IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Boisko Quidditcha

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3 ... 21 ... 40  Next
AutorWiadomość




Nauczyciel
Wiek : 24
Skąd : Australia, Cairns
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 0
Dodatkowo : teleportacja
  Liczba postów : 121




Gracz






PisanieTemat: Boisko Quidditcha   Czw Maj 30 2013, 13:42

First topic message reminder :


Boisko Quidditcha

Jest to duża powierzchnia o owalnym kształcie, rozmiarów około 55 na 152 metry. Po dwóch przeciwnych końcach, na polach bramkowych umieszczone są trzy tyczki, każda z obręczą na czubku, do których to wrzuca się kafla. Po środku znajduje się koło środkowe, skąd na początku meczu wypuszcza się piłki.
Odbywają się tu wszystkie rozgrywki Quidditcha między domami, a także treningi drużyn. Czasem uczniowie przychodzą sami, bądź większymi grupami by polatać sobie dla przyjemności.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość



avatar

Student Hufflepuff
Rok Nauki : I
Wiek : 21
Skąd : Vancouver, Kanada
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 166
  Liczba postów : 363
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5516-kayleigh-walsh
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5517-dwukropek-gwiazdka
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5526-k-walsh
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7581-kayleigh-walsh#211945




Gracz






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Nie Wrz 01 2013, 13:29

Oczywiście nic nie ogarniam, cały czas jestem na bieżąco, elo! Wiem tylko, że Kanadzie coś nie idzie. Kurcze, no, muszą wygrać. A jak przegrają to Kayle ogoli sobie głowę. Nie no żartuję! Ale mimo wszystko byłoby przykro, że przeciwna drużyna wygra. Przecież zawodnicy z Riverside tak ciężko trenowali, a teraz mają przegrać z jakąś Australią? No nie! A przynajmniej Kayle na to nie pozwoli. Próbowała w jakiś sposób złapać kafla, jednak tak szybko go przejmowali, że dziewczyna już nie nadążała. W końcu ktoś z jej drużyny rzucił do niej, zaś ta szybko go odebrała i próbowała dolecieć do jednej z pętli w celu zdobycia kilku punktów. Los jednak inaczej to przewidział. Ruda miała nadzieję, że zarobi parę tych punktów dla drużyny, jednak się nie udało. Ktoś z przeciwnej drużyny odebrał kafla dziewczynie. Co za pech, Kayle popadnie w głębokie kompleksy, drama milion!

kosteczki: 3 :C
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Uczeń Slytherin
Rok Nauki : VII
Wiek : 22
Skąd : Melbourne, Australia
Czystość Krwi : 10%
Galeony : 160
  Liczba postów : 265
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5493-riley-salinger#159681
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5497-ziomki-riley-a
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5498-rajlejowa-sowa#159715
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7192-riley-salinger#204396




Gracz






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Nie Wrz 01 2013, 13:56

Ok, to zaczynamy lać wodę! Warto zapamiętać, że na boisku nie powinno się zamykać oczu i modlić się w duchu, aby trafić kaflem, bo można boleśnie oberwać tłuczkiem. Ach, ta Madison Richelieu (ta sama, do której się doczepił, a wiem o tym, bo zajrzałam do relacji i tak w ogóle jestem pod wrażeniem tych krótkich postów), ta pałka jest jej przeznaczona (nieważne, jak to dziwnie brzmi)! Zapewne ów uderzenie było jednym z czynników, który skutecznie utrudnił Salingerowi trafienie w pętlę przeciwnika. No cholera, nie udało się! Zacisnął zęby, wyraźnie zirytowany. Jak tak chce się bawić dziołcha, to proszę bardzo. Nie ma sprawy, na pewno zdobędzie jeszcze dużo punktów, mimo tłuczków odbijanych w jego stronę! Teraz właśnie Australijczyk zdał sobie sprawę, jak bardzo nienawidził niepowodzeń, a już szczególnie niepowodzeń na boisku. I dlatego udowodni, że potrafi wygrywać. Cała drużyna potrafi!
Dlatego wcale nie tracił czasu. Kafel przejęła jakaś ruda dziewczynka, ale Riley zupełnie się tym nie zraził i od razu go wyrwał. Co za ciapa, nawet nie potrafi utrzymać go przy sobie! Czym prędzej chwycił piłkę w swoje łapki, z satysfakcją stwierdzając, że niestety, Reemy nie będą mogły się długo nacieszyć odzyskaniem kafla. Zwiększył prędkość i poleciał prosto w stronę bramek. Po raz kolejny tego dnia zamachnął się, wycelował i... oby tym razem strzelił gola!

1
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Rok Nauki : II
Wiek : 23
Skąd : Kanada
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 79
Dodatkowo : teleportacja
  Liczba postów : 91
https://encrypted-tbn1.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcQL1jAcRkXZvTRBSkHLsqyO3btG1zAjOBkwLC5jVKaR60_MF41M
http://kotipies11.blog.onet.pl/wp-content/blogs.dir/1049892/files/blog_kt_4374772_6330407_tr_tapetki_koty_tygrysy_004.jpg
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/6/62/Kot_domowy_ze_swoj%C4%85_zdobycz%C4%85.jpg
http://c.wrzuta.pl/wi2217/000070140003351c51d553ce/koty_sa_ciecza




Gracz






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Nie Wrz 01 2013, 14:05

Na serio Peter nie wie co się dzieje na tym boisku. Co ktoś z Kanadyjczyków łapie piłkę, to od razu ją trafi, pałkarze gubią wątek, myślą o niebieskich migdałach. A może skład przeciwny to taka potęga? Czas pokaże, wszyscy liczą jednak na szukającą!
Rudzielec straciła kafla. Odebrał go ten sam, który wcześniej strzelał. Zamach, rzut... Ten to ma cela. Nadgorliwość skarbie gorsza od faszyzmu, przydałoby się trochę spuścić z tępa rzucania do bramki. Peter poleca!
Wiadomo jednak, że tak pięknie to tylko w bajkach. Lazari dalej męczył się z miotłą, na której ostatnio latał miliard lat temu. Zanim jednak zdążył dolecieć do perli, piłka weszła w nią jak w masło. Tragedia! Wypaczył tylko parę nieprzyjemnych spojrzeń ze strony jego drużyny. Tak, jakby oni grali genialnie, a on psuł ich idealną koncepcje. Lazari chyba wolał jak na tej pozycji był Cameron. Przynajmniej po meczu wiedział jakie fajne dupeczki siedzą na trybunach. Tak to ani dupeczek, ani dobrego meczu, smuteczek. Jakie mięso taki schab, trzeba się wziąć w garść.
kosteczki:5
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : III
Wiek : 23
Skąd : Toronto, Kanada
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 1236
  Liczba postów : 468
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6002-cesaire-bernard-weatherly#171006
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6003-cezar-i-jego-rzymianie#171018
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6010-cezarowa-sowa#171255
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7381-cesaire-weatherly#207517




Gracz






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Nie Wrz 01 2013, 16:52

Ja wam mówię, że te zasady zostały źle napisane i że tu jest jakiś przeklęty angielsko-australijski antykanadyjski spisek, na serio. To już pewne jak amen w pacierzu, że trener Lazare wykryje ten spisek i udowodni, że kafle zostały zaklęte albo że cała drużyna reemów dostała przy śniadaniu doprawiony sok dyniowy, przez który popełniali takie błędy, jak na przykład Cesaire, podający kafla zawodniczce z przeciwnej drużyny. Więc nikogo nie zdziwię, jeśli napiszę, że w ten cholerny deszcz kafel okazał się być trudniejszy do utrzymania niż szło by się wydawać i kiedy jakiś strasznie nakręcony agresywny krab wleciał z impetem w biednego Cezara, chłopczyna musiał aż się mocniej chwycić, żeby nie zachwiać się niebezpiecznie na miotle i nie wylądować na ziemi szybciej, niż by planował. Tym samym kafel wylądował a australijskich łapkach. Żal, dno i wodorosty. Taka sytuacja.

ustawione kostki mówio, że 5 Neutral
i w ogóle wylosowałam już kostki dla Mads, wyszło 2, więc kochany Australijczyk, który teraz będzie pisał niech ma się na baczności, bo niedługo oberwie tłuczkiem i straci piłkę na rzecz Kanady <3


Ostatnio zmieniony przez Césaire Weatherly dnia Nie Wrz 01 2013, 17:05, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Skąd : Australia
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 157
Dodatkowo : hipnoza
  Liczba postów : 271
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6277-joshua-williams#177107
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6278-niepsychopata#177111
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6445-allelujah
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7176-joshua-williams#204364




Gracz






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Nie Wrz 01 2013, 16:59

KTO JEST GÓRĄ? KTO JEST GÓRĄ?
A-U-S-T-R-A-L-I-A Mam nadzieję, że wyszło mi literowanie, bo czas najwyższy na lanie wody! Och, jakże pięknie Australia się spisywała, a Kanada równie zacnie dawała dupy. Huehue! Joshua patrzył na wszystko z góry i głośno kibicował zawodnikom - oczywiście swoim. No może czasami Mads, ale to tylko czasami. Gdy tak idealnie walnęła Riley'a, to aż pokazał jej kciuka uniesionego do góry, ale po chwili pogroził jej palcem. A co, miała być grzeczna, a nie tutaj nokautować jego zawodników. Kij, że nie był kapitanem, ale czuł się za nich odpowiedzialny, jak każdy tatulek. W końcu był szukającym! Miał tak odpowiedzialne zadanie, że się zagapił, a znicz przeleciał mu obok nosa!
62, tak dla odmiany!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Rok Nauki : III
Wiek : 23
Skąd : Dania, Kopenhaga
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 510
  Liczba postów : 1383
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6313-mathilde-olivia-villadsen#177625
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6324-zagraj-ze-mna-na-pianinie
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6376-poprosze-najladniejsza-pocztowke#179438
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7164-mathilde-olivia-villadsen#204301




Gracz






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Nie Wrz 01 2013, 17:15

Math po pierwszym strzale oddaliła się gdzieś wysoko w górę. Chciała uwolnić się od wiwatowania i oklasków. Wiedziała, że to wszystko może być przejściowe i za chwilę straci wszystko. Dlatego znów zacisnęła mocniej dłonie na rękojeści i zniżyła lot, żeby oglądać to co się dzieje. Wzrokiem odszukała Joshuhę. Biedny kręcił się wokół boiska bez celu nie mogąc nigdzie upatrzyć znicza. Zatem grali dalej. Mathilde chciała jeszcze raz wszystkich uściskać i życzyć im powodzenia, ale cóż...
Dziewczyna zrozumiała też, że pałkarz Kanady ewidentnie jej nie lubi przez co jej serduszko skurczyło się do rozmiarów malutkiej, kauczukowej piłeczki i zmarkotniało. Uczucie, kiedy ktoś jej okazywał otwarcie swoją nienawiść dręczyło ją tak bardzo, że aż chciała od razu przeprosić za swoje zachowanie. Co prawda Kai jej kiedyś tłumaczył, że to tylko gra... Ale to już był jakiś osobisty zatarg! No bo zobaczymy. Najpierw strzelała do bramki i próbowano ją obić, a teraz dziewczynie się udało w nią strzelić przez co nasza kochana Puchoneczka z Red Rock straciła kafel na rzecz Kanady.
To stało się tak szybko, że nie wiedział kiedy wydarto jej piłeczkę oraz dlaczego zaczęło się jej kręcić w głowie. Boże smutek.

