dla mnie. Potrzebowałem czegoś, co mnie nie zanudzi na śmierć, gdy już będę siedział za ladą w jakimś sklepie.
Gwałtownie spojrzałem na Candi, gdy spytała o inne dziewczyny. Byłem dosyć zaskoczony tym pytaniem i nie do końca wiedziałem jak na nie zareagować. Z początku poczułem się jak jakiś playboy, który podrywał wszystkie nowe dziewczyny w zamku. Chyba jednak nie to miała na myśli. W końcu to stwierdzenie nie pasowało zbyt do mnie.
-Nikogo nowego chyba jeszcze nie… Chociaż ostatnio miałem okazje poznać nową dziewczynę. – postawiłem zdecydowany akcent na jeszcze i uśmiechnąłem się delikatnie. Czułem się lekko zawstydzony więc, by uniknąć kontaktu wzrokowego, podszedłem do szuflady i wyjąłem z niej po jednej łyżce dla nas.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 21
Skąd : Hiszpania, Walencja
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 1721
  Liczba postów : 908
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12573-candida-feliciana-miramon#339796
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12577-cukierek
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12578-lluvia
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12581-candida-feliciana-miramon




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Sob Lut 11 2017, 03:45

Nie zastanawiała się ani chwili nad odpowiedzią.
Właściwie to nie. – Nie zawahała się i nie zamierzała zmieniać odpowiedzi. – O wiele bardziej podoba mi się pomysł z wulkanem – rzuciła poważnie, chociaż żartowała. – Wiesz, życie na krawędzi, walka o przetrwanie i inne takie. To nie lepsze? Albo lot na miotle nad lawą? Te emocje! – Przesadzała, ale głosem świetnie oddawała charakter sytuacji. W odpowiednik momentach zmieniała ton z neutralnego na podekscytowany czy zaciekawiony. Podjudzała. Nie było to na poziomie zawodowego aktora, ale wciąż poza granicami nijakości. – Naprawdę wolisz zwykłą plaże od takich widoków? – Trochę nie dowierzała, że Tony jest tak… prosty. W morzu nie było niczego niesamowitego. Może gdyby to był środek oceanu… Ale czy takie rzeczy były możliwe? Nawet jeśli chodzi o taką szkołę magii jak Hogwart? Wprawdzie słyszała o potężnych zaklęciach zmieniających pogodę albo tworzących wodę z niczego, jednak Pokój Życzeń… W zasadzie to nie wiedziała, na jakich prawach on funkcjonuje, kto go stworzył i w jaki sposób, a przede wszystkim: jakich zaklęć użył. Była jednak pewna, że osoba ta musiała być bardzo potężna. Anthony najwyraźniej się zamyślił, bo pokiwał jej głową z głupim wyrazem twarzy. – Ej, ty – zaczęła, trącając go przy tym w bok – nie odpływaj. Pytałam, czy naprawdę aż tak lubisz morze – powtórzyła.
Budyń był gotowy, wystarczyło go przyozdobić, a że Tony nie chciał soku, Candy odstawiła go na szafkę i wyciągnęła ręce po maliny. Kątem oka zauważyła, że jedna z nich znika i trafia w palce Tony’ego. Nie skomentowała, uśmiechnęła się tylko pod nosem, a potem zaczęła układać owoce na ciemnej masie, póki jeszcze była ciepła. W jednej miseczce ułożyła je w uśmiech, w drugiej umieściła je tuz przy brzegach, aby zrobić okrąg. Obie porcje były dla Tony’ego, dlatego zaraz przesunęła je bliżej Krukona. Na swoim budyniu zrobiła tylko koła. Owoców zostało, dlatego z zawadiackim uśmiechem odwróciła się do Tony’ego i pomachała mu przed nosem miseczką.
Zjadłbyś, co? Zobacz, ile ich zostało… Ta jedna musiała być bardzo dobra, prawda? A czekaj, właściwie sama spróbuję. – I wzięła do ust jedną z większych malin. Rzeczywiście były pyszne. Słodkie i nie przejrzałe. Oblizała usta. – Miałeś rację.
Nie zamierzała przestać dokuczać chłopakowi. Owoce wciąż trzymała w odpowiedniej odległości, tak, żeby nie mógł ich złapać, ale zmieniła też temat, żeby dostosować się do rozmówcy.
Jesteś strasznie wybredny – stwierdziła. Sama zdążyła już zmienić pracę i teraz na zarobki nie narzekała. Wcześniej za to miała masę wolnego czasu. Jeżeli chłopak wciąż będzie się tak ociągał, wreszcie okaże się, że miejsca zostaną przy tych najgorszych, najbardziej męczących, a zarazem najmniej płatnych zawodach. – Ale zaraz, jak to ledwo wiążesz koniec z końcem? – zmartwiła się. Gotowa była Krukonowi pomóc, jednak… czego on tak naprawdę potrzebował? Na jedzenie skrzatów nikt jeszcze nie narzekał, a przecież wygód w Hogsmeade można się wyrzec. Nie sprawiało to, że ktoś umierał z głodu.
Wciąż czekała na odpowiedź, ale też włączyła się do rozmowy na kolejny temat. Najwyżej przypomni chłopakowi o pytaniach.
Jaką dziewczynę? – zainteresowała się. Już oczekiwała jakiejś ciekawej historii.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Skąd : Nowy Jork, Stany Zjednoczone
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 127
  Liczba postów : 117
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14064-anthony-edison
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14068-anthony-edison
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14067-anthony-edison
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14066-anthony-edison




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Sob Lut 11 2017, 13:56

Złapałem się jedną ręką za kark i przechyliłem nieco głowę na bok. Uśmiechnąłem się delikatnie, gdy czarnowłosa hiszpanka podłapała zabawę. Faktycznie jej wizja była równie niesamowita, ale czy takie wrażenia nie były lepsze na jednorazowe wakacje. Ludzie z czasem się do tego przyzwyczajają i przestają zwracać uwagę na to co było niezwykłe.
-Ciekawy obrazek, tylko gdzie później jechać na wakacje? – zaśmiałem się cicho, a lekki uśmieszek nie znikał z mojej twarzy. Uniosłem jedną brew do góry. Najwyraźniej wciąż nie wiele wiedziałem o dziewczynie. Była w drużynie quidditcha, ale nie sądziłem, że jest u niej takie zamiłowanie do miotły.
-Nie sądziłem, że tak Cię ciągnie do adrenaliny. – westchnąłem pod nosem. –W ogóle jak możesz to lubić, przecież to takie niewygodne, gdy kij wybija się między pośladki… - zaśmiałem się lekko i spojrzałem na dziewczynę, gdy zdałem sobie sprawę ze swoich słow. Odsunąłem się odrobinę, bojąc się trochę, że mogę za to oberwać. Naprawdę nie chciałem nic złego sugerować, to wyszło tak samo z siebie. Czasem niestety tak miałem, że zdarzało mi się gadać głupstwa. Powinna jednak doskonale o tym wiedzieć.
-To nie tak, że nie lubię pięknych widoków. Lubię je! Są wyjątkowe i zapadają w pamięć, ale gdy mamy ich pod dostatkiem tracą swój urok. To tak jak z chłopakiem. Najpierw jest piękny i przystojny, a gdy go już poznasz, traci wszystkie swoje walory. Bardziej pragniemy tego, co jest dla nas odległe. – nie wiem, czy przykład z chłopakiem był tutaj trafiony. Starałem się jednak zachować powagę, gdy o tym mówiłem, chociaż moja twarz wskazywała zdecydowanie na coś innego. Policzki mi delikatnie pulsowały, od uśmiechu, który nieudolnie starałem się tłumić.
Spojrzałem na dziewczynę nieco zakłopotany, gdy mnie uderzyła w bok. Właściwie to tylko lekko trąciła, ale przez to jak nieświadomie odpłynąłem, wydawało mi się jakbym porządnie oberwał. Skrzywiłem się delikatnie, okazując odrobinę sztucznego bólu.
-Co złego jest w morzu? Nie chciałabyś nad takim mieszkać? Budzisz się, wychodzisz na taras, a tam ciągnąca się na kilka kilometrów plaża, bezchmurne niebo z którego biją ciepłe promyki słońca. No i oczywiście to morze. Wielkie i bezkresne, a towarzyszyłby mu szum fal. – nie chciało mi się wierzyć, że ten piękny obrazek nie potrafił poruszyć serca dziewczyny. –Zimę zawsze można spędzać, w bardziej egzotycznych miejscach… - zerknąłem jak dziewczyna wykonuje ostatnie poprawki przy budyniu. Malinę przetrzymałem pomiędzy zębami, jakbym chciał się pochwalić – tak to ja Ci ją podkradłem i co mi zrobisz? Zjadłem ją zadowolony trochę jak małe dziecko. Zaśmiałem się cicho pod nosem, widząc uśmiech na twarzy Candy. W pewnym sensie cieszyło mnie to, że czuła się przy mnie dosyć swobodnie.
-Jak będziesz mnie tak dokarmiać, na pewno skończę gruby. – zerknąłem w dół na swój brzuch. Pod koszulką nie wyglądał źle, bez koszulki jeszcze lepiej. Przez częste dokarmianie musiałem, w miarę dbać o swoją linie. Ale to dobrze, przez to nie miałem kompleksów. –Zawsze mam! –odparłem z wyraźnym entuzjazmem w głosie. Czasem bywałem niezwykle skromny, ale na swój sposób miało to jakiś urok. Zdarzało się, że niektórych bawiłem tym, a już na pewno nikt nie narzekał.
Wyciągnąłem rękę po miskę, nieco zbliżając się do dziewczyny. Nie było opcji, bym dosięgał, bo miała równie długie ręce co ja. Zerknąłem na maliny, krzywiąc się przy tym delikatnie, a później spojrzałem w jej oczy z takim samym grymasem. Wzruszyłem delikatnie ramionami, niestety poddając się tym samym.
-Wcale nie! Po prostu szukam czegoś wyjątkowego. Nie moja wina, że ich wymagania nie pokrywają się z moimi kwalifikacjami. – ostatnie słowa wypowiedziałem z lekkim zawodem w głosie. Nie chciałem się brać za cokolwiek, chciałem robić coś co od początku da mi jakąś satysfakcję.
Wziąłem jedną miseczkę z budyniem do rąk. Tak się składa, że wpadła mi ta z uśmiechem. Zerknąłem kątem oka na kurkonkę i uśmiechnąłem do malin. Wyglądało to co najmniej dziwnie.
-Urocze. – mruknąłem dosyć cicho, ale na tyle by czarnowłosa wszystko usłyszała. Łyżkę zanurzyłem w brązowej masie i nabierają odrobinę z maliną na szczycie zjadłem zadowolony.
-Znaczy nie no, jest spoko. Tylko wiesz, jakieś drobne wydatki i mniej więcej ciągle jestem na zero. – zerknąłem na dziewczynę. Głową pokiwałem z góry na dół, a w ustach trzymałem łyżkę. –Pyszne. – mruknąłem, gdy nabierałem kolejną łyżkę.
Nie byłbym pewnie sobą, gdyby nie wspomniał o dziewczynach. Zrobiło mi się trochę głupio i tak też się zaśmiałem gdy Candy o nią zapytała. Odłożyłem miseczkę na blat i zmierzwiłem swoje włosy, kończąc skrzyżowanie dłoni na karku.
-Nie chcę jej robić złej opinii, bo wydaje się być bardzo interesująca. Ma po prostu małe problemy w kontaktach z ludźmi. Według mnie radzi sobie świetnie!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 21
Skąd : Hiszpania, Walencja
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 1721
  Liczba postów : 908
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12573-candida-feliciana-miramon#339796
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12577-cukierek
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12578-lluvia
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12581-candida-feliciana-miramon




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Sro Lut 15 2017, 02:07

Stwierdzenie, że Candidzie brakuje chęci do zabawy i poczucia humoru, było niezwykle krzywdzone. Chociaż na co dzień może i wydawała się poważna, dojrzała i myśląca o konsekwencja, to i ona potrzebowała chwili rozrywki, rozluźnienia. Potrzebowała jak wody momentów, w których mogłaby zapomnieć o wszystkim i pomyśleć nad nierealną przyszłością. O tak, to uwielbiała robić. Wymyślać, co mogłaby robić, gdyby była kimś innym, gdyby charakter jej na to pozwalał.
Na wakacje? Hm, pojechałabym do Nowej Zelandii – odparła, wytrącona z rozmyślań. Jeszcze tak nienormalna nie była, żeby planować podróż w głąb ziemi… Nie po to zajmowała się gotowaniem, żeby nagle podjąć decyzję o zmianie profesji i w ostatecznym rozrachunku umrzeć we wnętrzu wulkanu. Widowiskowo, a jakże, ale absolutnie nie w jej stylu. Zaraz pojęła swoją gafę i uśmiechnęła z zakłopotaniem. – Wiele jeszcze o mnie nie wiesz… – mruknęła z tajemniczym uśmieszkiem i mrugnęła porozumiewawczo do Krukonka. Gdyby spisała listę wszystkich swoich tajemnic, mogłaby zapisać cały mugolski zeszyt. A gdyby dopisała do tego ważniejsze szczegóły ze swojego życia, a o których mogła nie opowiedzieć, doszłoby kolejnych kilkanaście stron. – Nie lubię… – mruknęła. Sama nie rozumiała, co robi na tych wszystkich treningach. – Wiesz, to po prostu jakieś zajęcie, zresztą latanie nie jest takie złe! – rzuciła i wycelowała oskarżycielsko palcem w chłopaka, łapiąc się na tym, że prawie potwierdziła, ze Quiddich jest beznadziejny. A wcale tak nie uważała! Skłamałaby, gdyby kiedykolwiek powiedziała, że nie lubiła na niego patrzeć. Nie szalała za nim, to oczywiste, ale na szkolnych meczach starała się być. A po co, to już jej prywatna sprawa, prawda? Potrząsnęła głową, przecież nie o to @Anthony Edison pytał.
Jeszcze chwilę wyłamywała sobie palce. Do czasu, aż Tony zaczął odpowiadać na pytania. I mówił z takim zapałem, że Candy ponownie się rozluźniła. W jego słowach było sporo racji, jednak Hiszpanka nie mogła się do końca zgodzić. A co do chłopaka… Przygryzła tylko wargi. Nie mogła za wiele na ten temat powiedzieć, ona pragnęła Leo ciągle tak samo. Kiedy z nim była i kiedy przebywała w domu. Chyba że to była metafora zerwania, to wtedy po prostu musiałaby przytaknąć. Teraz myślała o Leo jak najgorzej. Widziała tylko jego wady.
Nie wiedziała kompletnie, jak odpowiedzieć na taką wypowiedź, dlatego zagryzła wargę i wyglądała, jakby powstrzymywała się przed nieodpowiednim komentarzem i śmiechem. Wolała zająć się deserem. Gdy szturchnęła Krukona, ten z przesadnym jęknięciem odsunął się.
Siniak? – zapytała ze zmartwieniem, które odbijało się na jej twarzy. Smutne spojrzenie, wygięte w dół usta… Czemu ona jeszcze nie próbowała swoich sił w jakimś teatrze? Wydawało jej się, że widziała ostatnio ogłoszenie o rekrutacji. – Nie ma nic złego – zapewniła pospiesznie. – Tony… ale ja mieszkam nad morzem – roześmiała się. – Jeśli nie wierzysz, kiedyś ci pokażę. Nie ma nic ciekawego w gapieniu się na opalające się tłumy. Chciałabym mieszkać w takiej cichej okolicy… Nie na totalnym odludziu – sprostowała szybko – ale wiesz, wąska dróżka, brak tłumów, tylko sąsiedzi. Nie podoba mi się, że spędziłam już pół życia w turystycznym mieście. – Powinna dodać, że nie potrafiła angielskiego, więc rzadko zdarzało jej się komukolwiek pomóc. – W ogóle nie lubisz zimy? – Ciężko jej było w to uwierzyć. Można za nią nie przepadać, ale żeby tak w ogóle unikać… Candy nie pogardziłaby wyprawą w góry. Mogłaby się wreszcie nauczyć jeździć na nartach czy snowboardzie. I, rozumiecie, wspinaczki po ośnieżonych szczytach, te przepiękne widoki, których nigdzie indziej się nie uświadczy! Od kiedy poznała magiczny świat, żałowała, że rodzice nigdy nie wyślą jej ruszających się zdjęć.
W tej chwili dziękowała swojemu wzrostowi, chociaż czasami nazywała go przekleństwem. Z przekąsem patrzyła na Tony’ego, który próbował sięgnąć po resztę malin.
Nie wiem, czy tak zawsze… – mruknęła. – Od malin na przykład gruby nie skończysz – stwierdziła. Wciąż jednak nie oddawała miski. Niech się chłopak troszeczkę postara, przecież jest duuużym chłopcem. Pokręciła zawiedziona głową. Może jednak Tony nie podda się tak łatwo.
Wyjątkowego? Wypłata 200 galeonów, praca raz w tygodniu, najlepiej zdalnie? – zgadywała rozbawiona. Wymagania wymaganiami, ale oni nie mogli za dużo wymagać od swojej pierwszej pracy. Niewiele było osób, którym od razu coś wpadłoby w oko i jeszcze by się tam dostali. Najpewniej to osoby, które zwlekały z podjęciem pracy. – No, to jak z tymi malinami? – dociekała. Nie chciała sobie psuć zabawy, ale z drugiej strony chętnie zajęłaby miejsce na kanapie i zajadała budyniem. O, zapomniała o musie waniliowym. Trudno, tym razem zostaną tylko maliny, następnym razem.
Zdążyła już opuścić bolącą rękę i postawić na blacie miskę z malinami. Wzięła kolejną do buzi.
Wiem – przytaknęła z uśmiechem. Starała się, żeby wyszło zadbanie, nie potrzebowała poważnych, eleganckich dekoracji. Nawet miseczki nie były odpowiednie, gdyby chciała podać budyń w restauracji. Jej nauczyciel z Calpiatto zapewne by ją za to zbeształ, ale – jak to się mówi – czego człowiek nie zobaczy, to go nie zaboli. Tony’emu w ogóle to nie przeszkadzało i zanim zdążyli zmienić miejsce, zabrał się za jedzenie. I przy tym mile połechtał ego Krukonki. – Dzięki – odparła lekko zawstydzona, mało osób tak naprawdę ją chwaliło.
Odwróciła spojrzenie. Chwilę patrzyła na kuchnię i się nie odzywała. Zapomniała nawet o swojej porcji i pozostałych malinach. Sięgnęła jednak po łyżeczkę i lekko uderzała w szklaną miseczkę. Jak małe dzieci, kiedy nie chcą jeść. Ożywiła się, gdy rozmowa zeszła na temat dziewczyny.
Jak to problemy w kontaktach z ludźmi? – Od razu pomyślała o Maggie, dziewczynie, którą poznała w święta i z którą spędziła czas w lodowym labiryncie. Tylko Krukonka niekoniecznie miała małe problemy, nawet zwykła rozmowa przychodziła jej z trudem. – Co zrobiła?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Skąd : Nowy Jork, Stany Zjednoczone
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 127
  Liczba postów : 117
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14064-anthony-edison
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14068-anthony-edison
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14067-anthony-edison
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14066-anthony-edison




