IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Magic Trade Center

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : I
Wiek : 21
Skąd : Hogsmeade, Wielka Brytania /George Town, Cayman Islands
Czystość Krwi : 25%
Galeony : 11
  Liczba postów : 217
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7724-winter-teixeira
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7725-i-ll-be-your-winter#214705
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7727-pixiebella-masz-wiadomosc#214759
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7726-winter-teixeira#214719




Gracz






PisanieTemat: Magic Trade Center   Sro Mar 12 2014, 23:46

First topic message reminder :


Magic Trade Center


Jest to budynek, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Umiejscowiony na obrzeżach Londynu, widziany tylko i wyłącznie przez czarodziejów; dla mugoli jest to zwyczajnie pusta przestrzeń, którą mimo wszystko potrafią ominąć, nie wpadając w niewidzialną ścianę. Na kolejne piętra można dostać się wygodnymi windami, sunącymi lekko i prawie bezgłośnie w górę i w dół. Niemalże zawsze rozlegają się w niej ciche tony muzyki klasycznej. Podróżując oszklonymi windami z łatwością można obserwować otoczenie.
Parter oraz pierwsze trzy piętra to instytucje finansowo-komornicze dzięki, którym wszystko na terenie Londynu i Hogsmeade funkcjonuje zgodnie z prawem, a co za tym idzie rynek gospodarczy jest w perfekcyjnej formie. Możesz tutaj uregulować wszelkie płatności oraz wezwania od magicznego komornika, który wysłał do Ciebie wyjca, o ile nie płaciłeś chociażby za czynsz.
Dziesięć pięter przeznaczone jest dla „Agency Making Of You…” – pomogą oni wkraczającym w dorosłość, w odnalezieniu się w świecie czarodziejskiej twórczości, artyzmu i wszystkiego co ma związek ze sztuką. Marzysz o tym by przejść praktyki dotyczące magicznej fotografii? A może chciałbyś mieć w ręku certyfikat, który zaświadcza iż jesteś modelem bądź modelką gotowym podjąć pracę dla najlepszych czarodziejskich magazynów? Warto pamiętać o tym, że w obydwu kwestiach – zdjęcia się ruszają!
Znajdzie się także piętro dla muzyków, którzy w przeróżnych salach nagraniowych będą mogli korzystać z magicznych sprzętów, które pozwolą nagrać wasz kawałek.  Tuż nad nim swoją siedzibę ma firma, poszerzająca swą działalność w kwestiach współpracy z pisarzami. Jest to wydawnictwo "Magic You", które z rozkoszą przyjmie do swego grona kolejnych – młodych–zdolnych.

Trzy najwyższe piętra przeznaczone są do przeróżnych spotkań, konferencji, bankietów oraz innych kulturowych i biznesowych eventów. Widok rozciągający się ze szczytu wieżowca jest imponujący, dlatego nie dziw, że goście przeróżnych imprez uwielbiają stać przy oszklonych ścianach, podziwiając panoramę Londynu oraz okolic. Mniej strachliwi wychodzą nawet na sporych rozmiarów balkon. Znajduje się tu teleskop, ułatwiający obeznanym czarodziejom obserwację nieba - nie od dziś wiadomo, że im wyżej, tym lepiej. Na czas imprez jest on jednak zabezpieczany specjalnymi zaklęciami, aby nikomu nie przyszło do głowy się nim bawić. Temperatura w obrębie balkonu jest dostosowywana do pomieszczeń - zimą jest ogrzewany, latem chłodzony, dzięki czemu elegancko ubrani czarodzieje nie muszą przejmować się wychłodzeniem lub przegrzaniem. Nie ma tu żadnych stołów, jedynie kilka zgrabnych ławek. Głównym pomieszczeniem ostatniego piętra jest duża sala, dostosowywana do każdego wydarzenia, jakie ma tu miejsce. Zazwyczaj wybiera się miejsce na niedużą scenę, rozstawia się stoły oraz zapewnia kawałek parkietu do tańca.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : III
Wiek : 22
Skąd : Kanada, Trois-Rivières
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 1827
Dodatkowo : metamorfomagia, rezerwowy pałkarz
  Liczba postów : 707
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5525-madison-chloe-richelieu#160262
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5529-pancake-karma-is-coming-after-you#160278
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5528-madisonowa-sowa#160270
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7198-madison-richelieu




Gracz






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Pią Mar 13 2015, 22:23

Niefrasobliwość Romulusa, z jaką podszedł do całej afery pierścionkowej, która urosła do gigantycznych rozmiarów, była doprawdy godna zainteresowania. Richelieu obserwowała uważnym spojrzeniem kobietę, która wycofywała swoje zarzuty względem Cleopatry, jednocześnie słuchając mądrości swojego towarzysza. Po jego następnych słowach wręcz nie mogła się powstrzymać przed zlokalizowaniem wspomnianej blondynki w czerwieni, a kiedy już odnalazła wśród zebranych piękną półwilę, popatrzyła na nią zaledwie przez chwilę, bo uwagę Kanadyjki bardziej skupił Percival, stojący u boku dziewczyny i będący zaaferowany nią do takiego stopnia, że nawet nie zauważył Madison, która właśnie w myślach zarzekała się, że dzięki swoim genom mogłaby wyglądać dokładnie tak samo jak Avalon, więc nie wiadomo, o co tyle szumu. Oczywiście w swoich przemyśleniach zgrabnie pominęła fakt, że jej brakowałoby tej tajemniczej magnetycznej aury charakterystycznej dla potomków wil, jednak któż by się tym przejmował!
- Och, blondynki w czerwieni są zupełnie nie w moim stylu. Chwilowo wolę brody i tatuaże. - oznajmiła Mads tonem tak spokojnym, jakby nigdy nawet nie zauważyła piękności zaciskającej szpony na jej najlepszym przyjacielu, po czym z ustami rozciągniętymi w charakterystycznym uśmiechu wspięła się lekko na palce, by pocałować Romulusa w policzek w przerwie w przechadzaniu się po sali slalomem pomiędzy innymi gośćmi.
- Nawet nie wiedziałam. Coś się stało czy dostała lepszą posadę? - zapytała, bardziej skupiając się na losach Freddie niż na możliwościach, jakie mogły nieść kontakty z kobietą i wstawiający się u niej za Madison Pevensey. Swoją drogą, Richelieu chyba powinna mu podziękować, bo poniekąd to właśnie jego zasługa, że wróciła do regularnych treningów i grania w drużynie. - Obawiam się, że moje niesamowite zdolności doprowadziłyby cię w krótkim czasie do ruiny. Ale dziękuję za propozycję, przemyślę w wolnej chwili, przecież nie będziemy sobie psuli wieczoru rozmawianiem o moich pustkach w banku Gringotta. - zaśmiała się krótko, mając przed oczami wizję, w której biznes Romulusa bankrutuje przez jego chęć pomocy, chociaż w głowie chyba donośniej dzwoniła jej myśl, że nie powinna mieszać interesów z kontaktami towarzyskimi.
Mniej więcej w tym momencie odbyło się oficjalne przywitanie gości i nadszedł moment na przemieszczenie się do sali bankietowej. Pomimo tego, że winda wydawała się być przestronna, podziwianie zabójczych widoków było nieco utrudnione, kiedy na Madison naciskało kilka osób ze wszystkich stron. Gdy winda nareszcie dotarła na odpowiedni poziom, blondynka odetchnęła z ulgą, ale tuż po wkroczeniu do pomieszczenia zauważyła dość duże rozdarcie w jej pięknej kreacji.
- Na Merlina, jak można komuś rozedrzeć suknię w windzie? - prychnęła zniesmaczona, jedną ręką zakrywając rozdarcie, a drugą sięgając po różdżkę. - Jeszcze trochę za wcześnie na świecenie golizną. Missura acus. - Richelieu przystanęła na chwilę z boku tak, że pomiędzy nią a resztą uczestników bankietu znajdował się zasłaniający ją Romulus, co pozwoliło jej na szybkie i sprawne naprawienie kreacji. Kilka chwil później byli już przy stołach, gdzie Kanadyjka z zaskoczeniem zauważyła karteczkę ze swoimi nazwiskiem. MTC musiało mieć świetną organizację, skoro niczego nie zakłóciło nawet jej spontaniczne dołączenie do gości. W momencie zajmowania miejsc Mads rozejrzała się jeszcze w poszukiwaniu Percy'ego i właściwie nie była w stanie stwierdzić czy żałuje, że Follett nie został przydzielony do stołu razem z nią, czy cieszy się, że półwila nie będzie go mamiła tuż pod jej nosem. Niestety zamiast przyciągającej spojrzenia blondynki pannę Richelieu zniechęcała do jedzenia jakaś kobieta siedząca nieopodal i wykrzykująca okropne teorie spiskowe odnośnie reemów faszerowanych eliksirami. Gdy w końcu ktoś przerwał jej niesmaczny wywód o zawartości mięsa w mięsie i milionie innych składników, których nie powinno tam być, Kanadyjka skupiła się raczej na dźganiu widelcem kwiatów, niż reema lub też nie reema.
- Akurat kiedy pokonałam swoje opory moralne przed jedzeniem zwierzęcia, które patronowało mojej reprezentacji, jakiś damski Sherlock Holmes musiał popsuć mi apetyt. - westchnęła, odkładając sztućce na bok, wyraźnie zrezygnowana.

Kostki - dotarcie do stolu: 5
Kostki - danie: 5
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Skąd : Kanada
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 4873
  Liczba postów : 969
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5587-percival-magnus-follett
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5588-relacje-percivala#161773
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5589-plomykowka-percivala#161774
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7256-percival-m-follett#205227




Gracz






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Sob Mar 14 2015, 11:43

Prawdę mówiąc, Percy wcale nie zauważył Madison (jeszcze!), kiedy ta pojawiła się razem z Romulusem. Obecność Avalon mąciła mu w głowie i mimo że walczył z obezwładniającym go zachwytem nad swoją towarzyszką, niewiele mógł poradzić. Była idealna pod każdym względem i nawet nie mógł mieć jej za złe tej drobnej nieuczciwości, której w końcu i tak nie popełniła. To, że zachowanie pierścionka uniemożliwiły jej okoliczności, a nie skrupuły, nie miało większego znaczenia, szczególnie gdy jej magiczna aura spowijała jego męski umysł.
Nie słuchał przemówienia, zbyt zajęty kontemplowaniem urody Avalon, mimo że widział ją już tyle razy i powinien jakoś się uodpornić. Nic z tych rzeczy. Wszystko w niej wydawało się tak kuszące, zmysłowe i pociągające, że Percy nie mógł oderwać od niej wzroku, przez co nie dostrzegł w tłumie Madison, nie przyszło mu nawet do głowy, że mogłaby przyjść, bo przecież wymawiała się brakiem czasu. Nie wiedział, dlaczego nagle wszyscy zaczęli się pchać do wind, ale najwidoczniej wiedzieli, co robią, dlatego Percival wbrew wszystkim swoim zasadom, pozwolił się porwać tłumowi, pilnując tylko, by nie zgubić po drodze swojej partnerki. Doskonale wiedział, że niejeden obecny tu mężczyzna dałby wiele, by ją sobie przywłaszczyć, ale Percy nie był w ciemię bity i zdawał sobie sprawę, że po pierwsze to Ava jest górą i nie zrobi nic, na co nie będzie miała ochoty, owijając sobie wokół palca każdego, kto się pojawi w zasięgu jej wzroku, a po drugie nie wyglądał na osobę, która tak po prostu da sobie odbić partnerkę. Więc wszyscy napaleni faceci mogli do woli wodzić za nią cielęcym wzrokiem, a jego sztyletować w myślach. Sorry, chłopaki.
Wciśnięty w sam środek szklanego sześcianu, otoczony przez obcych ludzi, którzy wiercili się niespokojnie, Percival czuł narastające w nim zdenerwowanie. Trzymał mocno dłoń Avy, licząc w myślach sekundy i modląc się, by w końcu ich stąd wypuszczono. Teraz nawet jej urok nie był w stanie odwrócić jego uwagi od tej okropnej sytuacji. Intensywny zapach perfum, którymi obficie polali się chyba wszyscy obecni w windzie, był nie do zniesienia i Follett miał wrażenie, że zaraz oszaleje. Kiedy w końcu dotarli na sam szczyt, Percy odetchnął z ulgą, ale zdał sobie sprawę, że ktoś naderwał mu kieszeń w garniturze. Prychnął ze złością i szybkim Reparo rozprawił się z dziurą, jednak humor miał co najmniej nieszczególny. Podał ramię Avalon.
- Nie rozumiem, dlaczego nie można było podzielić się na tury, tylko wszyscy władowali się do tej windy jednocześnie. A myślałem, że to ja wychowałem się w środku kanadyjskiej głuszy - powiedział z nietypową dla siebie irytacją i poprowadził swoją partnerkę do stołu. Ku swojej rozpaczy zauważył, że miejsce obok niego zajęła para z dziećmi. Ogólnie nie miał nic przeciwko dzieciom, ale nie w takim miejscu i nie w takich warunkach. Już na wstępie dzieciak zrzucił kieliszek, który poszedł w drobny mak. Merlinie, to będzie ciężki wieczór.
Widok reema w kwiatkach poprawił mu nieco nastrój, ale tylko na chwilę, bo matka rozwydrzonej dwójki zaczęła się awanturować. Jaki ona miała głos! Mimo zapewnień kelnera upierała się, że to coś na jej talerzu na pewno nie jest reemem, a jeśli nawet jest, to ona tego nie tknie, bo doskonale wie, jakimi eliksirami są faszerowane reemy na Dalekim Wschodzie i jakie skutki uboczne mogą się pojawić. Nagle danie przestało wyglądać tak apetycznie. Percy uszczknął tylko odrobinę miodowo-imbirowej pianki, po czym z westchnieniem złożył sztućce i uśmiechnął się do Cufferborough.
- Nie wiem, jak ty, ale ja nagle straciłem apetyt. Takich ludzi nie powinno się wpuszczać na bankiety - szepnął jej konspiracyjnie do ucha, starając się nie wdychać zapachu jej włosów i ciepłej skóry, by choć przez chwilę zachować jasność umysłu.


Kostki - dotarcie do stolu: 5
Kostki - danie: 5
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 27
Skąd : USA
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 657
Dodatkowo : opiekun Ravenclawu
  Liczba postów : 143
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9998-blaze-ettreval-revie#279035
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9999-pan-profesor-wiecznie-plonie#279039
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10000-spalone-listy-ze-stanow#279041
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10001-blaze-ettreval-revie#279045




Administrator






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Sob Mar 14 2015, 20:59

Zaproszenie na bankiet na pewno dotarło razem z innymi, ale Blaze w natłoku zajęć nie miał zbyt wiele czasu na sprawdzenie szczegółów, gdyż każdą wolną chwilę poświęcał na sprawdzanie zaległych prac oraz wypełnianie stosownych dokumentów. Nie chciał być z niczym do tyłu. Nadrabianie zaległości nie leżało w jego naturze, bowiem ze wszystkim starał się być na bieżąco, toteż chyba można wybaczyć mu te drobne spóźnienie prawda? Odstawiony w prosty garnitur zjawił się nieco później niż pozostali - całkowicie zapomniał, żeby przybyć wcześniej - jednak zdołał załapać się na ostatnią windę razem z resztą gości. Podróż minęła mu całkiem przyjemnie. Nikt nie przyciskał do ściany, nie napierał na niego. Ba, miał nawet swoją przestrzeń osobistą, o którą nie musiał specjalnie zabiegać. Wszystko szło gładko i generalnie po myśli Blaze'a z tym małym wyjątkiem, iż wysiadając znalazł czyjąś zgubę. Trzymając dziwny przedmiocik w dłoni, ruszył do swojego stolika, aby w spokoju spróbować specjałów serwowanych przez Brytyjczyków. Nie licząc tego, co jadał w Hogwarcie, nie miał jeszcze okazji, aby spróbować przysmaków znanych w Wielkiej Brytanii. Podane mu danie wyglądało wyjątkowo apetycznie, a pachniało dwa razy lepiej. Już po pierwszym kęsie Blaze mógł wyczuć idealnie dobrane przyprawy nie tylko pod względem proporcji, ale również ich jakości. Najlepsze gatunki ziół tak ważne dla eliksirowara rozpoznał z idealnym wyczuciem, chociaż nie był mistrzem kulinarnym. Lata wprawy w warzeniu eliksirów na coś się przydały. Może wykorzysta to jakoś nie tylko w kuchni?

