IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Skąd : Hamilton, Kanada
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 2719
Dodatkowo : szukający, kapitan
  Liczba postów : 772
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6697-deven-quayle#189490
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6699-relacje-indianskie-i-te-zupelnie-nie#189531
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6700-pocztowki-z-innej-epoki#189533
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7227-deven-quayle




Gracz






PisanieTemat: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Wto Lut 04 2014, 17:28

Mieszkanie nr 17



Sypialnia Devena

Skromny pokoik, pełen donic z magicznymi roślinami, pudełek, w których mieszkają różne zwierzęta - chore i zdrowe, indiańskich drobiazgów i książek. Pod łóżkiem swoje legowisko ma mały bóbr - Ayashe, ale częściej można go znaleźć zaplątanego w pościel Devena...



Kuchnia



Łazienka





Ostatnio zmieniony przez Deven Quayle dnia Pon Maj 30 2016, 14:12, w całości zmieniany 6 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Skąd : Hamilton, Kanada
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 2719
Dodatkowo : szukający, kapitan
  Liczba postów : 772
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6697-deven-quayle#189490
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6699-relacje-indianskie-i-te-zupelnie-nie#189531
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6700-pocztowki-z-innej-epoki#189533
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7227-deven-quayle




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Sob Kwi 26 2014, 12:10

Czasem ludzie, a zwłaszcza dziewczyny, postrzegali Devena jako gburowatego Indianina, którego nie obchodzi nic, prócz czubka własnego nosa, własnych tradycji, własnych celów... a to nie była prawda, o czym mógł przekonać się każdy, kto choć raz widział, jak delikatnie i troskliwie obchodzi się ze zwierzętami i roślinami. Zresztą Deven był bardzo empatyczny, o czym właściwie nikt nie wiedział. Obcowanie z istotami, które nie potrafiły wyrazić swoich potrzeb werbalnie, wyczuliło go na drobne gesty, mimikę, tembr głosu... Umiał zrozumieć emocje, umiał wczuć się w sytuację drugiej osoby, czy drugiego stworzenia, ale nie potrafił tego rozkładać na części pierwsze, rozmawiać o tym, wałkować na wszystkie strony. Jego zrozumienie było poniekąd bierne i jeśli komuś wystarczał fakt, że druga osoba jest w stanie wczuć się w jego sytuację, to Deven był doskonałym kandydatem na powiernika. Ale liczenie na jakieś rady, dywagacje dotyczące sposobów rozwiązania problemu, poradzenia sobie z nim było zupełnie bez sensu, bo tego Quayle nigdy nie potrafił.
Tak, ludzie boją się inności. Czasem bywają nią zafascynowani, ale ta fascynacja nie pozwala na wytworzenie bliskości - Deven czasem czuł się jak egzotyczna małpa w klatce, choć oczywiście zdarzały się osoby, które naprawdę były zainteresowane indiańską kulturą i które uważały fakt bycia Irokezem za coś niesamowitego w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie cierpiał, kiedy ktoś pytał, gdzie jego pióropusz albo namawiał, by odtańczył taniec deszczu, nie rozumiejąc znaczenia tych symboli, traktując je jak ciekawostkę, rodzaj sztuczki, którą on, Deven, powinien im pokazać tylko dlatego, że jest Indianinem.
Nigdy nie rozumiał kobiet. Nigdy nie mógł rozgryźć sposobu ich myślenia, znaczenia wszystkich tych spojrzeń, półsłówek, uśmiechów i oczekiwań, których nie wyrażały jasno. Dopóki traktował je po prostu jak drugą istotę ludzką, wszystko było dobrze, ale kiedy zaczynał patrzeć na nie przez pryzmat płci, obraz gwałtownie się zamazywał, pozostawiając tylko niepewność i szereg znaków zapytania, które wytrącały go z równowagi i odbierały całą pewność siebie. Jawiły mu się jak jakieś magiczne istoty, podobne jednocześnie do motyli, aniołów i harpii, zjawiskowe, lekkie i niedostępne, w gniewie straszne, w smutku i radości tak czarujące, że zupełnie tracił głowę. Zawsze składał to na karb wychowania z trzema braćmi, ale oni sami jakoś nie mieli takich problemów, więc zapewne to z nim było coś nie w porządku. Teraz starał się nad tym nie zastanawiać, tuląc do swojego boku Farai i zastanawiając się, czy dziewczyna czuje, jak mocno wali mu serce. Z jednej strony czuł dotkliwy chłód, który kąsał go w każdy centymetr skóry, z drugiej wypełniało go jakieś dziwne ciepło, odbierające oddech i jasność myślenia. Pozwalał się jej prowadzić, nie mając zupełnie nic przeciwko, choć przecież normalnie zawsze chadzał własnymi ścieżkami, nie pozwalając, by ktokolwiek nim dyrygował. Nagle przyszło mu do głowy, że chyba tak właśnie musiał czuć się oswojony przez człowieka wilk - świadom faktu, że traci swoją niezależność, ale poddający się temu z pewnym zadowoleniem, płynącym z poczucia, że ta władza nie jest mu wcale ciężarem.
Miał cichą nadzieję, że River nie zdążył jeszcze zdemolować mieszkania i że będzie mógł zaprosić Farai bez większego skrępowania. Uchylił drzwi, wpuszczając ją przodem i zerkając czujnie pod wieszak w poszukiwaniu butów Rivera. Nie było ich, co stwierdził z ogromną ulgą - wiedział, że jego starszy brat zrobiłby z niego idiotę, zniszczył wszystko i pogrzebał wszelkie szanse na zacieśnienie znajomości z Osei, a tego by mu nie wybaczył.
- Yyym... tutaj jest łazienka, jeśli... hm... chciałabyś wziąć ciepły prysznic. A ja... hm... poszukam mojej nieszczęsnej różdżki, nakarmię Ayashe i zrobię nam... eem... herbaty. Co ty na to? - spojrzał na nią niepewnie, mając wrażenie, że ten jego plan wcale nie jest tak dobry, jakby sobie tego życzył, ale w sumie nie ma lepszego, a jeśli Farai nie zniknie mu z oczu choć na moment, to zwariuje przez tę nieszczęsną sukienkę, oblepiającą jej ciało i ukazującą wdzięczne kształty.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Gryffindor
Rok Nauki : VII
Wiek : 20
Skąd : Pretoria, RPA
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 393
  Liczba postów : 304
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7974-farai-osei
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7975-far-fara-way
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7977-sowa-farai
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7976-farai-osei




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Wto Kwi 29 2014, 12:17

Czasem były takie zagadki, o których ludziom się nie śniło. Czasem niektórzy mieli tyle skrywanych obliczy, że ciężko było się doliczyć. Farai nie potrafiła jednoznacznie określić jaki jest Deven. Widziała go parę razy, trochę rozmawiali, albo raczej próbowali. Widziała go podczas zajęć ONMS, wiedziała, że mają wiele wspólnego oraz wiele różnic. Ale czy coś więcej? Nie miała pojęcia. Nie wiedzieli o sobie zbyt wiele, nie poznali swoich sekretów. Może kiedyś? Może dziś? Los lubi płatać figle. I się naśmiewać z planów. Dlatego teraz nie chciała niczego układać, choć robiła to każdego dnia. Pakowała w swój grafik masę wydarzeń, w których po prostu MUSIAŁA brać udział, bo przecież takie życie, bo przecież tak jest lepiej. Nie musieć zastanawiać się nad zdrowiem matki, nad niczym. Zapełnione wszystko po brzegi, po brzegi zminimalizowane myślenie, tak. Tak się czują ludzie wolni, którzy uwięzieni są jedynie w swym umyśle, ograniczoni tym, co przynosi w darze los. Jej przyniósł dużo złego, ale ostatecznie też trochę dobrego.
Szczególnie, że szła sobie z Indianinem za rękę przez całe błonia, aż do Hogs, a w zasadzie to go ciągnęła. Potem pozowliła mu ją zabrać, bo przecież nie wiedziała, gdzie iść dalej. Nie zatrzymywali się jednak na długo, bo było cholernie zimno, więc ucieszyła się, kiedy otuliło ją ciepło klatki, a potem jeszcze większe ciepło mieszkania. Rozejrzała się krótko, acz szybko po mieszkaniu, stwierdzając, że tak bardzo do nich pasuje to, co zauważyła. Zdawała sobie sprawę, że mieszka z bratem, ale to by było na tyle ze znanych jej informacji. Ten drugi Quayle mignął jej parę razy w pokoju wspólnym, czasem widywała go na lekcji, widziała go też na meczach. I ogółem to by było na tyle. Nie szukała jednak niczego innego w tej relacji, znacznie bardziej do gustu przypadł jej jego młodszy brat, który wciąż uroczo nie wiedział, co ze sobą zrobić. Ona chyba też nie. Stała trochę jak sierota w tym przedpokoju, rozglądając się na boki i głównie skupiając wzrok w miejsce, o którym mówił chłopak.
- To świetnie, ale może dałbyś mi jakąś koszulkę czy coś? I ręcznik? Czy mam wyjść nago? - spytała dosyć bezpośrenio, nie mniej uśmiechnęła się, co by nie wziął tego na serio! - I herbaty z chęcią też się napiję - dodała pospiesznie.

//sorka, nie chciało mi się lać wody xd
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Skąd : Hamilton, Kanada
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 2719
Dodatkowo : szukający, kapitan
  Liczba postów : 772
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6697-deven-quayle#189490
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6699-relacje-indianskie-i-te-zupelnie-nie#189531
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6700-pocztowki-z-innej-epoki#189533
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7227-deven-quayle