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Sro Lut 15 2017, 22:40

-Jeśli nic mi nie wypadnie, to Cię tam zabiorę. – zaśmiałem się cicho. Była to dosyć poważna obietnica, ale chyba nic nie stało na przeszkodzie jej wypełnienia. No, oczywiście poza Hiszpanką. Przecież nikogo na siłę nie będę zmuszał. Nowa Zelandia brzmiał trochę strasznie. Głownie dlatego, że była na drugim końcu świata. Mogłaby to być niezapomniana przygoda. Dziwnie byłoby tylko pójść do ojca i powiedzieć mu o takim wyjeździe. Ciekawe jakby zareagował. Na szczęście byłem już dorosły i wszystkie decyzje, które podejmowałem były niezależne. W domu na wakacjach i tak zazwyczaj się nudziłem, a nawet jeśli było inaczej, to zaraz macocha komplikowała całą sytuację.
Wzruszyłem delikatnie ramionami. Na wszelki wypadek miałem warunek, którym mogłem ratować sobie skórę. Jeśli mi nic nie wypadnie. Była to dopiero wstępna propozycja. Do wakacji była jeszcze masa czasu i w tym czasie wszystko mogło się wydarzyć.
-Bo za mało mi o sobie mówisz… - skrzywiłem się nieco zrezygnowany. Niestety czarnowłosa miała tutaj jak najbardziej racje. Wiedziałem o niej bardzo mało, ale i chyba ze wzajemnością. Zabawne, bo spędzaliśmy razem dosyć sporo czasu. Nic w tym jednak dziwnego. Nie znam lepszego sposobu na wieczór, niż przy kuchni Hiszpanki. Żarty i dobre jedzenie, po prostu coś cudownego.
-To w końcu nie lubisz, czy nie jest złe? – spytałem lekko zakłopotany. Nie do końca rozumiałem Hiszpankę. Robiła to tylko dla zabicia czasu? Jak, po co, dlaczego? Wszystko to wydawało mi się dziwne i szczerze mówiąc niemożliwe. Nikt normalny nie skupiałby się na trenowaniu czegoś, co go nie interesuje. Inaczej to by była zwykła strata czasu. Byłem gotów zaryzykować stwierdzenia, że nie były to tylko dodatkowe zajęcia, a po prostu bała się przyznać do tego, że lubi latać.
-Przyznaj, że jednak kochasz latać i grę w drużynie. – zaśmiałem się cicho i spojrzałem na dziewczynę. Nie raz miałem okazję udać się na mecz. Widziałem jak tłumy ludzi świetnie się bawią na trybunach. Chociaż tego nie lubię, to muszę przyznać, że atmosfera na trybunach jest niesamowita. Nie zdziwiłbym się, gdyby udzielała się i zawodnikom.
-Wybacz. – mruknąłem, gdy zdałem sobie sprawę z tego co powiedziałem. Metafora z chłopakiem chyba nie przypadła do gustu Candi. Poczułem się trochę głupio, bo na początku wydała mi się dosyć trafna. Gdy zobaczyłem niewielki grymas na jej twarzy, od razu przypomniałem sobie o jej byłym chłopaku. Właśnie byłym. Coś nie wyszło i się rozstali. Czarnowłosa nigdy nie chciała o tym opowiadać, a ja nie miałem w zwyczaju wypytywać. Wiem tylko, że nie był to dla niej najlepszy okres.
Zaśmiałem się cicho na reakcję Krukonki. Chyba wyszło mi naprawdę dobrze, bo dziewczyna nabrała się na moje teatralne jęknięcie. Zmartwiła się, przez co z jednej strony było mi miło, a z drugiej miałem lekkie wyrzuty sumienia, za żartowanie z niej. Pokręciłem głową przecząco i wyszczerzyłem nieco zęby rozbawiony.
-Żartowałem. – odparłem z delikatnym uśmiechem.
-Ale ja nie mieszkam! – powiedziałem jakby z lekkimi wyrzutami w głosie. Było w tym nieco zazdrości, ale takiej dobrej. To co ona miała na co dzień, dla mnie było jednym z marzeń. Na tym właśnie polegała ta różnica. Dla Hiszpanki, widok plaży był pewnego rodzaju rutyną, na którą nie zwracała uwagi. Dla mnie to wszystko było nowe, ekscytujące i ciekawe.
-Trzymam za słowo. Nawet jeśli nie chce Ci się gapić na innych to chyba masz masę równie ciekawych zajęć. Spacer po zatłoczonym mieście, kąpiel w słońcu albo w wodzie. Czego tylko dusza zapragnie, a na odludziu… No dobra, na totalnym odludziu nie ma nic. Za to obrzeża miasta są straszne. To przerażające gdy wychodzisz na spacer i wszyscy sąsiedzi Cię znają. Patrzą na to co kupujesz w sklepie, a później szeptają miedzy sobą. O widzisz, ten nie potrafi gotować, z torebki kupuje… - im dłużej mówiłem, tym bardziej zmyślałem. Chciałem by wyszło w miarę zabawnie i chyba nawet się udało. Zaśmiałem się cicho pod nosem, zerkając na dziewczynę.
-Sam śnieg jest świetny… Ale zimno to jakiś koszmar. Człowiek chce zrobić cokolwiek, a strach nawet wyjść z domu bo na zewnątrz minus piętnaście. – westchnąłem nieco zrezygnowany. Poczułem jak ciarki przeszywają moje ciało. Chyba zbyt mocno sobie to wyobraziłem, bo zrobiło mi się nieco zimno. Czułem jakby delikatny powiew wiatru wpadał mi za koszulkę i tam drażnił delikatną skórę. To chyba była tylko moja wyobraźnia, ale czułem się jakby to pokój na mnie tak działał. –Jakby na zewnątrz nie wiało i było chociaż te plus pięć stopni, to nie miałbym przeciwko by wyjść i bawić się jak małe dziecko. – gdy byłem mały, zabawa z innymi dziećmi często umykała mi przed nosem, więc dlaczego by nie nadrobić tego teraz.
Odpuściłem zrezygnowany, gdy nie byłem w stanie sięgnąć malin. Chyba nieco bałem się zbyt zbliżyć do czarnowłosej. Spojrzałem na nią tylko porozumiewawczo. Nie mam pojęcia jak to wyglądało z jej perspektywy, ale w mojej wyobraźni bardzo poważne. Czułem się, jakby moja twarz wyraźnie mówiła. – i tak je dostanę.
-Jak możesz w to wątpić? – spytałem zerkają na nią katem oka. To okrutne. Łyżkę zanurzyłem w budyniu i na pocieszenie, spróbowałem czekoladowej masy. Była na tyle pyszna, że od razu się uśmiechnąłem i wybaczyłem Hiszpance brak wiary w moje możliwości.
-Od malin nie, ale budyniu już tak. – mimo to i tak nabrałem kolejną porcję na łyżkę i zatopiłem ją w swoich ustach, sprawiając tym samy radość dla podniebienia.
-Nie, nie o to mi chodzi. Po prostu chciałbym… Sam w sumie nie wiem. Nie chce jednak zaczynać w jakiś sklepach. Może po prostu skończę studia, po nich zrobię jakiś kurs i dopiero wtedy znajdę pracę. Teraz ostatni rok, ostatnie wakacje wykorzystam jeszcze na zabawę. Oddam się młodości. Co o tym sądzisz? – odparłem, trochę bez chęci do śmiechu. Wbrew pozorom była to dosyć poważna sprawa, a w takich umiałem zachować spokój i pokazać się z dobrej strony. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że coś takiego jak powiedziała Candi, jest niemożliwe. Zresztą, bez wyższego wykształcenia, wiele ścieżek kariery i tak było przede mną zamknięte. Problem w tym, że nawet nie wiedziałem jaką chciałbym obrać.
-Prędzej czy później i tak je zjem. – a przynajmniej miałem taką nadzieję. Wszystko jednak zależało od tego, na co pozwoli mi brzuch, po dwóch miskach budyniu. Jakby się tak zastanowić, to było tego dosyć sporo.
-Chodźmy usiąść. – mruknąłem nabierając odrobinę budyniu na łyżkę. Jedzenie w kuchni mi nie przeszkadzało, ale na kanapie panował dużo lepszy klimat. Przyjemniejszy. No i oczywiście było tam wygodniej, niż opierając się o blat szafki kuchennej.
-Coś nie tak? – spytałem gdy czarnowłosa sprawiła wrażenie nieco zakłopotanej. Obserwowanie ludzi, było może nieco dziwnym, ale według mnie przyjemnym zajęciem. Szybko wyłapywałem zmiany w zachowaniu innych. Odwrócenie spojrzenia nie było czymś normalnym, co robi się tak po prostu. Zerknąłem na Hiszpankę dosyć zmartwiony, dopóki nie spytała o dziewczynę.
-Dopiero ją poznałem, więc nie wiem za wiele. Chyba bywa agresywna i łatwo pakuje się w kłopoty. – a przynajmniej tak wnioskowałem z tego co mówiła. Poznawanie przyjaciół, przez zapoznanie ich z własną pięścią nie było zbyt normalne. Jak tak teraz o tym pomyślę, to było to urocze i zabawne. Parsknąłem lekko śmiechem. -Na szczęście mi jeszcze nic. – mój wyjątkowy urok działał chyba na każdego i dosyć często skutecznie ratował mnie przed gniewem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 21
Skąd : Hiszpania, Walencja
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 1721
  Liczba postów : 908
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12573-candida-feliciana-miramon#339796
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12577-cukierek
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12578-lluvia
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12581-candida-feliciana-miramon




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Czw Mar 09 2017, 23:26

Obiecujesz?! – ożywiła się, o ile to możliwe, jeszcze bardziej. Tony może i się śmiał i żartował z tego, ale dla nie było w tym nic zabawnego. Zamierzała się też postarać, żeby nic mu nie wypadło, przynajmniej na tydzień czy dwa, żeby mogli razem wybrać się na wakacje. Jeżeli Candy miała coś z matki, to przede wszystkim to, że zachwycały ją wszelkie piękne widoki i gdyby potrafiła, tak jak ojciec starałaby się utrwalić je na płótnie. Pod tym względem byłaby jak Monet, przychodziłaby w jedno miejsce o różnych porach dnia, żeby oddać cały urok okolicy. Pewnie nawet by próbowała, ale wiedziała, że jej zmysł artystyczny jest naprawdę beznadziejny i zepsułaby nawet drzewo. Nie mówiąc już o cieniowaniu czy wypełnianiu czegokolwiek kolorem.
Rozmowa trwała dłużej niż robienie budyniu, więc oboje kontynuowali ją na kanapie. Albo fotelach, w zależności, gdzie usiadł Tony. Candy zabrała swoje miseczki, z czego jedną postawiła na stoliku, a drugą ciągle trzymała w rękach, a potem opadła na miękka kanapę i rozsiadła wygodnie. Wsunęła się lekko, żeby nie siedzieć sztywno wyprostowaną. Zapomniała o poduszkach, które leżały przy podłokietnikach, ale i tak nie mogła narzekać. Nabrała budyniu i włożyła sobie pierwszą porcję do ust, które zaraz oblizała.
Albo ty za mało pytasz. – Odwróciła kota ogonem ciekawa, co na to chłopak odpowie. Stwierdziła jednak, że faktycznie powinni trochę więcej sobie mówić i rozmawiać na mniej błahe tematy. Inaczej ich znajomość zaginie wśród innych i jeżeli kiedykolwiek wyślą sobie sowę (lub smsa), to tylko wtedy, gdy będą czegoś potrzebować. – Chyba lubię… Na pewno nie jest tak, że go nienawidzę. Wiesz, gdybym tego nie lubiła, to już dawno bym zrezygnowała, a gram od zeszłego roku. Dopóki nikt nikogo nie zabija, jest ok – zawyrokowała wreszcie. Może nie zadowalała tą odpowiedzią Anthony’ego, ale nie potrafiła wyjaśnić swoich uczuć w inny sposób. Przecież sama ich nie rozumiała. – Z drużyny znam tylko jedną osobę – powiedziała ze śmiechem. Dodatkowo kojarzyła ich szukającą. I to tyle, chyba że coś się ostatnio zmieniło, bo jak wiadomo – ktoś mógł zostać kontuzjowany (albo zwyczajnie zrezygnować). Właściwie to dziwne, że kapitan jeszcze nie pozbył się niedoświadczonej Candy.
Thony przeprosił, a Candy cały temat zignorowała. Nie zdobyła się nawet na żadne nie szkodzi, które i tak wydało jej się nieodpowiednie. Zamiast tego z większym zapałem zaczęła jeść budyń i czekała na zmianę tematu, która nadeszła całkiem szybko.
Nie masz czego żałować – zapewniła, ale wiedziała, że to nie zadziała i chłopak wciąż będzie o tym myślał. Rzecz ludzka – marzyć o czymś, czego się nie, nawet jeżeli słyszy się o samych wadach. Candy pewnie zacznie narzekać, kiedy przeprowadzi się do cichej miejscowości, z której będzie wszędzie daleko. Zwłaszcza jeśli zdecyduje się żyć po mugolsku. – Z drugiej strony w takim miejscu wszystkich znasz i nic cię nie zaskoczy, a w wielkim mieście spotykasz osoby, które mogą być potencjalnymi bandytami. – Wzruszyła ramionami. Nie chodziła po Walencji z gazem pieprzowym, to jasne, ale miała świadomość, że ktoś z tłumu może okazać się psychopatą. – Ja tam widzę same uroki małej mieściny! – stwierdziła dobitnie. Nie brała tej rozmowy aż tak na poważnie, wiedziała, że Tony żartuje, jednak jeszcze chwilę wciąż myślała o Leo i nie mogła wykrzesać z siebie żadnego zabawnego tekstu. – Jak twoja sąsiadka będzie żyła na samym chlebie, to będę chociaż wiedziała, jaką dietę-cud stosuje – rzuciła jeszcze pierwsze, co jej się nasunęło na myśl, gdy Tony wspomniał o kupowaniu torebek.
Czasami nie zaszkodzi – powiedziała. Uwielbiała czasami wyjść i chociażby ulepić bałwana. Nie wiedziała, że niedługo będzie żałować swoich słów i na długi (a przynajmniej dłuższy) czas będzie miała dość zimy. – Istnieje zaklęcie rozgrzewające. – Teraz się mądrzyła, bo Lope jej o nim przypomniał i teraz często z niego korzystała.
Skoro już oddała chłopakowi maliny, nie musiała kontynuować rozmowy o byciu grubym. Teraz chyba stały gdzieś obok drugiej salaterki z budyniem, czyli na stoliku przed kanapą.
Ale wiesz, gdziekolwiek nie zaczniesz, to jakieś doświadczenie. Większa zaufanie będą do ciebie mieli, jeżeli cokolwiek zaczniesz robić – zauważyła jak zwykle rozsądnie. – Jakoś nie widzę, żebyś oddawał się młodości – zauważyła, może trochę złośliwie, oczywiście w celu zażartowania. Oblizała łyżeczkę i teraz złapała ją tak, że znajdowała się w mionie na wysokości jej twarzy, i pomachała nią w zamyśleniu.
Nie – roześmiała się. – Po prostu mało kto mnie tak naprawdę chwali – przyznała. To było tak miłe, że na chwile odjęło jej mowę. Na szczęście kolejny temat na powrót pociągnął rozmowę. – Agresywna? Zapytałabym, czy to stąd ten siniak, ale skoro żartowałeś… – Spojrzała na chłopaka podejrzliwie, ale czemu miałaby mu nie ufać? Zresztą zaraz Tony utwierdził ją w przekonaniu, że obyło się bez rękoczynów. – Opowiedz o niej coś więcej – poprosiła. – Myślisz, że ją znam?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Skąd : Nowy Jork, Stany Zjednoczone
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 127
  Liczba postów : 117
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14064-anthony-edison
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14068-anthony-edison
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14067-anthony-edison
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14066-anthony-edison