Kostki - dotarcie do stolu: 3(czekam na kogoś, kto wyrzucił 2)
Kostki - danie: 4

Jestem, wybaczcie mega spóźnienie
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 23
Skąd : okolice Dundee, domostwo Penny's Haven, Szkocja
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 1140
Dodatkowo : półwila
  Liczba postów : 569
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10397-avalon-cufferborough
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10406-abc#286919
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10407-the-princess#286920
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10408-avalon-bee-cufferborough#286921




Gracz






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Nie Mar 15 2015, 09:19

Z wielkim rozbawieniem - w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu! - przyjmowała zarówno oburzenie i nieco naiwne prośby Percivala. Biedaczek miał chyba niejedną okazję przekonać się o tym, jak perfidne sposoby na wykorzystywanie swoich cech wynajdowała Avalon, a jednak za każdym razem dopuszczał się tego komicznego uniesienia, które technicznie rzecz biorąc uniesieniem nawet wcale nie było, bo przechodziło mu prędzej, niżby się w ogóle zdążyło nabuzować. Zupełnie jakby ktoś zaklęciem napompował wielki balon, ale w tej samej chwili przebił go igłą czy czymkolwiek ostrym tak, że ów balon nie miał nawet szansy nabrać właściwego sobie kształtu, mimo swoich najszczerszych prób. Doskonałe widowisko.
Dziewczyna zapewniła swojego partnera, że jest w stu procentach przekonana co do swojego immunitetu i rzeczywiście wierzy w wieczną, genetyczną ochronę, zaś na koniec roześmiała się najszczerszym, najbardziej perlistym swoim śmiechem, słysząc jak Follett podsumował obecne przeżycia z jej urokiem. Chyba pierwszy raz słyszała coś podobnego, a to z kolei utwierdzało ją w przekonaniu, że z tym Kanadyjczykiem zawsze warto się gdzieś wybrać. Mimo swojej niedzisiejszości był chyba najbardziej oryginalnym facetem w okolicy, a takie rzeczy należy bezwzględnie cenić. Westchnęła cicho, przyjmując bez słowa zapewnienie o rychłym zaproszeniu do stołów, w które bardzo chciała, ale jednak nie wierzyła.
Tym niemniej, rzeczywistość okazała się dziś przychylna. Thomas zaczął swoje sztampowe przemówienie, a Cufferborough niemal siłą zmusiła towarzysza do obrócenia się w jego stronę, żeby można było go dobrze widzieć i słyszeć. Oczywiście wszystkie jego piękne stwierdzenia oraz podziękowania nic do sytuacji nie wnosiły, ale kiedy wspomniał o tym, że wszyscy mogą nareszcie wejść do wind, blondynka aż podniosła głowę ze zmęczonego już pewnie ramienia Percivala, ciągnąc go lekko w tamtą stronę. Weszli do szklanego sześcianu i zajęli miejsce pośrodku, co dało dosyć nietypowe, chciałoby się rzec niespodziewane, efekty. O ile od dwudziestoletniej Gryfonki ludzie odsuwali się na tyle, żeby miała wystarczająco dużo miejsca na wyciągnięcie w którąkolwiek stronę ręki, to na jej partnera niemal się wpychali. Dziewczę upominało się o swobodę Percy'ego, czasami odnosząc większy, czasami mniejszy sukces. I tak jak żadne otumaniające perfumy nie docierały do jej nozdrzy, tak tortury przechodzone przez towarzysza działały na nią niemal fizycznym bólem. Widać czasami równowaga zostaje zachowana, zważając na to, jak blisko fizycznego bólu bywał Follett, usiłując odwrócić swoje myśli od Avalon. Spojrzała na niego smutno, ze współczuciem. W pewnym momencie nawet próbowała go pociągnąć w swoją stronę, aby skorzystał ze zrobionego tylko dla niej miejsca, ale tłum odpowiadał na to niemal natychmiastowo. Nie dało się biedaka uratować.
- Bardzo chciałabym ci powiedzieć, że wiem co czujesz, ale sam widziałeś - mruknęła z pewnym zrezygnowaniem, kiedy wyszli już z windy, a mężczyzna naprawiał kieszeń - Wilom się nie przeszkadza - dodała, parafrazując delikatnie swoje ulubione powiedzonko, którym lubiła torturować bliższych znajomych, zwykle będących stuprocentowo świadomymi tego, że na jedno skinięcie palca dziewczyny mogliby paść przed nią na kolana, całować stopy i jeszcze dziękować za pozwolenie na to. W każdym razie, kiedy wszyscy zdążyli już usiąść, a jedzenie zostało podane, Szkotka z niebywałym zaciekawieniem słuchała żywieniowej histeryczki. Nie miała jeszcze okazji zauważyć obok siebie Cheshire, tym bardziej nie zwróciła uwagi na dłuższe przemówienie Thomasa, a już w ogóle umknął jej rozbity przez nadmiernie ruchliwego dzieciaka kieliszek. Nie tknęła nawet sztućców, teraz już zupełnie przekonana, że byłby to idiotyczny pomysł.
- Czemu? - obruszyła się nieco na szepty Folletta - Wręcz przeciwnie! Wiedziałeś o tych eliksirach? Ja nie miałam pojęcia, dobrze że powiedziała! - odpowiedziała równie cicho, nie nachylając się jednak Percivalowi do ucha. Potem uśmiechnęła się do niego z politowaniem, dając znać, że rozumie jego cierpienie, mimo że go wcale nie podziela. Prędko się to zmieniło, bowiem muzyka "mistrza" Amario zupełnie nie podchodziła pod jej gust. Skrzywiła się nieco do towarzysza, ukradkiem używając palca do wskazania na grających mężczyzn.


Kostki - dotarcie do stolu: 1
Kostki - danie: 2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 29
Skąd : Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 1250
Dodatkowo : hipnoza
  Liczba postów : 211
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9198-romulus-pevensey
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9201-wszystkie-drogi-prowadza-do-rzymu#257930
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9202-puchacz-romulusa#257931
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9203-romulus-balthasar-pevensey#257935




Gracz






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Nie Mar 15 2015, 11:58

Owa niefrasobliwość brała się z dosyć banalnego, w całej szczerości, powodu. Próbując przemówić człowiekowi do rozsądku od kilkunastu minut i spotykając się tylko z zarzutami podejmowania prób ratowania nieuzasadnionej niesprawiedliwości od razu odechciewa się mieć do czynienia nie tylko z rzeczonym człowiekiem, ale też z całą sytuacją, do której ów był nieodwracalnie przywiązany. Stąd też dosyć pogardliwe podejście do kobiety, choć zostało ono prędko zniwelowane przez zaciekawienie wypatrującą półwili Madison. Pevensey uśmiechnął się sam do siebie, pokręcił nawet delikatnie głową, jak gdyby prześmiewczo. Z mimowolnych przemian na twarzy dziewczyny odgadł, że niezbyt pasuje jej obecność Cufferborough, która biła ją przecież na głowę - pomijając kwestię tego, jak sprawiedliwe lub niesprawiedliwe było to "bicie" - i że najpewniej już wymyśla sposób na udowodnienie wszystkim tego, że to jednak ona sama jest tą lepszą. Z Romulusem udało się dosyć prędko, bowiem niespodziewany całus wprawił go w nadzwyczajnie dobry humor. Zaśmiał się, spojrzał na nią, a na twarzy wypisał sobie minę pokroju "Ty przeklęta flirciaro!", choć nie był z niego tak dobry niewerbalny mówca jak Avalon, więc Madison mogła sobie z tego wyczytać niemal miliard innych wyrazów.
- W sumie... nawet nie wiem. Pytałem ją po prostu niedawno czy się zgłosiłaś, odpowiedziała że nie, ale że to nic, bo i tak już tam nie pracuje. Potem urwał nam się kontakt. Hm, chyba tak już u mnie jest że jakoś przestaję rozmawiać z ludźmi którzy nie mają jakichś fajnych talentów albo dobrych powiązań. Dziwne - skwitował, dając tym samym dziewczynie znać, że ona nadal albo ma owe fajne talenty, albo powiązania. Choć bardziej prawdopodobna była pierwsza opcja. Później machnął obojętnie ręką, mówiąc jeszcze kilka słów mających dodać Kanadyjce wiary w siebie, aż wreszcie coś zaczęło się na bankiecie dziać. Romulus uważnie wysłuchał oświadczenia śmiesznego według własnych kryteriów facecika, po czym podprowadził towarzyszkę do windy. Z uznaniem przyglądał się całej konstrukcji, podziwiając przestronność, potem zaś odwołując wszystko w ułamku sekundy. O ile on sam cieszył się pewną swobodą ruchów, o tyle Mads miała z tym problemy. Nic więc dziwnego, że szarmancki Pevensey zaczął subtelnie odpychać napierających na dziewczynę ludzi, uśmiechając się do nich jak gdyby nigdy nic. Niedługo potem wszyscy wyszli z windy, a brodacz bez słowa sprzeciwu posłużył Gryfonce za osłonę. Z uśmiechem słuchał komentarzy o goliźnie, odbierając ją mimo woli za dobitną sugestię pobankietową, przez co nie zauważył, że stanął w dosyć nieprzychylnym miejscu. Czując niecodzienny ścisk na stopach zorientował się w obecności dziwacznej kałuży, po czym wyskoczył z niej jak oparzony. Ściągnął coraz to bardziej pomniejszające się buty, rzucił je nieopatrznie na podłogę i tupnął z całej siły bosą nogą.
- Kurwa jego jebana w dupę zapierdolona mać, jasny chuj - powiedział zadziwiająco cicho - Pomożesz mi z tym? - mruknął jeszcze do Richelieu, najwidoczniej mocno rozbawionej sytuacją. Otrzymawszy jednak od niej litościwy ratunek, z powrotem wcisnął stopy w buty i siląc się na spokój, poprowadził partnerkę do stolika. Nie obyło się, rzecz jasna, bez odsunięcia dla niej krzesła, najmilszego, nienumerowanego uśmiechu i całokształtu już w pewnym sensie typowego dla niego czaru. Wizytówka z personaliami Madison nie była dla niego najmniejszą niespodzianką, bowiem nie mając jeszcze od niej zgody zapewnił osoby za to odpowiedzialne, że przyjdzie właśnie z nią. Wyjaśniałoby to niechęć do zapraszania kogokolwiek innego, ale lepiej, jeśli blondynka się o tym nigdy nie dowie.
- Nic się nie martw - powiedział entuzjastycznie, wyraźnie dając do zrozumienia, że ma już jakiś plan, zwłaszcza że swojego reema również nie tknął - Wezmę cię na lepsze jedzenie już po wszystkim, o ile mój ulubiony lokal będzie jeszcze otwarty - obiecał, puszczając do dziewczyny oczko. Potem wsłuchał się w zespół rzekomego mistrza i stwierdził, że organizatorzy wycelowali kilkaset lat nie w tę stronę, jeśli chcieli trafić w to, co pan Pevensey lubił. Dołożyć do tego jeszcze siostrę na miejscu obok i mamy...
Katastrofę?


Kostki - dotarcie do stolu: 4
Kostki - danie: 2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Skąd : Kanada
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 4873
  Liczba postów : 969
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5587-percival-magnus-follett
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5588-relacje-percivala#161773
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5589-plomykowka-percivala#161774
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7256-percival-m-follett#205227




Gracz






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Nie Mar 15 2015, 20:43

Nie mógł się pozbyć wrażenia, że jego głowę wypełniają kłęby różowej waty, która uniemożliwiała mu myślenie, a Percy nigdy nie należał do potulnych baranków, które łatwo dadzą się zmanipulować, dlatego uparcie zmagał się z urokiem Avy. W głębi duszy zastanawiał się, jak to możliwe, że nadal chce przebywać w jej towarzystwie, skoro jest ono dla niego nieustanną walką. Czasem miał wrażenie, że najbezpieczniejszy jest kontakt listowny, który dostarczał mu intelektualnej przyjemności, a nie wiązał się z tym ciągłym oszołomieniem. Z drugiej strony chwile kiedy poddawał się wpływowi jej genów i zmieniał w bezwolnego samca, urzeczonego i skłonnego do wszelkich poświęceń, żeby tylko zasłużyć na jej uśmiech. Potem oczywiście jego wrodzona przekora i pragnienie niezależności brały górę, więc szamotał się bezradnie, jednocześnie chcąc dać się omamić, pozwolić sobie chociaż na chwilę słabości, by po chwili buntować się przeciwko wilowatym sztuczkom. Typowe. Miał tylko na tyle dużo zdrowego rozsądku, by nawet w chwilach otumanienia zdawał sobie sprawę, że to magia, że do Avy nie czuje nic, prócz szczerej sympatii i zachwytu nad jej urodą.
- Oczywiście. Wilom się idzie na rękę - zgodził się z lekkim, autoironicznym uśmiechem, z którym bardzo mu było do twarzy, unosząc na nią wzrok i chowając różdżkę do wewnętrznej kieszeni marynarki.
Cała sytuacja przy stole skutecznie popsuła mu nastrój. Nie dość, że towarzystwo nie takie, to jeszcze jedzenie, którego nie miał odwagi spróbować. Nawet uśmieszek Avy podziałał mu na nerwy, mimo że wiedział, że robi z siebie idiotę i wila ma święte prawo się z niego podśmiewać. Ale skoro zdawała sobie sprawę, jak działa na mężczyzn, powinna mieć dla niego odrobinę litości, zwłaszcza że tak zażarcie walczył z jej urokiem, próbując zachować chociaż resztki własnej osobowości, łobuzerskiego czaru i takich tam innych, które w obecności Cufferborough nagle zaczynały się zacierać.
- Czasami niewiedza nie jest taka zła. A co do reemów... słyszałem to i owo, w końcu zajmuję się zwierzętami - zauważył z lekkim zniecierpliwieniem i w tym momencie poczuł, że coś trafiło go w tył głowy. Odwrócił się gwałtownie, jednocześnie sięgając do swojej potylicy i wyciągając z włosów tłuczone ziemniaki, podane specjalnie dla dzieci. Zmierzył smarkacza wściekłym spojrzeniem i już miał zamiar zwrócić uwagę jego matce, która doprawdy powinna lepiej pilnować swoich pociech, kiedy nagle zmienił zdanie. Gwałtownie wstał od stołu.
- Wybacz na moment. Zostałem zbombardowany ziemniakami i muszę coś z tym zrobić - wycedził do Avy, próbując zachować względny spokój, po czym nie czekając na jej odpowiedź, ruszył w kierunku toalet. Nagle wśród biesiadników mignęła mu znajoma twarz. Przystanął, nie wiedząc, czy nie uległ złudzeniom, bo przecież Madison nie miała czasu. Pierwotnie chciał, by to właśnie ona towarzyszyła mu na bankiecie, ale wykręciła się obowiązkami, więc nie nalegał i w ostatniej chwili zaprosił Avalon.
Poczuł, że krew uderza mu do głowy, szczególnie gdy brodacz, który również bronił nieszczęsnej dziewczyny przed podejrzliwą aurorkę, nachylił się poufale do Madison. Tego było za wiele. Percy postanowił zmienić pierwotny plan i zdecydowanym krokiem podszedł do swojej wiarołomnej współlokatorki, która wyglądała prześlicznie i wydawała się świetnie bawić.
- Myślałem, że dzisiejszy wieczór spędzasz nad podręcznikiem do transmutacji - powiedział zdumiewająco spokojnym głosem, próbując nie dać po sobie poznać, jak bardzo jest wściekły. Jednak Madison znała go na tyle długo i widziała go w tak różnych sytuacjach, że nie mogła mieć wątpliwości co do tego, że Follett jest bliski wybuchu. Przywołał na usta uprzejmy uśmiech, który nie pasował do niego tak bardzo, że musiał być zapowiedzią nadciągającej burzy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 25
Skąd : Dolina Godryka
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 133
  Liczba postów : 86
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10075-millicent-l-breckenrige
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10077-sprobuj-czegos-nowego
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10076-napisz-moze-odpisze-na-twoj-zalosny-list
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10078-millicent-l-breckenrige#280606