3 i Mads kazała uwzględnić uderzenie tłuczkiem. ;>
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : III
Wiek : 22
Skąd : Kanada, Trois-Rivières
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 1827
Dodatkowo : metamorfomagia, rezerwowy pałkarz
  Liczba postów : 707
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5525-madison-chloe-richelieu#160262
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5529-pancake-karma-is-coming-after-you#160278
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5528-madisonowa-sowa#160270
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7198-madison-richelieu




Gracz






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Nie Wrz 01 2013, 17:43

Kanada daje dupy, Australia pięknie gra, tłumy wiwatują itepe itede, zaraz pięć linijek jebnie.
Richelieu krążyła dookoła boiska, żeby tłuczek znalazł się w jej zasięgu i żeby ponownie mogła go użyć do swoich niecnych celów. Wszak biednego Rileya potraktowała tłuczkiem tak ładnie, że rzut mu się nie udał! Hehe niee, to nie Peter obronił, tylko Madison swoim tłuczkiem. Ale do rzeczy. Kanada po raz kolejny dawała dupy, już nawet nie wiem jaki był wynik, ale gdy tylko blond dziewuszka z Red Rock objęła posiadanie nad kaflem, Mads przyłożyła w tłuczek że aż miło, a ten poszybował prosto w jej główkę, mocno i szybko, przez co kafel wyleciał jej z rąk, a pętle Riverside nie były w niebezpieczeństwie. Najlepszy pałkarz ever, mówię wam, co z tego, że jeden zamiast dwóch!

2!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : III
Wiek : 23
Skąd : Toronto, Kanada
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 1236
  Liczba postów : 468
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6002-cesaire-bernard-weatherly#171006
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6003-cezar-i-jego-rzymianie#171018
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6010-cezarowa-sowa#171255
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7381-cesaire-weatherly#207517




Gracz






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Nie Wrz 01 2013, 17:50

Nie wierzę w to szczęście, w końcu w końcu w końcu, głupie kosteczki sialala. Ładnie idzie, nie ma co, tłuczki latają jak dzikie, chociaż pałkarze Red Rock w ogóle się nie uaktywniają i chociaż kafel nieposłuszny, teraz gdy Math otrząsała się ze skutków spotkania pierwszego stopnia z tłuczkiem, Weatherly przelatujący obok zabrał jej kafla z taką łatwością, jak pluszaka pięciolatce, aż mu głupio powinno być, ta dziewczyna była praktycznie rzecz biorąc bezbronna! Ale co tam, do tam deszcz, co tam ataki Lunarnych, trzeba się otrząsnąć z marazmu. Kanada do boju i te sprawy. Cesaire ścisnął mocniej piłkę i pomknął w stronę pętli przeciwników. Nie czekał na nic, nie podawał do nikogo, w końcu nie zdobędą punktów za śliczne i czyste taktycznie podania. Wykonał rzut, silny i celny, kafel ruszył prosto w stronę pętli.... Proszę proszę, nie obrońcie, Kraby.

1
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Rok Nauki : II
Wiek : 24
Skąd : Gold Coast
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 33
Dodatkowo : teleportacja
  Liczba postów : 70
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6465-leigh-oz-ventura
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6468-kraina-oza
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6469-glinda




Gracz






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Nie Wrz 01 2013, 18:08

Trzeba przyznać, że trochę obijał się przez początek meczu i latał tylko, próbując nie przeszkadzać reszcie. Jak z góry zakładał, wygrywali, więc nie było się czym przejmować. Sytuacja uległa diametralnej zmianie, kiedy niejaka Madison trafiła jego kochaną Mathilde tłuczkiem. ON SOBIE WYPRASZA! Gra grą, ale jej proszę nie tykać! Bulwers był na tyle ogromny, że poszybował na dół i niemalże od razu odbił piłkę w kierunku Cezara, który chytrze czaił się na punkty, żerując na bólu jego przyjaciółki. No i proszę, złość się chyba opłaciła, bo trafił idealnie w przeciwnika, uniemożliwiając mu celny rzut w pętlę i oddając kafla w ręce swojej drużyny.

2 <3
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : II
Wiek : 21
Skąd : Coffs Harbour, Australia
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 213
  Liczba postów : 492
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6488-curtis-laura-juvinall?highlight=Curtis+Juvinall
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6490-zapraszam-bo-inaczej-john-po-was-przyjdzie
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6489-jakub-zjem-twoja-okreznice




Gracz






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Nie Wrz 01 2013, 18:30

Kafel latał sobie tuuu, latał sobie taaam, a Curtis wyobraziła sobie, że zaraz zaatakuje ich seryjny, Quidditchowy morderca, Alfred Robię Kafle Z Ludzkiej Skóry.
To by była odmiana po tych wilkołakach.
Tak ją te rozmyślania zaabsorbowały, że trochę bezmyślnie przyglądała się piłce, latającej z rąk do rąk. Dopiero kiedy Cezar był bliski ciśnięcia nią w pętlę Krabów, Curtis się otrząsnęła i podleciała bliżej - akurat w idealnym momencie, aby odebrać kafla od Oza.
No to w imię Ognistych Krabów, NAJLEPSZEJ DRUŻYNY ŚWIATA.
Juvinall pofrunęła prosto w kierunku bramki Reemów, ciskając kaflem w środek pętli. Oby nie obronili, oby nie obronili!

6 : *
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Rok Nauki : I
Wiek : 22
Skąd : Toronto, Kanada
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 244
  Liczba postów : 452
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5569-marceline-ava-delacroix
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5570-let-s-make-friends-with-marceline
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5573-poczta-marceline
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7266-marceline-delacroix




Gracz






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Nie Wrz 01 2013, 18:56

Ojej ojej, cały ten mecz wyglądał zupełnie inaczej, niż zakładali to sobie na początku. Przecież to kanadyjska drużyna miała od samego początku strzelać gola za golem, a nie, że jeszcze po wspomnianym golu Mathilde, drużyna z Red Rock zdobyła kolejne dziesięć punktów dzięki Riley'owi. To się nie godzi! Marceline krążyła nad boiskiem podobnie jak wcześniej, bacznie wypatrując znicza. Choć na cóż były jej wysiłki, jeśli złota piłka przez ostatnie kilkanaście minut nawet nie mignęła jej przed oczami, co było kolejnym powodem, aby poziom stresu w nieco zdenerwowanej już Puchonce stale się podnosił. Zrobiła jedno okrążenie w powietrzu, aż tu nagle, w pewnym momencie, coś świecącego i uskrzydlonego, co na sto procent było tym, czego tak intensywnie poszukiwała, przemknęło tuż obok jej miotły i poszybowało w lewą stronę. Zrobiła szybki odwrót na swojej miotle i pomknęła za zniczem. Z jej perspektywy ten pościg trwał wieki, ale tak naprawdę trwało to nie dłużej niż jakieś dziesięć sekund. Pochyliła się nad rączką miotły, wyciągnęła rękę i.... TAAAAAK, jej dłoń zacisnęła się na małej, złotej kulce. Skierowała się w dół, lądując po chwili na murawie. I CO AUSTRALIO? MOŻECIE NAM NASKOCZYĆ, KANADA WYGRAŁA!

5,5 banan
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : III
Wiek : 22
Skąd : Kanada, Trois-Rivières
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 1827
Dodatkowo : metamorfomagia, rezerwowy pałkarz
  Liczba postów : 707
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5525-madison-chloe-richelieu#160262
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5529-pancake-karma-is-coming-after-you#160278
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5528-madisonowa-sowa#160270
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7198-madison-richelieu




Gracz






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Nie Wrz 01 2013, 20:05

Co za piękny dzień. Co za piękny dzień, żeby latać w deszczu. Co za piękny dzień, żeby wygrać pierwszy z meczów z rozgrywek Juniorów. Nie oszukujmy się, nie szło im najlepiej. Zrzućmy wszystko na kapryśne szczęście, bo super umiejętności nikt im nie odbierze. Podobno Kanadyjczycy byli barbarzyńcami, ale z tych Australijczyków wyszły dzisiaj prawdziwe agresywne prymitywy! Zderzali się z innymi, atakowali, biedy Cezar miał realne szanse zdobyć punkty, ale jakiś dziki Krab cisnął w niego tłuczkiem z ogromną siłą, prawie zwalając go z miotły. W tym samym czasie już następna zawodniczka porwała kafla i szykowała się do rzutu. Madison poszybowała w stronę tłuczka, żeby coś zrobić, uniemożliwić jej to, kiedy… mecz się skończył. Przez sekundę ogarnęła ją panika, KTO ZŁAPAŁ ZNICZA? Dopiero trzy uderzenia serca później zobaczyła Marceline ściskającą znicza, stojącą już na dole, na boisku i pokazującą zdobycz wszystkim. Richelieu gwizdnęła z uciechy i czym prędzej pomknęła w dół, wytracając szybko wysokość i lądując tuż obok przyjaciółki.
- Marc, jesteś najlepsza, wygraliśmy! WYGRALIŚMYYYYY! – krzyczała rozentuzjazmowana, ściskając Delacroix mocno mocno i czekając, aż reszta drużyny także wyląduje. – To trzeba oblać. Trzeba świętować, ostatnio za dużo wszyscy się smuciliśmy. Marceline, może skoczymy wszyscy do Hogsmeade do naszego mieszkania? KANADO, IDZIEMY ŚWIĘTOWAĆ, CHODŹCIE WSZYSCY!