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Nie Mar 26 2017, 17:51

Uśmiechnąłem się szeroko widząc żywą reakcję Candy. Najwyraźniej bardzo jej zależało. Szczerze mówiąc to nieco poruszyła mnie tym. Czułem jak kąciku ust unoszą mi się jeszcze bardziej do góry, policzki lekko bolą od uśmiechu, a zęby wyszczerzałem jak głupi. Nie chciałem jej teraz zawieść. Mało tego, nie mogłem już tego zrobić. Pokręciłem lekko głową na boki przecząco.
-Nie, nie obiecuje. Na pewno to zrobię. – odparłem jak najbardziej poważnie, chociaż rozbawienie na twarzy mogło wskazywać na coś innego. To już nie była zwykła obietnica, a zdecydowanie coś więcej. Można powiedzieć, że nasze wspólne plany na najbliższe wakacje. Oczywiście, jeśli dalej będzie tego chciała. W najgorszym wypadku porwę ją siłą. Pozostawał tylko jeden mały, zabawny haczyk. Skąd na to wszystko wezmę pieniądze. Sama myśl o tym sprawiała, że miałem ochotę się roześmiać jak po usłyszeniu dobrego żartu. Trudno. To już była moja sprawa i sam musiałem się z tym uporać. Westchnąłem cichutko pod nosem. Dłonią poprawiłem lekko włosy, a później ułożyłem ją na karku i delikatnie pomasowałem. W końcu przyszła pora, by znaleźć jakąś pracę. Chcąc, nie chcąc byłem zmuszony by rozejrzeć się po tym, co oferuje okolica.
-Ja za mało pytam? – mruknąłem z lekkim, lecz bardzo aktorskim oburzeniem w głosie. Obróciłem się lekko na kanapie, tak by usiąść twarzą do czarnowłosej hiszpanki. Nabrałem odrobinę budyniu na łyżkę i zatopiłem ją na moment w ustach, by zgarnąć z niej cała zawartość. Pyszny, ciepły czekoladowy budyń, był zrobiony wręcz idealnie. Uśmiechnąłem się delikatnie w jej stronę. Ten wyraz twarzy wyraźnie nie wskazywał na nic dobrego. Za mało pytam, tak? Okej.
-W takim razie… - przewrócił oczyma, by zastanowić się chwilę. -Ulubiona pora dnia i roku? Chłopak z Hogwartu, który najbardziej Ci się obecnie podoba? Nauczyciel, którego nie znosisz? Największe marzenie? Plany na to, co chcesz robić po studiach? Ukochana książka? Najbardziej skryty sekret? – z uśmiechem na twarzy, zadałem kilka najbardziej oczywistych pytań. Chciałem zacząć od kompletnych podstaw, by później wypytywać o większe szczegóły. W głowie układałem już kolejne pytania. Była ich cała masa i chyba na każdy możliwy temat. Na szczęście miało to tylko dobre strony. Przede wszystkim Candy nie będzie mogła mi zarzucić, że nie pytam. Poza tym jest to idealna okazja, by  się znacznie lepiej poznać. Wbrew pozorom, hiszpanka była dla mnie bardzo bliską osobą. Zawsze chętna do spędzenia razem czasu. To już chyba pewnego rodzaju przyjaźń, a warto wiedzieć nieco o swoich przyjaciołach.
-Dziwne by było, gdybyście się zabijali na zwykłych, szkolnych meczach. Bezpieczeństwo uczniów chyba ponad wszystko. – otworzyłem nieco szerzej oczy. To wyznanie było dosyć dziwne. Nie wiem jak to wyglądało na treningach, ale większość oficjalnych meczy była… normalna? Chyba można tak powiedzieć. Jak w każdym sporcie zawodnicy wykazywali się chęcią rywalizacji. Jedni większą, inni mniejszą. Nikt jednak nie myślał o zabiciu przeciwnika. W głębi duszy wierzyłem, że nawet ślizgoni nie przejawiają takich chęci, wobec gryfonów.
-Jak to możliwe, że gracie wspólnie od roku, a Ty znasz tylko jedną osobę? – zamrugałem kilka razy i wplotłem palce pomiędzy swoje włosy. Zrozumiałbym, gdyby była w niej od tygodnia, ale nie od roku. Zazwyczaj ludzie uprawiający jakieś sporty, są bardzo otwarci. Dziwi mnie fakt, że nie zabrali jej gdzieś po prostu siłą. Przekręciłem głowę delikatnie na bok i wbiłem nieco podejrzliwe spojrzenie w czarnowłosą. –Nie masz przypadkiem jakiś problemów i zamknęłaś się na ludzi? Depresja czy coś? – spytałem nie odrywając nawet na sekundę od niej oczu. Chociaż na taką nie wyglądała, to nieco martwiłem się o krukonkę. Głupio by było, gdyby tuż obok siedziała dziewczyna o zachwianej osobowość. Nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował jej pomóc w razie konieczności.
Skrzywiłem się delikatnie i sięgnąłem po kolejna łyżeczkę budyniu. Gdy człowiek skupia się na rozmowie, zawartość miseczki bardzo wolno ubywa.
-Nuda… Może i fanie przenieść się tam na starość, ale nie gdy jesteś wciąż młoda. Ustatkujesz się i będziesz robić za zwykłą kurę domową? Nie będziesz tęskniła czasem za tym, by się rozerwać? W takich wioskach, zazwyczaj nie ma wielu miejsc do zabawy. Największe imprezy są w kościołach. – zaśmiałem się cicho, chociaż ten żart był strasznie kiepski. Chyba nawet bardziej żałosny, niż zabawny. Im dłużej o nim myślałem, tym bardziej głupio się z tym czułem. Chyba nawet delikatnie się zarumieniłem ze wstydu.
-Teoretycznie, każdy może być bandytą. Założę się, że nawet w Hogwarcie znalazłby się jakiś potencjalny psychopata. Po prostu, większe prawdopodobieństwo jest tam, gdzie jest więcej ludzi. – uśmiechnąłem się delikatnie, zdając sobie sprawę, jak zabawny był to fakt. Ciekawe jak wiele było takich osób w zamku. Szczerze mówiąc to chciałem poznać taką osobę. Było to niebezpieczne i w ogóle, ale zarazem emocjonujące przeżycie. Nie często zdarza się spojrzeć w twarz osobie niezrównoważonej. To co zrobi zawsze jest ogromną zagadką.
-Wiec Twoja ocena nie jest obiektywna. – mruknąłem bardziej w żartobliwym kontekście, niż by podważać zdanie czarnowłosej. Nie miałem zamiaru kwestionować jej podejścia. Wręcz przeciwnie, szanowałem bardzo jej zdanie. Miałem tylko cicho nadzieję, że nie odbierze tego jakoś negatywnie.
-Kto powiedział, że sąsiadka będzie piękna. – zaśmiałem się lekko. Nie do końca rozumiałem, czy waśnie o to chodzi, ale tak to właśnie odebrałem. Spojrzałem na Candy i zmarszczyłem mocno brwi. Wyraźnie prześledziłem ją wzrokiem z góry do dołu. –I po co Ci dieta, gdy wyglądasz świetnie? – wyszczerzyłem szeroko zęby. Drobne komplementy, brzmiały chyba lepiej, gdy człowiek się wesoło uśmiechał. Chociaż nie wiem czy w moim przypadku to tak działało. Przy dobrej rozmowie, uśmiech z moich ust praktycznie nie znikał.
-Tak wiem, ale to takie przyzwyczajenie z dzieciństwa. Wiesz, gdy było zimno, to po prostu było zimno i nikt w to nie ingerował. – miało to i swój urok. Dzięki temu rozumiałem, dlaczego niemagowie chodzą w zimie w kurtkach, a nie w samych bluzach, by zachować tylko pozory, że odczuwają chłód. Poza tym dzięki temu, zima różniła się w jakiś sposób od lata. Nie tylko biały puch przykrywający ziemię, ale i dużo niższe temperatury.
-Wiem, wiem. Coś znajdę. Na pewno. Niedługo.  – westchnąłem cicho, zaciskając przy tym zęby na dolnej wardze. Problem w tym, że chciałem znaleźć już coś w swoim zawodzie. Nabyć jakiegoś doświadczenia, by później w miarę szybko wspiąć się nieco wyżej. Praca w sklepie, nie była czymś co chciał robić w przyszłości.
-Tak? Więc jak według Ciebie wygląda oddawanie się młodości? – odwróciłem się twarzą do hiszpanki. Jedną nogę zawinąłem pod siebie. Przechyliłem lekko głowę na bok i spojrzałem w jej oczy. Ciekawiło mnie, jak według niej wyglądało czerpanie radości z młodości. Co było złego w spędzaniu jej przy budyniu ze śliczną dziewczyna? Do ust wsadziłem sobie jedną z malinek, a później podebrałem odrobinę budyniu czarnowłosej, uśmiechając się do niej szeroko.
-Bo za mało mi gotujesz. – zaśmiał się i zjadając jeszcze jedną łyżkę budyniu.
-Nie wiem, możliwe. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że lepiej ode mnie. Młodsza kurkonka, Sydney. Nie wiem co tu dużo opowiadać, dopiero ją poznałem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 21
Skąd : Hiszpania, Walencja
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 1721
  Liczba postów : 908
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12573-candida-feliciana-miramon#339796
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12577-cukierek
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12578-lluvia
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12581-candida-feliciana-miramon




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Nie Lip 09 2017, 18:24

Zapamięta to i będzie wypominała Tony’emu, dopóki ten nie spełni swojej obietnicy. A ona już się postara, żeby wycieczka doszła do skutku w te wakacje. W końcu po mroźnych feriach potrzebowali czegoś pięknego, niesamowitego, zapierającego dech w piersiach i chociaż trochę rozgrzewającego. Na pewno nigdy nie pojedzie w tak zimne regiony jak Grenlandia (Islandia biała zdecydowanie lepiej). Nie przejmowała się w tej chwili pieniędzmi. Zawsze mogli korzystać z teleportacji i nie musieli martwić się noclegiem czy wyżywieniem. Tak, za to kochała magię.
Za mało – uśmiechnęła się wrednie, ale nie spodziewała się, że Tony nagle zasypie ją gradem pytań. W pewnej chwili musiała go uciszać, a że miała tylko jedną rękę wolną, to przyłożyła mu palec wskazujący do ust i spojrzała na chłopaka groźnie. – Lato i wieczór – odparła i zabrała rękę, żeby nabrać budyniu na łyżkę. – Nie istnieje – stwierdziła pewnie w odpowiedzi na drugie pytanie. – Nauczyciel? Nie wiem, nie mam takiego. – Wzruszyła ramionami. – Marzeń się nie mówi! – zaoponowała gwałtownie. Oczywiście, że je miała. – Po studiach… założę własną restaurację. – Tak, tego była pewna. Nie wiedziała, jak ją utrzyma, ale nie zamierzała psuć swoich planów. – Wybrać jedna książkę, to jak wybrać jedno z dzieci. Nie powiem ci. O sekrecie też nawet nie myśl! – Pogroziła mu palcem.
Sama nie była dłuższa i zapytała Tony’ego dokładnie o to samo. O sekrety, marzenia, wybrankę serca. Niektóre odpowiedzi ją dziwiły, inne były podobne do jej, więc tylko szturchali się łokciami. Rozmowa toczyła się na różne, bardzo różne tematy, po chwili tak bardzo opłynęli, że zostawili za sobą Hogwartu, quiddich i studia, a zawędrowali w mugolski, dziki świat. Dlatego też rozmowa o przyszłości pasowała idealnie. Candy nie do końca zgadzała się z poglądami chłopaka, ale wiedziała, że czasami żartuje, więc wybaczyła mu niemal od razu komentarz o kurze domowej i imprezach w kościele. Tą całą rozmową chyba nawet udało jej się przekonać Tony’ego do znalezienia roboty (żeby nie narzekał, że jest biedny!) i jakiegoś porządnego mieszkania (czemu właściwie nie wynajmą razem?).
Musisz częściej zaglądać do kuchni. – Pokazała Tony’emu język.
Rozmowa toczyła się jeszcze chwile o Sydney, ale wreszcie oboje stwierdzili, że budyń był pyszne, ale się skończył i wypadałoby chociaż odrobić lekcje, zanim zasną na wygodnych fotelach. Candy sprzątnęła naczynia zaklęciem, a potem razem z Krukonem opuściła pokój.

[zt x2]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Skąd : Puebla, Meksyk
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 333
Dodatkowo : członek drużyny Quidditcha
  Liczba postów : 577
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13697-dreama-vin-eurico
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13847-mialam-sen-piekny-sen-a-w-tym-snie-wszyscy-mieliscie-relacje-z-drama
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14451-dramatyczne-listy
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13852-dreama-vin-eurico?highlight=dreama




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Czw Lis 09 2017, 17:27

Zielone stworzonko wygrzewało się pod kapturem pomarańczowej bluzy swojej właścicielki. W zwyczaju już miała noszenie go na głowie. Niektórzy brzydzili się zielonego stworzonka, bo no cóż, nie wyglądało jak piesek czy kotek, czy inny uroczy pufek, tak bardzo typowy w swoim istnieniu.
Było mu ciepło, mógł spać sobie spokojnie, całkowicie nie kłopocząc się niczym. Z tego względu również Dreama wybrała właśnie to miejsce na spotkanie — Pokój Życzeń — zapewniał namiastkę bezpieczeństwa, wystarczyła krótka myśl o roślince, a w pomieszczeniu pojawiał się kwiatek, na którym kameleon spokojnie mógł spędzić cały wieczór albo i noc. Nie chciała zostawiać go samego, nie zasługiwał na samotność, a Dreama bała się o jego zdrowie. Mało to było Cortezów na tym przeklętym świecie. Przezorny zawsze ubezpieczony i z kameleonem na głowie, co nie?
Dreptała z jednego kąta na drugi, zastanawiając się, jak to będzie. Pogodziła się z Maxem, było miło i ogólnie, ale jak miała na niego reagować? Jak chłopaka, czy przyjaciela, z którym jest bardzo, bardzo blisko. Niczego sobie nie obiecywali (no może oprócz tego, że nie spierdolą z kraju bez żadnej informacji o tym, gdzie i co i jak) jednak w jej sercu dalej gościła jakaś niepewność. Bo co jeśli kłamał? Co, jeśli tak naprawdę nie myślał o niej inaczej niż o zabawce, miłym dodatku, który można pocałować i pogłaskać.
Raz już była w takim związku, zakochana po uszy nie widziała świata oprócz drugiej połówki, jak się potem okazało, wszystko było kłamstwem, a przynajmniej z jego strony, bo tak naprawdę nie interesował się nią i charakterem Dreamy, a tym, że należy do na swój sposób atrakcyjnych osób. Skończyła ze złamanym serduszkiem i zdradą w metryczce związków. Pomimo to otrzepała się dość szybko, wolała uczyć się z własnych porażek, aniżeli rozmyślać nad nimi na wiele milionów sposobów. Nie było sensu, a ona była za młoda, by przejmować się jakimiś pajacami, którzy polecieli na pierwszą lepszą krukońską blondynę.
Wewnętrzny monolog Vin-Eurico przerwały kroki na korytarzu, uśmiechnęła się pięknie na samą myśl o tym, że zaraz spotka Maxa już z daleka zaczęła mu machać, tak żeby na pewno ją zauważył. Kiedy przed nią stanął, bez słowa złapała go za dłoń i pociągnęła w ścianę, a raczej do Pokoju Życzeń. Czy Anglik wiedział, że właśnie tam się znajduje? Nie wiedziała, zresztą, nawet jeśli to właśnie miała mu go pokazać.
Pokój stał się miejscem przerażająco normalnym. Stała w nim kanapa, stolik, niewielkie drzewko i terrarium dla zwierza. Dreamie nic więcej nie było potrzebne, zresztą przyszła zając się Maxem, a nie innymi pierdołami. Nie chciała by cokolwiek odwracało jej uwagę od chłopaka i tyle.
Delikatnie zdjęła z głowy kaptury i rzekła.
- To jest Stach i oficjalnie stał się moim nowym dzieckiem - dygnęła dystyngowanie, a zwierzaczek na jej głowie mrugnął wyłupiastymi oczyma, jakby witając się z Fairwynem.
Ręce Dramy powędrowały do kameleona. Zdjęła go z głowy, a ten swoimi paluszkami mocno złapał ją za rękę. - Domyślam się, że czujesz zajebistą zazdrość - mrugnęła w stronę Maxia, a szeroki uśmiech pojawił się na jej twarzy, bo spojrzała na zwierzaczka, który teraz zezował na nią. W głębi serca czuła, że zielona istota uśmiecha się do niej pięknie. Dziwne wyobrażenia takie jak te nie były jej obce, no cóż, kochała zwierzę bardzo, bardzo mocno, bo towarzyszył we wszystkich trudnych chwilach życia. Wpadła i nie mogła nic na to poradzić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 22
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 124
  Liczba postów : 236
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14760-maximilian-t-fairwyn
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14762-maxiowe-relki
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14763-kuferek