Gracz






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Nie Mar 15 2015, 21:56

Mimo, że samo wejście do budynku obeszło się bez większych problemów, jazda windą na to cholerne ostatnie piętro, okazała się być katorgą. Dosłownie. Bo jakimś niewytłumaczalnym dla Milli sposobem (jak słowo daje!), ktoś pewnie niebywale uzdolniony, bo inaczej się tego nie da określić, rozerwał jej nową sukienkę. Kupioną przez Klemensa w dodatku! Dlatego po niecałych 20 minutach bankietu, dziewczyna miała go już w sumie dosyć i właśnie w tym momencie zaczęła poważnie zastanawiać się, po co ona w ogóle tu przychodziła. -Dobra, wybaczam. -Mruknęła cicho w stronę rudego i tuż po otworzeniu się drzwi windy, brutalnie pociągnęła go za sobą i zasłaniając ręką niewielką dziurę na boku, zaprowadziła do najbliższego kąta. -Cóż, wytłumacz mi tylko jak można coś takiego zrobić w pomieszczeniu pełnym ludzi. -Rzuciła i pokazała mu rozerwany materiał, wyjmując przy tym różdżkę z zawieszonej na ramieniu torebki. -I nie, nie zrobiłam tego ja, tylko ten stojący koło mnie gość. Jestem tego prawie w 100% pewna. -Dodała po chwili i zmarszczyła brwi, nie bardzo wiedząc jak wcelować różdżką w miejsce pod jej prawą ręką. W końcu po paru próbach, udało jej się to i mrucząc pod nosem ciche missura acus, przywróciła sukience jej dawny wygląd. Hura.
Po chwili ruszyli w stronę stołów, gdzie znaleźli swoje miejsca i przedstawiając się siedzącej już tam dwójce ludzi, wreszcie mogli spokojnie usiąść. Spokój jednak nie trwał długo. Ba! Nie trwał nawet marnych 10 minut, gdyż tuż po tym, jak Milli dostała swoje danie, jakaś niezwykle głośna i zupełnie nie licząca się z innymi kobieta, zaczęła się awanturować. I nie myślcie sobie, że poszło o coś GODNEGO jakiejkolwiek awantury. Otóż nie. Siedząca nieopodal pani, zaczęła kłócić się z innymi (i wykrzykiwać wniebogłosy swoje teorie oczywiście, bo jakżeby inaczej) o to, że jej danie nie jest reemem w kwiatkach. I już ona jest tego w stu procentach pewna, gdyż po chwili można było usłyszeć jakże ciekawe stwierdzenia dotyczące niczego innego, jak tego, czym żywione są owe reemy na Dalekim Wschodzie.
-Matko. -Mruknęła tylko i zamykając na chwilę oczy, zacisnęła palce wskazujące na skroniach, chcąc tym samym się nieco uspokoić, bo uwierzcie mi- była gotowa zrobić tej nienormalnej kobiecie awanturę. Zamiast tego jednak, odłożyła sztućce i uśmiechnęła się blado do siedzących przy ich stoliku osób, którzy prawdopodobnie też mieli problem ze zjedzeniem pozostałości na swoich talerzach.

Kostki - dotarcie do stolu: 5
Kostki - danie: 5
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Wiek : 26
Skąd : Ennis, Irlandia
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 2253
Dodatkowo : metamorfomagia
  Liczba postów : 215
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10504-pixie-alkyone-cheshire-budowa
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10523-pikselkowe-relacje
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10521-pacnij-sowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10522-pixie-alkyone-cheshire#289292




Gracz






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Wto Mar 17 2015, 23:09

Pixie, choć widziała niechęć w oczach starej aurorki, skwitowała jej podziękowania uprzejmym uśmiechem. Niezbyt wzięła do siebie to spojrzenie, które Amaranthe ewidentnie starała się powstrzymać. Spoglądała tylko na Asha oraz ukradkiem na znajomą kelnerkę, zastanawiając się w jaki sposób poinformować ją o tym, że widziała jej marny przekręt z pierścionkiem. O ile to miało jakiekolwiek znaczenie, bo Cufferborough mogła się tym nie przejąć.
Uśmiechnęła się do swojego partnera, kręcąc krótko głową, przez co mgiełka ze złotego pyłu, osadzonego w dużej mierze na włosach, otoczyła ją lekko, opadając stopniowo niżej.
- Dzięki - odpowiedziała krótko, na jego propozycję, o ile można było to tak nazwać, reagując śmiechem. - Jasne, jeśli tylko woda nie będzie lała się na mnie. Można zaskoczyć innych, mnie wystarczą złote pyłki, im mniej mokre - tym lepiej - odpowiedziała, a wizja chmur lub wiader z wodą, kołyszącą się lekko w metalowych ściankach i wypływającej od czasu do czasu brzegami, wydawała jej się całkiem ciekawa. - Można by... - zaczęła, ale musiała przerwać, bo zrobiło się zamieszanie, właściwie niedaleko nich. Randy Thomas zaczął przemawiać i zapraszać wszystkich na górę, więc Pixie chwyciła dłoń Asha i skierowała się z nim do windy, jako jedna z pierwszych par ładując się do środka. Niestety, szczęście im nie dopisało, a przynajmniej samej Pixie.
- Merlinie, czemu wszyscy się tak pchają? - zdążyła tylko mruknąć, zanim tłum postanowił wbić sobie zgrabnie pomiędzy nią, a partnera, w efekcie czego znalazła się po drugiej stronie windy, jak na złość tyłem do widoku, ściśnięta z innymi ludźmi. Zaczynała się już irytować, gdy usłyszała zbawienny dźwięk, oznajmiający wszystkim, że dotarli na ostatnie piętro. Odetchnęłaby z ulgą, gdyby miała na to więcej miejsca, a choć bardziej go przybywało, bo ludzie wychodzili ze szklanego pomieszczenia, nie mogła powiedzieć, że wszystko skończyło się dobrze. Z ulgą nie odetchnęła, bo jakiś szanowny jegomość tak rwał się na swoje miejsce, że zahaczył o jej sukienkę, rozrywając zgrabnie materiał. Przyłożyła rękę do biodra, wydychając powietrze, aby nie złościć się bardziej, niż było to potrzebne, i odnalazła pana Hawkeye, do którego podeszła z niezadowoloną miną. Odciągnęła go pod ścianę, opierając się o nią i rozglądając dyskretnie, po czym uniosła dłoń z biodra, ukazując Ashowi malownicze rozcięcie, odsłaniające nie tylko tatuaż, ale część koronkowej bielizny. Świetnie, w sam raz na bankiet! Thomas gadał już w najlepsze - zanim wydostała się z windy, nie chcąc się pchać, większość zdążyła zająć miejsca, a jej udało się zająć miejsce za jakąś rośliną, która sprawnie ukrywała ich obecność.
- Bydło mnie stratowało - pożaliła się cicho, robiąc smutną minkę. - Dasz radę to ogarnąć? Wolę nie spalić tej sukienki - wyjaśniła.
Kiedy już poradzili sobie z problemem (zapewne!) mogli wreszcie skierować się w stronę swojego stołu, akurat gdy zaczęto podawać danie. Pixie, wcześniej najwyraźniej niewystarczająco skupiona aby zauważyć, kogo posadzili przy niej, zaśmiała się krótko, widząc przy stole Avalon. Jej partner akurat gdzieś zwiewał, a część towarzystwa wydawała się, krótko mówiąc, nieciekawa. Albo ciekawa, ale nie w ten pozytywny sposób.
- To będzie dziwny wieczór - uznała, patrząc na Asha z niepewną miną, ale zajęła miejsce (zgaduję, że odsunął jej krzesełko!) i uśmiechnęła się uroczo do Avalon. - Cześć - przywitała się, nie żałując jej z miejsca szczerości, ale przypuszczam, że Gryfonka do tej cechy zdążyła się przyzwyczaić. - Łapki swędzą cię od samego początku, hm? - zapytała, nawet nie złośliwie.
- O ludzie - mruknęła, wysłuchując chwilę później wywodu na temat reemów. Dziwnie było jej jeść COŚ, o czym ktoś właśnie opowiadał, ale zmusiła się do przełknięcia kilku kęsów. Było dobre, a facet mówił nawet konkretnie i nie silił się na zniechęcanie innych do posiłku, nawet sam podjadał między słowami, ale Pixie niekoniecznie miała ochotę na kontynuowanie dania. Odsunęła od siebie nieco talerz, w tle słysząc inne opowieści, między innymi kobiety, która zniechęciła półwilę do jedzenia. - Oni wszyscy wszystko wiedzą - stwierdziła, choć o reemach rzeczywiście dowiedziała się sporo. Kobieta natomiast przekręciła recepturę rzadkiego eliksiru, na co Cheshire posłała jej kpiące spojrzenie.
- Hej, Ash, co z tymi chmurami? Avalon wygląda, jakby chciała jedną - uznała, przypatrując się, jak dzieciak z naprzeciwka tworzy z widelca istną katapultę. Tym razem posłał kawałki reema w parę, która śliniła się na miejscach obok. Cheshire przyłożyła dłoń do dłoni, dając chłopcu bezdźwięczne oklaski. - Przynajmniej dzieciak wie, czego nie robi się publicznie - skomentowała, z umiarkowanym zainteresowaniem obserwując oburzoną dwójkę. Albo byli pijani, albo głupi. Facet miał na ustach pozostałości szminki kobiety.
- Naprawdę zaprosili tu wszystkich. Bez sensu.

Kostki - dotarcie do stolu: 5
Kostki - danie: 6
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : III
Wiek : 22
Skąd : Kanada, Trois-Rivières
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 1827
Dodatkowo : metamorfomagia, rezerwowy pałkarz
  Liczba postów : 707
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5525-madison-chloe-richelieu#160262
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5529-pancake-karma-is-coming-after-you#160278
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5528-madisonowa-sowa#160270
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7198-madison-richelieu




Gracz






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Pią Mar 20 2015, 13:54

Właściwie niezależnie od powodu i tego, jak bardzo zrozumiały by on nie był, niefrasobliwość w prawie każdych okolicznościach jest niesamowicie pożądaną cechą. Życie jest zbyt krótkie, by denerwować się z byle jakiej przyczyny, szarpać sobie nerwy i marnować zdrowie przez coś błahego. Całe szczęście Romulus nie musiał już poświęcać swojej uwagi aferze pierścionkowej, skoro tuż pod jego nosem rozgrywał się niezwykle interesujący teatrzyk poszukiwań, porównań, zazdrości i wyparcia w wykonaniu pewnej Kanadyjki. Madison jednak wcale nie obmyślała w głowie wieloetapowego planu przebicia półwili pod każdym możliwym aspektem, chociaż, nie powiem, krew jej się trochę zagotowała, gdy dostrzegła Percivala kompletnie owiniętego dookoła jej małego palca. Może po wszystkich nastoletnich dramatach, których w ciągu ostatniego roku miała pod dostatkiem, nabrała trochę rozumu, może z własnego doświadczenia wiedziała już, że czasem lepiej jest się zdystansować niż wchodzić w sam środek bagna, a może też trochę obecność stoickiego Pevenseya sprawiała, że postanowiła schować swoje nieco urażone ego do kieszeni i zachowywać się tak, jakby zupełnie nic jej nie dotknęło. Fake it till you make it mottem roku 2015.
- Mam jeszcze rok studiów przed sobą, na razie nie miałam po co się zgłaszać. Zresztą to i tak bez znaczenia, kiedy przyjdzie odpowiednia pora, zadbam sama o swoje interesy. - zamknęła jeszcze temat swojej może chwilowo nieco wątpliwej kariery gwiazdy Quidditcha, wzruszając przy tym lekko ramionami, żeby zaprezentować, jak bardzo na luzie podchodzi do tematu. Madison Richelieu mistrzyni zen. Uśmiechnęła się pogodnie, słysząc słowa swojego towarzysza, które z powodu braku jakichkolwiek interesujących powiązań Kanadyjki, w dość oczywisty sposób piły do jej fajnych talentów. Była niezwykle wdzięczna za to, że Romulus ratował ją przed zostaniem zmiażdżoną w windzie, gdzie najwyraźniej zamiast gości bankietowych jechało bydło, a następnie zasłonił ją podczas szybkich poprawek krawieckich. Niestety teksty o goliźnie i sugestie pobankietowe padły chyba w złym czasie, bo oto brodacz miał pecha wkroczyć w sam środek tajemniczej eliksirowej kałuży, co zakończyło się potokiem przekleństw i superszybkim awaryjnym pozbywaniem się obuwia.
- Świetnie, jak nie próby rozerwania na strzępy w windzie, to rozlane eliksiry na podłodze. Naprawdę doceniam próby urozmaicenia wieczoru przez organizatorów, ale byłabym wdzięczna za brak kolejnych niespodzianek. - Mads oczywiście nie byłaby sobą, gdyby powstrzymała się w stu procentach od komentowania, kiedy już początkowe rozbawienie podskakującym i zrzucającym buty przy jednoczesnym pokazie kwiecistego języka Romulusem ustąpiło miejsca konsternacji i lekkiemu skokowi ciśnienia. Wspólnie szybko coś zaradzili, uratowali sytuację i w nienagannych strojach oraz kompletnym obuciu wkroczyli do sali bankietowej, gdzie Richelieu podziękowała grzecznie za pokaz szarmanckich zachowań, okraszonych pełnym uroku uśmiechem. Gdzieś tam ponownie w tłumie mignęła jej twarz Folletta i blondynka zaśmiała się krótko, widząc, jak jakieś dziecko bombarduje jej przyjaciela jedzeniem. Wyraziła jeszcze swoją aprobatę dla planu Pevenseya, praktycznie zupełnie zapominając dzięki swojemu nienagannemu towarzyszowi o niemiłych przygodach przed bankietem i o kobiecie wykrzykującej teorie spiskowe o reemach.
- Och nie pogardzę jakimś dobrym jedzeniem na dobranoc. - oświadczyła pogodnie, zanim zauważyła Percy'ego, który był już praktycznie przy ich stole i zapewne usłyszał jej ostatnią wypowiedź. Madison spojrzała na Folletta, bo przecież wypatrywała go odkąd tylko przybyła do MTC, aż do momentu, w którym ujrzała nie tylko swojego przyjaciela, ale i cudną półwilę u jego boku. Albo właściwie jego u jej boku, bo w tym wypadku to zdecydowanie Percy był jej nienagannie prezentującym się dodatkiem. Humor Richelieu w ułamku sekundy uleciał z niej, jak powietrze z przebitego balonika, kiedy usłyszała utrzymaną w spokojnym tonie wypowiedź Percivala i zobaczyła uśmiech na jego ustach. Uśmiech tak uprzejmy, taktowny i przepisowy, że wnętrzności blondynki aż się ścisnęły i zrobiły potrójne salto, bo wiedziała aż za dobrze, że nie zwiastuje niczego dobrego.
- Smirnov postanowił dzisiaj dać mi dzień wolny w Miodowym Królestwie, więc miałam cały poranek i popołudnie na naukę. Nie chciałam, żebyś zmieniał przeze mnie plany, skoro już zaprosiłeś inną towarzyszkę, swoją drogą niesamowicie czarującą. Nie planowałam przyjścia tutaj, to była spontaniczna decyzja i było już trochę za późno na wysyłanie sowy. Myślałam, że się ucieszysz, a nie będziesz się na mnie złościł. - gdy Richelieu zaczęła mówić nieco przyciszonym głosem, momentalnie podniosła się ze swojego miejsca i zrobiła krok w stronę Percivala. Pewnie nawet nie zarejestrowała faktu, że płynnie przeszła na francuski, jak prawie zawsze, kiedy niespodziewanie emocje dochodziły u niej do głosu. A może stało się też tak dlatego, że nie chciała, aby Pevensey, przed którym zawsze zachowywała się swobodnie i zupełnie inaczej niż teraz, słyszał, jak tłumaczy się i niemalże kaja? Doprawdy nie spodziewała się podobnej reakcji ze strony Folletta, ale szczerze mówiąc, chyba wolałaby już, żeby rzucał jej groźne spojrzenia i marszczył brwi w niezadowoleniu niż raczył ją życzliwym uśmiechem.
- Nie wiem czy się znacie. Percival, Romulus, Romulus, Percival. - jak gdyby nigdy nic, żeby formalnościom stało się zadość, przedstawiła sobie nawzajem mężczyzn, żywo przy tym gestykulując, uśmiechając się uroczo i chyba licząc na jakiś cud.
A tak prosiła o koniec niespodzianek!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Hogsmeade
Wiek : 26
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 461
  Liczba postów : 138
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9997-asher-belshazzar-hawkeye#279002
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10004-zagraj-z-kanciarzem
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10005-zastawiona-sowa
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10006-asher-hawkeye