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Sro Kwi 30 2014, 16:28

To aż dziwne, że nigdy nie widziała żadnej ze scen, które odstawiał River, ilekroć zjawiał się w jakimkolwiek miejscu, gdzie mógł liczyć na publiczność. Tak jak Deven był milczący, tak River był gadatliwy, jak Deven nieśmiały, tak River przebojowy, jak Deven introwertyczny, tak River ekstrawertyczny... Starszy Quayle był po prostu chory, jeśli go ignorowano, więc robił wszystko, by zwracać na siebie uwagę.
O Merlinie, jaki on był ciemny...! Oczywiście nie wpadł na to, że kiedy Farai wyjdzie spod prysznica, to jej ubranie nadal będzie przemoczone (chyba że Deven znajdzie różdżkę, hm), więc nie będzie mogła go włożyć, więc powinna dostać jakieś ubranie zastępcze i wychodziło na to, że to on powinien jej je zapewnić. Przypomniało mu się jakieś głupie powiedzenie, że dziewczyna w koszuli należącej do faceta, jest jak zdobyta forteca z flagą zwycięzcy, czy coś takiego, i poczuł się jeszcze gorzej, to znaczy bardziej niezręcznie, no bo... to wszystko wyglądało jakoś bardzo dwuznacznie, podczas gdy było zupełnie niewinne. Choć Deven gdzieś w głębi serca marzył o porzuceniu tej niewinności, ale nawet nie zdążył sobie tego uświadomić.
Jej pytanie walnęło go w głowę jak obuchem. Zaczerwienił się tak bardzo, że musiało to być widoczne nawet mimo ciemnej karnacji, ale przywołał na usta niezbyt przekonujący uśmiech. Wymamrotał coś niezręcznie, po czym zniknął na moment w swoim pokoju, walnął głową o ścianę, jęcząc w duchu nad swoją nieuleczalną głupotą, za którą powinno się go zabić i oszczędzić mu cierpień, po czym wyciągnął z szafy długą flanelową koszulę - za długą nawet na niego, i czysty, puchaty ręcznik. Z pudełka pod jego łóżkiem wylazł mały bóbr, kołysząc się komicznie na tylnych łapkach i wykrzykując coś z oburzeniem. Deven znał ten dźwięk i wiedział, że to protest przeciwko zostawianiu go samego na tak długo, ale nie miał zamiaru przejmować się fochami Ayashe, który chyba był trochę rozpieszczony. No cóż.
Wyszedł z pokoju, nie zwracając uwagi na bobra, który maszerował za nim energicznie, nadal coś pokrzykując i gestykulując drobnymi łapkami, niezwykle podobnymi do ludzkich dłoni. Widząc Farai, Ayashe przystanął i zaświergotał coś z wyraźnym zdziwieniem, po czym uczepił się mokrej nogawki spodni Devena.
- Proszę. Koszula. Ręcznik. Em... tak... - uśmiechnął się niepewnie, wręczając Osei wspomniane rzeczy. - To ja... przebiorę się i pójdę zrobić nam herbaty. Um. Kuchnia jest tam - wskazał palcem na drzwi, po czym zniknął w swoim pokoju.
Oparł czoło o ścianę, czując, że zimno przenika każdą tkankę jego ciała, a jednocześnie jest mu gorąco z emocji.
Na duchy przodków... Quayle, jesteś takim kretynem... - pomyślał ze złością, z trudem ściągając z siebie mokre ubrania, próbując rozetrzeć zmarznięte ramiona, wycierając się ręcznikiem. Spojrzał z irytacją na Ayashe, który wydawał się trochę rozbawiony stanem nerwów swojego indiańskiego przyjaciela. Ubrał się ciepło, najcieplej jak mógł, narzucając na koszulę dodatkowo bluzę myśliwską, zakładając sztruksowe spodnie i grube skarpety, mając nadzieję, że w końcu wróci mu krążenie.
Wysunął się cicho z pokoju i na moment przystanął pod łazienką - sam nie wiedział dlaczego. Był ciekaw, czy Farai śpiewa pod prysznicem. Pewnie nie. Pewnie nie w cudzej łazience.
W pokoju nie było jego różdżki. Quayle nie czuł się z tym najlepiej, zaczynał się naprawdę martwić, ale szczęśliwie i bez niej był w stanie wstawić wodę na herbatę. Usiadł przy stole i czekał, bawiąc się z bobrem, który kręcił się między jego nogami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Gryffindor
Rok Nauki : VII
Wiek : 20
Skąd : Pretoria, RPA
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 393
  Liczba postów : 304
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7974-farai-osei
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7975-far-fara-way
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7977-sowa-farai
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7976-farai-osei




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Sro Kwi 30 2014, 23:59

To znaczy, pewnie widziała, ale jakoś nigdy nie przywiązywała do tego większej uwagi. Może uniosła brwi do góry z dezaprobatą, może się uśmiechnęła, ale na pewno po chwili już zapominała o całym zdarzeniu, bo to nie była osoba, nad którą mogłaby się zatrzymywać na dłużej. Znacznie ciekawszym osobnikiem wydawał jej się Deven i to widocznie w tę stronę chciała pójść. I chyba zrobiła interes życia, bowiem ich znajomość cały czas kiełkowała, a nie usychała niechciana, więc chyba jakieś ziarno prawdy w tym było. I generalnie dobrze jej z tym było, choć teraz miała wrażenie, że jemu niekoniecznie. Niby zawsze był nieśmiały i jakby trochę szybko płoszący się, jednak teraz chyba ewidentnie przesadziła. W milczeniu, ale jednocześnie także z zaciekawieniem przyglądała się jego reakcji. Nie sądziła jednak, że go urazi, bo nie miała takiego zamiaru. Po prostu sobie żartowała, jednocześnie nakreślając sytuację, bo mimo wszystko nie chciała paradować przed nim nago jeszcze. To byłoby już chyba ekstremalnie niezręczne, choć teraz mogłoby im się wydawać, iż gorzej być nie może. A jednak może.
Cierpliwie czekała na to, co miało się wydarzyć, a zakładała, że Quayle idzie po ciuchy dla niej. Nie miała pewności, bo jej tego nie powiedział, ale to byłoby logicznym następstwem jej słów. Stała więc, w międzyczasie rozglądając się po mieszkaniu. Małe, skromne, ale przytulne. Podobało jej się. Nie zdążyła jednak niczego więcej stwierdzić, bowiem Indianin przyszedł, więc momentalnie to na niego skierowała swój uważny wzrok. I choć wciąż trzęsła się z zimna, tak zdawała się być cały czas wyczulona na wszelakie dźwięki czy zdarzenia.
- Dziękuję - powiedziała w końcu, chcąc zawrzeć w tym jednocześnie przeprosiny, co objawiło się mniej więcej tym, iż wspieła się na palce i delikatnie cmoknęła go w policzek. Lecz za chwilę jej uwagę przykół bóbr, który wyglądał doprawdy rozkosznie! Uśmiechnęła się szerzej, kucając i wyciągając rękę ku niemu, aby ten się najpierw z nią zapoznał, a potem zaczęła go delikatnie głaskać.
- Jak się wabi? - spytała jeszcze, po czym kiedy otrzymała odpowiedź, pokiwała głową i zniknęła w łazience. Zdjęła z siebie przemoczoną sukienkę, którą po mugolsku wyżęła pod prysznicem, a potem rozłożyła ją na umywalce. Następnie to samo zrobiła z bielizną. Stanika teoretycznie nie musiała zakładać, ale brak majtek chyba byłby już lekkim przegięciem, więc musiała się jeszcze jakoś przemęczyć! Ale tymczasem weszła pod prysznic. Ciepły, oczywiście. Pamiętała jednak, aby podkręcać wodę stopniowo, bowiem szok termiczny byłby niewskazany. Nie śpiewała, nie umiała, nie lubiła, taki smutek! Kiedy skończyła, wytarła się ręcznikiem, który ułożyła do wyschnięcia, a potem nałożyła na siebie swoje figi, które zdawały się być teraz nieprzyjemnie mokre i zimne, miała jednak nadzieję, iż Deven odnajdzie różdżkę i wszystko się ułoży. Następnie oczywiście założyła koszulę chłopaka, która sięgała jej trochę za połowę ud, a ona sama się w niej niemalże topiła, ale to akurat nic nie szkodzi. Wyszła z łazienki, kierując się w stronę kuchni, o której mówił Quayle.
Uśmiechnęła się do niego i do zwierzątka, siadając przy stole i czekając, aż woda w kociołku zacznie wrzeć i będzie można pić herbatę. Chwilę przyglądała się z rozbawieniem scence bawienia się z Ayashe, po czym położyła ręce na blat, może trochę mało elegancko, ale trudno!
- Jak chcesz wziąć prysznic to śmiało, zaleję nam te herbaty - odezwała się w końcu, tak średnio wiedząc, co powinna mówić w takiej sytuacji. Nigdy w takowej nie była!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Skąd : Hamilton, Kanada
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 2719
Dodatkowo : szukający, kapitan
  Liczba postów : 772
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6697-deven-quayle#189490
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6699-relacje-indianskie-i-te-zupelnie-nie#189531
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6700-pocztowki-z-innej-epoki#189533
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7227-deven-quayle




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Czw Maj 01 2014, 12:22

Czując dotyk jej delikatnych, choć zimnych warg na swoim policzku, Deven zamarł na moment, przymykając oczy i czując, że na jego twarz znów napływa fala gorąca. Gdyby nie fakt, że nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić i czuł się co najmniej niepewnie, byłoby to przemiłe. Znaczy i tak było przemiłe, ale Deven nie mógł się w pełni napawać tym uczuciem przez własne zakłopotanie, które mąciło mu w głowie. Biedna Farai dygotała z zimna. Miał ochotę objąć ją mocno i przytulić do siebie, bo to również bardzo skuteczny sposób na rozgrzanie się, choć ciepła kąpiel i herbata są jednak o niebo lepsze, choć może nie tak miłe. Uśmiechnął się delikatnie, po czym przedstawił Ayashe, który najwyraźniej był zadowolony z faktu, że poświęca mu się tyle uwagi i dopieszcza, bo gdyby mu tylko na to pozwolić, pomaszerowałby za Farai do łazienki, nie przejmując się takimi kwestiami jak ludzka prywatność czy inne tam wymysły cywilizacji.
Biedny Quayle! Do głowy mu nie przyszło, żeby zadbać również o dolną część ubioru dziewczyny - jego myśl nie sięgała tak daleko i nie zastanawiał się nad kwestią mokrej bielizny, a tym bardziej nad faktem, że jeśli jest coś, czego płeć piękna naprawdę powinna unikać, to są nią mokre i zimne majtki. Przeziębienie sobie jajników to chyba najstraszniejsza rzecz na świecie, ale biedny Deven nie miał o tym pojęcia.
Siedział przy stole, zastanawiając się, gdzie ostatnio widział swoją różdżkę, bo przerzucanie mieszkania do góry nogami nie miało większego sensu. Trzeba do sprawy podejść metodycznie, prawda? Równocześnie bawił się z małym bobrem, który chyba był bardzo spragniony towarzystwa i śmiertelnie znudzony, więc domagał się zwykłej porcji pieszczot i zabaw głośnym krzykiem. Jeśli różdżki nie było w sypialni, to co mogło się z nią stać?
W tym momencie do kuchni weszła Farai - w jego koszuli wyglądała uroczo, jakoś tak bezbronnie i krucho. Uśmiechnął się do niej, zapominając na moment o Ayashe, który zareagował na to oburzonym piskiem i podbiegł do dziewczyny, mając nadzieję, że przynajmniej ona okaże mu trochę względów. Deven odetchnął głęboko zapachem rozgrzanej po kąpieli skóry Farai i spojrzał jej w oczy.
- Nie... nie, w porządku. A w sumie... hmm... nie będzie ci tak za zimno? Może chcesz jakiś koc... czy coś? - zaniepokoił się, starając się nie patrzeć na jej smukłe uda, wyłaniające się spod rąbka jego koszuli.
Nagle Ayashe wyprysnął spod stołu, jakby ktoś go gonił, zniknął za drzwiami, po czym wrócił pędem i przysiadł pod stołem, pracowicie coś obgryzając. Deven nie przejął się tym specjalnie, wiedząc, że taka już bobrza natura, musi ciągle coś pogryzać, a w swoim pudełku ma zapas świeżych gałązek.
- Opowiesz mi coś o sobie... i o Drakensberg? - poprosił, czując, że to najlepsza rzecz, jaką może zrobić. Może za chwilę ogarnie się na tyle, by wydusić z siebie coś sensownego, ale póki co, lepiej było by to Farai mówiła. Sam wstał i podszedł do kociołka, w którym zaczęła już wrzeć woda. Szybko przyrządził jakąś sobie tylko znaną, aromatyczną mieszankę i zalał ją wrzątkiem, po czym postawił jeden kubek przed Osei, a sam usiadł z drugim na swoim krześle, patrząc na nią wyczekująco.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Gryffindor
Rok Nauki : VII
Wiek : 20
Skąd : Pretoria, RPA
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 393
  Liczba postów : 304
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7974-farai-osei
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7975-far-fara-way
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7977-sowa-farai
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7976-farai-osei