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Czw Lis 09 2017, 19:29

Dosyć krótki list od Ślizgonki ucieszył Anglika. W szczególność ten dopisek na końcu – Twoja. Oczywiście, nie powinien jeszcze tego interpretować w taki dosłowny sposób, ale robił to podświadomie. Chciał by tak było. Chciał móc z dumą powiedzieć, że tak są ze sobą. Nie miał powodu do wstydu czy ukrywania się. Jedyna przeszkodą była niewielka różnica wieku, do której mogli mieć jakieś uwagi bliscy dziewczyny. Gryfon był starszy nawet od jej brata, a mimo to wciąż uczęszczał do Hogwatu. No debil, po prostu debil – tak mogli pomyśleć wszyscy, którzy go nie znali. Właściwie Ci co znali też. Fairwyn w istocie miał zjebany łeb, ale nie przeszkadzało mu to. Wręcz przeciwnie, dobrze się z nim bawił. Czasem aż za dobrze, ale nie wracajmy już do tego.
Uśmiech zagościł od razu na wytatuowanej twarzy Maxa. Nie potrafił się powstrzymać. Widok wesołej Ślizgonki od razu się mu udzielał. Chyba zbyt szybko. Mógł chociaż spróbować zachować powagę. Dobre, żary. Po co mu takie pierdoły, kiedy już od pierwszych sekund, mógł się doskonale bawić w towarzystwie Dreamy.
-No siema – przywitał dziewczynę i rozejrzał się dookoła. Gdzieś tutaj był pokój życzeń, prawda? Fairwyna dawno tutaj nie było, ale wciąż pamiętał kilka sekretów z dzieciństwa. Nie potrafił sobie przypomnieć jak dawno był tutaj ostatnio. Chyba jeszcze jak był głupim szczylem, bez bzika na punkcie wyjazdów.
Ciemnowłosa jak zdążyła poznać Zamek zdecydowanie lepiej od Maxa, który w jego murach dusił się nieco dłużej. Nie przeszkadzało mu to. Przynajmniej nie musiał się męczyć z szukaniem cichego miejsca na jakieś spotkanie. Ufał dziewczynie, chociaż zdawał sobie sprawę, że kiedyś to go zgubi. Doskonale zdawał sobie sprawę, że w głowie Dreamy mogły się zrodzić równie pojebane pomysły co w jego.
-Zajebisty – rzucił, wbijając spojrzenie w kameleona. Oczy Gryfona dosłownie zaczęły się świecić od podekscytowania. Ze wszystkich zwierząt, to gady uwielbiał najbardziej. Miały takie zajebiste i śliczne mordki. Właściwie to całe były zajebiste.
-Zostałem ojcem? – spytał z udawanym zaskoczeniem i lekkim przerażeniem w głosie, chociaż po twarzy można było wnioskować coś znacznie innego. Jarał się kameleonem jak jakiś pierdolony las, albo nawet bardziej – tylko mogło się coś jarać bardziej niż las?
Dopiero kiedy wspomniała o zazdrości, przeniósł spojrzenie na dziewczynę i uśmiechnął się do niej delikatnie. Mówiąc szczerze, to nawet nie przeszło mu to przez myśl. Może powinno? Zbliżył się do dziewczyny i objął ją w pasie, delikatnie przyciągając do siebie. Nie za mocno – w końcu nie chciał zrobić krzywdy Stachowi.
-A powinienem? – zapytał, spoglądając prosto w jej oczy i odgarniając kosmyki włosów z jej twarzy. Pocałował Ślizgonkę. Tylko nie tak, jak wszyscy się spodziewali, a nieco bardziej komicznie. Stanął na moment na palcach, by być nieco wyższym i lekko musnął jej czoło, po czym roześmiał się, oddalając na kanapę.
-A ja mam nowy tatuaż – mruknął, przypominając sobie nabytek z ostatnich dwóch tygodni. Niestety nie miał co do tego pewności, bo nie pamiętał gdzie go zrobił, ale podejrzewał, że z myślą o Ślizgonce. Ostatnimi tygodni sporo jej było w jego życiu, nawet jeśli się nie widzieli przez jakiś czas. Ani trochę by się nie zdziwiły, gdyby mu coś odjebało po pojaku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Skąd : Puebla, Meksyk
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 333
Dodatkowo : członek drużyny Quidditcha
  Liczba postów : 577
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13697-dreama-vin-eurico
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13847-mialam-sen-piekny-sen-a-w-tym-snie-wszyscy-mieliscie-relacje-z-drama
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14451-dramatyczne-listy
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13852-dreama-vin-eurico?highlight=dreama




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Czw Lis 09 2017, 21:24

Zainteresowanie, jakim obdarzył przyjaciela Dreamy sprawiło, że dziewczynie robiło się cieplej na serduszku. Na policzki wpłynęły delikatne rumieńce, więc żeby chociaż na chwilę odwrócić swą uwagę od chłopaka, opuszkami palców pogładziła głowę gada. Ten przymknął oczka, jakby wyczekiwał na pieszczotę od dłuższego czasu, czekając na wykonanie przez któreś z nich tego pierwszego kroku.
Gdyby Maxowi zwierzę działało na złość to poważnie zastanawiałaby się nad tym, czy nie zakończyć albo przynajmniej nie ochłodzić ich znajomości. Życie z Dramą oznaczało życie ze zwierzętami czy to się komuś podobało, czy nie. Nie potrafiła żyć bez zwierząt, przyzwyczajona do ich obecności w życiu właściwie od małego. Jeśli nie zajmowała się perkusją to zwierzętami, jeśli nie myślała o lekcjach to o zwierzętach i nawet jeśli myśli Vin-Eurico zajmował coraz częściej pewien wytatuowany gryfon, to zaraz znów przypominała sobie o zwierzątkach. Tego nie dało się zmienić.
Dlatego też tak bardzo ucieszyła ją ta informacja, bo bardzo, bardzo nie chciała wykluczać ze swego życia Fairwyna. Jej samej nie było w stanie od nich nic odciągnąć ani blizna na ręku po paskudnym złamaniu otwartym (a mama mówiła, nie podchodź do zwierząt od tyłu) ani żadne inne choróbsko, które zawsze groziło przy kontaktach ze zwierzętami.
- Zastanowię się nad tym ojcostwem, bo to jest naprawdę poważna decyzja - rzuciła lekko - robaki, żarówki, grzałki, zraszacze. Czy jesteś w stanie zapewnić temu o to Stachowi wszystko, czego będzie potrzebował? - brzmiała wyjątkowo dramatycznie, nawet jeśli pieprzyła od rzeczy. Ciągle uśmiechała się lekko, by dodać swej całej przemowie, chociaż namiastkę czegoś, co świadczyłoby o tym, że nie mówi poważnie.
Kiedy objął Ślizgonkę w pasie i przyciągnął do siebie bliżej, motyle w jej brzuchu zawirowały. Uśmiechała się zagadkowo, bo w jednym momencie zapomniała o istnieniu całego świata (No może oprócz Stacha, bo o nim zawsze pamiętała). Spojrzała w bok, bo nie była w stanie nawet rzucić wzrokiem na twarz Maxa i trochę zawstydzonym głosem rzekła.
- Szczęście mojego zielonego dziecka zawsze będzie ważniejsze od mojego - wzruszyła ramionami i odrzuciła do tyłu włosy, które delikatnie opadały na blade czoło.
Była w momencie życia, w którym nie wyobrażała sobie rozłąki. Wspomnienia poprzedniego rozstania bolały niesamowicie, nie mogła pozwolić sobie na stratę któregokolwiek z bliskich, bo załamałaby się całkowicie, znów próbując zbudować wokół swojej osoby mur, który miałby za zadanie obronić Dreamę.
Kiedy już Max odsunął się od niej mogła wreszcie wziąć głęboki wdech. Chłopak chyba nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo działał na Dramę. W chwilach, kiedy byli blisko nie mogła się skupić, oddychanie stawało się czynnością właściwie niemożliwą i siłą musiała powstrzymywać siebie samą przed ciągłym zaczepianiem go w jakikolwiek sposób. Nie potrafiła i tyle.
W wolnej chwili odłożyła kameleona na drzewko, nie chcąc dalej męczyć gada, który nie należał do zwierzątek, lubiących być ciągle trzymanymi w dłoniach i zaraz siadła na Maxie (dokładnie przodem do jego twarzy na kanapie.
- O, pokaż - mruknęła ciszej i położyła dłonie na ramionach Gryfona - też bym sobie coś zrobiła, ale nie mam pomysłu - beznamiętnie wzruszyła ramionami i delikatnie zmarszczyła brwi - no i nie ma w szkole nikogo, kto by mógł mnie wydziarać, do Londynu nie chcę mi się jechać - dodała jeszcze. Zdecydowanie przez najbliższy czas miała dość wyjazdów. Szkoła stała się obowiązkiem, rodzicie postawili ultimatum — kończysz siódmą klasę i robisz co tylko dusza zapragnie, albo olewasz ją i wracasz do nas — no cóż, druga opcja była ciekawa, ale w głowie dalej miała swój własny plan na przyszłość. Chciała założyć swoje własne gadowe sanktuarium, w którym zajmowałaby się chorymi albo porzuconymi zwierzątkami. Niektórych mogło dziwić, że ludzie decydowali się na zwierzęta, całkowicie nie wiedząc nic o ich gatunku czy warunkach, w jakich powinni żyć, robiąc im swoim zachowaniem tylko i wyłącznie krzywdę. Ślizgonka nienawidziła tego typu ludzi — zbyt leniwych, by zrobić jakikolwiek reaserch, jakby zajrzenie do podręcznika bolało.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 22
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 124
  Liczba postów : 236
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14760-maximilian-t-fairwyn
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14762-maxiowe-relki
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14763-kuferek




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Czw Lis 09 2017, 23:26

Co to niby był za problem zdobyć trochę robaków, jakieś żarówki i kilka innych równie istotnych rzeczy w wychowaniu kameleona. Fairwyn mógł się bardziej, zdecydowanie bardziej poświęcić dla małego Stacha. Kiwał lekko głową, poważnie przytakując dziewczynie. Chociaż zdawał sobie sprawę, że to tylko żarty, to starał się zachować kamienną twarz.
-Jeśli będzie trzeba, to postawię mu nawet dom – oczywiście przez dom miał na myśli nowe, małe terrarium, a nie jakieś mieszkanie, w którym mógłby spędzać czas z Dreamą. Swoją drogą była to bardzo ciekawa wizja, która potwornie kusiła Gryfona. Własne cztery ściany, pomiędzy które mógłby zabierać Ślizgonkę. Tak wiele możliwości stanęło by przed nimi otworem. Zamiast nudnych nocy w osobnych dormitoriach, mogliby je spędzać wspólnie.
-A co z moim szczęściem? – spytał, wyszczerzając zęby do dziewczyny. Co prawda szczęściem Maxa była Ślizgonka i wystarczała mu sama obecność Dreamy by nie było nudno. Zresztą z ich dosyć interesującymi osobowościami ciężko było o nudę. Chyba śmiał można powiedzieć, że mieli łatwość do odnajdywania nowych wrażeń. Niekoniecznie legalnych i niekoniecznie zdrowych. Właściwie to głównie takich.
Usiadł na kanapie i poczekał, aż ciemnowłosa odłożyła gada do terrarium. Kameleonowi takie warunki jak widać odpowiadały. Jęknął cicho, kiedy ćwierćolbrzymka postanowiła sobie na nim usiąść. Oczywiście, dźwięk, który wydobył się z chłopaka był udawany, chociaż mógł nieco oburzyć Ślizgonkę. Złapał ją w pasie i wysłuchał uważnie co ma do powiedzenia.
-Hah, to kiepsko. Może po prostu jakiś szablon? – spytał przechylając głowę w bok. Zrobił nieco głupawą minę, próbując sobie przypomnieć czy w Hogs nie było jakiegoś tatuażysty, ale żadnego sobie nie przypomniał. No niestety, może faktycznie miała rację.
-To trochę pojebane, ale… - zaczął i złapał się palcami za dolną wargę, którą odwrócił do Meksykanki. Dało się tam odczytać bardzo proste słowo, składające się z czterech liter. Love – zrobił prawdopodobnie z myślą o niej, chociaż wolał przemilczeć genezę tatuażu. Wolał nie wiedzieć jak zareaguje, kiedy powie coś w stylu - A najebany zrobiłem tatuaż z myślą o Tobie. Prawdopodobnie o niej. W każdym razie nie o żadnej innej. Tylko ona bez chwili wytchnienia męczyła jego myśli.
Wyciągnął ręce do Ślizgonki. Chciał ją przytulić, chciał by była blisko, a nie tylko siedziała gdzieś na przeciwko. Ostatnio za bardzo tęsknił, by teraz pozwolić jej siedzieć tak daleko. Mógł ją po prostu do siebie przyciągnąć, ale nie było takie potrzeby.
-To jaki masz pomysł na wieczór? – spytał, ciekaw czy coś przygotowała, czy będzie to tylko zwykła noc spędzona na długim gadaniu. Nie kazała Maksowi załatwiać alkoholu, tak jak miało to miejsce w Grecji, więc wierzył, że dziewczyna wszystko sobie zaplanowała. Nie chciał przypadkiem zniszczyć jej planów. Innym razem wyjdzie z nieco większą, własną inicjatywą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Skąd : Puebla, Meksyk
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 333
Dodatkowo : członek drużyny Quidditcha
  Liczba postów : 577
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13697-dreama-vin-eurico
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13847-mialam-sen-piekny-sen-a-w-tym-snie-wszyscy-mieliscie-relacje-z-drama
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14451-dramatyczne-listy
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13852-dreama-vin-eurico?highlight=dreama




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Pią Lis 10 2017, 14:05

Delikatnie zmrużyła oczy, a dłonią zaczesała włosy do tyłu. Patrzyła na Fairwyna, jak na wariata, którym niewątpliwie był, prychając głośno na samą myśl stawaniu domu dla Stacha.
- Nie obiecuj, nie obiecuj - Dreama uniosła lewą brew do góry - Bo jeszcze Cię usłyszy i naprawdę będziesz musiał wybudować dom własnymi rękami - zaśmiała się cicho. Na samą myśl o tym, że kiedyś mogłaby z Maxem mieszkać robiło się Vin-Eurico gorąco. Szkoła znudziła ją dawno, w Hogwartcie było zdecydowanie za mało prywatnych miejsc, w których można byłoby razem posiedzieć. Opcja świeżego powietrza wydawała się spoko, ale nie kiedy ciągle padał deszcz, waliło piorunami czy piździło mroźnym halnym. Dużo bardziej wolała grzać się przed kominkiem, mogąc spokojnie oddać się przyjemnością wynikającym z obecności Gryfona, niż trząść z zimna, myśląc tylko o tym, by jak najszybciej wrócić do zamku. Ich ostatnie spotkanie przed wyjazdem Dreamy okazało się wyjątkowo pechowe, bo zanim zdążyło do czegoś między nimi dojść, to rozpadało się jak cholera i, i tak musieli wracać do zamku.
No właśnie, a co ze szczęściem Maxa. Dziewczyna zastanawiała się chwilę nad tym, co powiedzieć chłopakowi. Skupienie można było wprost wyczytać z jej twarzy, kiedy to mocno zaciskała brwi i patrzyła gdzieś w bok. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że wygląda głupio i jeszcze zachowuje się jak idiotka, trzymając go w niepewności. Ona byłaby niepewna, gdyby ta potencjalna druga połówka zastanawiała nad tak banalnym pytaniem, robiąc dziwne miny, które świadczą o tym, jak poważną rozkminę prowadzi w swej łepetynie. Żeby chociaż trochę załagodzić sytuację i uspokoić Maxa rzekła tajemniczo.
- Wszystko zależy od tego, co sprawia, że jesteś szczęśliwy. Jeśli będę mogła, to zrobię wszystko, żeby Ci je zapewnić. - Bo taka była prawda. Może i była czarownicą, ale nie wszystkie rzeczy były dla niej możliwe. Chociaż chciała przychylić Fairwynowi nieba to znała swoje granice, na wszystko nie mogłaby się zgodzić, bo nie chciała działać przeciwko sobie i już dawno ustalonym przez siebie zasadom. Miłość, miłością, ale do zła nie chciała dać się namówić.
Słysząc jęknięcie Maxa, pacnęła chłopaka delikatnie w ramie i przygryzła usta.
Najbardziej lubiła patrzeć na niego z bliska. Mogła podziwiać każde załamanie czy zmarszczkę, tworzącą się na twarzy Fairwyna, kiedy ten się uśmiechał. Mogła uważnie spoglądać w oczy chłopaka, zastanawiając się nad tym, o czym właśnie myśli. Czy ciągle myślał o nowych miastach, które chciał zobaczyć? Czy może czasem myśli Anglika wędrowały w całkowicie inną stronę? Może nawet myślał o nich, o tym, kim są dla siebie nawzajem.
- Co do szablonów to podziękuje. - przekręciła głowę w bok, a dłoń przeniosła na jego policzek - Potem spotkam 10 osób z tym samym wzorem i będę musiała przerabiać, a tego nie chcę - lekko wzruszyła ramionami. Tatuaże wydawały jej się bardzo prywatne. Niektóre może i nie znaczyły zbyt wiele, bo były durnowatymi i drobniutkimi czarnymi obrazeczkami, robionymi całkowicie spontanicznie często przez nią samą. Kupiła sobie nawet specjalny tusz i mugolskie urządzenie do stick and poke, nie miała okazji używać go zbyt często, ale obiecała sobie, że w najbliższym czasie jej skórę „ozdobi” kolejna głupotka.
Podekscytowana patrzyła na Maxa ukazującego swój nowy nabytek. Zdziwiona zmarszczyła brwi, bo nie spodziewałaby się tatuażu w takim miejscu. Po chwili zdziwienie ustąpiło miejsca wielkiemu zaskoczeniu. Love by się po nim nie spodziewał. W głowie krążyła przykra myśl, zastanawiała się nad tym, pod czyim wpływem Max zdecydował się na właśnie ten tatuaż. Bo szczerze wątpiła w to, że sam z siebie, jednego dnia stwierdził "Dzisiaj jebnę sobie love na dolnej wardze". Chociaż? Był szalony, robił głupstwa (no dobra, tego love za głupstwo nie uważała) i chyba jednak mogła spodziewać się po nim wszystkiego.
Za bardzo nie wiedziała, jak zareagować. Nawet jeśli jakaś nieznana iskierka w sercu podpowiadała, że być może to dla niej to nie potrafiła przekonać do tego swojego ślizgońskiego mózgu. Może gdyby była tępą gryfonką, która robi wszystko pod wpływem emocji, to rzuciłaby się na niego i obcałowała całego, jednak coś ją powstrzymywało. Cholerna niepewność ciągle drążyła w duszy Dreamy dziurę, a ona nie potrafiła jej załatać.
- Fajne to, bolało? - rzekła i nawet jeśli ze wszystkich sił starała się brzmieć normalnie, to głos Vin-Eurico delikatnie zadrżał. By ukryć gdzieś swą twarz, wcisnęła ją w szyję Maxa. Zapach Gryfona totalnie ogłupił Dramę, na ciele poczuła ciarki i w jednej chwili stwierdziła, że to był chyba trochę głupi pomysł, jakby zapomniała, że jakiekolwiek bliskie bycie z chłopakiem wzbudza w niej tak wielkie emocje.
- Jestem tutaj w celu gadania i tulenia, nic więcej mi nie trzeba - mówiła delikatnie przyciszonym głosem, bo jej głowa ciągle znajdowała się gdzieś obok szyi chłopaka. - Alkoholu nie piję od ponad miesiąca - słowa brzmiały jak przechwała, więc szybko dodała - bo na lekach nie można. - Jeszcze bardziej wtuliła się w kark chłopaka i zacisnęła ręce wokół jego pasa. - Ostatnio prowadziłam tak bardzo nierozrywkowe życie, że byłbyś w szoku, a już szczególnie po tych pojebanych wakacjach. - O tak, Grecja była miejscem, w którym wszystko się zaczęło i gdzie Vin-Eurico niczego sobie nie żałowała. Nie było nakazów i zakazów, leków, depresji i innych bzdetów, które przez październik dręczyły dziewczynę. Dobrze wiedziała, że nawet jeśli coś się zepsuje, to zapamięta te chwile na całe życie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 22
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 124
  Liczba postów : 236
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14760-maximilian-t-fairwyn
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14762-maxiowe-relki
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14763-kuferek