Moderator






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Sob Mar 21 2015, 10:58

Gdzieś w międzyczasie tak się złożyło, że Ash zakręcił się wokół Isabelle. Przesunął wtedy lekko po jej ramieniu palcami i uśmiechnąwszy się w sposób jednoznacznie informujący, iż pragnie zamienić z nią później słowo. Po tym krótkim zabiegu zabezpieczającym przed ucieczką nauczycielki oddalił się razem z Pixie w celu dotarcia do stołów. Nic nie odpowiedział na jej słowa, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że będzie na to czas przy stole, zwłaszcza, że właśnie skierowano ich do wind. Hawkeye nie wydawał się być specjalnie zachwycony tą perspektywą, zdecydowanie woląc przechadzkę po schodach, nawet w garniturze. Trudno powiedzieć czy w ten sposób zwyczajnie buntował się przeciwko zwyczajom jakie mogły panować na podobnych tej sytuacji magicznych spotkaniach, wszak sam nie bywał na zbyt wielu, czy po prostu nie lubił klaustrofobicznych miejsc. Nie pomagał wcale fakt, że do windy wraz z nim i jego towarzyszką napłynęło nagle tylu ludzi, jakby pierwszym na górze mieli rozdawać worki galeonów. Ash skrzywił się znacząco w ramach komentarza i z pewnym żalem stwierdził, że właśnie ktoś solidnie uderzył go ramieniem w dłoń. W ten właśnie sposób wypuścił palce Pixie i stracił ją z oczu pośród wielu głów w windzie. Złoty pyłek, który osiadł na jej stroju i włosach teoretycznie powinien w jakiś sposób pomóc mu w dostrzeżeniu partnerki, ale jak wiadomo wszystko tylko w teorii jest proste. Po kilku nieznośnie długich minutach nareszcie nadeszła chwila opuszczenia windy. Ash czuł się tak, jakby ktoś przecisnął go przez okropnie ciasną gumową rurę, a potem przeżuł i wypluł. Nienawidził tłumów napierających na jego samego. Niezręczność takich sytuacji niejednokrotnie już doprowadziła go do wybuchu emocji, ale tym razem starał się myśleć trzeźwo. Jest na bankiecie, tak nie wypada. Wypływając wraz z ludźmi z windy nawet nie spostrzegł, że z jego kieszeni zniknęło kilka zaczarowanych żetonów, z których korzystał podczas rozgrywek w Krwawego Barona. Szkoda, bo zapewne niezmiennie by się tym faktem zmartwił i natychmiast chciałby je odzyskać. Niby nie było to wiele, ale dla Hawkeye każdy galeon zdawał się być cenny i zdecydowanie nie chciał ich tracić przez idiotyczną przepychankę w windzie. Żeton zachrzęścił cicho pod stopami ludzi, a Asher wraz z Pixie opuścili wreszcie windę i przystanęli z boku. Przeciągnął palcami po włosach, układając je ponownie jednym ruchem i zajął się nawet prostowaniem garnituru, ale wtem dostrzegł, że Pix pokazuje mu swoje majteczki. Było to zjawisko dość nietypowe, więc z początku trochę nieprzyzwoicie się zapatrzył, nim odchrząknął i spojrzał na jej twarz.
- Ładna bielizna. - mruknął, mając nadzieję, że trochę tym ją zawstydzi (taki był niedobry!), ale ostatecznie uśmiechnął się w sposób wyraźnie świadczący o pewności siebie i przykucnął przy Cheshire, wyciągając jednocześnie różdżkę z rękawa.
- Spróbuję. - oświadczył i wyciągnął z kieszeni papierową chusteczkę jednorazową. Przystawił ją do odsłoniętego biodra kierownicy, a patykiem niemalże natychmiast zaczął wodzić wzdłuż krawędzi materiału, mrucząc coś pod nosem. Oczywiście zaklęciem zszywającym materiał byłoby prościej, ale Hawkeye absolutnie się na nich nie znał. Wolał już transmutować chusteczkę w ubranie i wiązać ją ze strzępkami materiału niż zabierać się za coś co nie było mu bliskie. Po około półtorej minuty sukienka była jak nowa.
- Proszę bardzo. - podsumował swoją pracę i podniósł się z kucek, aby podać ramię Pixie. - Tylko uważaj, nie jestem pewien czy zachowa się teraz jak sukienka czy jak chusteczka.
Byłoby kiepsko, gdyby znowu się podarła, ale nie potrafił zrobić dla niej nic więcej. Najwyżej po powrocie do swojej dziury sprawdzi jeszcze jak można sobie poradzić z uszkodzeniami materiału. Poprowadził towarzyszkę do stołu i odsunął jej krzesełko jak nakazywało tego dobre wychowanie po czym sam zasiadł do stołu, aby jednocześnie obczaić z kim przyjdzie mu spędzić następne godziny życia. Widząc Avalon siedzącą tuż obok Ally posłał jej uśmiech mogący oznaczać jednocześnie bardzo wiele, ale w gruncie rzeczy się nie odzywał, wszak jego towarzyszka zrobiła to już w wystarczająco odpowiedni sposób. Potem było już tylko jedzenie, wykłady o reemach i śliniąca się para. Asher nie czuł się specjalnie komfortowo w takim położeniu, ale najwyraźniej postanowił znieść to dla większego dobra. Starając się ignorować bezustanne mlaskanie i cmoki zajadał się reemem w kwiatkach, o którym bezustannie wysłuchiwał dziwnych racji. Nawet nie starał się dać do zrozumienia mówiącemu, że jego przemowa może być  irytująca i zwyczajnie do czasu końca posiłku się wyłączył… a przynajmniej na to wyglądało, bo każde słowo wwiercało mu się w mózg i wypełniało go nieprzydatnymi wiadomościami o tym magicznym stworzeniu.
- Czuje się trochę nie na miejscu przez te wywody… - westchnął, gdy już otarł usta serwetką, a jego słowa najwyraźniej zbulwersowały miłośnika reemów. Wydawał się być szczerze poruszony takim grubiaństwem, ale autor komentarza raczej się tym nie przejmował.
- Zdaje się, że naszej słodkiej Avalon przydałaby się raczej taka, która plułaby pierścionkami. - skomentował wzmiankę o chmurze i uśmiechnął się uprzejmie, ale i z pewną dozą złośliwości, kryjącą się gdzieś pod początkowym pozytywnym wrażeniem. Nie chcąc przypatrywać się katapultowaniu jedzenia w śliniącą się parę, Ash sięgnął po widelec do ciasta, który również znajdował się na stole i obrócił go w palcach. Wcześniej zdążył po krótce rozejrzeć się po sali, aby dostrzec jaki podział im zgotowano. Dostrzegł Severusa i to właśnie spowodowało, że pod stołem nieznacznie machnął różdżką. Zaczarowany widelczyk poleciał do nauczyciela transmutacji i krótko dźgnął go w ramię, aby w jakiś sposób zwrócić jego uwagę. Ciekawe na ile ten plan się powiedzie.

Kostki - dotarcie do stolu: 2
Kostki - danie: 3
Kostki - ratowanie sukienki Pix: 2
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Skąd : Kanada
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 4873
  Liczba postów : 969
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5587-percival-magnus-follett
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5588-relacje-percivala#161773
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5589-plomykowka-percivala#161774
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7256-percival-m-follett#205227




Gracz






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Sob Mar 21 2015, 17:34

Fakt, że się tłumaczyła teoretycznie powinien poprawić mu nastrój, odrobinę go uspokoić, choć sam nie wiedział, co tak bardzo go zdenerwowało. Z każdą chwilą czuł coraz większą wściekłość, nienawidził być wystawiany do wiatru, a przez ostatni rok zdarzało mu się to zbyt często. Nie spodziewał się tego po Madison, naprawdę. Była ostatnią bliską osobą, jaka mu została w Anglii, ufał jej bezgranicznie, a jako lokatorzy naprawdę dobrze się dogadywali. Żadnych awantur o brudną bieliznę porozrzucaną w salonie, żadnych niezręcznych sytuacji związanych ze sprowadzaniem kochanków pod wspólny dach, żadnych włosów w wannie czy drażliwej kwestii opuszczania deski klozetowej. Można powiedzieć, że było idealnie - nie wchodzili sobie w drogę, ale po ciężkim dniu mieli z kim przynajmniej zjeść kolację i pogadać przy szklaneczce whisky czy czegoś w tym rodzaju. Percy naprawdę się cieszył na myśl o tym bankiecie i było dla niego rzeczą zupełnie oczywistą, że zaprosi na niego Madison. Avalon była pół-wilą, niewątpliwie szalenie efektowną, seksowną i sympatyczną (kiedy akurat nie robiła mu wody z mózgu), ale Richelieu była jego najlepszą przyjaciółką i współlokatorką, a jej urodzie nie można było absolutnie niczego zarzucić, nawet jeśli nie dysponowała tak szalonymi genami jak Cufferborough.
Tekst o dobrym jedzeniu na dobranoc zabrzmiał co najmniej dwuznacznie, sprawiając, że w wyobraźni Percivala pojawiła się wizja Madison z tym wydziarganym, brodatym typem, który nagle zaczął mu się bardzo nie podobać. Follett splótł ramiona na piersi, starając się zachować spokój i nie wywołać dzikiej awantury. Grudki ziemniaczanego purée wpadły mu za kołnierz i potoczyły się w dół kręgosłupa, jeszcze bardziej wyprowadzając go z równowagi.
- Jakie to wspaniałomyślne z twojej strony - warknął z nietypowym dla siebie sarkazmem, który dowodził bardzo złego stanu jego nerwów, odpuszczając sobie tę parodię uśmiechu. Nawet się nie zdziwił, że nagle przeszła na francuski i odpowiadał jej w tym samym języku, nie ruszając się z miejsca i mierząc ją wściekłym spojrzeniem. Musiała znać ten wzrok z treningów, choć pewnie rzadko czuła go bezpośrednio na sobie. - Naprawdę, mogłaś mnie jakoś uprzedzić, ale jasne, baw się dobrze. Rzeczywiście, moja partnerka jest niesamowicie czarująca i zdaje się, że moje zaproszenie naprawdę ją ucieszyło, więc wszyscy powinni być zadowoleni. Wcale się na ciebie nie złoszczę - mruknął tonem, który zupełnie przeczył temu stwierdzeniu, marszcząc brwi i przenosząc wzrok na brodatego typa, z którym Madison tu przyszła. Prawdę mówiąc, w jego głowie narodziło się podejrzenie, że to wszystko jakaś farsa, a on znów został oszukany. Że Richelieu po prostu wolała spędzić ten wieczór z kimś innym niż on, Percy, a konkretnie z tym... wikingiem, i teraz zmyśla na poczekaniu, nie wiadomo po co. Z namaszczeniem wygładził swoją marynarkę, po czym skinął głową Pevensey'owi, starając się nie wyglądać tak wrogo nastawionego, jak w rzeczywistości był.
- W takim razie... życzę wam miłego wieczoru - powiedział lodowato, jednak jeszcze przez chwilę nie ruszał się z miejsca, patrząc na Madison z mieszaniną wściekłości i zawodu, po czym w końcu wyminął ją i ruszył w kierunku toalet, mając ochotę coś rozwalić w drobny mak. Cholera, cholera, cholera, nie powinien tu wcale przychodzić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 23
Skąd : okolice Dundee, domostwo Penny's Haven, Szkocja
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 1140
Dodatkowo : półwila
  Liczba postów : 569
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10397-avalon-cufferborough
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10406-abc#286919
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10407-the-princess#286920
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10408-avalon-bee-cufferborough#286921