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Czw Maj 01 2014, 18:31

To była dziwna sytuacja. Z jednej strony była odważną gryfonką, kiedy jednak przychodziło do poważniejszych kontaktów damsko-męskich, jej cała pewność siebie uchodziła w mgnieniu oka. Czuła się trochę skrępowana, w końcu zabrała mu koszulkę i siedziała w niej, pod nią mając jedynie majtki. Miała wrażenie, jakby to był jakiś dziwny sen, ale nie, to była rzeczywistość. Tak absurdalna, że nie mogła się powstrzymać przed szerokim uśmiechem na samą tą myśl. Deven mógł nie zrozumieć, o co chodzi, bo jednak dziewczyna nie podzieliła się z nim swoimi dywagacjami, jednak za moment wróciła już do świata żywych, obserwując uroczego bobra, który chyba rzeczywiście był rozpuszczonym stworzeniem. Na pytanie Indianina odnośnie tego, czy będzie jej zimno, ponownie się uśmiechnęła, choć zdecydowanie delikatniej. Po czym pokręciła stanowczo głową.
- Prysznic był na tyle gorący, że jestem cała... rozgrzana - rzuciła, dopiero po chwili orientując się, jak dwuznacznie mogło to zabrzmieć. Zaśmiała się więc, chcąc zatuszować skrępowanie, które owładnęło ją w tym momencie. - To znaczy, ciepło mi - poprawiła się, wciąż nie mogąc powstrzymać drżenia kącików ust. O rany, zachowywała się teraz trochę jak jakaś głupia nastolatka, przynajmniej takie miała wrażenie. Nie mniej poczekała, aż Quayle zaleje im herbaty, a kiedy dostała swoją, objęła delikatnie kubek dłońmi, które domagały się ciepła bardziej, niż inne części ciała.
Jego prośba, pytanie, czy jakkolwiek można to nazwać, nieco zbiła ją z tropu. Miała trochę rzeczy, o których mogłaby mu opowiedzieć, nie mniej jednak nie chciała. Wracać wspomnieniami do tamtych chwil, które były i nic już tego nie zmieni. Po co więc rozgrzebywać stare rany? Trochę pokręciła głową, zastanawiając się nad wszystkim i niczym, wodząc wzrokiem po ścianach i meblach, w których miała nadzieję znaleźć inspirację. Ale ta nie nadchodziła. Odkrząknęła więc, co jakiś czas studząc podmuchem herbatę.
- Moja matka jest z pochodzenia Brytyjką, ale jej rodzina osiedliła się w RPA. Mój ojciec jest z plemienia Zulusów. Oboje pracowali w południowoafrykańskim Ministerstwie Magii. Z ich związku narodziłam się ja. Chodziłam pięć lat do Drakensberg. Ogółem nie narzekam, było fajnie. Szkoła znajduje się w jaskini, ale nie jest tam ciemno. Dookoła są kolorowe strumyki i największy, magiczny wodospad. No, dobra, drugi na świecie. Na wybrzeżu mamy kolonie pingwinów. I wraki statków. Skakaliśmy czasem na bungee, fajna sprawa, choć serce podskakuje ci do gardła. Ogółem kręci się tam dużo zwierząt i jest niebezpiecznie - powiedziała, w tym momencie robiąc pauzę i zagryzając w zdenerwowaniu wargę. Oczywiście wszystkie kompromitujące czy przykre szczegóły ominęła szerokim łukiem. - A ty? Zapewne nie jesteś od początku w Hogwarcie? - zmieniła szybko temat, upijając powoli parę łyków gorącego napoju, patrząc wyczekująco na Devena.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Skąd : Hamilton, Kanada
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 2719
Dodatkowo : szukający, kapitan
  Liczba postów : 772
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6697-deven-quayle#189490
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6699-relacje-indianskie-i-te-zupelnie-nie#189531
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6700-pocztowki-z-innej-epoki#189533
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7227-deven-quayle




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Pią Maj 02 2014, 10:18

Tak, to prawda - Deven również miał wrażenie, że to wszystko jest jakimś dziwnym snem, z którego zaraz się wybudzi, ale nic takiego się nie działo. Zresztą, jeśli ta lodowata kąpiel nie przywróciła go do rzeczywistości, wyglądało na to, że to właśnie jest rzeczywistość, mimo że wydawała się zupełnie nieprawdopodobna. Z jednej strony było mu bardzo dobrze, gdy tak siedział z Farai - czerpał z jej towarzystwa jakąś trudną do wyjaśnienia przyjemność, chciał jej słuchać, chciał na nią patrzeć, chciał czuć zapach jej rozgrzanej skóry, ale z drugiej... z drugiej cierpiał katusze związane z własną nieśmiałością. Cały czas miał poczucie, że wychodzi na zdziczałego kretyna, który nie potrafi nawet złożyć sensownego zdania i bardzo z tego powodu cierpiał, bo wyjątkowo mu zależało, by Farai uznała go za kogoś interesującego, wartego jej uwagi, ale myśli plątały mu się w supełki, język odmawiał posłuszeństwa i w ogóle... to było takie żałosne, że miał ochotę zapaść się pod ziemię. Jednocześnie nie mając najmniejszej ochoty odmawiać sobie towarzystwa Osei. Takie dylematy!
Roześmiał się trochę nerwowo, gdy Farai po raz kolejny rzuciła nieco dwuznaczną uwagę, choć podejrzewał, że wcale nie miała takiego zamiaru. Mimo wszystko uśmiechnął się do niej, bo jakoś powoli zaczynał się oswajać z jej obecnością, zwłaszcza, że sprawiała mu ona dużą przyjemność.
Nie wiedział, że dotyka delikatnej kwestii, ale widząc wahanie na jej twarzy, zrozumiał, że coś jest nie tak. Już chciał się wycofać, powiedzieć, że tak tylko spytał, ale przecież mogą pogadać o czymkolwiek innym (akurat), ale zanim się na to zdobył, Farai zaczęła mówić. Słuchał jej słów z uwagą, próbując sobie wyobrazić to wszystko - pingwiny, wodospady, wraki, szkołę mieszczącą się w jaskini... to brzmiało fascynująco. Poza tym już wiedział, skąd ta oryginalna uroda u dziewczyny, ale nie skomentował tego w żaden sposób. Czuł, że coś jest nie w porządku, że zatrzymała się tuż przed jakimś bolesnym wspomnieniem, do którego nie chciała wracać. Spojrzał na nią uważnie, ale nie miał zamiaru naciskać ani krążyć wokół tego tematu, który musiał się wiązać z jakimiś trudnymi przeżyciami.
- Przyjechałem do Hogwartu we wrześniu, więc nie minął nawet rok... - wyjaśnił, bawiąc się jednym z warkoczyków, ozdobionym kościanymi koralikami. - Wiesz, tutaj byli moi starsi bracia, poza tym byłem rezerwowym obrońcą, a skład się zaczął sypać... hm... Tak. Moi rodzice są Indianami, Irokezami. Urodziliśmy się w rezerwacie, ale rodzice postanowili odejść i zamieszkaliśmy w Hamilton - jego nozdrza zadrgały nerwowo, jak zawsze, gdy o tym wspominał. - Potem Joven dostał list z Riverside... River... no i w końcu ja, a potem Travor. Riverside... hm... znajduje się wewnątrz góry, ale tam też nie jest ciemno. Mamy jezioro, wodospady, lasy... no wiesz. I mnóstwo zwierząt, podobno najwięcej na świecie leśnych i wodnych demonów - odchrząknął, kończąc swój wywód, po czym spojrzał na Ayashe, który siedział zaskakująco cicho, obgryzając coś pracowicie. - O cholera... - mruknął Deven, pochylając się szybko i wyrywając bobrzątku długi patyk, który okazał się być zaginioną różdżką. Przygryzł dolną wargę, przyglądając się podniszczonej rączce.
- Papiliofors - mruknął na próbę, celując różdżką w łyżeczkę od herbaty, leżącą obok niego na stole, która w tym momencie zmieniła się w błękitnego motyla, który trochę ociężale poderwał się do lotu. - No to już wiem, co się stało... hm... z moją różdżką - westchnął Quayle, patrząc wrogo na bobra, który wydawał się w ogóle nie rozumieć powagi sytuacji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Gryffindor
Rok Nauki : VII
Wiek : 20
Skąd : Pretoria, RPA
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 393
  Liczba postów : 304
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7974-farai-osei
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7975-far-fara-way
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7977-sowa-farai
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7976-farai-osei




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Pią Maj 02 2014, 19:30

Farai była zupełnie nieświadoma jego rozterek. Co więcej, zapewno zaraz by zaprzeczyła. Bo wcale nie było tak źle! A przynajmniej w porównaniu do tego, co było na początku. Rozumiała, że niektórzy ludzie są nieśmiali i dopiero z czasem oswajają się z obecnością drugiej osoby. Możliwe, że sama też by taka była, gdyby nie to, że nie miała dzieciństwa takiego samego jak jej rówieśnicy. W końcu od zawsze musiała walczyć o swoje, a będąc zamkniętą w sobie osobą nie zdołałaby osiągnąć tak wielu rzeczy, w jakich posiadaniu jest teraz. Ma zaledwie siedemnaście lat, jest w szóstej klasie, a została prefektem, szukającą i pełnomocnikiem kapitana, a w niedalekiej przyszłości samym kapitanem. To duży dorobek jak na jedną osobę, ale to głównie wywalczyła swoimi chęciami, staraniami i przede wszystkim zawziętością, do której jednak trzeba mieć dryg. No i oczywiście dobry kontakt z ludźmi, choć jak się okazało na ostatnim treningu gryfonów, wcale nie posiadała z nimi takiego dobrego. Cóż, życie. Rzeczywistość weryfikuje poglądy po raz kolejny.
W każdym razie nie myślała o nim źle, w ogóle. Raczej jego towarzystwo działało na nią dobrze, o ile nie zapędzała się w dziwne odmęty rozmyślań o zacieśnianiu kontaktów damsko-męskich, jakkolwiek dziwnie to nie brzmi. Było miło, było fajnie, może odrobinę zbyt sztywno, z powodu skrępowania, ale przecież można to nadgonić. Nikt nie powinien się pluć przecież. Bo to wszystko zmierzało w dobrym kierunku, oboje tego chcieli, więc w czym rzecz? Chyba już tylko w tym, aby zdołali się wreszcie przełamać i pójść w którąś stronę, aby czuć się w swoim towarzystwie bardziej swobodnie. Bo tak było lepiej.
Fara była mu wdzięczna, że nie drążył tematu. Nie chciała o tym opowiadać. Może kiedyś... na pewno jednak nie teraz. Teraz to było za świeże, a ona nie chciała się żalić. Mówić, jak jej źle. Nie lubiła, kiedy ludzie się nad nią litowali czy jej współczuli. Nigdy tego nie potrzebowała. Była silną osobą, bo tego nauczyło ją życie. Może to stąd jej znikoma ilość kontaktów z mężczyznami, o ile w ogóle jakieś były, a raczej nie. Bo oni raczej lubowali się w dziewczynach, które potrzebowały opieki, które można otoczyć swym silnym ramieniem. Ona działała zawsze sama, zajmując się sobą doskonale. Może to był błąd? Nie chciała jednak tego zmieniać. Bez płaczów i dramatów było jej zdecydowanie lepiej.
Słuchała go oczywiście uważnie, kiwając głową i popijając herbatę, kiedy ta się robiła trochę chłodniejsza. W sumie to dosyć ciekawe, bo powierzchownie ich szkoły wydawały się być podobne. Tylko klimat inny. Uśmiechnęła się zatem, sądząc, że widocznie jego życie potoczyło się podobnie. Choć ostatecznie dotarło do niej, że Indianin ma aż trzech braci! Fajnie.
- Trzech Quayle'ów? Musieliście mieć w domu wesoło - zaczęła. - A czemu się wyprowadzili? O ile można wiedzieć - dodała naprędce, żeby nie było, że jest ciekawska czy coś! - Ogółem chyba fajnie macie tam w Riverside - zakończyła zgrabnie, by po chwili już obserwować scenkę z odnalezieniem różdżki. Uff!
- Mogę ją pożyczyć? - spytała więc, pamiętając o swoich nieszczęsnych ciuchach. Powinna się chyba przebrać, prawda? I tak już nadużyła gościnności Devena.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Skąd : Hamilton, Kanada
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 2719
Dodatkowo : szukający, kapitan
  Liczba postów : 772
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6697-deven-quayle#189490
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6699-relacje-indianskie-i-te-zupelnie-nie#189531
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6700-pocztowki-z-innej-epoki#189533
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7227-deven-quayle