melanż tu Cool
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Rok Nauki : III
Wiek : 23
Skąd : Dania, Kopenhaga
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 510
  Liczba postów : 1383
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6313-mathilde-olivia-villadsen#177625
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6324-zagraj-ze-mna-na-pianinie
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6376-poprosze-najladniejsza-pocztowke#179438
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7164-mathilde-olivia-villadsen#204301




Gracz






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Nie Wrz 01 2013, 20:14

Mattie miała niewiele czasu, żeby pozbierać myśli. Ktoś chciał ją uderzyć, ktoś chciał jej zrobić krzywdę, a ona nawet nie mogła płakać, ani nic, bo oczywiście musiała być silna. Musieli pokazać, że są najlepsi. I pokazali. Ich umiejętności ścigających, pałkarzy... Były zdecydowanie lepsze od Kanady, która była mocna w mówieniu o swoich talentach, gorzej już z praktycznym wykorzystaniem. Szukający? Joshua przecież nie był zły. Nie był najgorszy. Joshua był świetny, dlatego w momencie kiedy tłum zaczął wiwatować to Math najpierw poleciała na miotle w jego kierunku.
- Ej nie przejmuj się. Byłeś lepszy od tej dziewczyny o milion galaktyk! Serio! Ona tylko latała za Tobą. Po prostu wyprzedziła Cię o jedną setną sekundy! Serio nie przejmuj się! Wiesz, że ładnie Ci w kolorze naszych szat? Pewnie jeszcze dokopiemy tym z Hogwartu! Ej, ale naprawdę ten kolor ładnie zgrywa Cię z oczami! Soreczka, ale muszę chyba poszukać mojego medalionu szczęścia! - Wyjaśniła i wzbiła się w powietrze, żeby poczuć wiatr we włosach po raz ostatni. Nie odpuszczą sobie. Mordercze treningi, które zaserwuje im Kai będą co raz gorsze. Wiedziała o tym... Ale ten ostatni raz chciała zażyć powietrza.
I oto popłynęła w dół, żeby go znaleźć. Był zmartwiony. Nie dziwiła mu się. Przyłożyła rękę do jego ramienia namawiając go, żeby zszedł z nią na dół złożyć gratulacje przeciwnikom. W końcu nawet jeśli byli beznadziejni jak Ci zieloni kosmonauci, do których nie pasował żaden materiał, to trzeba było im coś powiedzieć, nie? A Kai miał takie wielkie serce!
Mathilde uśmiechnęła się ciepło pojawiając się na dole. Dygnęła ledwo zauważalnie przed resztą ludzi i po prostu ruszyła do szatni. Było jej smutno... Zawiodła Kaiego. Gdyby lepiej grała, gdyby trafiła drugą bramkę... Joshua na pewno by się nie rozkojarzył i złapał znicza.
To jej wina. Ale Kai jej wybaczy, prawda? Kochana Curtis, Joshua, Oz, Riley! Sorka.

[zt]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 46
Skąd : Afganistan
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 194
Dodatkowo : teleportacja, wilkołak lunarny
  Liczba postów : 163
http://czarodzieje.my-rpg.com/t3419-relacje-farida-sherazi
http://czarodzieje.my-rpg.com/t3550-farid-sherazi#108437




Gracz






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Nie Wrz 01 2013, 20:15

Głośny gwizdek zakończył mecz. Farid wniósł się w powietrze na miotle. Na trybunach było istne szaleństwo. Krzyki (nie)zadowolenia fanów Australii i te radosne zwolenników Kanady. Mężczyźnie aż dzwoniło w uszach.
- ZNICZ ZOSTAŁ ZŁAPANY! - za pomocą zaklęcia głos Farida niósł się aż na cały Hogwart. Nie tylko go było słychać na trybunach. Ach, jak zwycięstwo i to jeszcze takie szybkie, to trzeba to ogłosić światu! Zatrzymał się na środku boiska, przysłuchując się brawom.
- 150: 20 dla Kanady! Idźcie świętować!
Tak, przestańcie krzyczeć, wiwatować i ogólnie sprawiać, że mężczyznę zaraz rozboli głowa. Jakby on tu wszystkich wyprostował! Och, chodziliby jak zegarki i jeszcze szybciej ruszali się na tych miotłach. Nie widział tak kiepskich zagrywek nigdy w życiu! Kanada ma szczęście, że złapała znicz, bo pewnie dzięki technice Australijczyków mogliby przerwać. W ułamku sekundy zniknęły flagi i herby szkół, uczestniczących w meczu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : II
Wiek : 24
Skąd : Suneshine Coast
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 0
  Liczba postów : 262
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6369-kai-young
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6370-love-me-hate-me-kiss-me-kill-me#178900
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6371-attyla-sliczny-pupilek-kaia




Gracz






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Wto Wrz 17 2013, 18:54

Miewam nieczyste intencje. Łamię własne zasady. Jestem niekonsekwentny, drażliwy i nieznośny. Nie potrafię słuchać, a sam bez przerwy gadam, jakbym istniał tylko ja, światem rządził szatan. Chciałbym być zawsze niewinny i prawdziwy... Chciałbym być zawsze pełen wiary i nadziei...
Dziewięćdziesiąt dziewięć... Sto... Złapać oddech... I jeszcze raz. Dwa... Trzy... Szybciej. Nie ma czasu na przerwę. Za mało czasu na nadrobienie.
Pamiętacie ten wspaniały mecz? Mecz, w którym Australia tak dumnie zdobywała bramki kiedy Kanada dawała dupy? Dzień, w którym on miał szczerzyć się u boku swojej drużyny i z dumą wypinać pierś. Byli najlepsi. Pieprzone zrządzenie losu. Życie z nich kpiło. To nie oni złapali znicz. Za to to on musiał przywdziać na twarz jeden ze swoich najbardziej fałszywych, pełnych goryczy uśmiechów i z udawaną beztroską potrząsnąć ręką Folletta w geście gratulacji. Wszyscy pokazali klasę. Jego dzielna pszczółka przecież zaliczyła gola! Był z niej wtedy cholernie dumny. Pszczółka Wenecja też pokazywała klasę. To nie ich wina, że przegrali. Każdy z nich był wygranym. To to pojebane życie miało swoje własne, popieprzone zasady, które nie trzymały się kupy. To on jeden nie pokazał na co go stać. Czekał jak idiota na własciwy moment, w którym mógłby odbić ten cholerny tłuczek prosto w łeb, któregoś z tych durnych Kanadyjczyków, którzy mimo, że nie pokazali nic co by przemawiało za ich umiejętnościami jakimś głupim trafem wygrali. Głupi ma zawsze szczęście, ale to oni byli w tym momencie przegrani. Nienawidził siebie za to. Może gdyby bardziej podbudował drużynę... Może gdyby ruszył swoją głupią dupę na tej łykowatej miotle i zaczął napierdalać w tłuczek ile wlezie to by coś dało? Nie no ludzie dajcie spokój. Był beznadziejnym kapitanem. To było jego marzenie przez całe dzieciństwo. Jedyna maleńka iskierka, która pomagała mu uwierzyć w to, że wcale nie jest nic nie wartym śmieciem. Od zawsze pragnął zostać kapitanem. Dostać propozycję grania w najlepszych drużynach świata. Osiągnąć coś. Być najlepszym. Teraz już nic się nie liczyło. Musiał ćwiczyć. Musiał się poprawić. Nie mógł ich zawieźć. Nie mógł zawieźć JEJ. Veronique... Mathilde... Cholera. Znowu wszystko zaczęło mu się mieszać w głowie. Już nie potrafił odróżnić jednej od drugiej. Zawiódł je obydwie. Był cholernym pośmiewiskiem. Do niczego nie dojdzie. Nie. Nie może. Musi to wygrać. Musi osiągnąć cel. Nie podda się, o nie. Poświęci wszystko żeby w tej jednej ukochanej rzeczy być najlepszym. Możecie stwierdzić, że to idiota. Możecie szeptać po kątach, że to psychol. ON ma to w dupie.
Po przegranej nie poszedł nigdzie z drużyną. Nie przytulił swojej maleńkiej Mattie, która starała się dla niego! On zniknął, a nikt z zebranych nie zauważył dokąd poszedł. Rozpłynął się razem z butelką ognistej. Musiał zaspokoić. To pragnienie autodestrukcji. Musiał je zniwelować. Od tamtej nocy nie wypił ani kropelki, mimo że każda jego cząsteczka paliła go od środka i błagała żeby ugasił ten ogień alkoholem. Nie podda się tym razem. Jego kostki u dłoni były zdarte niemalże do krwi od uderzeń, które zadawał w kamienne mury Hogwartu raz po raz. On chciał tylko uwolnić z siebie tą palącą gorycz...
Potem ćwiczył. Dzień w dzień. Opuszczał zajęcia. Wiedział, że źle robi. To mogło tylko zagrozić jego pozycji w drużynie, ale nie mógł się przemóc. Będzie najlepszy. W końcu zaprowadzi ich do zwycięstwa i napluje w twarz tym niedojebkom z Kanady. Może i w życiu prywatnym nie byli najgorsi... Może nawet by się polubili... Ale nie w tym życiu.
Ignorował wszystkie listy. Mathilde, jego Mathilde, przysłała mu nawet babeczkę. Nie był w stanie nawet na nią spojrzeć... To było przykre. Powoli wpadał w paranoję, goniony jakimś absurdalnym pragnieniem. Mógł teraz wyzionąć ducha tu na boisku i nikt pewnie nawet by tego nie zauważył. On sam też. Trzydzieści trzy... Trzydzieści cztery... Szybciej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Rok Nauki : III
Wiek : 23
Skąd : Dania, Kopenhaga
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 510
  Liczba postów : 1383
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6313-mathilde-olivia-villadsen#177625
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6324-zagraj-ze-mna-na-pianinie
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6376-poprosze-najladniejsza-pocztowke#179438
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7164-mathilde-olivia-villadsen#204301