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Pią Lis 10 2017, 18:56

Zerknął kątem oka na kameleona. Zdawał sobie sprawę, że często do głowy przechodziły mu głupie pomysł. Bardzo głupia, a nawet chore, ale tym razem chyba przechodził sam siebie. Nigdy nie spodziewał się, że jego pierwszym dzieckiem będzie zezowaty gad. Nie żeby mu to jakoś bardzo przeszkadzało. Nie miał nic do zwierząt, a te z rodziny Stacha wręcz uwielbiał. Były takie niesamowite. Ich skóra była niesamowicie przyjemna w dotyku, a poza tym wyglądały bosko. Dłonią lekko przeczesał kilkudniową brodę na twarzy. Do najpiękniejszych nie należała i przyjemna też za bardzo nie była. Ślizgonka przy każdym kontakcie z twarzą Fairwyna mogła poczuć delikatnie drapanie.
-Od czegoś mam magię, nie? – dziwnie te słowa brzmiały z ust Maxa. Bardzo dziwnie. Nawet jeśli pochodził z bardzo znanej, magicznej rodziny trudniącej się wyrobem różdżek, to brzmiał to bardzo nieprawdopodobnie. Samo stwierdzenie, że Gryfon potrafi czarować było jak jakiś dziwny oksymoron. A potrafił i to całkiem dobrze, tylko kiedy magia nie szwankowała, a on miał swoją różdżkę, którą znowu zgubił. Ze wszystkich strasznych rzeczy na świecie, chyba najbardziej bał się kolejnego starcia z rodziną w sklepie Fairwynów. Znowu dostanie jakieś głupie kazanie o braku szacunku do drewnianych patyków, a później i tak pewnie każą mu samemu sobie zrobić nową. Nie był to jakiś wielki problem, poza tym, że mu się nie chciało.
Przechylił delikatnie głowę na bok i z uwaga obserwował Dreamę. Proste pytanie, a sprawiło jej bardzo dużo problemów. W każdym razie wyglądała zabawnie, kiedy główkowała nad jakaś mądrą odpowiedzią. Wyraźnie nie chciała zawieść oczekiwań Maxa, które swoją drogą były bardzo niskie. Wystarczyłaby mu nawet najprostsza głupota, która by go nieco rozbawiła. Ciemnowłosa postawiła poprzeczkę znacznie wyżej, poruszając serce chłopaka i dając mu do myślenia. Zależało jej. Kąciku ust chłopaka lekko uniosły się do góry i przez moment nie wiedział co ma powiedzieć. Najprościej by było jakąś głupotę. Żart, który zamiast ją rozbawić, to doprowadziłby do czerwoności ze złości. Chciał się z nią podroczyć i podrażnić.
-Jak na razie idzie Ci to doskonale – odparł mrużąc przy tym lekko oczy. Nie musiała się bardzo wysilać, by odpędzić wszystkie zmartwienia od Gryfona. Wystarczyła tylko jej obecność i kameleon w prawie pustym pokoju. Swoją drogą taki był trochę straszny, ale nie miał zamiaru nic w nim zmieniać. Jedyne życzenie jakie miał, to by Dreama dziś już nigdzie nie odchodziła.
-Co mnie bijesz? – spytał z lekkimi wyrzutami. Jej delikatne pacnięcie w ramię, ani trochę nie zabolało Fairwyna, a mimo to chciał nieco wyolbrzymić całą sytuację. Co najmniej jakby oberwał jakimś kijem, a koszmarny ból przeszył jego ciało i sprawił, że kolana się pod nim ugięły. Gdyby teraz nie siedzieli na kanapie, a ćwierćolbrzymka nie przyciskała go jeszcze bardziej do wersalki, to z pewnością wywróciłby się na ziemie i umierał w powolnej agonii.
-Kurwa, czyli teraz znajdę z dziesięć osób o takim samym tatuażu na wardze? – skrzywił się i pokręcił głową na boki, nieco podirytowany. Chciał być wyjątkowy, ale chyba nie powinien sobie tatuować jednego z najbardziej popularnych słów na świecie. No, może jednak nieco przesadzał. Raczej nie znajdzie zbyt wielu debili o podobnych upodobaniach, a przynajmniej w Hogwarcie nie znajdzie drugiego ucznia z takim samym tatuażem.
I tak zgadzał się bardzo mocno ze Ślizgonką. Wzór za jakiegoś głupiego albumu, mógł sobie wybrać każdy, a po nim jeszcze setka kolejnych osób, a ten nie znikał. Gdyby w Hogs był tatuażysta, to część uczniów chodziłaby po Zamku z takim samym wzorkiem na ciele. Ładnym, bo ładnym, ale tylko dla szpanu.
Parsknął śmiechem, kiedy jedyne o co zapytała Dreama to czy bolało. Naprawdę spodziewał się czegoś więcej. Był chyba nawet gotów, zostać zasypanym przez znaki zapytania ze strony ciemnowłosej. Nie narzekał. Tak też było dobrze. Właściwie to tak było najlepiej. Nie musiał jej opowiadać głupich historii, z których większości nie pamiętał.
-Był dziwnie, ale znośnie jak przy każdym tatuażu. – właściwie to nawet nie tak źle. Warga była miejscem zdecydowanie bardziej nieprzyjemnym, niż bolesnym. W końcu dosyć trudno wytatuować takie miejsce.
Przytulił dziewczynę mocno do siebie i nie chciał jej już dziś wypuszczać. W jego objęciach mogła się czuć bezpieczna, a na tym mu potwornie zależało. Nie chciał by martwiła się jakimiś głupimi problemami. Chciał by ciemnowłosa była spokojna o przyszłość i jak najbardziej szczęśliwa.
-Ok – przytaknął, muskając delikatnie jej czubek głowy. Fairwynowi takie rozwiązanie też odpowiadało. No, może z wyjątkiem tej głowy, wciśniętą gdzieś nieopodal jego szyi. Czuł chłodny oddech na swoim karku, od którego czerwienił się na twarzy. Z trudem powstrzymywał się od śmiechu. Wrażliwe na punkcie Meksykanki łaskotki w tamtym miejscu, nie były czymś, z czego był dumny.
-Jakich lekach? – spojrzał zmartwiony na dziewczynę. Nic mu o nich nie mówiła, ale nie mógł mieć jej tego za złe. Nie miała jeszcze kiedy. Mimo wszystko cieszył się, że nie piła. Wolał zdecydowanie to, niż by poszła w jego ślady. Chociaż ciężko tutaj mówić o jakimkolwiek chodzeniu. Fairwyn po prostu poszedł na dno, jak zwykły wrak – wrak człowieka, którym zdecydowanie był przez ostatnie tygodnie.
-U mnie było chyba trochę odwrotnie – westchnął cicho, bo nie był z tego dumny. Mieli różne sposoby na radzenie sobie z problemami. Te Maksa były niezbyt dojrzałe i mogły go wciągnąć w koszmarne nałogi, gdyby trwał w tym jeszcze kilka tygodni dłużej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Skąd : Puebla, Meksyk
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 333
Dodatkowo : członek drużyny Quidditcha
  Liczba postów : 577
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13697-dreama-vin-eurico
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13847-mialam-sen-piekny-sen-a-w-tym-snie-wszyscy-mieliscie-relacje-z-drama
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14451-dramatyczne-listy
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13852-dreama-vin-eurico?highlight=dreama




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Pią Lis 10 2017, 20:47

Czy Dreama korzystała z magii? Czasem tak. Jednak ogólnie nie uważała jej za konieczność w wykonywaniu wszystkich czynności. Ostatnimi czasy męczącym stało się machanie różdżką, bo właściwie nikomu nie wychodziło. Nauczyciele mieli z tym wszystkim równie wielki problemy, co uczniowie, dlatego też Vin-Eurico wolała nie ryzykować. Zapominała przez to o wszystkim, wykonując wszystkie czynności tylko przy pomocy pracy własnych mięśni. Czasem było trudno (tachania terrarium do lochów nikomu nie polecała) jednak nigdy nie narzekała. Coś w głębi serca Dreamy mówiło, że kłopoty prędzej czy później miną tylko trzeba czekać. Bardzo cierpliwie czekać.
- Że też was wszystkich machanie różdżką nie męczy - przewróciła brązowymi oczami i poklepała Gryfona po policzku. - Ja tam robię wszystko sama, bo boje się, że coś spierdolę. Do aktu samospalenia mi się nie śpieszy — Właściwie to zaklęcia nigdy nie były mocną stroną Dreamy. Zdecydowanie bardziej wolała zajmować się zwierzętami, a przy tej robocie różdżka nie zawsze była potrzebna. Magia była w stanie spłoszyć i przestraszyć zwierzęta, a do tego Dreama nie mogła dopuścić.
Nie mogła też dopuścić do tego, że zostawiłaby Maxa z byle jaką odpowiedzią, którą potem analizowałby na wiele milionów sposobów. Mówienie miłych rzeczy sprawiało wielką przyjemność, bo zdawała sobie sprawę, że są kierowane do osoby, której naprawdę zależało. Zresztą zainteresowana była reakcją chłopaka na tak odważne słowa. Nie codziennie słyszy się od kogoś, że zrobiły wszystko, żebyś tylko był szczęśliwy. Odpowiedź, jaką uzyskała od chłopaka, zadowoliła ją na tyle, że nie widziała sensu w dalszym ciągnięciu chłopaka za język. Brunetce nie zależało na czczych zapewnieniach bez żadnego pokrycia, preferowała czyny — błysk w oku ukochanego świadczył o wielu rzeczach.
- Bo zasługujesz, jakieś jęki pode mną tutaj - zaśmiała się cicho z wyrzutu w głowie Gryfona - No dobra, przepraszam, przepraszam - udała skruchę i wcisnęła na jego drapiący policzek soczystego całusa - Nie gniewaj się - drugi całus wylądował na drugim policzku - Już nie będę - trzeci znalazł swoje miejsce na miękkich ustach gryfona. Na nic głębszego i śmielszego nie mogła się zdecydować, licząc na pierwszy krok ze strony Anglika. Ograniczała się do bardzo grzecznych całusów, będących swego rodzaju zachętą do przełamania przez Maxa lodów. Mogła i czekać dwa miesiące kusząc go drobnymi pocałunkami, jednak obiecała sobie, że pierwszego, śmielszego kroku nie zrobi pierwsza. A ślizgonki potrafiły być równie uparte co gryfonki.
- Kurwa, wątpię, że ktoś inny zdecyduje się na tatuaż w tej lokacji - niewinnie wzruszyła ramionami i spojrzała gdzieś w przestrzeń za gryfonem, by zaraz wrócić spojrzeniem na jego twarz. - Ja zrobiłabym "odpierdol się", wyobraź sobie minę twego szanownego wujka, utrudniającego życie wszystkich ludziom dookoła. Naglę pokazuje mu to — wygięła na chwilę wargę, tak by dobrze zobrazować Maxowi, o co chodzi - i wybucha panika, a ja dostaje szlaban do końca roku szkolnego. - białe ząbki błysnęły w półmroku, a Dreama dodała - Dla ślizgonów jest wyjątkowo upierdliwy, czaisz, że Cortez dostał 40 szlabanów? - roześmiała się wesoło. Każdy wiedział, że starszy Fairwyn miał nierówno pod sufitem. Przecież ktoś Aleksandra musiał pilnować, a wszystkich szlabanów nie mógł zrzucić na prefektów czy woźnego. Sam skazał się na los pilnowania zielonego idioty do końca tego semestru. Dreama cieszyła się w głębi serca z kolei losu, które to dotknęły Edgara. Może jednak Bóg czy karma istniało i jednak nie miały na uczniów Hogwartu wyjebane.
Nie, że Dreamy nie interesowały okoliczności i wszelkie szczegóły związane z tatuażem na wardze. Ciekawość zżerała od środka, jednak brakło odwagi, by zapytać. No i nie chciała wbijać się do życia Maxa z buciorami. No może chciała, ale nie aż tak. Domyślała się, że pewnie historie z nim związane mogłyby ją zasmucić, a tego nie chciała. Dużo ciekawsza przyszłości, zapominała o wszystkich złych chwilach z przeszłości.
- O Merlinie, chyba na serio zrobię sobie to „odpierdol się". Leo mnie zabiję, ale przynajmniej nie będę musiała się tłumaczyć, gdy będę miała wyjątkowo paskudny humor. - Szczerze wierzyła, że w tym szaleństwie była jakaś metoda. Słowa chłopaka traktujące o bólu wyjątkowo zachęciły Vin-Eurico do nowego nabytku. Skoro nie był to jakiś niewyobrażalny ból, to z chęcią pokusiłaby się na takie dzieło. Największym problemem był TATUAŻYSTA. Ale dla takiego „cudu” na spokojnie pojechałaby do Londynu.
Przyjemnie było być przytulaną. Czuła się potrzebna, wreszcie. Istniał ktoś, komu zależało w stu procentach i komu nareszcie mogła zaufać. Cicho mruczała, gdy Max gładził czubek głowy. Przymykała oczy, bo zrobiło się sennie. By chociaż trochę się rozbudzić (bo dlaczego nie tak) przyłożyła usta do szyi chłopaka na chwilę, by zassać się przy niej i zostawić na niej malinkę. Spojrzała na kark zadowolona ze swego dzieła, zapominając o całym świecie. Z rytmu wybiło Ślizgonkę jednak pytanie o leki.
Dziewczynie wydawało się, że już o tym z Maxem rozmawiała, że wtedy w klaustrofobicznym pomieszczeniu zdążyli wyjawić sobie wzajemnie wszystko. Prawda była, jedna, a ona zapomniała powiedzieć o lekach, mających za zadanie ułatwić życie Dreamie.
Kłamać nie miała zamiaru, dlatego, gdy już oderwała się od szyi Fairwyna, rzekła bez skrępowania.
- Leki i eliksiry na poprawę humoru, po to bym wstała rano z łóżka i mogła normalnie funkcjonować. - wzruszyła beznamiętnie ramionami i dodała - Właśnie kończę ostatnią paczkę i fiolkę, i podobno sama sobie muszę poradzić z przeciwnościami losu. - Ogłupiacze otępiały, sprawiały, że czasem czuła, że lewituje. Mocniejsze od eliksirów narkotyzujących, łatwiej dostępne, bo wystarczyło coś nakłamać, a już zostawiali Cię z pełnym zestawem na każdą porę dnia. Była w momencie, w którym nie chciała już niczego więcej brać, medykamenty wymęczyły wystarczająco i naprawdę nie potrzebowała już mocnych narkotyków (do zioła nic nie było jej w stanie zniechęcić).
Zmarszczyła brwi i spojrzała na Anglika zaciekawiona.
- Mam rozumieć, że poleciałeś po bandzie? - znów położyła dłonie na jego policzkach, by móc obserwować każdą emocję na twarzy chłopaka. - Widzisz, przynajmniej nie jestem sama. Moje środki są podobne do twoich środków, tylko że całkowicie legalne. - dodała obojętnym tonem, przylegając do Maxa jak najbardziej tylko mogła. - Cieszę się, że nie zaćpałeś się na śmierć - domyślała się, że musiało być blisko. Rozszyfrowanie Gryfona nie sprawiało Dreamie większych trudności, chociaż trochę zajęło jej znalezienie w głowie powodu, dlaczego nie chwali się co tym razem zobaczył i kogo poznał w czasie jednej z tych ekscytujących podróży. Oh, jakże ona marzyła o tym, żeby kiedyś gdzieś się z nim wybrać, poznać ludzi i kraje. Uświadomiła sobie, że gdyby on zaproponował jej wyjazd teraz, zaraz to od razu by się zgłosiła. Najważniejsze, że z nim. Mogło być nawet na najdalszy koniec świata.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 22
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 124
  Liczba postów : 236
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14760-maximilian-t-fairwyn
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14762-maxiowe-relki
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14763-kuferek