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Pią Maj 02 2014, 21:52

U Devena wyglądało to trochę inaczej - on był trzecim bratem, więc z jednej strony robił wszystko, by nie stać się podobnym do Jovena i Rivera, których przecież bardzo kochał, a z drugiej mógł się skryć w ich cieniu, kiedy był jeszcze słabym szczeniakiem i czasem fajnie było kogoś postraszyć swoimi starszymi braćmi, którzy może nie zawsze byli idealni i dość często wykorzystywali swoją przewagę nad nim, ale zawsze stali za Devenem murem. No dobra, prawdę mówiąc zwykle nie robił takich rzeczy - wolał rozwiązywać swoje konflikty na własną rękę, nawet jeśli wiązało się to z powrotem do domu z rozbitym nosem i opuchniętą wargą. Najgorsze było to, że nigdy się nie chciał przyznać z kim się pobił, doprowadzając tym samym ich matkę do rozpaczy, bo nie wiedziała, co zrobić z tym milczącym dzieckiem, które najwyraźniej wbiło sobie do głowy, że będzie dokładnie takie, jakim chcieliby je widzieć jego przodkowie. To znaczy w domu nie był taki zamknięty w sobie - gadał i przekomarzał się z braćmi, kilka razy razem z Riverem stłukli wazon czy jakąś ozdobną figurkę podczas swoich przyjacielskich bójek, ale mimo wszystko nieczęsto dzielił się swoimi zmartwieniami i głębszymi przemyśleniami z kimkolwiek. Zwłaszcza że dobrze wiedział, że większość z nich nie znalazłaby zrozumienia u członków rodziny.
Deven powoli zaczynał się rozluźniać, choć może nie było to jeszcze wyczuwalne. Hej, było nieźle! Farai jeszcze nie uciekła, nie zaczęła się wykręcać natłokiem zajęć i chyba mimo tej całej dziwnej, trochę niezręcznej sytuacji, była całkiem zadowolona z biegu zdarzeń. On tym bardziej. Ale może to nawet dobrze, że oboje czują się nie do końca pewnie - mogą harmonijnie przełamywać własne onieśmielenie, nie płosząc się wzajemnie nadmierną otwartością. Mogą powoli badać grunt, oswajać się ze sobą. Przecież nikt ich nie goni, prawda? Mają tyle czasu, ile tylko zapragną, jeśli zechcą dać sobie szansę. A wszystko wskazywało na to, że chcieli. Quayle nie przybierał już tego śmiertelnie poważnego wyrazu twarzy, którym zwykle pokrywał zakłopotanie. Jego uśmiechy może zdradzały niepewność, ale niemniej były uśmiechami. W ogóle było mu zaskakująco dobrze - gorąca herbata rozgrzewała prawie tak dobrze, jak spojrzenie ciepłych, brązowych oczu Farai czy widok jej smukłych ud.
- Czterech - powiedział z uśmiechem. - Nie wiem, jakim cudem nasza biedna mama to wytrzymała. Hm... to żadna tajemnica... znaczy wiesz, życie w rezerwacie nie daje zbyt wielu... możliwości - ostrożnie dobierał słowa, wpatrując się w swój kubek. - Tak przynajmniej twierdzą moi rodzice. Lepsze życie, możliwość posłania nas do szkoły magii... Tylko to jest tak, że jeśli się odejdzie, to nie ma powrotu. Odcięcie od korzeni, rodziny... - powiedział cicho, po czym uśmiechnął się lekko, skubiąc koniec warkoczyka. Nie chciał przecież psuć nikomu humoru! - Jest świetnie. Serio. Oczywiście jeśli nie ma się problemów... hmm... z zimnem. Krystaliczne powietrze, jak sięgniesz wzrokiem góry ze zboczami porośniętymi lasem, jezioro... - uch, ależ się rozgadał. Spojrzał na dziewczynę z nieco zakłopotanym uśmiechem, po czym szybko upił łyk herbaty.
- Och... tak, jasne - podał jej różdżkę. - Mam nadzieję, że... eee... nie spali ci ubrań. Wiesz, nie wiem, jak... hm... jak bardzo Ayashe ją nadgryzł.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Gryffindor
Rok Nauki : VII
Wiek : 20
Skąd : Pretoria, RPA
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 393
  Liczba postów : 304
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7974-farai-osei
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7975-far-fara-way
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7977-sowa-farai
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7976-farai-osei




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Sob Maj 03 2014, 01:07

W tym momencie Farai się trochę zawiesiła. Zastanawiała się, co by zrobił jej ojciec, gdyby miał cztery córki. Chyba by zwariował. Szczególnie, iż zawsze trochę żałował, że jego córka nie urodziła się tak naprawdę chłopcem. Wiecie, dziedzic, jakaś pomoc przy zwierzętach... to brzmiało dużo lepiej, niż słaba dziewczynka, która w dodatku była mniej tolerowana ze względu na swoją płeć, a za tym szło to, iż była mniej akceptowana w społeczeństwie. Gdyby nie wysoki status społeczny rodziny Lesedi, mogłoby się to skończyć różnie. Szczególnie, iż nawet na nią ośmielali się podnosić rękę. Co dopiero na kogoś, kto został zrodzony z mezaliansu. Nie mniej Osei jakoś sobie radziła, choć zawsze żałowała, że nie doczekała się żadnego rodzeństa. Jednakże rodzice zawsze skupieni byli bardzo na swojej pracy, szczególnie, że nie wiedli nie wiadomo jak bogatego życia. Nie było źle, biedy nie klepali, ale kolejne dziecko z pewnością byłoby już sporym obciążeniem. Była więc samotna. I nie miała takich świetnych wspomnień z dzieciństwa jak Deven. Choć też wielokrotnie się tłukła z głupimi dzieciakami z podwórka, które ją obrażały. Matka wtedy opatrywała jej uszkodzony nos, rozdrapane kolana. Ale nigdy nie wspominała tego dobrze. Odżyła bardziej dopiero w Drakensberg. Które okazało się być jej przekleństwem.
Mimo, iż się zamyśliła na dłuższy okres czasu, udało jej się usłyszec to, co mówił Quayle. Mimowolnie się uśmiechała, kiwając w zrozumieniu głową. Miała dziwne wrażenie, iż chłopak wcale nie był zadowolony z takiego obrotu spraw. Ale hej, gdyby jego rodzice nie woleli lepszego życia, niż rezerwat, nigdy by się nie spotkali! Nie mniej nie powiedziała mu tego, nie chcąc go przecież denerwować czy coś. Albo co gorsza zawstydzić! Chyba mieli już tego dosyć jak na jeden dzień, przynajmniej ona była takiego zdania. Choć de facto ten się jeszcze nie skończył. I w zasadzie było jej na tyle dobrze, że nie chciała, aby się kończył. Jednakże nie miała na to żadnego wpływu. Tak samo jak na to, iż w przypływie chwili dotknęła dłonią rekę Devena, jak gdyby w geście pocieszenia.
- Wiem, że człowiek jest przyzwyczajony do danego miejsca, ale tak naprawdę najważniejsze jest to, że rodzinę ma się w sercu i ona jest zawsze tam, gdzie my. Serio - powiedziała w końcu, będąc przekonaną, że to zrozumie. Nie miała pojęcia, że za tym wszystkim kryje się coś więcej niż zwykła tęsknota za ojczyzną. W końcu aż tak dobrze się nie znali. W każdym razie po chwili skapnęła się, że znów stwarza trochę krępującą sytuację, dlatego jakby oparzona zabrała swoją rękę, po czym z lekkim uśmiechem sięgnęła po różdżkę Indianina i zniknęła w łazience.
Na szczęście wszystko w miarę dobrze działało i po chwili miała suchą zarówno bieliznę, jak i sukienkę, którą zaraz ubrała. Koszulkę chłopaka starannie złożyła, zostawiając jednak w łazience, w przeświadczeniu, iż będzie chciał ją jakoś wyczyścić, w sensie uprania. Wysuszyła także swoje włosy i wtedy wróciła do kuchni, oddając gryfonowi jego własność.
- Dzięki - powiedziała, dopijając ostatnie łyki swojej herbaty. - Pokażesz mi swój pokój? - wypaliła nagle, jak gdyby niedostatecznie długo zajęła jego czas swoją osobą. No cóż, Farai była mało subtelna, jeżeli można to tak nazwać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Skąd : Hamilton, Kanada
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 2719
Dodatkowo : szukający, kapitan
  Liczba postów : 772
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6697-deven-quayle#189490
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6699-relacje-indianskie-i-te-zupelnie-nie#189531
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6700-pocztowki-z-innej-epoki#189533
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7227-deven-quayle