Gracz






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Sob Mar 21 2015, 18:58

Ostrzał, którego ofiarą padł Percival niespecjalnie rozbawił Avalon, bowiem dziewczyna od razu spodziewała się, że jej partner ucieknie się do manewru wymijająco-grzecznościowego, opuszczając prędko przypisany im stolik. Głupio było jej zostawać zupełnie samej, ale przecież nie miała najmniejszego zamiaru człapać za nim do męskiej toalety, zwłaszcza z genami tego a nie innego pokroju, które mogłyby doprowadzić do nie tyle komicznych, co żenujących sytuacji, gdyby jednak zdecydowała inaczej. Pokiwała głową, mruknęła kilka wyrozumiałych słów, życzyła szczęścia w pozbywaniu się z ciała i ubrań wszelkich żywnościowych intruzów, a potem odnalazła wzrokiem tego samego dzieciaka, który niedawno operował amatorską wyrzutnią. Posłała mu mordercze spojrzenie, przejechała kciukiem po swojej szyi, na dokładkę jeszcze pogroziła pięścią, aż wreszcie odpuściła sobie znęcanie się nad mocno nieletnimi, wracając do lustrowania oczyma reszty sali, niemniej jednak ten proceder udaremniła siedząca obok Pixie. Niebieskie tęczówki momentalnie zwróciły się w jej stronę, najpierw w połączeniu z resztą twarzy tworząc lekko zdziwiony wyraz, a po chwili zmieniając go w nieco rozbawiony. Mimo że nie słyszała - lub też słyszała, ale najzwyczajniej w świecie zignorowała je - wcześniejszych słów ciemnowłosej, to również pomyślała, że ów wieczór będzie dosyć dziwny. Po próbce mimowolnie pobranej w Sześćdziesiątce była tego wręcz pewna. Cicho odpowiedziała na powitanie, uśmiechnąwszy się minimalnie na wzmiankę o swędzących palcach. Czyli jednak ktoś widział. Spojrzała na ułamek sekundy w bok, dostrzegając usadzonego obok Cheshire Asha. Ściągnęła brwi w momentalnym zastanowieniu, rozważając kilka różnych możliwości, aż wreszcie stwierdziła że Hawkeye jest pewnie towarzyszem jej znajomej na bankiecie. Wróciła wzrokiem do drobnej osóbki i wystawiła do niej język, w geście "już ty nie bądź taka cwana".
- Mam duszę smoka, to i zbieram błyskotki. Nie moja wina - wymyśliła na poczekaniu, machnąwszy jeszcze delikatnie dłonią jak gdyby cała sprawa nie miała najmniejszego nawet znaczenia. Jedynym ważnym faktem w owym zajściu byłaby chyba znajomość podstarzałej aurorki z panem Cufferborough, co tylko utwierdzało Avę w przekonaniu, że ukradnięcie tamtego pierścionka byłoby świetnym manewrem. Bo przecież i wzbogacała się o piękną biżuterię i wyrządzała krzywdę komuś, kto był zdolny powiedzieć o jej ojcu "dobry znajomy". A przecież tacy ludzie nie są normalni. W każdym razie, Szkotka już miała zacząć szukać Percy'ego, który chyba zapatrzył się w toaletowe lustro, bo wybitnie długo nie wracał na swoje miejsce, acz dokładnie w tej chwili Pix wspomniała o chmurach. Pełne zdziwienia spojrzenie znowu powędrowało na czarnowłosą.
- Jakimi znowu chmurami? - spytała, żywo zainteresowana, zwłaszcza po tym jak Asher postanowił dorzucić swoich kilka słów. Nie wierzyła w możliwości wyczarowania pierścionkowej wersji, ale ta podstawowa też zdawała się być całkiem interesująca.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 29
Skąd : Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 1250
Dodatkowo : hipnoza
  Liczba postów : 211
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9198-romulus-pevensey
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9201-wszystkie-drogi-prowadza-do-rzymu#257930
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9202-puchacz-romulusa#257931
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9203-romulus-balthasar-pevensey#257935




Gracz






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Sob Mar 21 2015, 20:06

Fake it till you make it.
Nie, Romulus nie byłby w stanie znaleźć w tych słowach przekazu mogącego przyświecać mu przez jakąkolwiek część jego życia. Mimo że czasem obgadywał ludzi za ich plecami, kłamał w żywe oczy i dopuszczał się wielu manewrów, które pewnie przekonałyby niejedną osobę o prawdziwości powyższej sentencji względem brodatego Brytyjczyka, ale należy każdą z tychże osób prędko wyprowadzić z błędu. Kto zna Romka ciut dłużej, ten doskonale wie, iż u niego dosyć ciężko o nieszczerość. Zwłaszcza taką niezawierającą w sobie dwustu milionów ton wszelkich mieszanek uszczypliwości, ironii oraz sarkazmu. Bo on zawsze uwielbiał i nadal uwielbia nazywać rzeczy po imieniu, mimo że to imię może nie zawsze być tym głównym, którym posługują się wszyscy wokół. A niefrasobliwość - też bardzo typowa dla naszego prawietrzydziestolatka - wcale nie musiała być taka wspaniała, przynajmniej nie w każdej sytuacji. Wyzbywanie się jakiegokolwiek przejęcia otoczeniem, czy też osobami z tego otoczenia, zwykle ma tendencję do rodzenia niespecjalnie pożądanych skutków i choć na chwilę obecną narratorskie lenistwo przeszkadza w znalezieniu jakiegokolwiek dobrego przykładu poza związkiem małżeńskim, to polecam uwierzyć na słowo. Zwłaszcza że niektórzy potrafią bardzo łatwo zarażać innych swoich podejściem do życia, co widać doskonale na Madison, więc jak okropną stałaby się dziewczyną, gdyby tak wszystko przestało ją ni z tego ni z owego obchodzić?
Nie komentując więcej ani perypetii powyjściowych, ani nie dodając czegokolwiek do propozycji wyjścia na "porządne jedzenie", Pevensey skupił się na wychwytaniu przy okolicznych stolikach jakichś znajomych twarzy i choć żadnej nie złapał, to zwrócił uwagę na powód śmiechu towarzyszki, którym był zbombardowany Follett. Nie kojarzył go, nie wiedział czy Richelieu go kojarzy, ale sam też uśmiechnął się nieco, aby potem wrócić do swojego poprzedniego zajęcia. Siostrę, usadzoną jak na złość akurat na sąsiednim miejscu, cały czas z determinacją ignorował. Przychodziło mu to o tyle łatwiej, że Cleopatra sama się zbytnio do niego nie odzywała, więc nie stał nawet przed obowiązkiem ucięcia między nimi kontaktu. Tym lepiej, bo wyśmiany przed chwilą facet pojawił się nieopodal towarzyszki brodacza, zupełnie jak gdyby zauważył poprawę humoru Mads i chciał powiedzieć kilka bardzo nieprzyjemnych słów, mających dać jej do zrozumienia, że nie należy się wyśmiewać z innych. Ciekawe co by powiedział, gdyby miał zacząć udawać na środku sali napojonego kilkoma litrami kawy kurczaka. Romek nie czekał zbyt długo - wstał niemal równocześnie z Madison, dając samczym instynktom przejąć w pewnym stopniu kontrolę i w podświadomej potrzebie obrony własnej towarzyszki przed jakimkolwiek atakiem, stanął wyprostowany przy jej boku, a Folletta zmierzył nieprzyjaznym spojrzeniem. Zirytował się faktem nierozumienia nawet jednego słowa z tych wszystkich wypowiedzianych zarówno przez Madison jak i Percivala, ale udawał że doskonale wie o co chodzi, zachowując wyraz twarzy w idealnym stanie, bez jednego nawet drgnięcia, czy to powieką, brwią, czy też czymkolwiek innym. Skinął głową, znów prawie równo z drugą osobą wykonującą podobną czynność, aczkolwiek nie przejął od rzeczonej osoby sztucznej uprzejmości. Tak jak to było wspominane wcześniej, bez jakichkolwiek hamulców savoir-vivre'u pokazywał to, co mu leżało na sercu - choć może nie tyle na sercu, co na mózgu, bo przecież nie czuł do Madison nic aż tak poważnego! - i obecna sytuacja nie była żadnym wyjątkiem.
- Bardzo dziękujemy - odparł na wymuszone życzenia - Postaram się, żeby twoje starania go nie zepsuły - dodał uszczypliwie, uśmiechnął się z ogromną pewnością siebie, ukłonił się delikatnie na pożegnanie a kiedy uciążliwy znajomy Kanadyjki postanowił ich wreszcie opuścić, Romulus asystował ją przy powrocie na miejsce. W końcu odsunięcie krzesła to bardzo ważny zabieg!
- Cóż, w tej sytuacji dochodzę do wniosku że niezależnie od godzin otwarcia mojego ulubionego lokalu będę ci musiał zapewnić jakieś rozluźniające after-party. W sumie przyda mi się trochę poćwiczyć gotowanie - uśmiechnął się jak gdyby nigdy nic, siadając na swoim własnym krześle - Wolisz przybliżyć mi sylwetkę tego kolesia, czy żebyśmy zamilkli i udawali że wcale go tu nie było tak długo, aż nie postanowi przypałętać się znowu i zrobić ci jakichś zmyślonych wyrzutów sumienia? - spytał jeszcze, poważniejąc chwilowo na twarzy, aby dać towarzyszce znać, że jest w całości do jej dyspozycji - niezależnie od opcji, którą wybierze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : III
Wiek : 22
Skąd : Kanada, Trois-Rivières
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 1827
Dodatkowo : metamorfomagia, rezerwowy pałkarz
  Liczba postów : 707
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5525-madison-chloe-richelieu#160262
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5529-pancake-karma-is-coming-after-you#160278
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5528-madisonowa-sowa#160270
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7198-madison-richelieu




Gracz






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Nie Mar 22 2015, 01:21

Dla Madison te słowa od pewnego czasu działały wyjątkowo dobrze. Podobno nastawienie to klucz do wszystkiego i przez odpowiednie zaprogramowanie swojej świadomości można czynić cuda. Zgodnie z tą teorią, Kanadyjka grała zobojętniałą na wielkie rozczarowania, w które obfitował zeszły rok, dopóki faktycznie nie osiągnęła takiego stopnia zobojętnienia. Udawała, że wycofanie się ze wszystkiego, chowanie przed ludźmi i niszczenie płuc, wątroby i kilku innych całkiem przydatnych narządów to wcale nie koniec jej sportowej kariery i udawała tak długo, dopóki faktycznie nie odbiła się od dna i nie zaczęła ponownie wspinać się mozolnie po drabinie sukcesów. Tylko jeszcze z tym udawaniem pełni szczęścia różnie jej wychodziło, mimo że już od dawna na twarzy Richelieu prawie zawsze gościł uroczy uśmiech. Gdzie jest granica udawania przed innymi, a przed samym sobą? Tu nie chodzi o szczerość, tylko żebranie pozytywnej energii.
Wszystkie ewentualne dwuznaczności wypowiedzi Mads przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, kiedy Percy zmienił taktykę z bycia pogodnym i uprzejmym na bycie burkliwym i sarkastycznym. Najprawdopodobniej dla wszystkich naokoło zmiana była ledwie widoczna, jednak blondynka znała na wylot każdy jego ton głosu, każdy grymas twarzy, każdy uśmiech i uśmieszek. Dla niej różnica była drastyczna.
- Cieszę się, że doceniasz, też tak pomyślałam. – odpowiedź utrzymana w podobnym wydźwięku z jej strony była zupełnie zbędna, jednak rozgorączkowana Richelieu nigdy nie słynęła ze zbyt trzeźwej oceny sytuacji czy też dyplomacji. Ledwie zauważyła fakt, że i Romulus poderwał się z miejsca równocześnie z nią, jakby byli związani niewidzialnymi linkami jak marionetki. Faktycznie, z jego punktu widzenia mogło to wyglądać na atak agresywnego facecika, którego ego uraziło podśmiewanie się Kanadyjki z jego przygody ziemniaczanej. Może nawet byłoby lepiej, gdyby chodziło tylko o jej zbyt dobry humor! Wypowiadając coraz to kolejne szybkie wyjaśnienia w języku, którego, miała nadzieję, nie rozumiał jej towarzysz, dotknęła tylko lekko dłonią jego przedramienia, jakby chciała dać znać, że zna tego całkiem dobrze wychowanego awanturnika i ma wszystko pod kontrolą. Niemniej jednak, rycerskość Pevenseya z pewnością była godna odnotowania i może Madison, gdy już ochłonie, doceni ten gest.
Właściwie sama nie wiedziała, dlaczego czuje taką potrzebę tłumaczenia się. Nie widziała kompletnie nic złego w tym, że jednak przyszła na bankiet, mało tego, uważała, że słusznie postąpiła, nie mówiąc Percivalowi wcześniej o tym, że jednak ma wolny wieczór, co postawiłoby go w sytuacji, w której nie bawiłby się zbyt dobrze, mając świadomość, że w ich mieszkaniu samotnie siedzi Richelieu lub , jeszcze gorzej, musiałby wybierać, którą dziewczynę zabrać w roli swojej osoby towarzyszącej i któraś w zupełnie naturalny sposób czułaby się poszkodowana. Madison zachowała się zupełnie poprawnie, dlaczego więc z jej ust wydobywał się potok słów, które miały przekonać Folletta i dlaczego sama czuła, że zachowuje się żałośnie? Nie rozumiała oburzenia Percy’ego ani jego braku zaufania, bo oto najwyraźniej nie wierzył w to, że naprawdę podjęła spontaniczną decyzję, a nie planowała od dawna go wystawić i przyjść z kimś innym. Zrozumiałe było to, że po wszystkich przejściach chłopak był nieufny, ale z drugiej strony Madison miała za sobą nieciekawą historię z brakiem zaufania, z jakimś się spotykała ze strony najbliższej jej osoby. Zdecydowanie złe połączenie.
- Cudownie. Również życzę miłego wieczoru. Dobrze wiedzieć, że purée ma aż taką moc sprawczą, że potrafi cię od niej odciągnąć. Już wiem co robić, jeśli się okaże, że zapomniałam kluczy do mieszkania. – dodała niemalże wojowniczo, kiedy Follett już odwracał się na pięcie, jak zwykle żałując każdego pojedynczego słowa dokładnie w tym momencie, w którym było za późno, by je cofnąć. Klasyczna Richelieu. Stała jeszcze przez chwilę, wpatrując się w Plecu oddalającego się Percivala z łomoczącym w szaleńczym tempie sercem, aż w końcu opadła na krzesło, wyczerpana jak po najgorszym treningu z Limierem w górach wysoko w Riverside. W momencie, w którym rozważała, czy w ogóle ma po co pokazywać się w londyńskim mieszkaniu później tego wieczoru jej uśmiech, który powinien uspokoić Romulusa, nie był już tak przekonujący.
- Chyba chętnie przehandluję późną kolację na naprawdę mocnego drinka. – odezwała się trochę ciszej, niż powinna, z powodu nieprzyjemnego ścisku w gardle, jednak parę łyków wina całkiem skutecznie rozwiązało ten problem, dlatego też Kanadyjka odwróciła się w stronę brodacza, przywołując się w duchu do porządku. Przecież w jej towarzystwie miał się dobrze bawić, a nie wyrabiać za obrońcę i pocieszyciela i później żałować, że sam nie napisał do jakiejś półwili czy znanej i pożądanej przez wszystkich persony. – Przepraszam cię za tę sytuację. Mój przyjaciel z Kanady, mieszkam z nim od września. Zaprosił mnie na bankiet, ale musiałam odmówić, na mój widok zareagował trochę inaczej, niż się spodziewałam. Ale nieważne, nie psujmy sobie reszty wieczoru. – wyjaśniła skrótowo, by zwieńczyć swoją wypowiedź już bardziej przekonującym, może nawet pokrzepiającym uśmiechem i upić kolejny łyk wina, starając się oddalić od siebie nieprzyjemne myśli, krążące po jej głowie.
- Więc co to za ulubiony lokal? – och, Madison, ty mistrzyni zmieniania tematu!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Skąd : Chicago/ Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 219
  Liczba postów : 156
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10082-klemens-ares-blackburn
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10111-to-ten-moze-cos
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10112-klucha