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Pią Lis 10 2017, 23:07

Fairwyn odziedziczył swoje nazwisko chyba przez pomyłkę. To że potrafił czarować, nie znaczy, że to lubił i nie męczyło go. To chyba jakiś jego chory paradoks, ale wychowany w rodzinie różdżkarzy nie przepadał za sięganiem po swój magiczny patyk. Proste rzeczy wolał robić ręcznie. Umiejętność pokrojenia marchewki i ugotowania zupy czasem się przydawała, szczególnie w tych dziwnych czasach, które nadeszły. Pewnie niejeden czarodziej musi się stołować w londyńskich restauracjach bo garnek mu eksplodował, albo różdżka odmówiła posłuszeństwa. To trochę przykre i w pewnym sensie straszne. Jak drastycznie zmieniłoby się życie wielu osób, gdyby nagle cała magia znikła. Straszna wizja, ale Max nie potrafił jej wykluczyć.
-Uwierz mi, też często nie chce mi się wyciągać tego badyla z kieszeni, tylko po to by mi powiedział: pierdol się – westchnął zrezygnowany. Miedzy innymi dlatego, teraz tak bardzo olewał wszystkie kwestie związane ze swoim magicznym patykiem. Nie potrzebował go, więc go nie miał. Brzmi trochę absurdalnie, biorąc pod uwagę, że byli w Hogwarcie- szkole magii. Z niejednych zajęć, by go wywali, gdyby się do tego przyznał. Znając życie to nawet znalazłby się nauczyciel, który za brak szacunku do magicznych przedmiotów, wlepiłby Anglikowi szlaban. Jakby się jeszcze tym przejmował…
-Wszystko co mogę, to staram się robić ręcznie. W ostateczności ratuję się czarami – odparł delikatnie się krzywiąc. Dokładnie, starał się robić wszystko ręcznie. Tylko, że nie zawsze mu wychodziło. Najgorsze były początki. Za dzieciaka nie wiedział nawet, że nóż można trzymać w ręce, więc kiedy pierwszy raz się do niego zabrał, to prawie stracił palec. Prawie, bo gdyby nie magia, to teraz chodziłby ze ściętym opuszkiem u palca wskazującego przy lewej dłoni. Nic przyjemnego.
-To z przyjemności – odparł, wyszczerzając zęby do dziewczyny. A może to było zupełnie odwrotnie i cierpiał, bo ćwierćolbrzymka na nim usiadła. Coś mogło w tym być. W każdym razie już nie pamiętał, a przynajmniej udawał, że nie wie o co chodzi. Niemniej jednak wyszło bardzo ciekawie. Ciemnowłosa zaczęła obsypywać go całusami. Szkoda tylko, że takimi przypadkowymi i delikatnymi. Tylko ostatni spoczął na ustach Gryfona. Chociaż ciężko to nazwać całusem. Lekko musnęła Gryfona, jakby chciała go podrażnić. Jeśli taki miała zamysł, to robiła to doskonale. Myśli chłopaka zabłądziły, gdzieś na ścieżce pożądania. Chciała zakosztować jej delikatnych ust nieco bardziej. Nieco dłużej i wyraziściej. Chciał ją pocałować, tak prawdziwie, ale nie chciał tego zrobić jakiś gwałtowny sposób, kiedy nie będzie się tego spodziewać. W końcu mógł ją teraz złapać za podbródek i wpić się w jej usta. Tylko po co, kiedy tak mocno w niego wtulona, sprawiała, że Gryfon chciał ją chronić za wszelką cenę.
Zaśmiał się, kiedy tak żywo zareagowała na jego słowa. Miała rację i nie miał zamiaru się z nią sprzeczać. Tatuaż na wardze można było porównać do takiego na dupie, albo w okolicy penisa. Tylko kompletny idiota był gotów ozdobić sobie takie miejsca. Żeby nie było, Fairwyn nawet jako jeden z największych debili w Hogwarcie, nie planował tatuować sobie tych partii ciała, które znajdują się nieco poniżej linii pasa.
-Na Twoim miejscu bym się cieszył, gdyby to było tylko do końca roku – mruknął, kiwając lekko głową. Pomysł z „odpierdol się” był zajebisty. Jedyne co zniechęcało Maxa to, to że kiedyś to on mógłby go zobaczyć. Nie, żeby teraz zakładał taką opcję. Właściwie to nie chciał nigdy brać pod uwagę takiego obrotu spraw. Ciemnowłosa już była dla niego całym światem i po ostatnich wydarzeniach, raczej nie wierzył, że to tylko zwykle zauroczenie. Nawet nie chciał wierzyć. Doskonale wiedział, jak nazwać to co do niej czuje, tylko czy powinien tak na głos?
-Znając go, to równie dobrze mógłby Ci coś dopierdolić do końca życia, bo czemu nie – westchnął cicho i skrzywił się delikatnie. –Niedługo sam będę musiał się z nim chwilę użerać – dodał, wyraźnie zrezygnowany. Edgar miał strasznie trudnych charakter, ale Max czuł jakąś głupią potrzebę porozmawiania z wujkiem. Podobno był jedną z najbliższych osób ojca Gryfona. Jak tak teraz o tym myślał, to strasznie mało wiedział o swoim tacie, a takie rzeczy chyba warto wiedzieć. Nie chciał by wszystko co mógł powiedzieć o swoim starszym, to żart o tym jak zginął…
-On nie jest waszym opiekunem? – spytał troszkę niepewnie. Mógł się mylić, w końcu lubił wagarować i wakacje zrobił sobie już w pierwszym tygodniu września, ale z tego co się orientował, to Edgar został w tym roku opiekunem Ślizgonów, a jego syn prefektem. Zabawne, biorąc pod uwagę, że nie przepadają za sobą zbyt mocno.
-Szczerze mówiąc to ani trochę mnie to nie dziwi – nie znał tego całego Corteza, więc mógł tylko zgadywać, że jest jakimś debilem. W każdym razie mówili o Edgarze. Ten człowiek był dziwny, aspołeczny. Fairwyn czasem się zastanawiał, jak jego ojciec mógł się z nim dogadywać. Im dłużej się nad tym zastanawiał, tym bardziej miał przed oczyma obraz frajera w okularkach.
-Dlaczego miałby Cię zabić? – spytał, bo w sumie to nie wiedział jak bliskim są rodzeństwem. Jaka relacja panuje pomiędzy nimi. Mógł się tylko domyślać, po tym jak poznał go jeszcze w Grecji. Ćwierćolbrzym był bardzo zabawny, a drażnienie go był ciekawym doświadczeniem. Nie bez powodu Max był Gryfonem. Chyba tylko on potrafił drażnić kolesia większego od niego o jakieś czterdzieści centymetrów, bez ani odrobiny strachu. –Zresztą, nie pozwoliłby mu – dodał lekko się uśmiechając. Co prawda, skończyłoby się pewnie na tym, że to Max zginąłby po prostu pierwszy, a Dreamie nic by się nie stało, ale co tam.
Zamruczał, zaśmiał się, zadrżał, kiedy ciemnowłosa przyssała się do jego szyi. Było to przyjemne, ale i potwornie łaskotało. Ostatecznie nie miał nic przeciwko, by dziewczyna zostawiła swój ślad na jego szyi. Przynajmniej teraz w jakiś sposób oznaczyła sobie Gryfona. Jak to dalej wykorzysta, nie wnikał. Przez takie pieszczoty, mógł śmiało stwierdzić, że są sobie bardzo bliscy.
Zmartwiony spojrzał na dziewczynę, kiedy zaczęła mówić o lekach. Jak bardzo źle z nią było? Wyrzuty sumienia znowu dopadły chłopaka. Martwił się o nią. Potwornie się martwił. Nie wiedział za bardzo co ma powiedzieć. Ciarki wyszły na rękach Gryfona. Mówiła to z taką obojętnością (?).
-Przez co przeszłaś? – co ci się stało? Chciał ją wypytać o wszystko. Dobra, wyjechała do Afryki, ale myślał, że to wszystko. Nie spodziewał się, że tam było aż tak źle z ciemnowłosą. Martwił się, tak cholernie się martwił. Przytulił ją mocnej do siebie.
-Zrobili Cię trochę w chuja, bo nie będziesz sobie radziła sama – zamknął oczy i mruknął do jej ucha. Wręcz wyszeptał. Jedną wargą delikatnie otarł się o płatek jej ucha. Co miał więcej powiedzieć. Uśmiechnął się, ciesząc z tego co powiedział. Nie była sama – już nigdy więcej. Teraz byli oni.
-Może trochę – westchnął, przewracając oczyma. No dobra, nie trochę. Jeśli w Grecji mieli spore odpały, jak te z Jadem Bazyliszka, tak podczas ostatniej wycieczki, przez Wietnam i Bóg wie co jeszcze, to coś takiego mógłby nazwać lżejszym dniem.
-Znam na to lepszy środek – odparł, patrząc prosto w jej oczy. Nie chciał, by więcej brała swoje leki. Nie życzył jej źle, wręcz przeciwnie, chciał dla Ślizgonki jak najlepiej, ale nie chciał by wspomagała się głupimi prochami.
Złapał ją za podbródek, który pociągnął bliżej do siebie. Za szybko? Chuj z tym. W końcu mógł poczuć jej delikatne usta, w czymś dłuższym niż tylko nieśmiałe muśnięcie. Najpierw powoli, później nieco bardziej intensywnie. Ich wargi złączyły się w czymś niesamowitym – magicznym, tylko nieco inaczej od tego co znali na co dzień. Chociaż kto wie, może to się stanie ich codziennością.
-Cieszę się, że tylko ścięłaś włosy – powiedział cicho, bardzo cicho. Szeptał, jakby nie chciał by ktoś ich usłyszał. Co z tego, że poza nimi w pokoju był tylko Stach. To nie były tematy, które powinien słuchać mały kameleon. Zależało mu na Dreamie i nie wybaczyłby sobie, gdyby zrobiła sobie coś więcej. Nie wybaczyłby jej. Potrzebował Ślizgonki w swoim życiu jak tlenu, o czym przekonywał się z każdą wspólnie spędzoną sekundą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Skąd : Puebla, Meksyk
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 333
Dodatkowo : członek drużyny Quidditcha
  Liczba postów : 577
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13697-dreama-vin-eurico
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13847-mialam-sen-piekny-sen-a-w-tym-snie-wszyscy-mieliscie-relacje-z-drama
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14451-dramatyczne-listy
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13852-dreama-vin-eurico?highlight=dreama