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Sob Maj 03 2014, 12:04

No cóż, spójrzmy prawdzie w oczy - rodzina Quayle'ów też nie należała do zamożnych. Czasami naprawdę cienko przędli, ale mimo wszystko jakoś dawali sobie radę - być może właśnie dlatego, że byli dużą rodziną, która się wspierała. Deven nadal gdzieś tam w głębi duszy miał żal do Rivera, który całe wakacje włóczył się z Teddrą po jakichś afrykańskich zakątkach, podczas gdy on spędzał całe dnie pomagając rodzicom w prowadzeniu sklepu zielarskiego. Joven siedział w szpitalu, River jak zwykle nie poczuwał się do żadnego obowiązku, Travor... Travor był szczeniakiem, który na ziołach znał się słabo, jeszcze by coś pomylił i nieszczęście gotowe, poza tym każdą chwilę wykorzystywał, by przycupnąć gdzieś za ladą z nosem wetkniętym w książkę dotyczącą Historii Magii. Nie było z niego większego pożytku, a Deven zawsze był rozdarty między złością na rodziców, że podjęli taką a nie inną decyzję, że skazali ich wszystkich na bycie wyrzutkami, na pozbawienie korzeni, tożsamości, a wdzięcznością, bo przecież robili to wszystko tylko po to, żeby im wszystkim żyło się lepiej, zaharowywali się, żeby pokryć wszystkie koszty związane z nauką synów - podręczniki (które szczęśliwie zazwyczaj przechodziły z jednego syna na drugiego), pergaminy, miotły, ubrania... Deven zdawał sobie sprawę z poświęcenia rodziców i chciał choć trochę im pomóc, kiedy akurat był w domu, choć nienawidził Hamilton z całego serca, a wakacje były czasem, kiedy teoretycznie mógłby pozwolić sobie na te samotne włóczęgi po niedostępnych, dzikich zakątkach Kanady. A River miał to gdzieś - po prostu zwiał jak ostatni tchórz, zostawiając brata z tym całym kramem, z ciężką atmosferą spowodowaną pobytem Jovena w ośrodku, w którym mieli mu pomóc... Wystawił Devena na całe wakacje. To nie było fair.
Och, pewnie. Gdyby zostali w rezerwacie, nie wydarzyłoby się wiele wspaniałych, dobrych rzeczy! A może wydarzyłyby się i tak? Bo Deven czasem wierzył w przeznaczenie, wiarę tę pogłębiały rozmowy z duchem opiekuńczym, o ile ten zechciał mu się ukazać, i sny, które zsyłał, a które dodawały mu otuchy. Dotyka Farai zaskoczył go, ale nie był mu niemiły - wręcz przeciwnie. Nieśmiało uścisnął jej palce, po czym bez przekonania pokiwał głową.
Czekając na dziewczynę, zastanawiał się, jak to możliwe, że w ogóle doszło do tego wszystkiego? Było mu dobrze, ale jednocześnie odczuwał jakieś wewnętrzne drżenie, jakby cały czas się bał, że ich znajomość nagle się zakończy albo utknie w martwym punkcie, bo żadne z nich nie będzie potrafiło popchnąć tego w którąś ze stron. Swoją drogą, nie mógł uwierzyć własnemu szczęściu - podświadomie cały czas oczekiwał, że do mieszkania wtargnie River ze swoim nieposkromionym gadulstwem i zamiłowaniem do wprawiania młodszego brata w zakłopotanie. A tymczasem nic takiego się nie działo. To było zbyt piękne, by nie wzbudzać w Devenie pewnych podejrzeń.
- Um... jasne, pewnie... ale wiesz, to nic nadzwyczajnego - zastrzegł, słysząc jej pytanie i pospiesznie dopijając swoją herbatę. Zaprowadził ją do swojej sypialni, w której nawet panował porządek. Nad łóżkiem wisiał łapacz snów i jakieś indiańskie makatki, tu i ówdzie leżały książki, w kącie stała jego Błyskawica 2013, ale przede wszystkim w pokoju królowały rośliny poustawiane w donicach zarówno na stoliku, jak i na podłodze, i różne stworzenia pozamykane w klatkach albo niedużych terrariach, słoikach... W kącie stała niewielka figurka totemu. - Mój brat twierdzi, że strach tu wejść... - rzucił z niepewnym uśmiechem, jednocześnie wzruszając ramionami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Gryffindor
Rok Nauki : VII
Wiek : 20
Skąd : Pretoria, RPA
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 393
  Liczba postów : 304
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7974-farai-osei
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7975-far-fara-way
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7977-sowa-farai
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7976-farai-osei




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Sob Maj 03 2014, 20:37

Widocznie Deven był za dobry. Ale pomimo wychowywania w różnych kulturach i klimatach mieli podobnie. Ona także pomagała ojcu przy zwierzętach, o ile oczywiście jej pozwolił. A potem pomagała matce, gdy dopadła ją choroba. Choć nie trwało to długo, bowiem szybko cała rodzina podjęła decyzję o umieszczeniu jej w najlepszym ośrodku w Wielkiej Brytanii. Od tamtej pory miała wyrzuty sumienia, że musi spędzać tyle czasu w szkole. Odwiedzała ją w święta i tak dalej, ale to nie było to samo. Tęskniła za nią. Lesedi była, i w sumie dalej jest, dobrą kobietą i dobrą matką. Bardzo przeżyła wypadek Farai, na szczęście w nieszczęściu szybko o nim zapomniała. Miewała jeszcze czasem przebłyski i pytała o niego, ale w gruncie rzeczy prędko odpływała z powrotem do cichej krainy niewiedzy. Akurat wtedy, kiedy gryfonka chciała mieć matkę, to jej nie było. Strasznie ją to frustrowało, ale przecież nie mogła być na nią zła. Mimo wszystko ją kochała, a choroba to nie był jej świadomy wybór. Co gorsza zastanawiała się, czy jej życie nie będzie wyglądało identycznie... w końcu mogła nosić gen podatności, który w przyszłości mógł się rozwinąć. Nie, nie chciała nawet o tym myśleć.
Osei raczej nie przejęłaby się gadatliwym bratem, który być może chciałby ośmieszyć tego najmłodzego. Pomimo, iż była jedynaczką, naoglądała się już wielu rodzeństw i często dochodziło wśród nich do takich sytuacji. Rzadko to wszystko, o czym mówił jeden z rodzeństwa na temat drugiego było prawdą, lub było bardzo mocno podkoloryzowane, dlatego przymykała na to oko, samej wyrabiając sobie opinię o danej osobie. Możliwe nawet, że starszy Quayle wyszedłby w jej oczach na błazna, tak po prostu. Choć niewykluczone, że w ferworze dobrego humoru i w ogóle, zaczęłaby się z nim całkiem nieźle dogadywać. Nie mniej główne jej skupienie dosięgało tego Indianina, który się dziś nią tak dzielnie zaopiekował! W końcu to był jej durny pomysł, mógł więc ją zostawić na pastwę losu, a mimo to tego nie zrobił, dziewczyna była pełna podziwu dla takiej postawy! Choć jednocześnie nie była zdziwiona, Deven zawsze jawił jej się jako porządny, solidny chłopak, na którym można polegać, nawet, jakby się celowo włożyło rękę do paszczy gryfa albo coś! I ona oczywiście bardzo to doceniała.
Tymczasem zaś uśmiechnęła się, kiedy dostała pozwolenie na zwiedzenie jego pokoju, no i oczywiście poszła w tamtym kierunku. Nie zważając na żadne głupie tłumaczenia i takie tam, zawsze była tego zdania, że sama potrafi coś ocenić. I tak kiedy stanęła w progu i z zaciekawieniem oglądała całe wnętrze, tak szybko weszła do środka i klapnęła sobie na łóżku gryfona. Całkiem fajne i dosyć miękkie. Skupiła się jednak na roślinach, które próbowała zidentyfikować. Szło jej całkiem nieźle, a przynajmniej takie miała wrażenie, jednak nie podjęła tego tematu.
- Myślisz, że dalibyśmy wyhodować eukaliptusa? Trzymam jego nasiona od czasu powrotu z Drakensberg, ale nidgy nie odważyłam się ich zasadzić w obawie, że się zmarnują - powiedziała jednak, zerkając na Indianina wyczekująco, bowiem miała nadzieję, że usiądzie koło niej, albo coś.
- I w ogóle ładnie masz tutaj. Skromnie, ale przytulnie. Myślisz, że mogłabym gdzieś tutaj kupić łapacz znów? - pytała dalej, lekko okręcając głowę do tyłu, aby go zobaczyć. Zawsze zastanawiała się, czy działa. Chętnie by się przekonała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Skąd : Hamilton, Kanada
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 2719
Dodatkowo : szukający, kapitan
  Liczba postów : 772
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6697-deven-quayle#189490
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6699-relacje-indianskie-i-te-zupelnie-nie#189531
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6700-pocztowki-z-innej-epoki#189533
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7227-deven-quayle




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Sob Maj 03 2014, 22:22

Może Farai by się nie przejęła, ale Deven by chyba umarł, zapadł się pod ziemię, dopóki by nie opuściła ich mieszkania, a potem zabił Rivera, udusił, poszatkował, zamordował na sto pięćdziesiąt różnych sposobów, bo niszczenie młodszemu bratu życia towarzyskiego, które nigdy nie było specjalnie rozbuchane, a tym bardziej nieśmiało kiełkującej znajomości z tak fascynującą dziewczyną jak Osei, nie mogłoby mu ujść na sucho. Po prostu nie. Po czymś takim Deven już zupełnie zamknąłby się w sobie i nie miałby odwagi pokazać się Farai na oczy, a jego relacje z Riverem już nigdy nie byłyby dobre. Dlatego całe szczęście, że jego starszego brata cały dzień gdzieś nosiło i nie wyczuł, że oto ma doskonałą okazję, by skompromitować młodszego Quayle'a przed dziewczyną, która chyba mu się podobała. Duch Opiekuńczy najwyraźniej miał dzisiaj dobry dzień.
To może zabrzmieć trochę śmiesznie, bo w końcu bycie opiekuńczym kojarzy się bardziej z płcią żeńską, a już na pewno nie z indiańskimi wojownikami, których dziedzictwo Deven tak bardzo sobie cenił, ale on po prostu miał w sobie mnóstwo empatii, co było doskonale widoczne na przykładzie jego stosunku do roślin i zwierząt. Ile razy opiekował się osieroconymi zwierzętami, które bez jego pomocy nie miałyby najmniejszych szans na przeżycie? Ile razy składał połamane skrzydełka ptakom albo zabierał się za pielęgnację roślin, które dawno zostały spisane na straty, jako niewdzięczne badyle, które za dzień lub dwa zupełnie uschną? W jego naturze nie leżało pozostawianie kogoś bez pomocy, a tym bardziej w takiej sytuacji. Zresztą przecież jemu zależało na Farai, więc jak mógłby zrobić coś takiego?
Stał oparty o ścianę, obserwując jak dziewczyna zwiedza jego pokój. Naprawdę nie było to nic nadzwyczajnego, chyba że ktoś naprawdę się interesował roślinami i zwierzętami - miał nawet młodego szpiczaka, którego zamierzał niedługo wypuścić pod zakończeniu kuracji. Malec najadł się jakichś trujących roślin i Quayle z trudem go odratował, ale mimo to zwierzątko nie chciało dać się oswoić. No cóż, wcale nie liczył na sukces.
- Pewnie tak. Wiesz... gdybyśmy zdołali zapewnić mu glebę przynajmniej zbliżoną do tej, na jakiej normalnie rośnie... to tak - powiedział, siadając obok niej na łóżku, na tyle blisko, że czuł zapach jej skóry, na który był szczególnie wrażliwy. Ech, te wyostrzone zmysły. Przez chwilę miał ochotę sięgnąć po jej dłoń, ale opanował się szybko.
- Dzięki. Lubię prostotę... hm... może być z tym problem, ale jeśli chcesz... mógłbym ci zrobić. Kiedyś... hm... uczył mnie tego szaman. To w sumie proste, jeśli znasz formuły i wiesz, jaki rytuał jest potrzebny, by łapacz naprawdę działał, więc... - w tym momencie urwał, zdając sobie sprawę, że zwrócona w jego stronę twarz dziewczyny znalazła się zaskakująco blisko jego własnej. Nie wiedząc, co się właściwie z nim dzieje, pochylił się w jej stronę i ze zdumieniem stwierdził, że jego wargi przywierają do jej. Że jego dłoń nieśmiało dotyka jej policzka, a serce wali jak oszalałe. Nie mógł się powstrzymać. Delikatnie objął wargami jej dolną wargę, rozkoszując się jej miękkością i ciepłem. Nieśmiałym gestem objął ramieniem jej talię i przyciągnął dziewczynę bliżej siebie, tak by czuć jej obecność jeszcze wyraźniej. By otoczył go zmysłowy zapach jej skóry, który mieszał mu w głowie. Nie zastanawiał się nad tym, co robi. Po raz pierwszy w życiu całował dziewczynę i był absolutnie pochłonięty tym magicznym doznaniem. Farai. Farai. Farai...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Gryffindor
Rok Nauki : VII
Wiek : 20
Skąd : Pretoria, RPA
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 393
  Liczba postów : 304
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7974-farai-osei
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7975-far-fara-way
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7977-sowa-farai
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7976-farai-osei