Gracz






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Nie Mar 22 2015, 15:39

Nigdy nie lubił jeździć windami. W budynku, w którym kiedyś mieszkał nigdy nie było wind, a schody jakie mieli do pokonania były niezłym wyzwaniem... Jednak to wciąż była lepsza perspektywa. Nie ufał tej blaszanej puszce, która wywołuje rewolucje w jego żołądku w momencie ruszenia i zatrzymania się. Był niespokojny i każdy kto wszedł do winy razem z nimi, mógł to spokojnie zauważyć. Jego mina zdecydowanie nie wyglądała na zadowoloną. Na domiar złego, do windy wszedł wysoki i chuderlawy mężczyzna. Klemens uniósł jedynie głowę do góry a gdyby mógł, wywróciłby oczyma i wypuścił mocno powietrze z ust... Jednak nie da po sobie poznać, że jest aż tak źle. W duszy jedynie modlił się, aby blondyn nie otworzył ust. Nigdy nie lubił Cyrus'a. Był jego starym znajomym, który według niego był zbyt nachalny a w swojej udawanej pewności siebie, irytujący. Jedno słowo na określenie mężczyzny? Przesadzony.
Cyrus podszedł do niego i do Milli, której przyglądał się o wiele za długo. Posłał jej uśmiech, który Klemens znał z ich wspólnych wypraw do barów. Obsypywał nim każdą napotkaną dziewczynę, szczególnie tę, które nie leżą w jego lidze. Chłopaki z studia zawsze go zabierali, więc był to bardziej ich kumpel niż jego. Jednak Cyrus się go uczepił, a kiedy raz "przypadkowo" wpadł do łóżka dziewczyny, z którą się spotykał... Klemens stwierdził, że jest totalnym pajacem. Nie wkurzył się, bo w sumie, to tylko panna.. A to, że z nią sypiał to jedynie bonus.
Jednak bardzo nie podobało mu się spojrzenie jakie rzucił Millicent. Nie mógłby być zły na nią, bo w końcu sam jej sprawił ten prezent, nalegał aby go nosiła, a potem miałby być wściekły, że faceci skupiają na niej uwagę? Ale to był Cyrus. Perfidna kanalia, która nie ma żadnych zahamować. Dlatego kiedy swoją większą uwagę skupił na jego partnerce, rzucając porozumiewawcze spojrzenia Klemensowi, niemal wyszedł ze skóry. Najwidoczniej Milli poczuła jego spięcie, bo mocniej zacisnęła palce na jego ramieniu, którego się podtrzymywała.
To nie była dziewczyna, którą by się dzielił... Nie była mu obojętna. A kiedy jej sukienka dziwnym przypadkiem pękła, już w swojej wyobraźni widział jak jego pięść styka się z twarzą blondyna.
-Ty...-Szepnął. A kiedy ruszył w jego kierunku, drzwi windy się otworzyły. Milli w ostatniej chwili wyprowadziła Klemensa z windy. Przydałoby się świeże powietrze, albo jakiś dobry trunek.
-Miał szczęście, że tam byłaś... Jak ponownie stanie mi na drodze nie będzie już się mógł Tobą zasłonić.-Zerknął jak dziewczyna sprawnie naprawiła swoją sukienkę, tak, jakby dopiero co zdjęto ją z manekina. Wciąż był wkurzony, jego dłonie wciąż były zaciśnięte.
Uh, jak można komuś tak działać na nerwy... A naprawdę był cierpliwym człowiekiem... Serio.
-Ktoś musi tego kolesia sprowadzić na ziemię.-Mruknął pod nosem. Po chwili posłał uśmiech w jej kierunku, jakby chciał dać jej znać, że jest już w porządku. Nie było...
Mówił poważnie i ona o tym doskonale wiedziała.
Kiedy znaleźli się przy ich stoliki, przywitał się z resztą osób, które przy nim siedziały. Usiadł i rozejrzał się po pomieszczeniu, oceniając sytuację. Bankiety, bale... To dla niego nowość. Nawet w szkole unikał takich imprez. Może nie tyle co unikał, co znajdował lepsze zajęcia. Widok pijanych dzieciaków może i jest zabawny, ale do pewnego stopnia. Szkole imprezy robią się ciekawsze po godzinach.
Usłyszał jak jeden z gości narzeka na swoje danie. Choć nie nazwałby tego narzekaniem. To się robiło całkiem ciekawe, szczególnie kiedy kelner, który chciał załagodzić sytuację, stał się celem jej oskarżeniem. Biedak nie wiedział co ma ze sobą zrobić, a jego rozbiegane spojrzenie i niespokojny oddech sugerował, że kobieta nieźle go wystraszyła. Jednak po dłuższej chwili kłótnie, wyrzuty i farmazony tej kobiety odebrały mu apetyt. Niezbyt obchodziło go to, co mówiła i czego to dotyczyło... Westchnął i odwrócił się w kierunku Milli.
Zaśmiał się pod nosem widząc jej minę. Doskonale wiedział co chodzi po jej główce.
-Pizza w tym wypadku brzmi interesująco, co?-Uniósł lekko brwi. Czy to była sugestia do tego, że ostatnio nie chciało im się gotować i cały czas jedli pizze? Może. Jego ulubione dodatki stały się tymi, których teraz za wszelką cenę unikał. Wynik lenistwa i nieróbstwa, Klemens.
Nie warto było sobie zawracać głowy tą kobietą... Tyle.
Rozejrzał się dyskretnie, zapewne w poszukiwaniu Cyrus'a... Jeżeli się tutaj jeszcze kręcił, to tylko dlatego aby go bardziej zirytować. A jeżeli się zmył? Najwidoczniej wyczuł, że z Klemensem sobie nie pozwoli. I miał gdzieś czy wszczynanie bójki nie przystoi na bankietach, to, że ktoś będzie to widział a nawet to, że relacje z tej sytuacji będą uwieczniona na jednej ze stron gazet.




Kostki - dotarcie do stolu: 6
Kostki - danie: 5
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 24
Skąd : Kanada
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 4873
  Liczba postów : 969
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5587-percival-magnus-follett
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5588-relacje-percivala#161773
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5589-plomykowka-percivala#161774
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7256-percival-m-follett#205227




Gracz






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Nie Mar 22 2015, 20:15

Komentarz na temat purée i Avalon sprawił, że Percivalowi jeszcze bardziej skoczyło ciśnienie, nie miał jednak zamiaru wykłócać się z Madison - nie tutaj i nie przy tym facecie, który najwidoczniej widział w sobie rycerza, bo natychmiast się poderwał, jakby chciał zasłonić dziewczynę własną piersią. PRZED NIM. To wszystko było żałosne, głupie i groteskowe. Follett zacisnął mocno zęby, starając się nie powiedzieć tych kilku słów za dużo. Ostentacyjnie zignorował Pevensey'a, który coraz bardziej działał mu na nerwy. Jego twarz wykrzywił grymas, który Zoe uważała za cholernie seksowny. Ha. Zoe. Może faktycznie powinien wrócić do dawnego stylu życia. Niczego na poważnie, żadnych bliższych przyjaźni czy związków, a jedynie przelotne znajomości, owocujące krótkotrwałą przyjemnością i trwające tak długo, jak długo były wolne od wzajemnych pretensji i nudy. Może to była jedyna słuszna droga, może powinien dać sobie spokój z tym psychicznym dojrzewaniem i szukaniem jakichś stałych punktów w życiu, innych niż rodzina, na którą zawsze mógł liczyć, mimo że teraz dzielił ich ocean. Czuł się zdradzony i wściekły, nie mógł uwierzyć, że Madison wolała przyjść na bankiet z tym typem, o którym w dodatku nigdy nie słyszał. Gdyby był jakąś... sympatią Richelieu, przedstawioną mu i zaakceptowaną, wszystko byłoby w porządku. Ale po raz pierwszy słyszał jego groteskowe imię... Romulus (heh, i kto to mówi, prawda?), a jego brodata facjata zupełnie mu nie przypadła do gustu. Miał wrażenie, że to jeden z najgorszych wieczorów w jego życiu (najgorszym był ten, kiedy dowiedział się, że Zoe zdradza go z Cesairem), koszmar, z którego nie może się obudzić.
Kiedy w końcu dopadł do męskiej toalety i upewnił się, że wszystkie kabiny są puste, dał upust swojej wściekłości, klnąc pod nosem i tłukąc pięścią w wyłożoną kafelkami ścianę, dopóki ból nie przywrócił mu względnej trzeźwości umysłu. Nie miał pojęcia, co tak bardzo go wkurzyło, oprócz tego, że Madison wystawiła go do wiatru i przyszła z innym facetem. Jasne, nie był poszkodowany, miał za towarzyszkę najpiękniejszą kobietę na tym bankiecie, ale uważał postępowanie swojej współlokatorki za... za przejaw braku lojalności, a to chyba najcięższy grzech, jakiego można się było dopuścić. Przynajmniej w systemie wartości Folletta. Ochlapał twarz lodowatą wodą, nie do końca poznając własną twarz, wściekłą i rozgorączkowaną. Zoe twierdziła, że jest to cholernie seksowne, ale Zoe lubiła stąpać po cienkim lodzie. Nagle gorąco zapragnął, by ktoś zarządził ewakuację budynku, a on miał doskonałą okazję, żeby zakończyć ten wieczór sam na sam z butelką whisky. Cholera, Follett, znowu alkohol? Doprowadził swoje włosy do porządku, wytrząsnął zza koszuli ziemniaczane grudki i z miną czarującego lwa salonowego wrócił do swojego stołu, wymijając stolik Madison i nawet nie zaszczycając jej spojrzeniem. Ciekawe, że on i Avalon tak bardzo się jej rzucali w oczy.
- Wybacz, po drodze nastąpiły małe... komplikacje - szepnął, nachylając się do ucha wili i czując, że nadal jest wściekły i nabuzowany, mimo że całkiem dobrze się z tym krył. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że Ava rozmawia ze swoją sąsiadką z lewej. (Pixie) - Przepraszam, nie znamy się. Percival Follett - przedstawił się ciemnowłosej dziewczynie, przywołując na usta swój firmowy uśmiech i posyłając ostrożnie skinienie głowy gościowi, który, jak się okazało słusznie, podejrzewał Avalon o kradzież pierścionka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Skąd : wiesz?
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 28839
  Liczba postów : 35754
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7560-wielka-poczta-mistrza-gry#211658




Specjalny






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Czw Mar 26 2015, 22:14


Magiczny Bankiet

Randy Thomas powrócił na scenę, oczekując do końca pięknego utworu, którego nuty przycichły subtelnie. Talerze po daniu głównym zniknęły ze stołów, zastąpione czystymi na przekąski, zaś światła zalśniły nieco jaśniej.
- Mam nadzieję, że kolacja państwu smakowała - zaczął, rozglądając się po sali. - Zebraliśmy się w Magic Trade Center, aby świętować otwarcie Londyńskiej Akademii dla Uzdolnionych oraz przedstawić plany kulturowe na najbliższy rok. Otóż - machnął różdżką, aby z sufitu spłynęła lekko śnieżnobiała zasłona, na której pojawiały się kolejne rozpiski, aby wszyscy mogli zapoznać się ze szczegółami, o których musiałby opowiadać całą noc, a przecież chciał obecnych zainteresować, nie zanudzić. - W teatrach pojawią się nowe inscenizacje, część z nich powinna trafić szczególnie do młodszego grona odbiorców. Nie zabraknie tematyki, z którą dopiero się zapoznają, oczywiście w przystępnej formie - przedstawił, wskazując lekkim gestem dłoni rozpiskę przedstawień, o których opowiedział jeszcze pokrótce, aby za moment przejść do kolejnych tematów.
W jego monologu nie zabrakło opowieści o festiwalach muzycznych, dłuższej wstawki o LADU, podsumowania wszelakich osiągnięć artystycznych oraz planowanych konkursach. Na koniec dało się usłyszeć podziękowania dla sponsorów wydarzeń oraz pomysłodawców całych przedsięwzięć, którzy wstawali kolejno w akompaniamencie oklasków.
- Mam nadzieję, że mogę liczyć na państwa wsparcie. Każda pomoc finansowa jest mile widziana, mam jednak na myśli głównie uczestnictwo, promowanie oraz pomoc przy organizacji wymienionych wydarzeń, aby wszystko mogło zostać przeprowadzone sprawnie - zakończył, zwijając krótkim ruchem różdżki zasłonę. Muzycy powrócili na scenę razem z wybitnym dyrygentem. - Sądzę, że to czas na rozrywkę. Zapraszamy na parkiet oraz zachęcamy do skosztowania przekąsek i szerokiej gamy alkoholi. Czas umilić można sobie przy grze w astroletkę, wystarczy skierować się do pomieszczenia za zasłonami, na lewo - podpowiedział, sunąc ręką w powietrzu, aby obecni dowiedzieli się, że istnieje taka możliwość. Czarodzieje byli nieco szaleni, więc astroletka na oficjalnym bankiecie nie powinna nikogo dziwić! - Widoki z balkonu są doprawdy bajeczne, naprawdę polecam to miejsce, jeśli chcą państwo porozmawiać w spokojniejszym otoczeniu - dodał jeszcze, szykując się do zejścia ze sceny i dając dyrygentowi znak, że mogą zaczynać grać. - Życzę państwu miłej zabawy. W razie pytań, będę kręcił się po sali, proszę śmiało podchodzić, przedyskutuję każdą kwestię.

Post z poprzedniej części można spokojnie nadrobić, tak samo wciąż można dołączyć do eventu, z pominięciem pierwszej części i uwzględnieniem spóźnienia.

kostki - taniec:
 


Kod:
<zg>Kostki - taniec: </zg>wpisz wyrzuconą kostkę

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 67
Skąd : Londyn
Czystość Krwi : 25%
Galeony : 1417
  Liczba postów : 61
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10342-ronald-reagan
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10344-ronald-reagan-relacje
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10345-ronald-reagan-poczta
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10346-ronald-reagan




Gracz






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Pią Mar 27 2015, 12:09

Zamieszanie z drogocenną biżuterią jego serdecznej przyjaciółki nieco wytrąciło go z równowagi. W głowie mu się nie mieściło, że nawet tutaj, na oficjalnym bankiecie, nie można czuć się bezpiecznie. Oczywiście on był tutaj też po to, by zapewnić bezpieczeństwo, niezależnie od tego, czy chodziło o potencjalne ataki, czy też niewielkie przejawy łamania prawa. Wolałby jednak, by jego wszelkie obawy się nie potwierdzały. Niestety, wszystko zapowiadało, że nie może być tak pięknie. Nad czarodziejskim światem zbierały się czarne chmury i on nie potrafił ich odgonić. Wiedział, że musi ich ostrzec. Inaczej będzie musiał walczyć sam, a to może okazać się zbyt trudne.
Udał się do windy. Na ten sam pomysł wpadło też wiele innych osób, w tym Callisto Marquett. Skłonił jej się na przywitanie, a kiedy winda ruszyła, postanowił podjąć rozmowę.
- Panno Marquett, jakże miło panią widzieć. Co prawda nie minęło wiele czasu od naszego ostatniego spotkania, ale i tak, proszę mi wierzyć, nie mogę przestać o pani myśleć. Jest tyle tematów, na które moglibyśmy porozmawiać! Bo widzi pani, wciąż niektóre rzeczy mi się nie zgadzają i myślę, że niedługo znów się zobaczymy. Jestem ciekawy, czy następnym razem uraczy mnie pani inną wersją historii. Tak czy inaczej, ja dojdę do prawdy i, wie pani, to się może skończyć różnie
- uśmiechnął się do niej w sposób, który miał dać jej do zrozumienia, że on wie. Bo wiedział, dla niego cała sprawa układała się coraz bardziej w logiczną całość i czuł, że zbliża się do końca. Niestety, nic więcej już nie mógł jej powiedzieć, bo winda akurat dojechała na samą górę i jego rozmówczyni wysiadła. Za nią cały tłum, który najwyraźniej nie mógł poczekać, aż wyjdą ci, którzy stali bliżej drzwi. Przeciskali się, przepychali, jedna kobieta niemal się przewróciła. Jak bydło po prostu! Ronald był zaszokowany. Spodziewał się, że podczas takiego wydarzenia może oczekiwać więcej kultury, ale najwyraźniej nie. W pewnym momencie zauważył nawet, że ktoś mu rozdarł garnitur! Kto to widział! Dyskretnie wyjął różdżkę i naprawił uszkodzenie.
Skierował się do swojego stolika. Niewiele osób przy nim siedziało, ale Ronaldowi wcale to nie przeszkadzało. Zabrał się za swoje danie, a wtedy pulchny mężczyzna siedzący obok zaczął mówić. Tak jak zaczął, tak nie mógł przestać, choć wszyscy subtelnie dawali mu do zrozumienia, że czas skończyć. Całe szczęście, że oszczędził sobie nieprzyjemnych szczegółów!
Po posiłku i wysłuchaniu przemowy, najpierw poprosił do tańca Amaranthe Favreau. Uważał to za naturalne, tym bardziej, że orkiestra grała naprawdę wybornie. Po zakończonym tańcu, odprowadził kobietę do jej stolika i zwrócił się do młodej kobiety siedzącej nieopodal (Madison Richelieu).
- Pozwoli pani zaprosić się do tańca?