Gracz






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Wto Wrz 17 2013, 19:13

Mattie słonko, gdzie jest Twój Kai? Czemu nie idzie za Tobą i nie niesie Ci torby? Dlaczego nie uśmiecha się do Ciebie i nie mówi, że Cię kocha? Czemu? No kurde Mattie czemu? - i nagle ten koszmar zostaje przerwany... Math zrywa się z łóżka, zrzuca z siebie kołdrę jakby ta była zbyt ciężka, jakby zawierała w sobie obelgę, która karci ją codziennie. A ona nie może tego znieść. Przypatruje się sytuacji za oknem. Nikt nic nie mówi. Dobrze wiedziała, że gdyby krzyknęła za głośno do domu wpadłby jakiś auror. Pewnie rzuciłby kilka zaklęć, zabrał ją stąd. Potem przeszukał dom i zapytał czy potrzebuje pomocy. Na sam koniec zacząłby szukać Gilberta i Feliksa. Kontaktu z kimkolwiek... A Mattie czułaby się jak w klatce. Może zawsze w niej była, ale iluzja wolności była nader przyjemna, więc nie mogła sobie tego odmówić. Nie mniej jednak wstała z łóżka nie wydając z siebie żadnego odgłosu jakby rzeczywiście się bała, że ta wizja z aurorem się spełni. Zbiegła na palcach do kuchni. Była tu sama... Bała się samotności. Jak echem w głowie unosiły się słowa Kaiego o jakimś meczu... O meczu, który przegrali. Math chciała to wziąć na siebie. Namawiała go do spędzania ze sobą czasu, a on może odpuścił im trening, który powinien wyszlifować ich umiejętności. Jej serce było gotowe pęknąć z żalu, kiedy tylko wyobrażała sobie, że to rzeczywiście może być jej wina. Westchnęła odstawiając kubek na bok... Dochodziła czwarta rano. Kaiego nie było. Pozwoliła sobie wyciągnąć z szufladki ich wspólne zdjęcie, którego zgodziła się nikomu nie pokazywać. Był uśmiechnięty i ledwo łapał ją za rękę, kiedy mu się wyrywała. Już traciła rachubę kim wtedy była. Czy bardziej sobą czy Verą... A może to nie ich zdjęcie, ale Veronique Villadsen? Wrzuciła szybko fotografię do wnętrza szafki i zamknęła ją z hukiem.
Musi nadejść dzień... Ona musi go znaleźć.
Szukała go. Nie istniał moment, w którym nie zastanawiałby się gdzie jest chłopak. Nawet gdy już go zobaczyła to zdała sobie sprawę, że on nie chce jej widzieć. Nie chce... Bo kiedy biegła przez korytarz na załamanie karku, on się rozpłynął, w którymś z przejść... A jej brakowało słów. Czuła się źle. Nie wiedziała do kogo się zwrócić o pomoc. Naprawdę nie miała pojęcia jak do tego dojść. Błądziła... I w żaden sposób nie czuła wsparcia w nikim. Nawet przyjaciele...  Czuła delikatny przesyt... Wszystkiego.
A teraz mijało kolejne popołudnie podczas którego miała zrobić zdjęcia. Miała po prostu poćwiczyć taniec z Feliksem. Przecież ją oto prosił. Wszak zapraszanie dziewczyny na randkę nie należało do jego specjalizacji, a kiedy się dowiedziała, że idą na tańce sama zaproponowała pomoc. Wszak jako dziewczyna Kaiego Young'a miała w tym wszystkim już jakieś tam doświadczenie... Tak... Bycie dziewczyną Kai'ego Young'a było dodatkową rangą... Wyjątkową, która przysługiwała tylko jej... Choć pewien głosik w głowie dzielił to miejsce na dwa i cicho wciskał nieżyjącą bliźniaczkę. Boże Veronique... Czy ty naprawdę byś ją znienawidziła?
I odpowiada cisza. Szum wiatru tańczy pomiędzy kolejnymi gałęziami, a dziewczyna po prostu idzie dalej. Udało się jej wymigać ze spotkania z bratem... Gilbertowi nic jeszcze nie powiedziała. Obawiała się, że usłyszy "a nie mówiłem?". Nic nie mówił. Nie miał prawa mówić.
Mathilde wpadła na boisko od quidditch'a. W za dużej kurtce, w dziwnych kaloszach przeciwdeszczowych... Z włosami byle jak rozwianymi... Nie przypominała w żaden sposób tej słodkiej Olivki z wybiegu... Przygryzła dolną wargę unosząc głowę ku górze... Tak bardzo dzielna. Och Kai, dlaczego jej to robisz?
Zmrużyła oczy stając na palcach jakby to miało poprawić jakoś jej wzroku, a kiedy tylko kogoś tam zobaczyła, zaczęła desperacko machać rękoma.
- KAI! - Krzyczała. Tak bardzo pewna, że pomimo tego, że nie należy do najgłośniejszych on ją usłyszy! Istniała taka nadzieja? Powinna... Ale realistyczna Math nakazała przyłożyć różdżkę do szyi i wypowiedzieć zaklęcie...
- KAAAAAAAAAAAAI - Krzyknęła teraz o wiele głośniej o mało co nie zanosząc się płaczem... Jeszcze nie. Jeszcze jest taka silna, bo wszystko da się wyjaśnić. Na pewno miał jakieś wytłumaczenie. Może po prostu... Nie, to nie prawda. On ją kocha.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : II
Wiek : 24
Skąd : Suneshine Coast
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 0
  Liczba postów : 262
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6369-kai-young
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6370-love-me-hate-me-kiss-me-kill-me#178900
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6371-attyla-sliczny-pupilek-kaia




Gracz






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Czw Wrz 19 2013, 16:19

Pustka. To słowo dobrze określało to co Kai czuł od kilku dni. On zawziął się i nie ważne kto by próbował, nie przetłumaczyłby mu nic. Wszystkie emocje jakby wyparowały, pozostawiając po sobie puste, niewypełnione niczym miejsce i nie było ono przygotowane na przyjęcie kogoś do środka. Wręcz przeciwnie. Odpychał do siebie każdego kto próbował z nim chociaż porozmawiać. Liczyły się suche fakty. Musiał się poprawić. Jego treningi to początek. Cała drużyna musi przecież ćwiczyć, a nie? Jednak coś nie pozwalało mu na rozpoczęcie wspólnych treningów. To spojrzenie, które cały czas wydawało się świeże i za nic nie chciało opuścić jego głowy. Zagłuszał myśli seriami ćwiczeń, nie dając sobie myśleć o niczym, z wyjątkiem bólu, który towarzyszył katowaniu mięśni.
Często miewał takie napady. Ostatnio jednak coraz rzadziej. Może to było spowodowane śmiercią koleżanki? Śmiercią byłej dziewczyny, która była siostrą obecnej? Dlaczego jego życiu towarzyszyły wieczne nieszczęścia? Kai Young, bohater tragiczny, czego by się nie tknął, co by nie zrobił i tak wszystko będzie źle. Czy to tak właśnie miało wyglądać? Trochę to smutne kiedy patrzymy wstecz i widzimy małego chłopca, który na znak niezgody postanawia sobie w duchu coś osiągnąć. Ale za jaką cenę? Wcale nie miał na celu ranienia innych, po prostu po drodze zgubił się i zapomniał którędy iść. Gdzieś w międzyczasie zniknęła Vera, Kaia i w końcu zgubił Math. Albo zapomniał tak samo jak o ścieżce. A przecież tak niedawno jeszcze twierdził, że ona jest najważniejsza, że zrobi dla niej wszystko. Sam nie do końca chyba teraz wiedział czego chce. Jeszcze nie był gotów na konfrontację.
Pogoda była kiepska. Zimny wiatr smagał go po policzkach aż zaczęły się robić czerwone. Kropelki deszczu (bo jak zaczęłam wątek to padało, rajt?) spływały mu po twarzy, tworząc kolejne nieprzetarte ścieżki, którymi nikt nie miał pójść. Nie spodziewał się, że ktoś tu go znajdzie. Na Merlina, komu chciałoby się wychodzić w taką pogodę? Przecież groziła ona nie tyle co utratą zdrowia, co przegraną walką dla fryzury i tego typu pięknościowych rzeczy jak spływający mejkap i tak dalej, które takie ważne były dla większości przedstawicielek płci pięknej Hogwartu. Dla Veronique wygląd też grał dużą rolę. Ale to nie ona przyszła tutaj.
Niewielka, ubrana w za wielką kurtkę i śmieszne gumiaki osóbka dzielnie przedzierała się wśród wiatru i zawieruchy żeby za wszelką cenę dotrzeć na boisko. Gdzie on w najlepsze odliczał kolejną setkę i nawet nie miał zamiaru podnosić głowy. Mówią o telepatii, o tym, że osoby które są dla siebie stworzone rozumieją się bez słów. Nie w tym przypadku. Dopiero kiedy rozległ się przeraźliwy krzyk, w którym usłyszał swoje imię, dopiero wtedy podniósł głowę i opadł na murawę. Nie wstał. Nic z tych rzeczy. Po prostu siedział na mokrej trawie i patrzył się głupio z dziwnym wyrazem twarzy jak gdyby właśnie został wyrwany z wyjątkowo przyjemnego snu. Szalony masochista. Dopiero po jakiejś chwili dotarło do niego, że tu w jego stronę idzie właśnie niewysoka Villadsen, która ze wszystkich sił od kilku dni próbowała go znaleźć i złapać żeby wreszcie przestał uciekać. W tym momencie wiara i nadzieja wcale nie dały o sobie znać, a on nawet w najmniejszej mierze nie wydawał się być niewinny. Zrobił niepewnie kilka kroków do przodu, a na jego twarzy malowała się irytacja. Możecie pomyśleć, że był niepełnosprawny psychicznie, bo w tym momencie jakoś nie docierało do niego która z nich przed nim stoi. Po prostu tak patrzył z założonymi rękami ciskając na wszelkie strony, groźne błyski z oczu. Bo przecież ktoś ośmielił się mu przeszkodzić.
- Co Ty tu robisz?- warknął, ani przez chwilę nie zastanawiając się nad tym ile musiała sobie zadać trudu w to żeby w końcu go spotkać. Nie był taki. On wcale nie był zły. Po prostu się zgubił.
- Coś się stało?- dodał już nieco łagodniej, przyglądając się jego słodszej niż ta babeczka, którą mu wysłała Mattie, która była taka silna i niezłomna, mimo że nie zdawała sobie sama z tego do końca sprawy. Math, wybacz mu. Złap go póki nie zaczął uciekać. Ocal go od porażki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Rok Nauki : III
Wiek : 23
Skąd : Dania, Kopenhaga
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 510
  Liczba postów : 1383
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6313-mathilde-olivia-villadsen#177625
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6324-zagraj-ze-mna-na-pianinie
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6376-poprosze-najladniejsza-pocztowke#179438
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7164-mathilde-olivia-villadsen#204301