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Wto Maj 06 2014, 23:29

Och, Farai nie sądziłaby, iż Deven jest zdolny do takich rzeczy! Zabicie brata przez jakąś dziewczynę? No bez przesady! Tak by sobie od razu pomyślała i chyba miałaby większe zastrzeżenia do niego po czymś takim, niż po jakiejś paplaninie Rivera. I wiadomo, że tak się tylko mówi, wyolbrzymiając i tak dalej, ale pewnie takie myśli w młodym Quayle'u by się pojawiły, a to nie dobrze. Choć ona sama przez swoje napady złości również miewała takie myśli. Ale to nic. Dziś wszystko szło idealnie, prawda? W końcu zasługiwali na to. Ciężko pracowali każdego dnia, a to nad kondycją, a to nad nauką, a to nad sprzątaniem... takie pozornie prozaiczne rzeczy w końcu wliczały się sumarycznie w nasze życia, ciężko je przegapić. I w ogóle smutne, że nie chciałby jej nigdy spojrzeć w oczy. Jednakże znając jej upór, mógłby się przeliczyć! Choć chyba oboje wyglądają trochę na zacięte bestie, więc może ten pojedynek byłby bardzo wyrównany!
Mogliby założyć wspólną lecznicę! Co prawda Osei była kiepska w uzdrawianiu, ale mogłaby zgarniać poszkodowane zwierzęta do Indianina, a ten mógłby je podreparować. I tak leniwie mogłoby się toczyć życie. Pewnie gryfonka długo by tak nie wytrzymała, szukając co rusz nowych wrażeń, ale przez pewien czas na pewno byłoby całkiem miło. Tak jak jest teraz. Siedzą, rozmawiają, jest przyjemnie. No przecież. Rozgląda się z zaciekawieniem po mieszkaniu, dociera do pokoju, próbuje zidentyfikować rośliny, marzy o łapaczu snów. Wszystko następuje płynnie, jakby było naturalne i niewymuszone. Nie czuje już skrępowania, choć przecież wypowiedziała tyle dwuznacznych zdań. Wszystko zdaje się być już poukładane. Myśli nawet o tym, czy nie powinna już pójść, bo zabiera mu czas i to i tamto i...
- Myślisz, że to chodzi tylko o glebę? Bo zastanawiam się, czy nie powinien być też odpowiedni klimat. Może trzeba byłoby wydzierżawić teren w cieplarni? I rzucać na nią jakieś odpowiednie zaklęcia? Sama nie wiem - odparła na jego słowa, nie do końca będąc przekonaną o słuszności zarówno jego stwierdzenia, jak i swojego. Z ich dwójki chyba Deven znał się lepiej na roślinach, przynajmniej tak przypuszczała. Ona miała jedynie więcej doświadczenia ze zwierzętami. Ale to już nie było tematem tej rozmowy.
Kiedy usiadł blisko, poczuła delikatne dreszcze przechodzące przez jej ciało i to było całkiem przyjemne. Uśmiechnęła się do niego szczerze, słuchając tego, co mówi i patrząc na niego spokojnie. Nic nie zdradzało jej przyspieszonego bicia serca, jedynie jej skóra zaczęła pokrywać się delikatną, gęsi skórką, widoczną tylko dla wprawionych obserwatorów. Ale przecież skupiła się na literkach, które wyskakiwały z jego zapewne miękkich ust, skupiały się na jego twarzy i spojrzeniu, a ona bezwiednie kiwała głową, choć niewiele z tego rozumiała.
- Zrobisz mi? - spytała tylko, lekko zdumiona, ale jednocześnie zadowolona. Chciałaby go mieć, no, chyba, że to wymaga mnóstwa pracy. Nie mogłaby go wykorzystywać! Chyba. Ogółem wykorzystywała ludzi na trefne wróżby, więc co się miało zmienić niby tym razem? Sama nie wiedziała, kiedy zaczęła się do tego wszystkiego za bardzo dostosowywać, klucząc pomiędzy swoją osobowością, która walczyła z tym, czego oczekiwali inni. Nie mniej nie spodziewała się tego, że zaraz ich usta się złączą, a ona dotknie ich faktury. Nie spodziewała się delikatnego muśnięcia jej policzka, a potem przysunięcia w kierunku Quayle'a. Poczuła nagle, jak uderza w nią fala ciepła, jak pieką ją policzki, niemalże wypalając dziurę w skórze. Nie mniej oddała nieśmiale pocałunek, jak gdyby poddając się magii chwili, a swoje dłonie usadowiła na torsie gryfona, nie chcąc tego przerywać, choć chyba powinna. Och.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Skąd : Hamilton, Kanada
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 2719
Dodatkowo : szukający, kapitan
  Liczba postów : 772
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6697-deven-quayle#189490
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6699-relacje-indianskie-i-te-zupelnie-nie#189531
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6700-pocztowki-z-innej-epoki#189533
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7227-deven-quayle




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Sro Maj 07 2014, 14:43

Och, tak naprawdę skoczyłby za swoim upiornym bratem w ogień, za każdym ze swoich upartych braci, mimo że czasami miał rodzicom za złe, że nie wzięli trochę na wstrzymanie albo że nie udało im się spłodzić chociaż jednej siostry, która z pewnością miałaby kojący wpływ na braci, a w każdym razie pozwoliłaby na zachowanie względnej równowagi, co po prostu było niemożliwe, jako że pierwiastek męski w domu rodziny Quayle miał przewagę nad żeńskim 5:1. W ogóle Deven był chyba najmniej konfliktowym z braci, choć oczywiście czasem tracił cierpliwość i wdawał się w bójki, zwłaszcza z Riverem, ale te przepychanki miały w gruncie rzeczy zbawienny wpływ na ich relację, bo po wszystkim nie pamiętali nawet powodu sporu, a całość traktowali jako zabawę i sposób na wyrównanie rachunków. Fakt, myślę, że oboje byli bardzo uparci i to może w pewnym momencie stać się kością niezgody, ale miejmy nadzieję, że nauczą się trudnej sztuki osiągania kompromisów, bo inaczej może być naprawdę trudno.
Deven byłby szczęśliwy, mogąc się oddać opiece nad nieszczęśliwymi stworzeniami i współpracy (i współżyciu, hehe) z Farai. Z drugiej strony on nie potrafił nigdzie zagrzać na dłużej miejsca, w jego naturze leżała wędrówka i nic na to nie mógł poradzić. Cieszyła go świadomość, że ma dokąd wracać, że ma swoją bezpieczną przystań, do której może zawinąć, kiedy zatęskni za spokojem, dachem nad głową i rodzinnym ciepłem, ale taka spokojna, ustabilizowana egzystencja na dłuższą metę stałaby się dla niego torturą. Więc możliwe, że również pod tym względem znaleźliby porozumienie. Mogliby wędrować, leczyć zwierzęta to tu, to tam, a potem wracać na jakiś czas do swojego małego domku (małe domki w dziczy były dla Devena uosobieniem wolności i równocześnie pewnej niekrępującej stabilizacji), by potem znowu odkrywać jakieś fascynujące zakątki. Tak, ta wizja z pewnością bardzo by mu się spodobała!
- Och... jasne, masz rację, klimat też jest ważny. Myślałem po prostu, że można by... hm... hodować go w jakimś pomieszczeniu albo faktycznie cieplarni. Em... co do zaklęcia... Blostma powinna wystarczyć, a jeśli nie... hm... no wtedy można przygotować odpowiedni nawóz z dodatkiem eliksiru... pracuję nad takim jednym, ale nigdy nie byłem za dobry w warzeniu... - wyznał z zakłopotaniem. On znał się właściwie na wszystkich aspektach natury, starał się zrozumieć wszystkie żywe istoty, niezależnie od tego, czy mógł z nimi nawiązać kontakt, czy też nie. Czuł się częścią natury, podobnie jak one i cierpiał, widząc, jak bardzo jego rasa niszczyła samą siebie, trując swoich słabszych braci, którzy nie mogli się bronić. Nie. Nie jego rasa. Indianie nigdy nie odcinali się od przyrody, żyli z nią w idealnej harmonii, nie próbowali ujarzmić, mieli szacunek dla każdej żywej istoty. To biali byli źródłem zła, biali i ich pycha, przekonanie, że są ponad naturą, że potrafią ją ujarzmić. A jednak zjawiali się w sklepie jego rodziców, ilekroć chemia nie była w stanie im pomóc na różne dolegliwości. Wracali do korzeni, ale nie widzieli tego, bo uważali, że ziemia powinna im służyć. Nie na odwrót.
Po jego ciele rozlało się kojące ciepło, choć jednocześnie każdy mięsień wydawał się dziwnie spięty, jakby szykował się do ucieczki. Kręciło mu się w głowie i miał dziwne wrażenie, jakby słyszał uderzenia serca dobiegające z każdej tkanki jego ciała. Wszystko wydawało się pulsować w nienaturalnie szybkim rytmie, zalewając jego myśli falą euforii i czułości, krew szumiała mu w skroniach, zagłuszając rozsądek i sprawiając, że działał tylko instynkt, pozwalając na uwolnienie głęboko skrywanych pragnień. Nie odepchnęła go. Czuł jej delikatne dłonie na swojej klatce piersiowej - musiała wyczuwać serce obijające się o żebra. Oddała pocałunek, równie nieśmiało co on sam. Objął ją i przytulił do siebie jednym ramieniem, wolną dłonią badając jej delikatną skórę, wodząc opuszkami palców od policzka, poprzez linię szczęki, aż do ślicznie rzeźbionego ucha i linii włosów, w które ostrożnie wplótł palce, rozkoszując się ich zapachem i jedwabistością. Nie potrafił całować, robił to po raz pierwszy w życiu, ale nie miał tremy, bo nie był w stanie myśleć o niczym, tylko raz po raz badać ciepłą miękkość jej warg, nabierając nieco odwagi, ale wciąż będąc nieśmiałym i delikatnym. To było takie piękne, takie ulotne i magiczne, że Deven nie mógł się przywołać do porządku, przerwać tego cudownego zjawiska, zwłaszcza że Farai nie sprawiała wrażenia kogoś, kto pragnąłby wyrwać się z jego ramion.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Gryffindor
Rok Nauki : VII
Wiek : 20
Skąd : Pretoria, RPA
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 393
  Liczba postów : 304
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7974-farai-osei
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7975-far-fara-way
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7977-sowa-farai
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7976-farai-osei