Kostki - dotarcie do stolu: 5
Kostki - danie: 6
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 29
Skąd : Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 1250
Dodatkowo : hipnoza
  Liczba postów : 211
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9198-romulus-pevensey
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9201-wszystkie-drogi-prowadza-do-rzymu#257930
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9202-puchacz-romulusa#257931
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9203-romulus-balthasar-pevensey#257935




Gracz






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Sob Mar 28 2015, 19:54

Ściągnął nieco brwi w odpowiedzi na ów nie do końca przekonujący uśmiech, ale nadal zamierzał wypełnić swoją niewerbalną, nieoficjalną obietnicę, dlatego też przywrócił twarzy normalny wyraz i grzecznie wysłuchał wszystkiego, co towarzyszka miała mu do powiedzenia, machnąwszy jeszcze ręką na przeprosiny. Oczywiście był to gest nieco wyjęty z kontekstu, skoro nie miał akompaniamentu słownego, ale szarmancki Romulus nie zamierzał się wcinać dziewczynie w wypowiedź. Pomagało mu to w pewnym ułożeniu sobie w głowie wszystkich faktów oraz informacji, a także skorygowania opinii na temat Percivala. Czy dużo się zmieniło? Właściwie to nie. Pevensey znalazł tylko dosyć dobry powód do uważania się za lepszego niż ów dżentelmen z Kanady, skoro jemu Richelieu odmówiła, a jemu nie. No i - gwoli odwrócenia uwagi od chamskiej zabawy słownej sprzed chwili - warto w sumie wspomnieć, że Follett zyskał u wikinga drobny pozytyw za to, iż zrobił Madison aferę. Bo przecież nie można dawać sobie pluć w twarz, a potem jeszcze uśmiechać się i dziękować za taki manewr. Prawdziwi faceci tak nie robią. Dobrze więc, że Percy próbował wykreować się na prawdziwego, ale nie miał chyba co liczyć na zwycięstwo z Ojcem Rzymu, któremu w obecnej sytuacji wręcz wepchnął Mads w ramiona. Proszę przy tym wierzyć na słowo, że brodacz z okazji właściwie skorzysta - choć w to niewiele osób powinno wątpić.
- Nie musisz mnie przepraszać za dowód na to, że dosyć mocno mnie lubisz - powiedział zupełnie w swoim stylu, nie zamierzając więcej wracać do tematu, zwłaszcza że blondynka zgrabnie przeskoczyła na inny, sygnalizując przy tym dobitnie, iż woli zostawić poprzedni w spokoju. Poza tym racja spoczywała po jej stronie, bo po co drążyć nieprzyjemne zajścia, skoro można rozmawiać o jedzeniu? Choć może nie tyle o samym jedzeniu, co o miejscu w którym to jedzenie można dostać.
- Wiesz, po tych wszystkich wizytach w Stashu powinnaś sobie doskonale wyobrazić, jaki to będzie lokal - stwierdził niemalże z dumą, uśmiechając się ciepło i unosząc na chwilę brwi w dosyć typowym, cwaniackim geście, który z całej puli wszystkich gestów świata wychodził mu zawsze najlepiej - Kiedy tam wchodzisz, czujesz się, jak gdybyś zepsuła zmieniacz czasu i wylądowała nie kilka godzin, a kilkadziesiąt lat wcześniej w czasie. Od samego wejścia słyszysz takiego swinga, że nogi same zaczynają się ruszać. Obsługa jest poubierana w najgenialniejszy na świecie sposób, a jedzenie, o dziewczyno! Ich kucharz musi być idiotą, skoro jeszcze nie przeniósł się do najdroższego lokalu w mieście, serio mówię. No i wiesz, opcja ze spontanicznymi potańcówkami, które wychodzą znikąd, do mnie bardzo przemawia. Nie ma tam takich styp jak tutaj, gdzie człowiek ledwo drga. Naprawdę się bawisz. Zresztą, cholera, swing sam w sobie jest zajebistą zabawą, ale jakoś nigdy go u siebie nie puszczam żeby się nie odciągać od roboty. Wyobraź sobie, że gdyby wtedy leciało "Sing, Sing, Sing", to nie skończylibyśmy na ladzie, tylko na podłodze, zmęczeni o wiele bardziej niż przy oryginalnym rozwoju wypadków. Nie śmiem jednak zaprzeczyć, że oryginalny też mi bardzo pasował. No, ale widzisz, pomyślałabyś że lokal o nazwie "Little Swinger" nie wywrze na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia, a tu taka niespodzianka, nie? Szykuj się na nieziemski ból nóg, jeśli okaże się, że rzeczywiście będą mieli jeszcze otwarte, bo jeśli będą, to znaczy że na pewno będzie też jakaś muzyka. A znając mnie... - przerwał na moment, zarówno z uwagi na chęć pozwolenia Madison na snucie domysłów, jak również przez niespodziewaną obecność Ronalda. Podniósł na niego wzrok, pozwolił sobie na zbyt długą ciszę, po czym wstał i uśmiechnął się przepraszająco do mężczyzny.
- Pan wybaczy, ale akurat przed sekundą owa pani zgodziła się na taniec ze mną. Tak więc, jeśli można... - powiedział, zauważywszy błagalne spojrzenie Richelieu. Następnie porwał ją na parkiet, ze stoickim spokojem stawiając kolejne kroki, mimo że nie spodziewał się żadnych szałowych rytmów, na które bardzo by liczył. Uśmiechnąwszy się, przyjął właściwą pozycję i zaczął prowadzić Mads po parkiecie tak dobrze, jak tylko umiał do muzyki, z którą nie był w ogóle obeznany. Niby szło poprawnie, ale zdarzały się pewne błędy. Nieco niezadowolony Romek miał jednak nadzieję, że Kanadyjka nie zauważy ani jednego z nich. Sama chyba też nie lubowała się w aż tak klasycznych dźwiękach, czyż nie?


Kostki - taniec: 2, ale olewam to bo 5 punktów w kuferku!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Gryffindor
Rok Nauki : III
Wiek : 22
Skąd : Kanada, Trois-Rivières
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 1827
Dodatkowo : metamorfomagia, rezerwowy pałkarz
  Liczba postów : 707
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5525-madison-chloe-richelieu#160262
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5529-pancake-karma-is-coming-after-you#160278
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5528-madisonowa-sowa#160270
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7198-madison-richelieu




Gracz






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Nie Mar 29 2015, 20:28

Komentarz na temat purée i Avalon był tak nieodpowiedni, jak tylko było to możliwe, a jednocześnie tak cisnął się na usta blondynki, że wprost nie mogła się powstrzymać. Dobrze zatem, że Follett miał odrobinę więcej samodyscypliny, co pozwoliło uniknąć epickiej kłótni na samym środku sali bankietowej. Percy, choć wyglądał, jakby miał zaraz dostać wylewu, odmaszerował szybkim krokiem w przeciwnym kierunku, nie zdając sobie sprawy, że w tym momencie, swoim bezpodstawnym w oczach Madison wybuchem i oskarżeniami, dosłownie pchnął ją w ramiona Romulusa. Nie, żeby wcześniej planowała niczym Kopciuszek wracać do domu o północy, jednak zachowanie Percivala utwierdziło ją w przekonaniu, że nie ma co się spieszyć z wracaniem i wręcz wskazane jest, żeby udała się na kameralne afterparty. I wróciła dopiero rano.
Uśmiechnęła się krótko, słysząc słowa Pevenseya i może nawet trochę polepszył jej się humor. Albo taki efekt starała się uzyskać, żeby już dłużej nie psuć wieczoru, tak czy siak, szło całkiem nieźle! Słuchała uważnie opowieści Romulusa o wspomnianym lokalu i nawet na chwilę stanęła jej przed oczami wizja tego klimatycznego wnętrza, ze wszystkimi szczegółami, z przepysznym jedzeniem, które teraz zjadłaby z taką ochotą i z... tańcami.
- Och, kochany, nie jestem małą tancereczką, która hopsa radośnie do każdego dobrego kawałka. Wolę jednak kończyć na podłodze z innych powodów. I nie sądziłam, że masz jakiekolwiek zastrzeżenia do oryginalnego przebiegu, ale jeśli narzekasz na brak zmęczenia, zapewniam, że da się coś na to zaradzić! - czy można ją winić za to, że nie czuła za bardzo miłości do przebierania nóżkami na parkiecie? Tamtego pamiętnego wieczoru w Stashu Madison dała się porwać chwili chyba głównie dlatego, że ciężko było jej odmówić Romulusowi, jednak zaciągnęła go z powrotem do lady i rozmów (lub też nie rozmów) tak szybko, jak tylko to było możliwe. Tak naprawdę i teraz Richelieu starała się niejako odwieść brodacza od wyobrażenia ich uroczych pląsów, dlatego też bezczelnie wciskała aluzje w swoją wypowiedź. Nie mógł mieć jej tego za złe. Kanadyjka przez ułamek sekundy musiała mieć mocno zdziwioną minę, gdy mężczyzna, którego wcześniej, skupiona na odszczekiwaniu się Percy'emu, nawet nie zauważyła i który teraz prosił ją do tańca.
- Jestem doprawdy zaszczycona, ale jak na razie wygrywam chyba konkurs na najgorszą partnerkę na tym bankiecie, pan wybaczy. - odpowiedziała, uśmiechając się przepraszająco do Ronalda, po czym również wstała, dziękując w myślach wszystkim bytom niematerialnym rządzącym tym światem za to, że Pevensey był tak czujnym i taktownym człowiekiem i ruszyła razem z nim na parkiet, gdzie znajdowało się już kilka lepiej lub gorzej tańczących par.
- Może to nie twoje ulubione klimaty, ale całe szczęście nie wystawili tu żadnego szalonego wodzireja, który kazałby zebranym tańczyć kaczuszki lub robić inne absurdalne rzeczy. - stwierdziła pokrzepiająco, kładąc odpowiednio swoją dłoń na barku mężczyzny, po czym ruszyli, chciałoby się powiedzieć, w tango, ale niestety rytmy nie były aż tak żwawe. Może nie brylowali wśród zebranych, jako że takie brzmienie i taki sposób poruszania się po parkiecie nie był ulubionym tej dwójki, ale prowadzenie szło Romulusowi wyjątkowo sprawnie, a Madison wdzięcznie wszystko nadrabiała, jeśli nie wydumanymi krokami, to wdziękiem i urokiem osobistym, którego przecież nie można jej odmówić.

Kostki - taniec: 2, ale mam 5 punktów, więc rezygnuję
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 29
Skąd : Londyn, Anglia
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 1491
  Liczba postów : 114
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9200-cleopatra-calliste-pevensey
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9204-kleopatra-wielka
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9206-papirusy-cleopatry
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9209-cleopatra-calliste-pevensey#258033




Gracz






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Sob Kwi 04 2015, 13:32

Kolejni przychodzili i dorzucali do tego zamieszania swoje przysłowiowe trzy grosze. Pozostało jej tylko przyglądać się temu cyrkowi, ponieważ i tak jej wszystkie tłumaczenia zostawały idealnie ignorowane. W końcu stało się coś niezwykłego i starsza pani przyznała się do swojego błędu. Jak milutko, prawda? Szkoda tylko, że zdążyła wymieszać z błotem biedną Pevensey! Niemniej jednak wypuściła z płuc powietrze, czując niemałą ulgę. Będzie mogła teraz spokojnie udać się na bankiet, który przecież był głównym celem jej dzisiejszego wieczoru. A nie jakaś dziwaczna akcja z drużyną zaginionych pierścieni. Już miała odchodzić z Stormem, którego oczywiście zamierzała przeprosić za niespecjalne wciągnięcie w tą małą aferę, ale zatrzymała ją Aurorka. Spokojnie wysłuchała jej słów, uśmiechając się delikatnie. W międzyczasie pokazała Stormowi by na nią nie czekał, a najwyżej potem znajdą się przy stole.
- Niech się pani nie martwi, mam już spore doświadczenie w radzeniu sobie w stresujących sytuacjach. Zdarza się popełnić błędy, ale nie każdy jak pani ma tyle odwagi by się do nich przyznać. - Cleopatra pokiwała jeszcze głową na potwierdzenie swoich słów. Nagła zmiana zachowania kobiety była naprawdę miłym zaskoczeniem. W dodatku wydawała się ciekawą osobą, a temperament przecież powinna jej wybaczyć. Sama Patty za często reagowała pochopnie, więc nie mogła winić za to kobiety. Uśmiechnęła się szerzej słysząc o teatrze. Każdy kto interesował się sztukami zasługiwał na więcej zainteresowania ze strony panny Pevensey.
- To musiał być wspaniały prezent i zachowane w nim wspomnienia. Nawet nie wie pani jak bardzo mi pani schlebia. W takim razie musi kiedyś pani jeszcze odwiedzić nasz teatr... to byłby dla mnie zaszczyt wystąpić ponownie przed panią. - widząc wzruszoną kobietę, coś ścisnęło serce Cleopatry - Może po prostu o tym zapomnimy i pójdziemy miło spędzić wieczór?
Objęła lekko ramię starszej pani, by jakoś pocieszyć po tej nieprzyjemnej sytuacji. To trochę śmieszne, że współczuła zachowania kobiecie, która ja parę minut temu brutalnie oskarżała. Patty jednak nie chciała chować urazy, a tylko zacząć od początku znajomość. Tak byłoby łatwiej dla wszystkich i mniej zepsutej zabawy. Razem z Aurorką skierowały się w stronę windy i na szczęście nie spotkało ich wtedy nic przykrego. Dopiero gdy z niej wysiadły, Cleopatra weszła w kałużę. Kto normalny rozlewa eliksiry w takim miejscu i jeszcze po sobie nie sprząta? Brak kultury po prostu! Zmuszona do zdjęcia przymałych już butów, powędrowała z kobietą do swojego stolika. Na miejscu uprzejmie spytała kobietę czy nie umiałaby jej pomóc przy tym małym kłopocie. Gdy problem już zniknął, pojawił się pulchny pan opowiadający o reemach. Tak głośno, że pewnie cała sala musiała go słuchać. Z pewnością nie umilał spożywania posiłków, ale też zbytnio w nich nie przeszkadzał. Plusem niewątpliwie była wiedza jaką zdobyła o tych stworzeniach. Kto by pomyślał, że takie wyjście może jeszcze ją czegoś nauczyć.