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Sob Lis 11 2017, 02:45

Dziewczyna często zapominała, że Max nie jest typowym czarodziejem o wysokiej czystości krwi. Właściwie to bardziej stawiałaby na to, że jest 50% albo i niżej, a nie jakieś 90%, jak się w późniejszym okresie znajomości okazało. Podziwiała go jak cholera, bo dzielnie sprzeciwiał się zasadom panującym w jego rodzie.
Każdy Fairwyn znał się na różdżkach i właściwie nigdy nie rozstawał się ze swoją. Każdy oprócz Maxa, który nie bałby się wyjechać w świat o tako, z niewielkim plecakiem przewieszonym przez ramie i podręcznym zestawem małego zielarza w kieszeni.
Nie wskazywały na to ani tatuaże, ani słownictwo, jakim się posługiwał, ani to jaki charakter miał. Mniej więcej kojarzyła jego młodszego kuzyna, prefekta i nie mogła nadziwić się nad tym, jak bardzo różnymi osobami byli. Zielony Fairwyn wszędzie ciągnął za sobą jakiś patyk, który zaciekle strugał, klnąc pod nosem na wszystkie ziemskie świętości. Wydawał się w tym wszystkim taki śmieszny i kreskówkowy. Czasem zachowywał się jak wariat, ale nie był groźny — raczej nie podejrzewałaby go o to, że kiedyś rzuci się na kogoś i wydłubie temu komuś oko jednym ze swoich narzędzi do tworzenia różdżek.
- Widzisz, może to i lepiej, że magia szwankuje aż tak bardzo - wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się wrednie - nawet nie wiesz jak wielu krukonów zdążyłam doprowadzić do szewskiej pasji - Czystą przyjemność sprawiało ślizgonce patrzenie na męczących się z własnym brakiem umiejętności krukonów. Denerwowali się, zaciskali w złości piąstki, aż kłykcie bladły i zachowywali dość irracjonalnie. Dreama była wyluzowana, szczególnie pod względem szkolny, więc takie zachowanie działało na nią jak płachta na byka, sprawiając, że czasem specjalnie podpuszczała jakiś niebieskich, byleby tylko ci popadli w wielką irytację. Ehh, głupie kruczki nie znały życia, bo zawsze łykały wszystko, co tylko Vin-Eurico powiedziała jak pelikany. Nie miała zamiaru przestać, licząc, że prędzej czy później doświadczenie innych uczniów nauczy ich tego, że Ślizgonom nie zawsze warto ufać. Było zgoła inaczej, Dreama wymyślała prawdziwe babole, dając ponieść wybujałej fantazji. I nigdy nie żałowała.
Całusy zadziałały na Maxa. Wszystko układało się tak jak Dreama zaplanowała. No w miarę. Nie narzekał, nie skrzeczał, nie piszczał i wydawał się ogólnie zadowolony ze wszystkich jej poczynań. Właściwie to dziwiła się, że tak delikatnie do niej podchodzi, a jego ruchy ograniczają się tylko i wyłącznie do przytulania. W najdalszych zakątkach wyobraźni marzyła o pocałunku — ognistym, pełnym uczuć i tęsknoty, którą przez te trzy tygodnie rozłąki czuli. Oczywiście Max zabierał się do tego, jak pies do jeża. No cóż, chyba naprawdę nie pozostało Dreamie nic więcej niż czekać. Cholera. Najgorsze w tym wszystkim było to, że właściwie nie należała do cierpliwych. Nie lubiła czekać, nawet jeśli zastanawiała się nad czymś dłużej, to nie miała problemu z tym, by podjąć szybką i zdecydowaną decyzję. Wszystko zależało od sprawy, przed którą stoi. W tym przypadku chodziło o pocałunki, a nie czyjąś śmierć czy inne słabe rzeczy, zmuszające do myślenia.
- Zawsze zastanawiało mnie, co trzeba zrobić, żeby wylecieć ze szkoły - delikatnie zmrużyła powieki. Bo taki Cortez na przykład, każdy wiedział, że jest szemrany, ale nikt nie był zainteresowany tym by cokolwiek z nim zrobić. Wychować czy zmaltretować by zaczął myśleć, chociaż ociupinkę inaczej. W cuda nie wierzyła, a to, że Aleks mógłby stać się kimś, kto z własnej woli pomaga staruszkom czy opiekuje się zwierzętami, do grupy tego typu cudów należało. Jednak dalej uważała, że coś dałoby się zrobić. Nikomu nie chciało jednak się zaangażować. Zaraz przypomniała sobie o tym, że przecież rozegrali ostatnio partyjkę Therii, która okazała się wyjątkowo interesującą — raz nawet uratował Dreamę, przed nie pamiętała już czym... Ale uratował i to się liczyło! Czyli posiadał jakieś tam ludzkie odruchy.
Czasem zastanawiała się, czy Edgar też jakieś posiadał, trudno było uwierzyć, że taki Max, który był jedną z najmilszych (a przynajmniej dla niej) istot na ziemi, był tak blisko spokrewniony z Edgarem. Jeszcze bardziej bawiła opcja, że w przyszłości może, może będą rodziną. Wydawała się nierealna, chociaż zobaczyć uchlanego nauczyciela run musiało być niezwykłym przeżyciem, dziewczynie zdawało się nawet, że wyszłaby za mąż tylko z tego powodu, żeby odkryć nieznane im wszystkim strony skomplikowanego umysłu mężczyzny.
- Tak, Fairwyn jest opiekunem naszego domu, tak nie wiem, kto mu to przyznał i za jakie grzechy - powiedziała wprost, bez jakiegokolwiek skrępowania. Max nie brał sobie tego do serca, bo sam za bardzo nie przepadał za swoim wujkiem. Dreama widziała jak wielki problem miał z tym, by ot tak nawiązać z nim kontakt, nawet wiedząc, że w przeszłości podobno był bardzo blisko z ojcem chłopaka.
Rodzeństwa podobno się nie wybiera, ale w tym przypadku Vin-Eurico oddałaby wszystkie pieniądze, byleby tylko nie być spokrewnioną z takim Edgarem.
- Z tego, co mówisz - dodała jeszcze - Wynika, że twój tata to musiał być baardzo cierpliwy człowiek - zaczesała włosy do tyłu i rzuciła - Bo żeby wytrzymać z Edgarem trzeba albo wielkiej samodyscypliny, albo czuba w głowie. - Ostatnie słowa wypowiedziała, nie myśląc nad ich sensem, złapała się na tym, że chyba obraża jego ojca już po tym, gdy je wypowiedziała. Skruszona zmarszczyła brwi i niepewnie uniosła kącik ust do góry. - A ja chyba przez przypadek obraziłam twego tatę, wybacz. - Bardzo głupi jej nie było, no może trochę, ale już tak miała, że jeśli już wylewała z siebie ten potok słów to słabo albo raczej całkowicie nad nim nie panowała. Szło jak lawina, lawa wylewała się z ust Dreamy i zalewała całe miasto przy okazji przykrywając gorącą masą ludzi, którym nie udało się uciec.
Nie chciała mówić o Leo. Jakoś tak, no nie chciała. Głupio Dreamie było zaczynać ten temat, bo nie chciała się skarżyć. Nawet jeśli ciągle miała przeświadczenie o tym, że jej brat ma na nią trochę bardziej wyjebane to no, nie chciała donosić. Nie potrzebowała współczucia, a już szczególnie w tej sprawie, bo szczerze liczyła, że wszystko naprawi się samo. Gorzej, że stan utrzymywał się od jakiegoś roku, a ona ciągle wmawiała sobie, że to minie. Była łatwowierna, wierzyła w brata i w siebie, bo dobrze wiedziała o tym, że wina leży po obu stronach.
Trochę niechętnie rzuciła.
- Widzisz, Leo jest trochę mniej inny niż ja. Wiadomo, wielki z niego chłop, ale nikt nigdy nie postrzegał go jako dziwadła. Ma więcej przyjaciół i nie wiem, wydaje mi się, że zawsze powodziło mu się lepiej. Chociaż on myśli, że jest strasznie słaby, bo czasem nie wychodzi mu z magią. - prychnęła cicho pod nosem - w kontaktach z ludźmi wszystko wychodzi mu samo. - znów zaczesała włosy do tyłu - Przepraszam, zabłądziłam gdzieś w krzaki i gadam o czymś całkowicie innym. Ogólnie chodzi o to, że wydaje mi się, że taki tatuaż zostałby potraktowany przez niego jako lekka przesada. - Dla Dreamy żadne modyfikacje nie były dziwne, a inni ludzie mogli robić ze swoimi ciałami co tylko chcieli. Dużo bardziej bolało to, że komuś takie coś może się nie podobać, braku tolerancji na tak głupie rzeczy nie potrafiła zrozumieć i zrozumieć nie chciała.
Od Maxa biło wielkie zmartwienie. W jednej chwili zrobiło jej się niewyobrażalnie ciepło. Sprawnym ruchem zdjęła grubą bluzę przez głowę, pozostając w zwykłym podkoszulku na ramiączka, po czym ponownie wtuliła się w ciało chłopaka.
- No właściwie to nie wiem, przez co przeszłam - dłoń Dreamy znalazła się na torsie Maxa, mówiła bardzo spokojnym tonem, bez żadnego zacięcia czy zająknięcia - Ze smutnych spojrzeń ludzi mnie badających mogę stwierdzić, że coś mam spierdolone w środku. Na amen.
Szept wywołał burzę. Ciarki przeszły Dreamę od stóp do głów. Wyznanie potęgowało to, w jaki sposób Max wypowiadał słowa, przy okazji zaczepiając o płatek ucha Ślizgonki. Gdyby z całych sił nie powstrzymywała swego organizmu przed tak żywymi reakcjami, to padłaby na ziemię i musieliby ją zbierać łopatą albo i miotłą, bo rozpadłaby się w pył pod wpływem ciepłego oddechu ukochanego na szyi.
Lepszy środek okazał się czym nieziemskim. Pocałunki, których doświadczyła będąc w Grecji, były niczym w porównaniu z tym, co teraz się działo. Czuła ciepło i gorąco i tak na zmianę, serce waliło jak oszalałe, rwało do przodu, byleby tylko znaleźć się bliżej Anglika. Przywarła do niego, ciągle nie przerywając pocałunku. Zarzuciła mu na szyję ręce, a palce zawędrowały na tył głowy, gdzie spokojnie masowała skórę szyi i głowy. Nie chciała przerywać, chociaż brakowało oddechu. Czuła rumieńce na twarzy i to, jak bardzo trzęsłyby jej się ręce, gdyby nie były czymś zajęte. Dawno nie wariowała z uczuć aż tak bardzo. Kiedy już oderwała się od Maxa czuła wielki niedosyt. Ogłupiała słuchała co mówi, całkowicie nie nadążając nad treścią i sensem słów.
Delikatnie przygryzła wargi i dodała.
- Nie rozumiem, o co Ci chodzi, ale mogłeś to zrobić wcześniej - uśmiechnęła się niewinnie i znów wpiła w usta Fairwyna, tym razem bez jakichkolwiek oporów. Śmieszne było, że tak brakowało jej czynności, której nie zaznała w innym stanie niż lekko albo bardzo wskazujący. Cicho mruknęła w usta chłopaka, zadowolona z przebiegu zdarzeń. I trzeba się było czaić? No właśnie, nie było.
Kiedy znów oderwała się od niego, nie była w stanie nic powiedzieć, organizm szalał, organ mowy odmawiał posłuszeństwa. Złapała się jedynie za czerwone policzki i przymknęła oczy, jakby w strachu, że jeśli ponownie je otworzy to Maxa tam nie będzie. Wizja przerażała. Jeśli ktoś wątpił w to, że żeby uzależnić się od kogoś, potrzeba było wiele czasu, to był w błędzie. Jej wystarczyły wakacje oraz kilka innych dni, spędzonych razem. Myśli o tym, że mógłby być daleko, stawały się coraz cięższe, smuciły niezmiernie.
Kochała to szaleństwo, kochała Maxa, chociaż trudno było jej się do tego przyznać przez samą sobą, nawet jeśli spędzali teraz wspólnie wspaniałe chwilę.
- Dobra, już, możesz mówić - pokręciła głową, by na chwilę odgonić coraz to brudniejsze myśli. I całkowicie otrzeźwiona i rozbudzona jak nigdy wcześniej - już Ci nie przerywam, no chyba, że chcesz - spojrzała Gryfonowi głęboko w oczy i uśmiechnęła najpiękniej jak tylko mogła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 22
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 124
  Liczba postów : 236
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14760-maximilian-t-fairwyn
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14762-maxiowe-relki
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14763-kuferek




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Sob Lis 11 2017, 17:34

Jeśli chodzi o kwestię wychowania, to Fairwyn był bardzo ciekawą osobą. Za dziecka wpajano mu niechęć do mugoli, której na szczęście nie odziedziczył. Przez swoje podejście często się kłócił z matką, ale zawsze z tyłu głowy miał tą świadomość, że to przecież matka. Jest tylko jedna, więc kochał ją mocno. Podobnie zresztą było i z nią. Miała tylko jednego syna, Max był jej jedynym dzieckiem. Swoją drogą było to bardzo smutne, bo owdowiała młodo, wiec śmiało mogła znaleźć sobie kogoś innego.
Nawet jeśli Max był jaki był, to w kwestii różdżek nie był idiotą. Nazwisko zobowiązywało, prawda? Chociaż nigdy mu się to nie podobało i nie wiązał z tym swojej przyszłości, to przeszedł przez kurs tworzenia magicznych patyczków. W przypadku Gryfona nie był on zbyt przyjemny. Z oczywistych powodów nie mógł zostać do niego przygotowany przez ojca, nad czym czasem ubolewał. Chyba śmiało mógł powiedzieć, że brakowało mu trochę staruszka w młodzieńczym życiu. Nie żeby go za to obwiniał. Nie miał prawda. Rozumiał, przyzwyczaił się do tego, że umarł i nigdy nie będzie miał okazji go poznać, ale gdyby tylko mógł dostać taką możliwość, to nawet na moment by się nie zawahał.
-Zawsze myślałem, że oni potrafią coś więcej niż machać różdżką – jak widać mógł się mylić. Mimo wszystko, kiedy słyszał krukon, to zawsze miał przed oczyma obraz jakiejś inteligentnej osóbki, często w okularkach, a nie debila, który nabiera się na najgłupszy żart i wściekał o byle pierdołę. Małe tego, wśród niebieskich krawatów widział osoby bardzo sympatyczne, które z łatwością odnajdują się w mało przyjemnym, czarno-magicznym świecie.
-Za byle pierdołę nie wyrzucają. Może jakbyś kogoś zabiła to by nad tym pomyśleli –mruknął przewracając lekko oczyma. Fairwyn naprawdę tak myślał. Dopiero morderstwo było wystarczającym przestępstwem do wywalenia kogoś ze szkoły. Wszystko inne karali szlabanami. Niektórzy uczniowie bezkarnie rzucali na zajęciach zaklęcia czarno-magiczne.  Prochów nie można było wnieść na teren Hogwartu, a alkohol był zwykłą błahostką. Jeśli nie w szkole, to wystarczyło wyskoczyć do pobliskiego Hogsmeade by dobrze imprezować. Pobicia też nie były niczym wielkim. Przecież na zajęciach z Obrony przed Czarną Magią, uczniowie przy nauczycielu obrzucali się zaklęciami mogącym zrobić krzywdę. Samo w sobie, było to narażaniem ich na niebezpieczeństwo, a jak jeszcze dodać do tego ostatnie problemy z magią, to łatwo było o tragedię. Ciekawe, kiedy wybuchnie pierwsza różdżka w czyjejś dłoni, od nadmiaru zgromadzonej w niej mocy.
-Z tego co się orientuję to był Ślizgonem, ale dlaczego został opiekunem to nie mam kurwa zielonego pojęcia. Przecież to wymaga chyba jakiejś integracji z uczniami, a on… Najchętniej to by się zamknął w jakiejś szafie od środka. – trochę współczuł ćwierćolbrzymce. Załatwić cokolwiek z Edgarem było ciężko, a do tego nigdy nie miał pewności, czy pójdzie po jej myśli. Max z chęcią pomógł by Vin-Eurico tylko, że nawet jeśli nauczyciel run, był jego wujkiem to nie miało żadnego znaczenia w ich relacji. Max był gotów zaryzykować stwierdzenia, że Edgara nie obchodził własny syn. Dawał matce alimenty, czego chcieli więcej?
-Czill, przecież mówimy o moim ojcu – mruknął, z uśmiechem patrząc na Dreamę. Nie rozumiał, dlaczego go przepraszała. Przecież nie obrazi się na nią za taką pierdołę. Jeśli chciał go w jakiś sposób skrzywdzić, to musiała się naprawdę dużo bardziej postarać. Jedyne na co mógłby się na nią obrazić, pogniewać to gdyby znowu znikła z jego życia, a na to się chyba nie zapowiadało. Przynajmniej nie planował pozwolić jej odejść zbyt szybko. Najlepiej to nigdy.
-Serio uważasz, że był jakimś spokojnym facetem? – spytał z lekkim niedowierzaniem i rozbawieniem malującym się na jego twarzy. Kątem oka spojrzał na dziewczynę. Ona serio tak myślała? Nie to nie mogło być możliwe. Zaśmiał się rozbawiony i przytulił do niej twarz. Była tak prawdziwa. Oddziaływała na wszystkie zmysły Gryfona. –Jakby nie miał czuba w głowie, to nie umarłby tak młodo. – Wcześnie odchodzą tylko szaleńcy, dla których zabawa rozpoczyna się przed dwudziestą druga. Kiedy tak teraz o tym myślał, to Max musiał być dla niego sporą przeszkodą. W końcu oznaczał koniec tej przyjemności i zabawy, a poważne, dorosłe życie.  Miał to gdzieś, przynajmniej mógł żyć w głupim przeświadczeniu, że jego ojciec musiał być fajnym kolesiem. W końcu to jedna z cech, którą odziedzicza się genach, prawda?
-Przestań mnie cały czas przepraszać. Nic się nie stało. Nie gniewam się – mruknął wyszczerzając lekko zęby. Nie przeszkadzało mu to w jakim kierunku zmierzała ich rozmowa. Przecież od tego tutaj byli, prawda? By gadać, na każdy możliwy temat. Jeśli Ślizgonka chciała nieco przedstawić jak wygląda sytuacja z jej bratem, to spoko.
-Też ćpał z obcymi ludźmi? – spytał drwiąco, nawiązując do bardzo dobrze znanej im sytuacji. Jakoś nie chciało mu się wierzyć, że Dreama miała jakieś problemy w kontaktach z ludźmi. Po tym co zdążył ją poznać, to była bardzo towarzyską osoba. W Hogwarcie znała zdecydowanie więcej osób od niego, na świecie już może trochę mniej. W każdym razie, Ślizgonka zbyt nisko się ceniła. Była wyjątkową dziewczyną i jeśli tylko by chciała, to dogadałaby się z wieloma osobami. Zresztą skoro Max miał przy niej zostać, to raczej było nieuniknione. Fairwyn lubił poznawać nowych ludzi, więc automatycznie skazywał na to Meksykankę.
-Nie zgadzam się – w Grecji, Leonardo zaakceptował Maxa, a przynajmniej go nie zabił, kiedy Gryfon drażnił ćwierćolbrzyma. Jeden mały i wręcz niewidoczny tatuaż, był niczym w porównaniu do Anglika, który, nie był najlepsza rzeczą, która mogła spotkać Dreamę. Starszy kolega miał łatwość do demoralizowania jej, a mimo to wciąż nie dostał żadnego zakazu zbliżania się do Ślizgonki. Swoją drogą pewnie by go olał.
-Po prostu nie kumają, jak niektórzy ludzie mogą mieć tak zjebany łeb – zaśmiał się i posłał do dziewczyny wyraźne cmoknięcie. Czułości, były przyjemne, ale bez przesady. Nadmiar cukru szkodzi zdrowi. W każdym razie, to za ten zjebany łeb właśnie uwielbiał dziewczynę. Swoim wyjątkowym podejściem do życia wyróżniała się na tle innych dziewczyn i właśnie dlatego wpadła w oko Anglika. Był jej za to bardzo wdzięczny.
Uśmiechnął się, kiedy tak entuzjastycznie zareagowała na jego pocałunek. To miłe, chociaż nie miał okazji się tym nacieszyć. Jeszcze nie, bo szybko zaskoczyła go swoim dalszym działanie. Tym razem to ona zaczęła ten błogi moment. Wyjątkowy, który nie powinien się nigdy kończyć. Emocje buzowały w Fairwynie, serce biło mu jak szalone. Żaden zastrzyk z adrenaliny, nie mógł się równać z tą krótką chwilą. Nie chciał by się kończyła. Nie potrzebował oddychać, mógł tak po prostu umrzeć. Namiętnie smakował delikatnych ust dziewczyny.
-Zapomniałem co chciałem powiedzieć – odparł, parskając cicho śmiechem i uniósł nieco brwi do góry. –Tak chce – dodał, krótko i nie czekał zbyt długo, bo znowu zbliżył się do ćwiercolbrzymki. Przymknął oczy i pocałował ją jak gdyby świat miał się zaraz skończyć. W głowie słyszał tylko dudnienie własnego serca w rymie aj low ju. Kochał Dreamę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 17
Skąd : Puebla, Meksyk
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 333
Dodatkowo : członek drużyny Quidditcha
  Liczba postów : 577
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13697-dreama-vin-eurico
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13847-mialam-sen-piekny-sen-a-w-tym-snie-wszyscy-mieliscie-relacje-z-drama
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14451-dramatyczne-listy
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13852-dreama-vin-eurico?highlight=dreama