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Czw Maj 08 2014, 23:13

Może rzeczywiście by się dogadali. Może czas byłby im pisany. Może potrafiliby jakoś się porozumieć. Ale to tylko gdybania, zwykłe słowa rzucane na wiatr. Przecież byli gdzieś na początku swej historii. Czy się ona przedłuży? Nie wiadomo. Życie bywa przewrotne. Nie można mu ufać. Dobrze, że ufali samym sobie, wpadając sobie w ramiona, chłonąc ciepło swych ciał i miękkość swych ust. Odurzając się zapachem, który uzależniał. Tak jak bliskość drugiego człowieka. Zniknęły eukaliptusy z głowy, łapacze snów, które może kiedyś powstaną, a może nie. Szli w ciszy po swoje zmysły i pragnienia. Muskając je niebezpiecznie zakamarkami umysłu. Byli jego niewolnikami. Tak samo jak bijącego szybko serca, które było w popłochu, przestraszone, ale i zaciekawione jednocześnie. Magia świata. I odkrywaniem siebie po kolei, bez pośpiechu. Utuleni swą wrażliwością. Pijani obawami. To było słodkie, niewinne i nieporadne zarazem.
Byli wolnymi duchami. Ezgotycznymi egzemplarzami matki natury. Powinni więc do siebie pasować, każdy by tak powiedział. Może rzeczywiście byli idealnymi częściami układanki, która postanowiła ich rozyspać dawno temu. Ale co jeśli byli tylko chwilowymi momentami dipolowymi, a zaraz potem zaczną się wzajemnie odpychać, bo każde z nich będzie rozczarowane osobowością drugiego. Albo jego przeszłością. Ona miała akurat dosyć bujną. Tak bujną jak teraźniejszość. Jakoś sobie z tym radziła, ale ogółem może przecież kiedyś wybuchnąć. Nikt nie jest niezniszczalny. Nikt nie jest nieomylny, wieczny i idealny. No przecież. Ona także nie. Chowała w sobie mnóstwo wad, niegotowych jeszcze na wyjście z ukrycia. Przecież była miła. Delikatna i powabna. Dla niego. Czy taka była naprawdę? Nie wiedziała. Ale mało prawdopodobne. Była wszystkim i niczym. Czy tego chciałeś, Devenie?
Nic nie mogło trwać wiecznie, dlatego w końcu odsunęła się od niego delikatnie, uśmiechając lekko. Nie wiedziała, co się mówi i robi w takich sytuacjach. Postawiła więc na milczenie. To z nim wstała, zebrała swoje rzeczy. Zostawiła na odchodnym przyrzeczenie rychłego zobaczenia. Zostawiła na policzku ostatni ślad po sobie w postaci cmoknięcia. A potem wyszła, zostawiając za sobą delikatny zapach czekolady.

z/t
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : X
Wiek : 22
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 162
Dodatkowo : animagia (wilk)
  Liczba postów : 193
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12196-belphegor-bloodcrow#331868
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12401-let-s-start-a-party#331930
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12403-belphegorowy-kruk
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12402-belphegor-bloodcrow#331933




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Czw Mar 31 2016, 00:36

Kiedy tak szli ulicami Londynu nie było chwili, w której serce chociaż na chwile zwolniłoby gryfonowi. Co jakiś czas zatrzymywał się by objąć Clarissę i ponownie zatracić się w tak upragnionych pocałunkach. W innych chwilach, to dziewczyna zarządzała postój, żeby przygryźć wargę Belphegora. W takim tempie dotarli na miejsce grubo po wybiciu dwunastej, jednak jemu to nie przeszkadzało. Był tak zapatrzony w krukonkę, że zupełnie nie pamiętał jakie miejsca mijali, jakich ludzi spotykali na swojej drodze tutaj. Zupełnie też zapomniał o tym, że powinien otworzyć mieszkanie i wpuścić do niego swojego gościa. Nie pamiętał nawet kiedy to zrobił. Pamiętał tylko, że od kiedy drzwi się otworzyły, ani razu nie puścił nowo upieczonej partnerki z objęć, a ich usta ani na chwile nie rozdzieliły się. Zupełnie nie zwrócił uwagi na to, czy pozostali domownicy są u siebie w pokojach, czy może poza nimi. Niemal po omacku dotarł z Clarissą dotarł do siebie. Nie miał pojęcia, że nie posprzątał. Łóżko było niezaścielone, a po podłodze walały się książki ze studiów. Posadził krukonkę na łóżku i sam zamknął drzwi upewniając się, że nikt ich nie podsłucha. Podszedł do niej z poważną minął.
- Chcę z Tobą być i tylko z Tobą. Inne dziewczyny przestały się dla mnie liczyć. - Kucnął przed Rissą. - Panno Grigori, pragnę być już zawsze z Tobą. - Dodał stanowczo rzucając się na nią. Teraz ona leżała plecami na łóżku, a on z dłońmi na łóżku, opierał się nad nią pałając żądzą jakiej nigdy wcześniej nie czuł.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Skąd : Moskwa - Rosja
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 274
Dodatkowo : animagia (fenek)
  Liczba postów : 891
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12265-clarissa-rowena-grigori
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12319-badz-czescia-mego-swiata#328231
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12321-asmodaj#328235
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12320-clarissa-rowena-grigori#328234




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Czw Mar 31 2016, 12:00

Jego słowa wypowiedziane nad jeziorem wciąż krążyły po jej głowie co jakiś czas przyprawiając ją o dreszcze. Było to tak wspaniałe, że wręcz nierealne. Uśmiech nie schodził z jej ust nawet, gdy gryfon co jakiś czas stawał aby złączyć ich usta w pocałunku. Często sama Clari robiła to samo. Nie potrafiła za nic nacieszyć się jego obecnością. Bała się, że może być to sen z którego brutalnie zostanie obudzona. A nie chciała tego. Nawet nie zorientowała się kiedy to dotarli do jego domu. Gdy tylko znalazła się w jego objęciach zapomniała o całym świecie. Każdy jeden pocałunek oddawała z nie mniejszą żarliwością przelewając do niego wszystkie uczucia jakie w niej budził. Miłość, namiętność, a nawet tęsknotę choć nie zdawała sobie z niej wcześniej sprawy. Dopiero po dotarciu do jego pokoju mogła nabrać trochę powietrza. Oddychając szybko patrzyła na każdy krok który wykonywał - od posadzenia jej na łóżku po zamknięcie drzwi i powrót do niej. Pokój był... Chwila! Czy ważne w tym momencie było jak wyglądał pokój w którym się znajdowała?! Nie! To też Clari nawet się nie rozglądała po nim patrząc tylko i wyłącznie na gryfona. W tym momencie miała całkowitą pewność, że słyszał jak galopuje jej serce. Widząc z jak poważną miną podchodzi do niej przełknęła ślinę nie spuszczając spojrzenia z niego. Jednak z każdym jego słowem czuła przyjemny dreszcz biegnący wzdłuż jej kręgosłupa, a oczy z każdą chwilą wyrażały coraz to większe pożądanie. Roweno, co on z nią zrobił.
- "Zawsze" to trochę długo. Jesteś na to gotowy? - oczywiście żartowała chcąc pozbyć się zdenerwowania które zaczynała odczuwać. W jej oczach, poza pożądaniem, można było zauważyć strach. Nigdy wcześniej nie znalazła się w podobnej sytuacji i trochę ją to przerażało. Jednak nie na tyle aby zaprzestać jakichkolwiek czułości względem chłopaka. Patrząc w jego oczy przyciągnęła go do siebie łapiąc obiema rękoma za jego koszulę i złączając ich usta w namiętnym pocałunku. Doprowadziło to do tego, że chłopak praktycznie leżał na niej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : X
Wiek : 22
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 162
Dodatkowo : animagia (wilk)
  Liczba postów : 193
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12196-belphegor-bloodcrow#331868
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12401-let-s-start-a-party#331930
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12403-belphegorowy-kruk
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12402-belphegor-bloodcrow#331933




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Czw Mar 31 2016, 13:36

(Nie wiem czy się zalicza, ale możliwe, że od tego czasu będzie 18+ Cool )

Nie było mu łatwo wypowiedzieć pojedynczego słowa, co dopiero wyznać co do niej czuje. Słowa same płynęły z jego ust, a on nie miał zamiaru ich zatrzymywać. Leżąc niemalże na dziewczynie i pojąc kolejne pocałunki z jej ust miał wrażenie, że jest pod jakimś urokiem. Jakby coś tak cudownego nie mogło mieć w ogóle miejsca w realnym życiu. Nie zamierzał o tym dłużej rozmyślać, po prostu poddał się i dał się całować. Nie chciał, żeby tylko Clarissa miała inicjatywę po swojej stronie, więc chwycił dłońmi jej nadgarstki i odłożył na bok przytrzymując delikatnie. W takiej pozycji mógł robić co tylko chciał i taki miał zamiar. Jeszcze kilka razy złożył pocałunek na jej ustach niechętnie się z nimi rozstając, ale nie tylko usta wymagają czułości. Raz po razie muskał wargami skóry na szyi krukonki. Była delikatna i słodka. Zaczął od najwyższej części szyi i schodził w dół. Im niżej schodził, jego pocałunki były bardziej wyraziste. Kiedy doszedł do dekoltu przesunął się bardziej w dół. Zebami podwinął koszulkę Rissy do góry odsłaniając tym samym jej brzuch, który został zalany na przemian całusami i delikatnymi ugryzieniami. Cały czas w głowie szumiały mu słowa "Za szybko" i chociaż miał ochotę zedrzeć z niej wszystkie ciuchy powstrzymywał się. Dlaczego to robił? Wciąż miał niepohamowane wrażenie, że jak to zrobi, skrzywdzi ją. A tak bardzo mu na niej zależało, że nie chciał krzywdzić Clarissy. Nie teraz, jak w końcu wyznali to co czują. Uwolnił jej ręce żeby mógł swoimi złapać ją za boki i przesuwać palcami po jej nagiej skórze pod ubraniami. Znów natknął się na stanik, tym razem go rozpiął, żeby móc bez przeszkód gładzić jej plecy. Na Merlina... Nie chciał czekać. Nie miał wręcz zamiaru. Spojrzał tylko na te cudowne, zielone oczy, podsunął się do góry znów całując namiętnie usta dziewczyny, a ręce powoli wsuwał pod rozpięty stanik. Delikatnie pogładził kciukami boki jej piersi nie przerywając pocałunków.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Skąd : Moskwa - Rosja
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 274
Dodatkowo : animagia (fenek)
  Liczba postów : 891
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12265-clarissa-rowena-grigori
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12319-badz-czescia-mego-swiata#328231
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12321-asmodaj#328235
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12320-clarissa-rowena-grigori#328234




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Czw Mar 31 2016, 14:21

(bardzo możliwe, że będzie Cool ) +18

Dotyk jego dłoni na jej ciele pozostawiał ognisty ślad który wręcz rozpalał jej zmysły do czerwoności. Najmniejsze nawet muśnięcie sprawiało, że zapominała o całym świecie. Liczył się teraz tylko on i bliskość między nimi. Z każdą kolejną sekundą pragnęła go coraz bardziej. Z każdym kolejnym pocałunkiem uczyła się go na pamięć. Pragnęła aby trwało to wiecznie... Ta chwila. W myślach dziękowała za poznanie tak wspaniałej osoby jaką był on. Wreszcie los się do niej uśmiechnął. Zatopiła swoje palce w jego włosach zasysając delikatnie jego dolną wargę. Drugą ręką przejechała po jego plecach wzdłuż kręgosłupa. Miała ogromną ochotę zedrzeć z niego ubranie jednak powstrzymywała się przed tym. Sama do końca nie wiedziała czemu. Gdy jej nadgarstki zostały uziemione spojrzała na niego oddychając nierówno. Czując jego pocałunki na szyi zamruczała cicho nabierając więcej powietrza. Nie sądziła, że może to być aż takie przyjemne. Zagryzła dolną wargę nie chcąc aby jakikolwiek dźwięk wydobył się z jej gardła. Im niżej schodził swoimi ustami tym mocniej musiała się powstrzymywać. Było to momentami jak tortura. Słodka tortura, której nie chciała przerywać. Dotyk jego dłoni wywołał ekscytację i przyśpieszenie bicia serca. W tym momencie zdecydowanie ubrania zaczęły jej przeszkadzać przez co mruknęła niezadowolona. Oderwała się od ust chłopaka odpychając od siebie przez co wylądował obok niej. Jego mina w tym momencie była bezcenna. Uśmiechnęła się cwano do niego i przerzucając jedną nogę nad nim usiadła okrakiem spoglądając w jego oczy. Nie czekała jednak aż się otrząśnie ze zmiany pozycji. Sprawnym ruchem ściągnęła pierw bluzkę, a następnie odpięty już stanik. Pochyliła się w jego stronę łącząc ich usta w namiętnym pocałunku. Nie pozostała jednak na nich długo. Już po chwili zeszła nimi na jego szyję pozostawiając jeden, dość widoczny ślad. Niech wszystkie inne wiedząc, że ma od tej pory Panicz Bloodcrow jest nietykalny. Jedyne co jej przeszkadzało jeszcze to jego bluzka którą cały czas miał na sobie. Jednak nie pozostanie w niej długo, prawda?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : X
Wiek : 22
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 162
Dodatkowo : animagia (wilk)
  Liczba postów : 193
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12196-belphegor-bloodcrow#331868
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12401-let-s-start-a-party#331930
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12403-belphegorowy-kruk
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12402-belphegor-bloodcrow#331933