Gracz






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Czw Wrz 19 2013, 17:13

A zatem budziła się w nocy by zdać sobie sprawę, że obok niej nikogo nie ma. Nie ma komu powiedzieć, żeby spała bezpiecznie. Nawet gdyby głośniej krzyknęła żaden z jej braci nie zapaliłby światła, a tata nie przyszedł by przeczytać jej ulubionej bajki o Złotej Nici, która potrafiła połączyć ze sobą wszystko... Ale kilkakrotnie pomyliła się w osądach... Nie potrafiła tego rozdzielić, więc ginęła w samotności, aby na sam koniec zostać szczęśliwą. To nie było wcale takie proste. Mattie choć uwielbiała słuchać bajek już straciła poczucie, że to wszystko jest prawdziwe. Z jej szafy dawno wyparowały przebrania elfów i księżniczek, które zakładała nawet do normalnych spotkań rodzinnych, co oczywiście matka komentowała pobłażliwym uśmiechem... Bo Mathilde miała marzenia...
Pamiętała jeszcze jedną z tych rozmów z Veronique, kiedy bliźniaczce zabroniono opuszczać pokój ze względu na szlaban, który dostała właśnie dzięki Young'owi. Zachciało się im uciekać po ciemku w nieznane... A Mattie tak bardzo się martwiła... Siostra wróciła. Z tym, że przeszła przez domowe piekło... A potem? Potem powiedziała dla Olivii, że pomimo wszystko ona i Kai już zawsze będą razem, że nie istnieje żadna rzecz, osoba, która by ich rozdzieliła. Zawsze... Na zawsze... Math zazdrościła jej tej miłości. Tego, że ma kogoś kto rzeczywiście ją docenia. Choć niedokładnie wiedziała na czym polegał jej związek z Young'iem. Kiedy tylko się zorientowała, że nie jest mu obojętna uciekała przed tym dość długo... Za nim oboje ulegli. Za nim stali się jednością, a Math wzięła na siebie obowiązek kochania go za dwoje... Wciąż słyszała Veronique... Niedokładnie pamiętała wieczór, kiedy siostra zginęła... Ale w tym dniu nie było nikogo. Math rzadko wracała myślami do tamtej nocy, tym bardziej, że wybrała się wtedy na pierwszą randkę, co do tej pory bardzo źle kojarzyła. Naprawdę.. Za dużo emocji jak na taką małą dziewczynkę... Ale kochała Kaiego... Bez względu na to, że majaczyły w niej myśli o siostrze, o jej śmierci, o kłopotach wewnętrznych chłopaka i o tym, że jej ojciec nie jest z tego zadowolony... Math wiedziała, że go kocha. Że wcale nie chciała, aby Kai był na nią zły, albo co gorsza... Wściekły. Nie chciała budzić w nim znudzenia... Zawsze to słyszała... Kiedyś mu się znudzisz, zostawi Cię, rzuci w kąt. Jesteś mu potrzebna na teraz. NIE NA ZAWSZE. , a pomimo tej wróżby Vera twierdziła, że będą "na zawsze". Czy to był jej wymysł czy wspólna obietnica? Math nie potrafiła tego zrozumieć. Gdzieś w momencie śmierci siostry zatraciło się "na zawsze" pojawiła się teraźniejszość, nie gasnące znicze i zranione serca... Ich serca. To też. To też mogło ich połączyć. Złota nitka...
Jakby ich złotą nitką był szereg zdarzeń, za którymi nie przepadali wspominać. Nigdy nie było im dane skończyć tej rozmowy. Zbyt wstydliwi... Choć tylko w tym temacie. Tak bardzo dalecy od szczerości?
Mimo tych wszystkich wątpliwości serce Puchonki podskoczyło kilkakrotnie do góry i zatrzepotało skrzydełkami, a i możliwe, że porwało pompony do tańca radości... W tym jednym momencie kiedy tylko on wylądował na trawie, nasza kochana Mattie całkowicie zapomniała o tym, że ma do niego żal... Że ją zostawił znów dla miotły... Że nie przegrała z cycatą dziewuchą, która zamiast stanika nosidła dwa wiadra... Ale z miotłą. Że nie ufał jej na tyle, aby przyjść porozmawiać... Nie potrafił? A może nie chciał? Może była zbyt dziecinna, aby przejść przez tak dojrzałą rozmowę?
A zatem kiedy na niego czekała skakała po kałużach, które stworzyły się na boisku. Powoli przestawało padać... Przez moment myślała, że to on do niej podejdzie, ale wolał usiąść na trawie, więc Mattie rozpędziła się i zaczęła biec w jego stronę... To jedyny kierunek, w który zmierzała z taką szybkością... I przyległa do niego swoim drobnym ciałkiem całując go w mokry policzek. Niestety... Zamiast Kochanie, jak dobrze, że jesteś... usłyszała coś mniej więcej w stylu: spadaj... Było jej przykro. Automatycznie odsunęła łapki od swojego mężczyzny i podniosła się z ziemi tak, jakby ktoś jej powiedział najobrzydliwsze słowo na świecie. Zgarnęła posłusznie włosy do tyłu i otworzyła szeroko usta, aby je zaraz zamknąć.
- Jaaaaa... - Zaczęła mówić powoli... W sumie to teraz miała mu powiedzieć, że się martwiła, a może to, że tak naprawdę wszyscy się martwią, ale ona najbardziej? Albo no... Że miło by było gdyby spędzał z nią czas... Ale każda z tych kwestii wydawała się zbyt żałosna... Zbyt mało realna. Uniosła dłoń do swoich ust, aby przebiec po nich opuszkami palców... Tęskniła za nim, ale nie porzucało jej wrażenie, że wszystkie mięśnie w jej ciele spięły się i teraz nie była w stanie wykonać żadnego kroku...
- Ja bardzo przepraszam. - Powiedziała jak skarcona dziewczynka... Jakaś myśl w jej głowie błagała, aby uciekła. Nie była w stanie znieść tego wzroku... Ale to jej Kai. Nie zmienił się. Wciąż był ten sam. Westchnęła...
- Miałam nadzieję, że... Że to wszystko... Że Ty... Że no wiesz... - Przygryzła dolną wargę speszona tym, że próbuje z siebie wydusić cokolwiek. Powinna milczeć.
- Po prostu... Nie uciekaj przede mną. Nie chcę, żebyś przede mną uciekał. Nie możesz. Nie chcę. - Zaczęła mówić co raz szybciej czując, że do jej oczu napływają łzy, które zatrzymała jakby machnięciem dłoni.
- Kai... Ten mecz. To nieważne. Wszyscy wiedzą, że jesteś najlepszy... - Wszyscy. Wszyscy. Wszyscy. Uwierzy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : II
Wiek : 24
Skąd : Suneshine Coast
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 0
  Liczba postów : 262
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6369-kai-young
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6370-love-me-hate-me-kiss-me-kill-me#178900
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6371-attyla-sliczny-pupilek-kaia




Gracz






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Pon Wrz 23 2013, 21:55

Wszystko miało swój początek i swój koniec. U Kaiego Alexandra (przez mamę, rosyjską pijaczkę zwanego Alieksiejem) Younga przebiegało to nieco inaczej niż u każdego. Czasami tak jak zwykło to bywać, coś się zaczynało, a potem dobiegał finisz i nikt nie musiał zastanawiać się czy coś poszło nie tak. Kiedy jednak w grę wchodziły emocje, miotła, ale przede wszystkim emocje, Kai po prosto gdzieś po drodze do mety zbaczał z przeznaczonej ścieżki i błądził po lesie w poszukiwaniu jakiegoś znaku aż w końcu kompletnie zapominał po co krąży wśród drzew i w ogóle gdzie ten cały koniec, którego nie widać. Nie zdarzało się to jakoś specjalnie często, ale tak było i w tym przypadku. Wiecie jak to jest kiedy bierzecie na swoje plecy wszystkie ciężary świata, a ktoś dorzuca coś jeszcze i coś jeszcze aż w końcu wystarczy jedno, leciutkie piórko żeby przeważyć szalę i zwalić Cię z nóg.
On naprawdę chciał dać radę. Za wszelką cenę zawsze próbował udowodnić, że wszyscy się mylą. Wszyscy Ci, którzy już dawno go osądzili i skazali na najgorsze. Czasem starania zawodzą i pryskają niczym bańka mydlana. Zupełnie jak marzenia małego chłopca, które zostały brutalnie zgaszone, niosąc za sobą w późniejszym czasie przykre konsekwencje. Droga donikąd. Niektórzy chcą tam uciec, z kolei inni są skazani na wieczną wędrówkę w tym kierunku, bo nikt nie był na tyle łaskawy żeby po drodze ustawić im chociaż kilka orientacyjnych drogowskazów żeby wiedzieli czy rzeczywiście idą w konkretnym kierunku, czy jak idioci krążą w kółko, a nikt nie ma zamiaru ich o tym poinformować. Wśród tych drugich znajdował się obecny Ślizgon, który kiedy znajdował się w podbramkowych sytuacjach, zalewał je alkoholem i zabawą albo morderczym wysiłkiem, zupełnie zapominając o kimkolwiek. Bo o kim miał pamiętać? Z bratem nie mieli jakiegoś super kontaktu, matka ostatnio przestała nawet tyle pić, ale zajęta była swoim nowym facetem, a ojciec? Ojciec już go spisał na straty. Może nawet gdzieś w głębi duszy obchodziło go co się dzieje z jego już nie tak małym Kaim, ale wiedział, że tak jest bezpieczniej. Nie myśleć. Dać sobie spokój. Taki nawyk. Young też go miał, dlatego nie do końca potrafił oswoić się z myślą, że w jego życiu pojawił się ktoś istotny. Ktoś o kim trzeba myśleć. Mieli być z Verą na zawsze. Nie musiał o niej myśleć, bo była przy nim nawet kiedy jej nie było. Kiedyś jednak zniknęła. Już więcej się nie pojawiła. Ale on już planował swoją wieczność poświęcić Math. Zgrzeszył dwa razy. Pierwszy, kiedy postanowił połączyć ich dwa życia wbrew woli wszystkim i drugi, zakochując się w niej jeszcze dużo wcześniej zanim miała miejsce cała tragedia. Kochał je obydwie. Każdą na inny sposób. Obydwie były wyjątkowe i zupełnie inne jak ogień i woda, a mimo wszystko takie podobne jak dwie krople.
Teraz sam już nie wiedział dokąd idzie. Wszystko się pokomplikowało. Stare wspomnienia uderzały do głowy, zadając mu siarczyste ciosy w policzek. Czy zrobił źle, biorąc w garść to delikatne serduszko, które w każdej chwili mogło się rozprysnąć na milion kawałeczków? A może zrobiłby jeszcze gorzej, pozbawiając je swojego ciepła, które naprzemiennie buchało gorącem żeby potem na chwilę przygasnąć. Był wykończony, ale dalej gonił. Jakby to mogło dać mu odpowiedź na męczące go pytania.
Były dwie strony Kaiego. Jednej z nich własnie się serce łamało, na widok smutnego dziewczęcia, które przebierało nóżkami w kałuży, a on do niego nie podszedł. Czemu to robisz Kai, dlaczego nie złapiesz jej w ramiona i w szaleńczym uścisku nie wykonasz kilku piruetów? Nawet jeśli miałoby to grozić upadkiem w błotnistą kałużę Kai. No zrób to, czemu jeszcze stoisz?
Druga strona patrzyła na wszystko ze stoickim spokojem, a jej serce pokryte było cienką warstwą lodu, która mimo topnienia dalej utrzymywała je w tej samej temperaturze. Nie było mu wszystko jedno, ale był wręcz pewien, że najlepiej będzie jeżeli on zostawi ją w spokoju zanim zrobi jej krzywdę. To nie była ich bajka. Znalazł się w niej przypadkiem. Był zwykłym chłopaczkiem, który chciał wyrwać fajną laskę. Traf chciał, że potoczyło się to zupełnie inaczej niż zakładał. On nie mógł tak dalej. Nie może jej tego robić. Był zły. Był niedobry.
- Miałam nadzieję, że... Że to wszystko... Że Ty... Że no wiesz..
Patrzył na nią nic nie rozumiejącymi oczami i tylko zmarszczył czoło kiedy zastanawiał się czego ta dziewczyna od niego chce. Uciekaj Math, nie odwracaj się za siebie. Wymarz sobie z pamięci ten obraz i nie zawracaj. Uciekaj. Uciekaj przed tym co się może stać.
Ale nie musi.
Pokręcił głową z gorzkim uśmiechem. Podniósł na nią wzrok. Spoważniał. Wszyscy uważają, że jest najlepszy?
- Kogo Ty chcesz oszukać Math... - spojrzał na nią pobłażliwie i wbił teraz spojrzenie w czubki swoich butów. Nie mógł dalej jej patrzyć w oczy.
- To wszystko nie jest takie łatwe jak się wydaje. Ja po prostu... No nie mogę. Zrozum mnie Math, ja muszę dać z siebie wszystko. I tu nie ma miejsca...- urwał. Co Ty powiedziałeś Kai?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Rok Nauki : III
Wiek : 23
Skąd : Dania, Kopenhaga
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 510
  Liczba postów : 1383
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6313-mathilde-olivia-villadsen#177625
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6324-zagraj-ze-mna-na-pianinie
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6376-poprosze-najladniejsza-pocztowke#179438
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7164-mathilde-olivia-villadsen#204301