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Nie Lis 12 2017, 01:42

Jedyną rzeczą jakiej Vin-Eurico nie była w stanie zrozumieć była nietoleracja. Do niej samej nie dochodziło, jak można było mieć obiekcje co do mugoli. Wspominała zawsze matkę, która przecież mugolką była i należała do najwspanialszych przedstawicielek babskiego rodzaju.
Bardziej do dziewczyny przemawiała nienawiść do całego gatunku ludzkiego, na czele z każdą władzą, którą próbowała podporządkowywać sobie ludzi. Ludzie o wyższym statusie majątkowym czy „lepszym” pochodzeniu wzbudzali dziwną przykrość, spowodowaną bardziej ich głupotą aniżeli tym, że w jakikolwiek sposób raniły Ślizgonkę ich słowa.
Przykro było patrzeć na następnego czysto krwistego, za wszelkie skarby świata zapierającego się rękami i nogami przed światem mugolskim. Oni wszyscy nie wiedzieli nawet, ile tracą, jak wiele wspaniałych rzeczy zostało wynalezionych przez mugoli, którym udało dojść się do sukcesu bez użycia magi.
Czasem wydawało się Dreamie, że różdżki ogłupiały, bo niektórzy czarodzieje całkowicie nie radzili sobie bez ich pomocy, właściwie nie będąc w stanie obyć bez prostej formułki ułatwiającej życie. Co to za człowiek, który ułatwia sobie życie przy właściwie każdej czynności życiowej.
I właśnie z tym typem człowieka kojarzyli się Dreamie krukoni. Być może się myliła albo przez te sześć lat poznawała wyjątkowych idiotów. Pech? Chichot losu? Wszystko możliwe.
- Chyba mam pecha do krukonów - rzuciła lekko - Albo to tylko mój rocznik taki pojebany - westchnęła cicho, myśląc o tym, jak wielu normalnych krukonów udało jej się nie poznać. Jak wiele dobrego jeszcze ją ominie, towarzystwo gryfonów służyło Dramie, a już tego jednego Gryfona, któremu udało skraść się serce dziewczyny najbardziej — jednak zaczęła odczuwać to, jak bardzo ogranicza się przy wyborze znajomych. Może powinna poznać jakiś nowych ludzi? Albo przynajmniej postarać, uspokoić ten paskudny ślizgoński charakter, który czasem naprawdę dawał się we w znaki. Bycie miłym ciągle, zawsze i wszędzie miało swoje plusy, jednak czy ona potrafiłaby oszczędzić sobie tych wszystkich kąśliwych komentarzy? Raczej nie.
- Zawsze można spróbować z jakąś przypadkową Avadą - wzruszyła ramionami - Jeden rzut w czasie meczu i nikt nie zorientowałby się, kto to zrobił, skąd i gdzie - drapieżny uśmiech zdobił buzię Meksykanki. Nie miała oporów przed opowiadaniem tego typu, wyjątkowo suchych żarcików. Często niesmacznych i chorych, jednocześnie nie bała się, że on weźmie ją na poważnie. W normalnych warunkach nie zrobiłaby nikomu krzywdy.
Nie szukała zwady z innymi ludźmi (no może czasem wychodziło całkowicie inaczej, ale nie każdy był w stanie zrozumieć Vin-Eurico), tym bardziej nie w głowie dziewczyny było obrzucanie z kimkolwiek czarno magicznymi zaklęciami. Nawet kiedy Fire podbiła jej oko (ach, te trudne początki znajomości) to nie oddała, bo po co. Uważała, że zasłużyła, tamtego dnia wyjątkowo bardzo chciała rozdrażnić rudą małpę, doprowadzając do granicy wytrzymałości. Czy żałowała? Nigdy w życiu, a na drugi dzień może jeszcze bardziej i mocniej zaczepiała koleżankę z Gryffindoru. Igrała z ogniem, całkowicie nie zdając sobie sprawy z konsekwencji swego zachowania. Po czasie Fire udało się ujarzmić, nie traktowała Dreamy jak rywalki numer jednej, a po jakimś czasie zaprzyjaźniły się. Nadawały na całkowicie innych falach, jednak ruda małpa, z tym swoim dziwnym zachowaniem przypadła Ślizgonce do gustu.
A Edgar był, no właśnie był dziwny i tego zmienić nie mógł nikt. Z tego, co słyszała, to kiedyś olał pogrzeb własnej matki, całkowicie nie przejmując się tym, że kobiecinie się zmarło. Już to świadczyło o jego wyjątkowym dziwactwie, albo raczej braku jakiejkolwiek empatii.
Dreamie zdawało się, że opiekun domu musi być przede wszystkim empatyczny i przygotowany na każdą okoliczność, a inteligencją czy znajomością wielu języków nie dało się tego nadrobić.
Słowa o szafie wyjątkowo rozbawiły Dreamę. Wyobraziła sobie Edgara siedzącego w jakimś ciemnym i klaustrofobicznym pomieszczeniu i czytającego te swoje runy albo narzekającego na wyjątkowo nieroztropną młodzież, którą zmuszony był nadzorować. Zaraz w głowie pojawiła się wizja trzynastolatki z pierwszym okresem, całkowicie niewiedzącej co ze sobą zrobić, wstydzącą jak cholera, czerwoną jak buraczej i pytającej o takie rzeczy nauczyciela. Ciekawe co by zrobił. Wyśmiał? Niee, to nie było w stylu chłodnego mężczyzny, raczej wysłał do pielęgniarki, która zalałaby nastolatkę broszurkami o ciąży, dzieciach i innych tego typu pierdołach.
- Może jeśli kupie mu tą pieprzoną szafę to zaspokoję jego podstawowe potrzeby życiowe i wreszcie da sobie spokój z nauczaniem - To był jakiś plan. Stałaby się bohaterem, któremu udało się poskromić aż dwóch Fairwynów.
- A czy ktokolwiek inny daje sobie z nim radę? - mruknęła - On chyba nie lubi nawet samego siebie, a co dopiero innych ludzi. Więc albo potrzeba było milczka, albo kogoś, kto posiada wielką cierpliwość i właściwie nie zwracał uwagi na wredne przytyki - delikatnie przygryzła wargi - Ja całkowicie zrezygnowałam z Historii Magii, bo prędzej czy później doszłoby między nami do jakieś jadki. Wolę żyć spokojna, tylko z jednym obecnym w życiu. No i bez ewentualnej możliwości dostania szlabanu na runach. - Szlabany nie były trudne czy wykańczające, nie stanowiły właściwie żadnej kary. A przynajmniej dla Ślizgonki, traktowała je jak natrętną muchę, latającą nad nosem i niedającą człowiekowi spokoju. Po jakimś czasie mucha umierała, tak jak i kończył się kiedyś szlaban. Krąg życia czy coś.
- A co do śmierci to wcale nie trzeba mieć czuba. Zawsze można wpaść pod mugolski samochód, zostać porażonym piorunem, utonąć w wodzie, zostać zamordowanym przez nieznajomego w czasie ćpania w krzakach, przypadki chodzą po ludziach. - mimowolnie wzruszyła ramionami.
Jeszcze 3 tygodnie temu nie mogła wyobrazić sobie rozmowy o umieraniu, wpadała w dziki szał nie pozwalając myśleć sobie samej o żadnej z złych rzeczy. Zamykała się w sobie, bujała jak dziecko z chorobą sierocą i wyglądała na naprawdę poważnie chorą. Bała siebie samej, zdając sprawę z tego, że jest zagrożeniem dla ludzi. Teraz było lepiej, czasem dalej przykro, ale lepiej.
Nastolatka uśmiechnęła się przepraszającą, nie mówiąc już ani słowa. Przeprosiny wypływały z ust mimowolnie, jakby pośrednio przepraszała Maxa za nagły wyjazd i złamane serce, zaserwowane w zestawie.
Prychnęła jak kotka na słowa o ćpaniu w lesie.
- A może to przez ten twój naturalny, gryfoński magnetyzm udało Ci się zaciągnąć mnie w krzaki - brzmiała dwuznacznie i zabawnie, jednak nie mogła powstrzymać siebie przed jakimiś dziwacznymi porównaniami. Może gdyby nie okazało się, że chłopak jest tak wspaniałym facetem, to żałowałaby swych czynów, jednak prawda była inna — dzięki swemu głupiemu, bo głupiemu zachowaniu poznała go i teraz mogła cieszyć się towarzystwem Maxa. Co byłoby, gdyby wtedy na siebie nie wpadli. Na obskurnym, greckim targu przy wózeczku podejrzanie wyglądającego pana sprzedawcy, posiadającego w swej ofercie tylko i wyłącznie zakazane produkty. Wielce możliwe było, że nie przeszłaby załamania, że żyłaby w idealnym świecie — ale bez Gryfona. Jednak czy świat bez niego mogła nazwać tym idealnym?
- Ale wracając do tematu Leo to typ sportowca, a ja jestem nerdem z wyjątkowo chujowymi wynikami w nauce, gdyby nie perkusja to pewnie dalej bałabym się odezwać do innych ludzi, bo wiesz, teraz może i mało rzeczy sprawia mi trudność, jednak kiedyś było całkowicie inaczej - i może łezka zakręciłaby się w oku Dramy na wspomnienia dawnych lat, gdyby tamte lata nie były tak strasznie nudne.
Bała się wszystkiego — przemów, ludzi, tłumów, wielkich pomieszczeń, miejsc publicznych, gdzie mogłaby zaliczyć jakiś przypał. Nie odzywała się, podziwiając świat z daleka i poddając go dokładnej analizie. Potem zainteresowała się muzyką, chęć sławy była tak wielka i tak bardzo wciągała, że mimowolnie otworzyła się na ludzi i tak dalej toczyło się życie Vin-Eurico. Niektórym trudno było w to uwierzyć, jednak uczniowie z dawnej szkoły znali dawne ja dziewczyny. - No, ale Leo nie ćpa raczej. Na jad by się nie zdecydował na pewno. - zakończyła z uśmiechem.
Łeb Dreamy był zjebany od zawsze. Brakowało przynajmniej trzech klepek i 1/5 mózgu — jak jej się wydawało odpowiadającym za w miarę logiczne myślenie, względną ogarniętość i strach.
Mało czego się bała (no może oprócz śmierci) - niebezpieczne stworzenia traktowała jak kotki czy pieski, nauczycieli nie budzili w niej żadnego respektu, jedynie wkurwienie no i jeśli coś dziewczynie nie podobało się, to waliła prosto z mostu, nie przejmując się konsekwencjami. Parę razy dostała w mordę, parę razy ledwo udało się nie dostać w mordę, jednak trwała w tym stanie — nie przejmując się tym, że kiedyś ktoś wkurzy się tak, że ją zamorduje i to w sposób gwarantujący, że nigdy nie wróci na Ziemię z zaświatów.
- Nie kumają, bo Ciebie jeszcze nie zgarnęli na takie badania, - uśmiechnęła się wrednie - może zostałbyś modelem badawczym, takim typowym przykładem zjebania, co? - zaproponowała rozbawiona, a na koniec zostawiła na czole Fairwyna przelotnego całusa.
Pocałunki rozgrzewały duszę. Czuła się błogo, przenosiła do całkowicie innego świata, gdzieś ponad ciężkim życiem i wszystkimi pierdołami dręczącymi ich codziennie. Zarost Maxa delikatnie łaskotał w twarz, jednak ani trochę nie przeszkadzał Dreamie. Nie wiedziała za bardzo, co byłoby w stanie popsuć jej humor i zniszczyć tę chwilę. Najbardziej tragiczne informacje musiałyby czekać na swą kolej, bo ona nie była w stanie myśleć nad niczym innym niż przyjemne pocałunki Anglika.
- Cholera, coś w was Gryfonach musi być, jaki dodatkowy gen, który przyciąga takie biedne i niewinne ślizgonki jak ja, bo inaczej tego wszystkiego wytłumaczyć nie potrafię. - ostatni pocałunek był najdelikatniejszy, bardzo podobny do tego, którym obdarowała Fairwyna na początku. W jednej chwili chciała okazać wszystkie uczucia, które teraz czuła.
W przeszłości nie śniła o tak pięknych chwilach, jak te, które przeżywali w Pokoju Życzeń. Nie żyła marzeniami, gdyby cofnęła się w czasie o kilka miesięcy wstecz, to nie przewidywałaby, że taki chłopak jak on zainteresuje się nią chociaż odrobinę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 22
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 124
  Liczba postów : 236
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14760-maximilian-t-fairwyn
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14762-maxiowe-relki
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14763-kuferek




Gracz






PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   Pon Lis 13 2017, 14:35

Spojrzał na Ślizgonkę z lekkim niedowierzaniem. Zdawał sobie, że to co mówiła o Avadzie było tylko suchym żartem, ale jakoś tak go przerażał. Chyba zbyt mocno mu zależało, zbyt mocno martwił się o Dreamę. Nie wybaczyłby sobie i jej, gdyby przypadkiem zrobiła komuś krzywdę. Chociaż, czy była do tego zdolna? Raczej nie. Lubiła szaleństwa, ale Max nigdy nie widział, by dziewczyna była agresywna, nawet po alkoholu. Wręcz przeciwnie, była cholernie sympatyczna. A może to tylko Max tak na nią działał. Wywoływał w niej tak przyjemne uczucia, że nie potrafiła się wściekać. Ona tak przynajmniej działała na Maxa. Pojawiła się w życiu Anglika tak nagle i od razu stała się jego ważną częścią.
-W tym przypadku, nawet przypadkowa Avada nie pomoże – mruknął rozbawiony. Przecież jego chorzy fani zabiliby za to Ślizgonkę. Ciężko w to uwierzyć, ale istnieli ludzie, którzy pomimo tego, że go nie znali, to uwielbiali nauczyciela run. Może mieli w tym nieco racji. Edgar był jaki był, ale mimo wszystko przysłużył się bardzo dużo dla społeczeństwa. Przynajmniej w kwestii badania przeszłości. Mógł być największym chujem, ale w głębi serca, Max nie życzył wujkowi niczego złego. Wręcz przeciwnie, miał jakąś cichą nadzieję, że kiedyś dogada się z ludźmi.
-Pewnie ktoś się znajdzie – ale na pewno nie był to nikt z ich otoczenia. Śmiało mógłby powiedzieć, że chyba nikt z Anglii. Ktoś z kim nie musi się widywać, a jedynie utrzymuje kontakt poprzez swoje gołębię.
-Przesadzasz. Przecież nie zabije Cię od razu za to, że chodzisz na jego lekcje. Najwyżej zabierze kilka punktów. Chuj z tymi punktami – westchnął cicho. Sam ograniczał liczbę swoich przedmiotów do minimum. Głównie zależało mu na zaklęciach i co ciekawe – mugoloznawstwie. Ciężko w to uwierzyć, ale w głowie tego debila naprawdę siedziała szczerza chęć poznawania mugolskiej kultury i pokazywania jej magicznemu światu. Stąd kilka jego tatuaży. Ze swoich podróży dowiadywał się znacznie więcej niż na zajęciach.
Co do samych punktów. Podejście Fairwyna było bardzo lekceważące. Nie przejmował się nimi. Może starsze pokolenia się tym jarały, ale dla Maxa było to coś niepotrzebnego. Ocenianie grupy pod względem większej grupy. To jakiś żart? Wszyscy musieli się angażować, a gdy ktoś coś odwalił, pouczał go cały dom, że na tym cierpią? Serio, już wolał się nie utożsamiać z żadnym.
-Podobno wyjątkowi ludzi odchodzą młodo – przewrócił lekko oczyma. Naprawdę chciał wierzyć, że jego staruszek był kimś fajnym. W głowie, tworzy sobie, możliwe, że bardzo błędną wizję sympatycznego kolesia, który z łatwością otaczał się gromadą znajomych. Był w centrum wszelkiej uwagi – był liderem.
-To swoją drogą. I nie gryfoński, po prostu jestem zajebiste – uśmiechnął się do dziewczyny. Może dla obcych ludzi to faktycznie brzmiało dwuznacznie, ale nie dla Maxa. Żyłka Leo pewnie by teraz pękała, jak kiedy Fairwyn żartował sobie o sypianiu z jego siostrą. Tylko oni wiedzieli, że pomiędzy tą dwójką jeszcze do niczego nie doszło. Do niczego, poza silnym i szczerym uczuciem, bez którego tracili cząstkę swojej osobowości.
-Każdy musi się jakoś przełamać. – Anglik może sobie nie przypominał, by kiedykolwiek miał jakieś problemy w nawiązywaniu znajomości. Zawsze był szczery i otwarty. To jaki stał się dziś, było tylko kwestią czasu. Chciał czy też nie, był typowym Gryfonem. Miał nieokiełznaną potrzebę ciągłych wrażeń. Zastrzyki adrenaliny, stały się dla niego normą, a regularne wycieczki, jedyną formą zaspokojenia na jakiś czas. Do teraz. Ślizgonka była wyjątkową osobą w jego życiu, z którą był gotów spędzać całe dnie.
-Mało kto by się zdecydował. Swoją drogą lepiej mu nie mów, że brałaś – zaśmiał się jak gdyby nigdy nic. Nawet jeśli teraz byli bardzo blisko, to i tak by raczej nie powstrzymało Leonarda przed „przypadkową” Avadą. Ćwierćolbrzym nie zawahałby się zabić Maxa, gdy zdawał sobie sprawę, że Anglik podał jego młodszej siostrzyczce najgorszy, magiczny narkotyk.
-Chcesz by mnie zamknęli w klatce i robili jakieś eksperymenty? – uniósł lekko brwi do góry i spojrzał na dziewczynę. To miłe, że tak bardzo w niego wierzyła. Potrafiła podbudować ego człowieka – a nie, chyba nie. Tak serio, to bez przesady. Przecież nie było z nim, aż tak źle.
-Tylko we mnie – poprawił Ślizgonkę. Nie lubił, kiedy porównywała go do innych Gryfonów. Źle się z tym czuł. Nie potrafił wytłumaczyć tego uczucia, ale najbliżej mu było chyba do zazdrości. Nie obchodzili go inni gryfoni. Wręcz przeciwnie, lał na nich ciepłym moczem. Max jakoś nie czuł potrzeby porównywania Dreamy do innych Ślizgonek. Dla niego liczyła się ta jedna. Ta najwspanialsza, która teraz siedziała w jego objęciach…

[z/t] x2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content












PisanieTemat: Re: Pokój Życzeń   

Powrót do góry Go down
 

Pokój Życzeń

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 37 z 37Idź do strony : Previous  1 ... 20 ... 35, 36, 37

 Similar topics

-
» Pokój Życzeń
» Pokój Życzeń
» Pokój Życzeń
» Pokój Snów
» Pokój Marzeń

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
hogwart
 :: 
Wielkie schody
 :: 
siodme pietro
-