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Czw Mar 31 2016, 15:22

Każdy dotyk, którym obdarowywała go Clarissa był nie do opisania. Belphegor wiedział, że cokolwiek zrobi dziewczyna, on i tak będzie odczuwał jedynie przyjemność z bliskości jej ciała, nawet jeśli doprowadziłaby go do krwistych ran. Nie chciał stracić ani jednego jej pocałunku. Był dla pojedynczego dotyku jej ust skoczyć w przepaść o ile tylko to zagwarantowałoby mu ponowne złączenie się z krukonką w namiętnym pocałunku. Badał jej ciało, jej ruchy, jej reakcje. Był tak pochłonięty tym wszystkim, że kiedy znalazł się na plecach oniemiał. Patrzył tylko na to, co robi Rissa i z każdą chwilę płomień pożądania w jego oczach rósł, choć mogło by się wydawać, że osiągnął już apogeum. Kiedy ściągała bluzkę on ściągnął swoją, a kiedy na podłodze wylądował jej stanik, krew gryfona zawrzała. Dłonie same zaczęły błądzić po jej ciele. Najpierw po brzuchu, kierując się w stronę piersi. Kiedy jego palce dotknęły krągłości Clarissy poczuł, że strasznie mu niewygodnie. Do tej pory jego spodnie mu przeszkadzały, w tym momencie sprawiały mu ból. Poruszył biodrami do góry popychając delikatnie w przód dziewczynę, a dłońmi zaczął pieścić jej piersi. Najpierw delikatnie, nie chcąc sprawić jej bólu, z każdą sekundą nieco zwiększając nacisk, zmieniając ruch. Nie mógł nacieszyć się nimi zbyt długo, ponieważ Clarissa zaczęła go naznaczać czerwonymi znakami, których nie miał zamiaru ukrywać. Niech ludzie wiedzą, że gryfonem ktoś już zawładnął. Tym razem to on przewrócił krukonke na plecy nie wytrzymując już tego. W tej pozycji o wiele łatwiej było mu zajmować się jej piersiami. Całując ją namiętnie jedną ręką się podpierał, zaś druga zatapiała się to w lewej, to w prawej piersi. I nagle Gryfon zniknął trochę niżej, by móc oddać należne uczucia do piersi Rissy ustami. Delikatnie skubał jej sutki, całował skórę niemalże na całej powierzchni jej klatki piersiowej. A jego wolne ręka, rozpinała guzik jej spodni i zsuwała ciuch delikatnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Skąd : Moskwa - Rosja
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 274
Dodatkowo : animagia (fenek)
  Liczba postów : 891
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12265-clarissa-rowena-grigori
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12319-badz-czescia-mego-swiata#328231
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12321-asmodaj#328235
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12320-clarissa-rowena-grigori#328234




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Czw Mar 31 2016, 16:50

Jej ciało reagowało na jego dotyk jak na żaden innym. Wystarczyło delikatne muśnięcie jej piersi aby sutki od razu stwardniały, a z gardła wydobyło się mruczenie. Delikatnie odchyliła głowę do tyłu wyginając ciało w mały łuk, a dłonie opierając na nogach gryfona. Jeszcze nigdy wcześniej nie czuła takiego żaru wypełniającego ją od środka. Tym bardziej przybrał na sile, gdy poczuła jak bardzo działa na chłopaka. Miała ochotę przenieść pocałunki na jego klatkę piersiową jednak nie było jej to dane. Już po chwili leżała z powrotem na plecach spoglądając na chłopaka z dołu. Ułożyła jedną dłoń na jego karku, przyciągając do pocałunku, a drugą delikatnie drażniła skórę pleców pozostawiając drobne zaczerwienienia po paznokciach. W tym momencie całkowicie zapomniała o bliznach na jej lewym ramieniu. Przeważnie starała się je ukrywać i pod żadnym pozorem nie dopuścić aby ktokolwiek je zobaczył. Wstydziła się ich, a tłumaczenie skąd je miała było zbyt bolesne. Teraz jednak, pochłonięta namiętnością jak i miłością do chłopaka, całkowicie o nich zapomniała. Czując jego usta na swoich piersiach zamruczała z przyjemności. Rozkoszowała się nawet najdrobniejszym gestem jaki wykonywał w stosunku do niej. Ona sama przelewała w każdy swój ruch, gest czy pocałunek całą miłość do niego. Chciała aby dzięki temu wiedział, że nie ma żadnych obaw, ani już nie boi się niczego. Czując jak pozbywa się jej spodni uśmiechnęła się pożądliwie. Sama nie pozostała mu dłużna. Dłonie Clar powędrowały do jego rozporka. Uporanie się z paskiem, guzikiem i zamkiem błyskawicznym nie zajęło jej długo. Delikatnie zsunęła je z niego wodząc palcami po biodrach chłopaka. Sądziła, że jej serce nie może bić już szybciej - myliła się. Znów przyśpieszyło swój rytm. Jeśli tak wyglądało zatracenie się z ukochaną osobą to nie miała zamiaru nigdy przestawać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : X
Wiek : 22
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 162
Dodatkowo : animagia (wilk)
  Liczba postów : 193
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12196-belphegor-bloodcrow#331868
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12401-let-s-start-a-party#331930
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12403-belphegorowy-kruk
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12402-belphegor-bloodcrow#331933




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Czw Mar 31 2016, 19:05

Podczas studiowania ciała Clarissy natknął się na blizny. Nie uważał, że są paskudne, że szpecą dziewczynę. Były jej częścią, a ich przeszłość pozna tylko wtedy, gdy wybranka jego serca uzna, że powinien. Przejechał palcami po nich pozwalając sobie na chwilę delikatności. Uśmiechnął się czule i zaczął całować jej ramię i blizny, chcąc pokazać, że tak samo jak całą resztę, kocha je bezgranicznie. Chwila spokoju trwała krótko, ponieważ cały testosteron, który wstrzymywał jeszcze przed chwilą uwolnił się, i znów prowadził do delikatnego gryzienia, namiętnych pocałunków i pieszczenia krągłości Clarissy. Kiedy ściągnął już spodnie dziewczyny poprowadził ścieżkę pocałunków na jej skórze. Były one powolne i przeciągłe, żeby on mógł jak najdłużej czuć, jak i żeby Clarissa jak najdłużej cieszyła się dotykiem jego warg. Zaczął od ust krukonki i powoli schodził niżej. Poprzez szyję, która odsłoniła się, gdy dziewczyna odchyliła głowę, następnie dekolt i piersi. Każdej poświęcił tyle samo uwagi, zatrzymując się dłużej językiem przy sutkach Clarissy. Następnie brzuch. Brzuch trwał najdłużej. Nie chciał ominąć ani skrawka jej cudownej skóry. W końcu wszedł w okolice bikini i bez wahania złożył pocałunek na jej łechtaczce. Zaczął szturchać ją językiem. Całować. Przegryzać jej wargi sromowe i robić wszystko to, co przyszło mu do głowy. Ręce w całej tej wędrówce szły śladem ust. Pieszcząc piersi, bawiąc się z sutkami, na brzuchu zmieniając kurs i zaciskając się na pośladkach. Kiedy minęła dłuższa chwila, zaczął pomagać sobie również palcami pomiędzy nogami dziewczyny. Czuł, że sprawianie jej przyjemności, sprawia również przyjemność jemu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : IX
Wiek : 19
Skąd : Moskwa - Rosja
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 274
Dodatkowo : animagia (fenek)
  Liczba postów : 891
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12265-clarissa-rowena-grigori
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12319-badz-czescia-mego-swiata#328231
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12321-asmodaj#328235
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12320-clarissa-rowena-grigori#328234




Gracz






PisanieTemat: Re: Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle   Czw Mar 31 2016, 20:38

Każdą jego pieszczotę przyjmowała jak podarunek, wciąż będąc zachłanną i pazerną na kolejne. Teraz nie interesowało ją zupełnie nic. Miała go jedynie dla siebie i to w tej chwili się liczyło. Dążyła cały czas aby być bliżej i bliżej niego jednak czy można było być jeszcze bliżej niż byli w tej chwili? Nie. Uniosła się na łokciach spoglądając na niego rozpalonym wzrokiem. Był pierwszym któremu pozwoliła się do siebie zbliżyć tak bardzo. Pierwszym, któremu zaoferowała całe swe uczucie. To co z nią robił przechodziło wszelkie jej granice. Czuła się dzięki niemu wyjątkowa i jedyna. Cichy jęk wyrwał się z jej gardła gdy poczuła w sobie jego palce. Dreszcz rozkoszy przebiegł od palców jej stup po sam czubek głowy. Nie miała jednak zamiaru samej przyjmować przyjemność. W końcu jemu też ona się należała. Delikatnie skierowała swoją dłoń pod jego podbródek unosząc do góry. Możliwe iż nie spodoba mu się to jednak Clary miała już inne plany które chciała jak najszybciej zrealizować. Usiadła na łóżku pochylając się w stronę Belphegora i składając namiętny pocałunek na jego ustach. Z każdą sekundą pogłębiała go coraz bardziej drażniąc jego podniebienie swoim językiem jak i zachęcając jego do wspólnej zabawy. Nie odrywając się nawet na moment podniosła się do góry stając razem z nim. Chwilę wodziła palcami po jego ciele aby ułożywszy dłonie na klatce piersiowej popchnąć go na łóżko. Teraz to ona stała nad nim, przez co chłopak zdany był na nią. Wykorzystała tą okazję pozbywając się jego spodni wraz z bielizną uwalniając nabrzmiałego członka. Widok ten sprawił jej nie małą radość bo to właśnie dzięki niej znajdował się w tym stanie. Mimo wszystko była z tego dumna. Spojrzała mu w oczy delikatnie przejeżdżając językiem po dolnej wardze aby na dam koniec zagryźć ją. Z początku bała się, że nie będzie wiedziała co robić, lecz już po chwili instynkt wziął górę. Uklęknęła przed nim zataczając delikatne kółka, palcem wskazujący, wokół jego główki aby przesunąć dłoń w dół aż do nasady i z powrotem do góry. Powtarzała tą czynność powolnymi ruchami. W następnej chwili przejechała językiem wzdłuż jego męskości patrząc przy tym cały czas w jego oczy. Jej oddech zdecydowanie przyśpieszył, a serce zaczęło szybciej bić. Pochłaniała go całego ocierając przy tym o swoje podniebienie. Język również włączył się w ten dziki taniec chcąc dać mu rozkosz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Mieszkanie nr 17 - Deven Quayle

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

 Similar topics

-
» Mieszkanie
» Mieszkanie 18 - Marceline Delacroix i Madison Richelieu
» Mały salon
» Mieszkanie Curtis Juvinall i Raphaela De Nevers
» Mieszkanie Emmy

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
hogsmeade
 :: 
Aleja Amortencji
 :: 
Kamienica nr 23
-