Gracz






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Sro Wrz 25 2013, 17:36

Wciąż jej powtarzali, że jest rzekomo za młoda by coś pojąć. Za młoda by tego dotknąć. Przecież jest dzieckiem. Dzieckiem, które uwielbia szyć, projektować, cieszyć się życiem. Uwielbia brać małe oddechy by zaraz skakać z radości i chłonąć wszystko jeszcze bardziej... Ale to nie jest cała Mathilde. Niewiele osób ją poznało do końca by stwierdzić, że rzeczywiście ma kilkuwarstwową naturę. Oprócz tej radosnej skrywa w sobie delikatne serce, które bije w rytm wszystkiego co się dzieje wokół. Zdarzało mu się przecież zatrzymać. To trudne...  To trudne, żeby o tym rozmawiać, ale jednak trzeba. Należy wręcz wspomnieć, że Mattie bardzo przywiązywała się do ludzi, przez co przeżywała ich problemy stokroć bardziej niż własne. Czy była w tym jakaś logika? Z pewnością, choć może i trudna do zauważenia, a przynajmniej na początku.  Bo gdyby poznasz ją lepiej, widzisz że z całej siły próbuje ukochać świat i dziękować mu za każdy dzień. Nie traci czasu na narzekanie, umartwianie się i tworzenie jakiś sztucznych trampolin, które do niczego nie prowadzą. Ale pomimo tej charakterystyki pozostają wspomnienia... Rodzice od zawsze traktowali ją z przymrużeniem oka, przynajmniej aż do śmierci Veronique, kiedy zdali sobie sprawę, że oprócz tej beztroski, ulotności w Mattie drzemie ambicja... Aby uczynić świat lepszym. Brzmi jak tanie hasło miliona modelek, które starają się wygrać los na loterii w postaci pokazywania całemu światu siebie w bikini? Faktycznie może i tak to brzmi... Ale Math bardzo chętnie przechodzi od słów do czynów... Jakby wszystko było na wyciągnięcie ręki.
I kto wie. Może Kai miał o niej takie zdanie jak jej rodzice. Jest zbyt niedojrzała do tego, aby go zrozumieć, ale za to całkiem w porządku, żeby zaprowadzić na imprezę i żeby postać obok gdy trzeba. Może jeszcze lepiej by dla Kaiego było, gdyby Mattie można było wyłączyć i odstawić na półkę jak lalkę? A chwili zwątpienia, nudy - zdjąć i posadzić obok siebie, jakby rozłąki nie było. Niestety Mattie lalką nie była. Biegła do niego, gdy miała tylko chwilę... Chciała mu oddać cały swój świat, pokazać jak najwięcej, podać chociażby różowe okulary. Pokolorować wszystko co mówi... Aby mógł poczuć to co jest wokół. A on właśnie w ten oto sposób ją odrzucał... Z karcącym spojrzeniem, z miną jakby zabiła mu psa... Z miną jakby przetrawiał jej widok jak najgorsze danie świata. Może rzeczywiście była jak przeterminowana babeczka?
Z trudem przełknęła ślinę zaciskając dłonie w piąstki. Wepchnęła je do kieszeni kurtki i zacisnęła powieki schylając głowę ku dołowi. Nie chciała na niego patrzeć. Czuła się jak uczennica, która właśnie dostawała burę za coś, czego nie zrobiła, ale nie ma nic na swoją obronę. Miała wielką ochotę podać mu rękę i powiedzieć: "Chodź Kai, tam jest lepszy świat... Chodźmy." Chciała mu się oddać na resztę życia. Stanowić zarówno partnerkę, przewodnika, kochankę jak i przyjaciela. Ale w tej chwili nie chciał jej w żadnej postaci, a i nie chciał patrzeć na świat jej oczyma... Miał swoje. Zbyt oziębłe by dostrzec, że gdzieś po środku nieba przebijają się kolejne promienie słońca.
Nie wiedzieć czemu chciała go przeprosić... Za to że taka jest... A nie mogła wydobyć z siebie żadnego głosu. Ale wciąż miała nadzieję. Dlatego otworzyła oczy i przeniosła na niego wzrok błagając oto by spotkać coś więcej niż: idź stąd.
- Ja... - Powiedziała przeciągle za nim usłyszała... I tu nie ma miejsca... - - Dlaaa... Ciebie? Dla mnie? Zobacz... To boisko jest takie przestronne. Zmieściłaby się cała armia? Nie widzisz?! - A potem do niej dotarło... Że Kai nie miał na myśli powierzchni boiska, ale chyba chodziło o coś zupełnie innego. przyłożyła drobną dłoń do twarzy zakrywając usta... Nie wiadomo czy ziewała czy z jej ust płynęło kilka fikuśnych obelg. Ale to Mattie... Nie skrzywdziłaby nawet muchy.
- Nie potrafię kłamać Kai... - mruknęła cicho apropo tego oszukiwania, ale na co miała się zdobyć? Co powiedzieć?
- Dajesz z siebie wszystko... Dla wszystkich... Nie dla mnie. Dla mnie nie ma już miejsca, tak? - Spytała cicho na naiwnością dziecka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : II
Wiek : 24
Skąd : Suneshine Coast
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 0
  Liczba postów : 262
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6369-kai-young
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6370-love-me-hate-me-kiss-me-kill-me#178900
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6371-attyla-sliczny-pupilek-kaia




Gracz






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Pon Wrz 30 2013, 00:34

Wiecie jak to jest z telefonami? To prosty przykład! Najpierw dostajecie nówkę sztukę, a potem dbacie jak o własne dziecko! Nierzadko jednak bywa i tak, że niektórzy po prostu nie potrafią czegoś utrzymać w rękach i upadnie raz, czy dwa, a nawet kilka. Potem wasze piękne cacko wygląda jak po spotkaniu z czołgiem albo i lepiej, a wtedy to już pomoże tylko wymiana na nowszy model. Bywa jednak też i tak, że wcale nie chcecie wymieniać. Ba! Przywiązaliście się. Znacie to na wskroś, a teraz ktoś wam radzi żebyście oddali? Poza tym każda rysa wiąże ze sobą tyle wspomnień. Wcale nie chcecie zaczynać tego od nowa. Proste? Dziwne? Racja.
Kai był właśnie jak taki posiadacz telefonu, z tym że w jego przypadku lepszym określeniem byłaby różdżka czy miotła, bo funkcjonowania takiego przedmiotu raczej by nie rozkminił, a i wcale by nie chciał, no bo po co. Miał przecież zajebistego Attyllę, który był bardziej funkcjonalny niż jakiś tam kawałek plastiku z procesorem. A jakie wspomnienia się z nim wiązały! Mattie przecież uwielbiała wszystkie małe, ruszające się stworzonka, które nie zrobiłyby jej krzywdy. Nawet takie, które w rzeczywistości były groźne, i te by ukochała. Attyllę też lubiła i za każdym razem kiedy zły Kai dawał mu burę za sikanie na podłogę, Mathilde stawała w obronie uciśnionego zwierzaczka, który jakimś cudem jeszcze nigdy nie nalał jej do butów. Nawet babeczkę przyniósł Youngowi w stanie nienaruszonym, a ten zignorował go, nie zwracając zupełnie uwagi na fakt, że to kotopodobne stworzenie było takie grzeczne! Dopiero kiedy wskoczył mu na głowę, zorientował się, że mała Mattie za nim tęskni i zadręcza się myślami co zrobiła nie tak. Ślizgon jednak obecnie był w stanie zupełnego pozbawienia uczuć i nawet łezka nie pojawiła się w jego oczkach.
Wracając jednak do meritum, chciałabym tylko przybliżyć bardziej Kaiową sytuację, bo on właśnie mając taką Mattie, mimo ciągłego dbania i troski, stale ją niszczy, pozostawiając na niej rysy, których potem nie będzie można usunąć. On wie. On zdaje sobie sprawę. Jednak jemu samemu ciężko jest ogarnąć to wszystko co się dzieje w jego głowie. Bałagan. Hałas. Natłok myśli. Za dużo. Za dużo tego. Mattie uratuj go nieszczęsnego. Mattie nie daj mu tak odejść. Zabierz go do tej szczęśliwej krainy, o której tak mówisz. Pokaż mu, że wcale nie musi być tak źle, jak mu to przedstawili inni. Naucz go, że życie jest inne. Hej, nie za dużo od Ciebie wymagamy? Mała dasz sobie radę? Nie bój się. Jesteśmy z Tobą. Trzymamy kciuki, bo nie pomożemy. Nikt nie pomoże. Bałagan. Kompletny chaos. Bez litości dla żadnego z nich. Świat bywa czasami okrutny, a pomocą służy przy wytykaniu wad. Musisz być na tyle silnym żeby znaleźć te promyczki, które stale pojawiają się i znikają nieuchwytne.
Nie przepraszaj.
Nikt nie jest winny.
Mimo, że czuł jak wina spływa po jego karku i miesza się z potem, to nie mógł po prostu podejść do niej i jej przytulić. Teraz to było za trudne. Już się pogubił. Nie potrafił znaleźć drogi powrotnej. Drogi ku temu żeby było lepiej. No czemu Kai to wszystko sobie utrudniasz? Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Wiedział, że z jednej strony jego miłość do mioteł jest chorobliwa, ale z drugiej strony jego bezwzględność często wypełzała spośród ciemniejszych zakamarków jego duszy, nie dając mu nic z tym zrobić. Popychając go do cienia.
Patrzył na nią nic nie rozumiejącym wzrokiem. Jakby był oddalony stąd o jakieś kilka tysięcy mil. Jak gdyby przed tą małą Villadsen, stał nie Kai Young, a ktoś zupełnie inny. Czuł jakby życie z niego wyparowało. Nie wiedział co jej odpowiedzieć. Nie słuchał, ale wiedział, że ją zranił i że rani cały czas. Nie chciał być tego świadkiem. Nie chciał żeby kiedykolwiek do tego doszło. Kai ogarnij się! Nie pomaga.
- Ja nie... - pokręcił głową z niemą bezradnością. Jego słowa nie miały najmniejszego sensu. Nie powinien był nic mówić. Powinien zniknąć. Zapaść się nagle pod ziemię. Oszczędzić jej tego. Cholera. Sam już nie wiedział co się dzieje. Wszystko się kręci. Życie wiruje jak karuzela, a on sam nie ogarnia czy cofa się wstecz czy idzie do przodu.
- Veronique...! - zaprotestował, zwracając się w jej stronę. Sam nie wiedział czemu to słowo padło z jego ust. Wspomnienia. Pomówienia. Co się dzieje? Co jest?
- Nie no to bez sensu, tu nie ma miejsca dla nikogo. Nie powinno Cię dzisiaj tutaj być...- burknął pod nosem, zbierając w końcu słowa do kupy. Zwracał się do Mattie czy do Very? Odpowiedz Kai. Nie mógł. Nie chciał. Nie potrafił na nią spojrzeć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Rok Nauki : III
Wiek : 23
Skąd : Dania, Kopenhaga
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 510
  Liczba postów : 1383
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6313-mathilde-olivia-villadsen#177625
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6324-zagraj-ze-mna-na-pianinie
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6376-poprosze-najladniejsza-pocztowke#179438
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7164-mathilde-olivia-villadsen#204301




Gracz






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Pon Wrz 30 2013, 15:56

Ten świat zdążył już upaść milion razy dla każdego człowieka… Załamanie nadchodziło w dość nieoczekiwanym momencie. Nie mogliśmy sobie z tym poradzić. Choć jeden dzień wstawał by dać nam powód do radości, to pojawiał się kolejny, który wszystko niszczył… Błędne koło…
Odkąd Mattie pojawiła się na świecie razem z Veronique, zawsze była jakby druga. Nie przeszkadzało jej to. Naprawdę. Miała czas na dokładniejsze kolorowanie obrazków. Uwielbiała śpiewać i przyglądać się swoim sukienkom. Wszystkie musiały mieć na metkach napisane fikuśne „M”, gdyż Vera często zapożyczała jej kreacje. Ten sam rozmiar, podobny gust… A gdy były malutkie, to przecież nosiły to samo. Jednak nie to przeszkadzało Mathilde. Gdyby to miało zwrócić życie jej siostrze pewnie by oddała jej wszystkie kreacje… Acz było za późno. Math nie widziała śmierci dziewczyny, wiedziała, że Kai też nie… Nie wiadomo co tamtego dnia robiła druga perło włosa i co właściwie zamierzała robić w swoim życiu. Może za dużo się spiła, albo miała ochotę pokazać, że lata bez miotły… Uniesie ją wiatr, który okazał się być kapryśnym kompanem i tym razem nie chciał współpracować. To trudne… To wspomnienie, którego nie da się od tak po prostu zakwalifikować.
Mała Math miała przez to zdarzenie burzę mózgów. Nie potrafiła określić jak bardzo boli ją serce… Odeszła siostra. Odeszła ta, której zawsze było pełno na rodzinnych przyjęciach. Ona zawsze potrafiła każdemu opowiedzieć barwną historię o porannym śniadaniu oraz o jakimś biegu przez park. Potrafiła też każdego pocieszyć, potrafiła też kłamać w słusznej sprawie, ale miała wielkie serce. Zbyt wielkie, żeby to wszystko zrozumieć… Villadsen’owie chyba mieli to do siebie, że byli posiadaczami piernikowych serc, które pomimo tego, że były smaczne to często się kruszyły i w żaden sposób nie potrafiły wrócić do pierwotnego kształtu. Zatem to, ile już Kai skosztował tego piernika nie można raczej od tak po prostu porównać do rysy na telefonie… Pewne rzeczy są poza osią. Jakbyśmy nawet chcieli je sobie wyobrazić… One są niematerialne. Dochodzi jeszcze to… Że była ich szóstka. Gilbert, Veronique, Mathilde, Feliks i oczywiście rodzice. Po utracie Veronique nie stanęli się piątką z powodu braku tej jednej osoby… Każdemu z nich wydarto pewną część radości. A później… Później trzeba było nauczyć się z tym żyć. I choć wszystko się pokomplikowało, ona naprawdę próbowała dać szansę Kai’emu. Najpierw nie jako chłopakowi, lecz jako koledze. Zabroniła źle o nim mówić w jej towarzystwie gdyż chciała go poznać. Pocieszała go mówiąc, że z Verą byli parą idealni… Szczęśliwi. Może nie chciał tego słuchać, ale jakoś wytrzymywał… Aż los splótł ich drogi w postaci związku. Choć Villadsen bardzo się bała konsekwencji i wielu innych spraw, to zaryzykowala… Nie popadła w jego ramiona bezpowrotnie… Chciała mieć to wszystko rozrysowane na dłoni. Zaufania przecież nie sprzedaje się w pełnej wersji od zaraz… Ale Kai to zdobył. Kochał ją… Ale w takich chwilach, Mattie powątpiewała w to szczere zapewnienie…
A kiedy usłyszała tylko imię „Veronique” nawet nie drgnęła. Nie uniosła brwi do góry, oczy nie przemieniły się w te o wielkości spodków. Nie… Nic takiego się nie stało. Westchnęła jedynie patrząc w niebo. Zaszklone oczy może chciały buchnąć łzami, ale nic takiego się nie stało. Wzniosła ręce w kierunku zachmurzonego nieba i splotła je nad głową. Jakby czekała… Ale na co?
Jej serce właśnie pękło. Po raz kolejny… Była Verą. Ludzie mieli rację. Choć jej siostra nie żyła… Choć tu jej nie było… Mattie była jej cieniem. Jej istnienie warunkowała zmarła bliźniaczka.
Oddychała… Nadal oddychała. Funkcje życiowe nie ustały. Przeniosła wzrok na Young’a . Dopiero teraz otworzyła usta:
– Nie Kai. – Mruknęła cicho. – Ten jeden raz… Zróbmy jak Ty chcesz. A raczej nie chcesz… Nie mogę Cię kochać, jeśli mi na to nie pozwalasz. – dorzuciła odgarniając kilka niewdzięcznych kosmyków włosów z czoła.
- Nie mogę Ci ufać, bo tego nie chcesz… Ja… Ona nie żyje, Kai. Ona nie żyje. Rozumiesz to? Obiecałeś mi. Przysięgłeś… Że to wcale nie chodzi oto. Nie miałam nią być. Miałam być sobą. Ja nie chcą nie być. Rozumiesz?! Nie. Nie rozumiesz. Czy ty do jasnej cholery masz apopleksję? To że jesteś eremitą to rozumiem… Ale obiecałeś mi. Każdego dnia potrafiłeś mi patrzeć w oczy, a dziś nazwać mnie Verą. Wybacz, ale jeśli tylko oto chodzi, to ja Ci nie pomogę w wskrzeszeniu jej, ani w tanatologii dotyczącej Very. Ona umarła. Ja umieram… Nie mogę tego znieść. Kiedy odrzucasz mnie na rzecz miotły, na rzecz jakiegoś głupiego konkursu.. Tylko w Twojej głowie Kai. – Jak to zawsze w chwilach złości dostała słowotoku, przez co zacisnęła jeszcze drobne piąstki… Zbyt drobne, aby unieść taki wór złości i żalu.
– Ty… Ja… Obiecałeś. – Wyszeptała ostatnie słowo prawie kwiląc. Traciła siły. Ukryła twarz w dłoniach czując, że ucieka z niej cała radość, energia… Wszystko. Mówiąc to, zabierał jej wszystko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : II
Wiek : 24
Skąd : Suneshine Coast
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 0
  Liczba postów : 262
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6369-kai-young
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6370-love-me-hate-me-kiss-me-kill-me#178900
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6371-attyla-sliczny-pupilek-kaia




Gracz






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Pon Wrz 30 2013, 22:13

Jasne, że wiedział która to która. Po prostu czasami sam się zastanawiał czy z jego głową jest wszystko w porządku. Nawet nie umiał odpowiedzieć na pytanie zadawane samemu sobie, dlaczego do cholery on odpiera uczucia, którymi ktoś go darzy. Sam sobie działa na szkodę, nie pozwalając być szczęśliwym. Czy dziecko da się wychować tak żeby do końca życia wierzyło w to, że nie można znaleźć szczęścia na ulicy, bo nie jest ono pisane byle komu? Czy właśnie to się nazywa tragizmem postaci? Prawdę mówiąc nieważne co młody Young by zrobił wszystko będzie źle, a co gorsza to właśnie on sam decydował o własnej przegranej. Nikt inny. Czasem nawet zastanawiał się czy to nie lepiej by było gdyby nie poznał żadnej Very, a potem Mattie.
Piję wino, palę skręty z kolegami. Wpadnij kiedyś poniszczyć się z nami.
Kiedyś wszystko wydawało się prostsze. Treningi mogły być wieczorami zapijane litrem ognistej, a z rana kac wyparowywał podczas pracy mięśni. Nic niczemu nie stawało na przeszkodzie. Wieczorne śmiechy. Towarzyszki w podróży w jedną stronę. Szlabany za rozwalone kolegom nosy. Nic się nie komplikowało. Wszystko było zrozumiałe. One wiedziały, że ich czas kończy się przed pierwszym śniadaniem, a oni do końca życia zapamiętywali, że pięść Kaiego jest twardsza niż na jaką wygląda. On z kolei nie musiał się martwić o zbędne tłumaczenia czy zobowiązania. To właśnie było w tym wszystkim najlepsze, życie bez zobowiązań. Świadomość, że nikomu przez niego nie stanie się krzywda. Mamusia zawsze powtarzała, że jej słoneczko Kai nawet nad małym pajączkiem nie byłoby w stanie się zaopiekować. Co dopiero kiedy w grę chodzi czyjeś życie.
Życie, za które oddałby wszystko co dla niego najcenniejsze. Życie, które było cenniejsze niż jego własne, a jednak mimo, że potrafił je przy sobie zatrzymać, jakby na siłę je od siebie odpychał, zadając coraz to nowe ciosy, a żeby zapamiętało, że właśnie on nigdy nie będzie go godzien. Powiedz Mattie, jak to jest być tą która może mieć wszystko, ale kiedy chce tylko po to wyciągnąć rękę, jest jej to zabierane jak w jakimś głupim żarcie?
To nie tak, że nie umiał odróżnić Veronique od Mathilde. One były zupełnie różne i kochał je obydwie. Jednak były dla niego jak byty. Imiona były zbędne. Ciało widziało w niej Verę, ale on zawsze będzie wiedział, że to Mattie. Nawet kiedy jej włosy staną się zupełnie białe, a twarz pomarszczona niczym u angielskiego buldoga. On będzie wiedział, że to nie jest ciocia Valentina, że to nie jest Veronique, ani pani Villadsen. Zawsze rozpozna swoją małą Mattie, nieważne czy wypije eliksir wielosokowy, czy też ktoś nagle ją przetransportuje gdzieś zupełnie indziej. On zawsze ją odnajdzie. Po prostu teraz nie potrafił pogodzić swoich myśli z myślami tego drugiego Kaiego, który zabrał za niego głos. Mimo, że cholernie chciał głośno krzyczeć i bić pięściami powietrze, coś mu na to nie pozwalało. Mętne spojrzenie skierowało się na te perłowe włosy, w skupieniu studiując ich fakturę, a duch walki właśnie przysiadł na ziemi i patrzył na niego z pogardą. Poddał się jeszcze zanim Kai zaczął głośno protestować.
Zmarszczył brwi i pokręcił w zniecierpliwieniu głową, bo ona kompletnie nic nie rozumiała! Nie rozumiała, że on nie może dojść do słowa. Nie wiedziała, że to nie on mówi. Czemu, no czemu ona mu nie pomoże? On jej teraz potrzebuje jak nigdy dotąd! Ale ten drugi nie chce jej tego powiedzieć. On nie chce żeby pierwszy o tym wiedział, że istnieje chociaż cień szansy na to żeby było jak dawniej. Z nią właśnie.
- Wiem, że nie żyje. Po prostu... Po prostu ty tego nie rozumiesz! Nie wiesz jakie to wszystko skomplikowane. Ja nie moge tak dłużej, wyłącznie dla Twojego dobra. To wszystko idzie w złą stronę. Jebana ścieżka zakręca. Ja już kurwa nie wiem co robić i Ty mi nie powiesz. Sam muszę się tego dowiedzieć - wysyczał, patrząc na nią gniewnie, bo rzeczywiście jedyną rzeczą jaką wiedział był fakt, że nie wie zupełnie nic. Tak będzie dla niej lepiej. Dla nich obojga. On musi to przemyśleć. Ona musi to przemyśleć. On teraz nie może myśleć. Jest ciężko.
- Przepraszam Math... Wiedziałem, ze prędzej czy później do tego dojdzie - spojrzał na nią bezradnie i wbił wzrok w ziemię, w miejsce w którym skrzętnie grzebał butem w błocie. Zacisnął mocno pięści, a jego postać była teraz wyprostowana jak struna. Zupełnie jak jakaś kukła albo gipsowa postać. Nie wyrażała zupełnie emocji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Rok Nauki : III
Wiek : 23
Skąd : Dania, Kopenhaga
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 510
  Liczba postów : 1383
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6313-mathilde-olivia-villadsen#177625
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6324-zagraj-ze-mna-na-pianinie
http://czarodzieje.my-rpg.com/t6376-poprosze-najladniejsza-pocztowke#179438
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7164-mathilde-olivia-villadsen#204301




Gracz






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Wto Paź 01 2013, 21:21

Nie można było po prostu rzucić serca w przepaść. Za dużo w nim delikatnych naczynek, które roztrzaskałyby się z hukiem... Lecz jeśli już się na coś decydujemy, to ryzykujemy wszystko. Niestety. Nie można położyć jakiejś części swoich uczuć z myślą, że kiedyś doinwestujemy resztę... Mattie zainwestowała. Zawsze uważana za dziecko, za kogoś kto nie jest odważny by zobaczyć prawdziwy świat. Pełna współczucia dla każdej roślinki, pełna zachwytu dla wschodzącego słońca. Kochała każde zwierzątko potrzebujące opieki... Może właśnie dlatego pokochała Kaiego... Bo właśnie on potrzebował opieki. Jej opieki. Czułej ręki, która mogła objąć mur, którymi się otoczył. Mattie nie była pewna czy chce mu dać nowy dom, nowy światopogląd... Ale zrobiła to. Jak widać nie przyłożyła się do zadania zbyt dobrze skoro to wszystko zaprocentowało dzisiejszą rozmową.
Każdy z nas ma w życiu taką chwilę, że po prostu wie co dalej się wydarzy,ale ze wszystkich sił próbuje uwierzyć, że jest jeszcze cień szansy. To się przecież nie może zdarzyć. Nie może być tak źle. Ale będzie źle. Będzie jeszcze gorzej. Mathilde odrzuciła perłowe włosy do tyłu i otworzyła szerzej oczęta... Słuchała go. To było bolesne. Tak jakby ktoś kazał jej przejść po rozżarzonych węgielkach. Nie każcie jej tamtędy iść... Niech ktoś ją zawróci. Ona nie jest gotowa, żeby to na siebie wziąć. Ale musiała... Gdyby był jakiś kurs przygotowawczy... Pewnie i tak by to nie pomogło.
Z jej piersi wyrwało się pojedyncze westchnięcie... Byli ze sobą ponad rok. Składali na nowo świat. Pojawiali się na różnych imprezach, spotkaniach z przyjaciółmi, trenowali razem, towarzyszył jej przy codziennych walkach z niedobrym materiałem. Rozpraszał ją gdy liczyła owce i próbowała zasnąć. Wywołali niejedną bitwę na poduszki i nie raz ją poratował gdy zamek w drzwiach od łazienki znów się zaciął. Taki dobry Kai... Przez moment usłyszała jego beztroski głos w głowie... Nawet nie wiedziała kiedy znów uciekł... Nie wiedziała czemu na to pozwoliła.
Przyłożyła dłoń do ust. Z trudem powstrzymała potok zimnych słów.
- Ja... Ona umarła. O mnie musisz... Zapomnieć. Choć chyba już to zrobiłeś Kai... Zapomniałeś o mnie... Nie pamiętałeś o mnie ten cały czas. - Powiedziała bardziej do siebie niż do niego i obróciła się na pięcie idąc powoli w stronę wyjścia z boiska. Już jej ramiona pozbawione były skrzydeł, na jej twarzy nie było uśmiechu. Tylko ból... Tylko ta naiwność. Gdyby Gilbert tu był... Gilbert, Feliks... Ktokolwiek. Nie chciała, aby ktoś ją widział teraz poza tą dwójką. Oni by mogli. Zabraliby ją do domu. Ale gdzie był jej dom? Przy strapionych rodzicach czy ten w Hogsmeade? Jej dom był tam gdzie czuła się bezpiecznie... Teraz nie mogła nigdzie się schować. Była naga wobec człowieka, który sprawił, że "obiecanki cacanki" są wyrażeniem ponadczasowym.

[zt]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Skąd : wiesz?
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 28747
  Liczba postów : 34254
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7560-wielka-poczta-mistrza-gry#211658




Specjalny






PisanieTemat: Re: Boisko Quidditcha   Sro Paź 02 2013, 16:29

Bludger!

Ludzie nie zawsze wiedzieli na co się piszą podejmując rękawicę przy tych dość osobliwych pojedynkach. Dobrze, że zwycięzcy mieli choć trochę dobroci w sobie by zebrać z ziemi przegranego i odnieść go do Skrzydła Szpitalnego. Swoją drogą ciekawe jak tłumaczyli fakt, iż ich towarzysze są dość mocno poturbowani. Ale z pewnością wielkiego Mistrza Q, to wszystko nie obchodzi. Musi się znaleźć tylko najlepszy. Zatem czas na kolejny pojedynek...

Krótkie przypomnienie zasad

W związku z tym, że nie zaczynacie od razu się pojedynkować, a czekacie na posty "wejściowe" to zaczyna którekolwiek z was.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Boisko Quidditcha

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 40Idź do strony : Previous  1, 2, 3 ... 21 ... 40  Next

 Similar topics

-
» Boisko Quidditcha
» Boisko Quidditcha
» Małe boisko do koszykówki
» Małe boisko do siatkówki
» Małe boisko do koszykówki

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
hogwart
 :: 
Tereny przy zamku
 :: 
boisko quidditcha
-