Kostki - dotarcie do stolu: 4
Kostki - danie: 6

założyłam, że Aurorka poszła z Patty (głupio było przerywać rozmowę :") )
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 43
Skąd : Yorkshire
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 685
Dodatkowo : wężoustość
  Liczba postów : 28
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10706-precjusz-growlly#293824
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10709-precel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t10708-precjusz-growlly




Gracz






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Sob Kwi 04 2015, 18:58

Bankiet na cześć otwarcia instytucji, której był częścią wydawał się obowiązkowym punktem do odwiedzenia. Jednakże z natury nienawidzący takich imprez Precjusz toczył się tam niezwykle niechętnie. Był już spóźniony, ale nie przejął się tym całkowicie. Widząc już z oddali wejście do imponującego wieżowca, mężczyzna poprawił wyjątkowo jak na siebie elegancki strój (patrz avatar) po czym rozejrzał się i ruszył na druga stronę. Wspiął się po schodach po czym drzwi uchyliły się i już był środku. Niestety, coś musiało popsuć mu humor bo dzień w którym Precjusz ma dobry humor – to zły dzień. Momentalnie nad jego głową pojawiła się mała chmurka, które zaczęła zalewac mężczyznę rześkim deszczem.
-To jakaś kpina... pieprzona kpina. Leje jak w ministerstwie i założę się, że nikt by nie potrafił sobie z tym tutaj poradzić... kto jest za to odpowiedzialny... - Poirytowany Precjusz wyrwał różdżkę z rękawa i machnął nią krótko mrucząc pod nosem "Finite Incantatem" co moemntalnie przerwa działanie prawdopodobnie złośliwego zaklęcia. Wsiadając do windy strzepywał resztę niechcianej wody z ubrania mamrotając pod nosem jak to zniweczono jego przymiarki do wyglądania jak dostojnik, chociaż raz. Niestety, przyszło mu jechać w niebywałym ścisku z ludźmi, których darzył wątpliwą sympatią. Niezwykle irytujące było przyciskanie się to do jednego, to do drugiego jegomościa którym mimo aparycji daleko było do zadbanych.Gdy winda dojechała na odpowiednie piętro, Precjusz wyszedł i powoli rozejrzał się. Zauważył, że jego marynarka jest częściowo pdoarta. Zamknął oczy i zacisnął zeby klnąc w myślach, że nawet dotarcie na sam bankiet sprawia tyle problemów. Ponownie wyciągnął różdżkę stając na boku i machnął nią krótko.
-Reparo...twoja...mać... – mruknął wymownie zaraz po zaklęciu i mimo, że rezultaty nie były zadowlające to lepsze to niż dziura. Postapił do przodu i zerknął na salę. Przepych, bogactwo, wysokie sfery. Wszystko upchane w jednym miejscu, rozwrzeszczan,e upity, świetnie się bawiące. Czy pasował tutaj? Nie bardzo. Postapił do przodu, i pokazał zaproszenie niby od niechcenia. Było tam wiele znajomych mu twarzy, głównie z ministerstwa, ale i z czasów nauki czy też kursów. Mężczyzna skinął każdemu kogo znał głową i zatrzymał się na moment nie zwracając zbytnio uwagi na resztę sali. Miał tu przyjść, odbębnić siedzenie, nie daj boże rozmawiać z jakimiś kobietami, nie miał wyczucia. Rozglądał się za swoim szefem, który tez powinien tutaj być. Nie to, żeby mało czasu spędzali razem w pracy, ale rozmawiało się z nim wyjątkowo dobrze. Precjusz wyglądał pewnie na nieco znudzonego, ale cóż... taki już z niego był samotnik. Idealnym scenariuszem rozpisanym w jego głowie był wybuch jakiejś morderczej walki, w której mógł by wziąć udział. W drodzę do stołu uwagę Precjusza przykuła kobieta awanturująca się o podawane potrawy. Początkowo nie potraktował jej zbyt miło jak to Precjusz, ale gdy sam sprobował tego co jadła z przykrością stwierdził, że wrzeszcząca jędza miała rację i przez chwilę stał by posłuchać czy ma więcej do powiedzenia. Zawsze uważał, że jadaczkę nalezy trzymać zwartą, ale w tym wypadku  przyznał kobiecie 10 życiowych punktów. W końcu dotarł do stołu, przy którym zajął miejsce witając sie z równie znanymi mu twarzyczkami co te, zauważone zaraz po wejściu. Przyszedł tutaj sam, więc nie było za wiele do roboty. Czekał na rozój wydarzeń, bo wydawało się, że ludzie zbierają się do tańca.
-Co za komedia... będą tańczyć. Ciekawe, czy tak samo potrafią tańczyć z różdżką. – mruknął tak, by nikt nie słyszał i wstał ruszając pod najbliższe okno. Chciał mieć wszystkich na oku bo jego podejrzliwość nie raz, nie dwa ratowała wielu osobm tyłki.
-*Część z nich pewnie spotkam w LADU, część mordeczek jest z ministerstwa, części za cholerę nie kojarzę. Zapowiada się noc pełna wrażeń. Muszę znaleźć whisky* – pomyślał i zaczął się rozglądać.


Para: Brak
Kostki - przybycie: 2
Kostki - miejsce: 4
Kostki - Dotarcie do stołu: 5
Kostki - Danie: 5
Propozycje przy usadzaniu: Człek samotnik, nie tańczy, nie ma preferencji :v. Dla świętego spokoju rzuciłem tez 1 etap.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 29
Skąd : Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 1250
Dodatkowo : hipnoza
  Liczba postów : 211
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9198-romulus-pevensey
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9201-wszystkie-drogi-prowadza-do-rzymu#257930
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9202-puchacz-romulusa#257931
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9203-romulus-balthasar-pevensey#257935




Gracz






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Pon Kwi 06 2015, 18:36

Trzeba jednoznacznie stwierdzić, że kiedy Romulus już rozgadał się o swojej ulubionej muzyce, to bardzo ciężko było go a) zatrzymać; b) opanować; c) ponownie zasmucić/rozwścieczyć/przygnębić. Madison mogła to zauważyć już w kilku wcześniejszych przypadkach, ale teraz, kiedy żywa gestykulacja podkreślała jego szczery entuzjazm, intonacja zdradzała niebywałą fascynację, zaś oczy rozbłyskiwały magicznie niemagiczną, naturalną radością, nie da się powiedzieć, aby Kanadyjce powyższe wnioski dały radę jakkolwiek umknąć. Nawet ta bardzo humorystyczna riposta, przepełniona zupełnie niewinnymi aluzjami, nie zbiła go z tropu - ba, utwierdziła go w przekonaniu, że warto byłoby o wiele częściej męczyć Mads tańcem, bowiem panna z tak przepełnionym walorami artystyczno-seksualnymi ciałem nie powinna go zbyt często eksponować. Tak to już ludzie działają, że jak ich się do czegoś przyzwyczai, to przestają to coś doceniać. Z kolei kiedy będą w pewnym sensie podpuszczani, to jest, jeśli daną osobę będzie się kusiło, prowokowało, czasem dawało osiągnąć cel (acz, co ważne, bardzo rzadko!), efekty z pewnością okażą się milion razy lepsze. Pevensey nie chciał stać się człowiekiem przyzwyczajonym do roznegliżowanej, z lubością korzystającej z błogich chwil Richelieu, bo zbyt szybko by mu się znudziła. Co za dużo to niezdrowo, a każdy, kto twierdzi że od tego nie może się nikomu zrobić niezdrowo, ten nie ma zielonego pojęcia o tym, o czym mówi. Takich samozwańczych ekspertów, swoją drogą - gwoli dopełnienia rytuału lania wody, bardzo jednak przydatnego w nadawaniu postaci głębi - Romek też nie znosił. Zupełnie jak Azjatów, zwierzaków, teatru i polityki, przy czym tę ostatnią można nawet z nienawiścią do samozwańczych ekspertów zgrabnie połączyć. W tym niby-biznesie często działali właśnie ludzie niemający zielonego pojęcia o setkach tysięcy spraw, o których decydowali. Nasz znajomy brodacz, jako zapalony liberał, za bezsensowne uważał wszelkie regulacje i zakazy, jakie wymyślali pierwsi mężowie Wielkiej Brytanii, choć nigdy nie próbował zmienić tej sytuacji. Stanowił prawo w swoim lokalu, nieco hipokryzyjnie zakazując tam wielu rzeczy, a jednak argumentując owe zakazy potrzebą zachowania Stasha we względnym ładzie i porządku. Ciekawe czy komukolwiek poza sobą zakazałby uprawiania seksu na ladzie wśród oparów różanych trucicieli.
Taniec najlepszej pary na całym bankiecie obył się bez komentarza na temat rzekomo najgorszej partnerki, mimo że brodacz ledwo trzymał w sobie kilka chamsko i nadmiernie schlebiających blondynce uwag. Przemilczał też wzmianki o wodzireju, choć nie da się ukryć, że zabawę polegającą na wygłupianiu się postawiłby ciut wyżej niż tę obecną, nawet jeśli w tej właśnie sytuacji mógł popisywać się przed Madison powagą, taktem i szarmancją. Prawda jest jednak taka, że wcale nie musiał tego robić - dziewczyna z pewnością doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że wszystkie te cechy gdzieś tam w głębi Romka tkwiły, toteż nie trzeba było ich na siłę pokazywać. Warto by się jednak było od czasu do czasu odezwać, bo tańczenie w zupełnym milczeniu, choć czasami romantyczne, teraz wydawało się niecodziennie niezręczne.
- Wolisz niewinne after-party, czy jednak bardziej pasuje Ci jakaś inna alternatywa? Mówimy, rzecz jasna, o after-party po wizycie w "Little Swinger" - powiedział, perfidnie sprawdzając swoją towarzyszkę. Jakoś musiał się upewnić, że biedna Richelieu zbacza na trochę niewłaściwą ścieżkę, bo gdyby starał się ją minimalnie nawet umoralniać w ciemno, nie dałoby to najmniejszych efektów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 37
Skąd : Eastleigh / Hereford / Londyn
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 5566
Dodatkowo : zaklęcia bezróżdżkowe, opiekun Gryffindoru
  Liczba postów : 1475
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5994-archibald-jeremiah-blythe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5997-archowe
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5998-archibaldowa-poczta#170933
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7372-archibald-blythe#207289




Gracz






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Nie Kwi 19 2015, 12:20

Archibald uniósł pytająco brwi, zastanawiając się, czemu Ira tak badawczo mu się przygląda. Skoro już wszystko wyszło na jaw, łatwiej było zaakceptować fakt, że wszystko się roznosi, niż przeć pod prąd i udawać, że ślub nie miał miejsca - zresztą, skoro sam zaczynał się przyzwyczajać, nie widział w tym nic dziwnego. Daleko mu było do wzoru kochającego męża, który mógłby wychowywać gromadkę dzieci, ale skoro sprawdzał się dobrze jako czarny rycerz na czarnym koniu, ratujący swoją damę przed zwałami papierzysk, mógł dobrze wypadać w oficjalnej roli. Porozumienia poza przestrzenią publiczną nie trzeba było komentować, bo wypadało lepiej niż to w towarzystwie.
Blythe nie mógł zauważyć Flavii, która zniknęła w tłumie, gdy Severus postanowił w niebanalny sposób dołączyć do towarzystwa, ale sam fakt zaniedbania kilku kwestii nie mógł nie rzucić mu się w oczy. Przywitał mężczyznę, nieco sucho, z dystansem obserwując, jak ignoruje słowa Iriny i olewa wszystkich poza Dahlią. Trzeba przyznać, że zaskoczył go tym wszystkim, ale nawet nie myślał go usprawiedliwiać. Oszczędził kobiecie krytycznego spojrzenia, kiedy ratowała się odejściem na bok - uśmiechnął się uprzejmie, aczkolwiek dosyć chłodno, przyglądając się jeszcze chwilę, jak ich zostawiają, po czym podał ramię (na szczęście już sprawne!) Irce, bo zdążyła mu uciec, aby udzielić stonowanej reprymendy Montmorency'emu. Przeniósł spojrzenie na przyjaciela, czując się w obowiązku poinformować go o pewnym fakcie.
- Nie masz szczęścia - nawet jeśli Doyle miała zostawić go na chwilę, charakter całości był tak wymowny, że nie zapowiadało się na to, aby kobieta przez resztę wieczoru miała być w dobrym humorze. Chociaż, kto wie? Może Shepard był zdolny do poprawy jej nastroju. Blythe niestety powątpiewał, nie tyle co w możliwości przyjaciela, co w relację pomiędzy Dahlią a Severusem. Nie zdążył dodać nic więcej, bo Randy Thomas postanowił uroczyście zaprosić ich na górę i wszyscy tłumnie ruszyli do wind.
- Ta z zajęć ma kogoś, przejebałeś sprawę, stchórzyłeś, czy jednak jest niewarta twojej uwagi? - zapytał, kiedy ogólny gwar utrudnił innym usłyszenie rozmowy. - Sądziłem, że jeśli tu będziesz, to wyciągniesz właśnie ją - dorzucił, kiedy wchodzili do windy.
Przejażdżka nie mogła być przyjemna - nie w takim ścisku. Choć państwo Blythe wcale nie pchali się do przodu, aby dojechać szybciej na górę, trafili w spory tłum. Na domiar złego, po swojej prawej, Archibald dostrzegł znajomego z Ministerstwa, który całkiem niedawno oduczył się zawracania mężczyźnie głowy albo zwyczajnie stwierdził, że zupełnie mu się to nie opłaca, skoro na swoje listy nie dostaje żadnej odpowiedzi. Blythe na swojej drodze spotkał wielu irytujących ludzi, ale towarzystwo tego było wyjątkowo denerwujące. Odpowiadał mu monosylabami lub wcale, zagadywany nieustannie, dopiero po wyjściu z windy kierując się w stronę stolika, pożegnawszy się oschle. Nawet nie zauważył, kiedy miniaturka smoka postanowiła go zaatakować, podpalając końcówki włosów. Machnął krótko różdżką, mrucząc pod nosem niewyraźną inkantację, która szybko poradziła sobie z ogniem. Przejrzał się w szybie, których było tu pod dostatkiem, doprowadził do porządku swoją czuprynę i zaszczycił żonę komentarzem.
- Jednak dobrze, że nie mam kapelusza – uznał, kierując się już w stronę wyznaczonego im stolika. Spalony kapelusz byłby prawdziwą tragedią.
Reem w kwiatkach pewnie smakowałby lepiej, gdyby nie wykład jednej z kobiet, która zdawała się być obeznana w temacie eliksirów, którymi faszerowano te zwierzęta. Blythe musiał przyznać, że dowiedział się sporo, choć niespecjalnie nabrał przez to apetytu. Krzyki kobiety, która wręcz wszczynała awantury o pochodzenie dania, nie działały ani trochę sprzyjająco.


Kostki - dotarcie do stolu: 6
Kostki - danie: 2
*miało być coś jeszcze, ale nie zdążę :c najwyżej edytuję xd
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 35
Skąd : Węgry
Czystość Krwi : 0%
Galeony : 5345
Dodatkowo : opiekun Hufflepuffu
  Liczba postów : 437
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7471-irina-magyar#210102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7483-ira-magyar#210284
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7482-ira-magyar#210282
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7484-ira-magyar#210285




Gracz






PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   Nie Kwi 19 2015, 21:26

Irina wydawała się entuzjastycznie podchodzić do całego pomysłu zorganizowanego bankietu. Stała ramię w ramię obok Archibalda, trzymając się go kurczowo, bo jakby nie patrzeć w windzie panował dość spory tłok, a przynajmniej pewna osoba, która swojego czasu przysporzyła Irinie dość dużo zmartwień, znajdowała się w pomieszczeniu. Kobieta nie ignorowała jej specjalnie. Zadziałała jej podświadomość. Zresztą, kto by się tam przejmował dawnymi znajomymi z kierunku, kiedy obowiązkiem każdej świeżo związanej węzłem małżeńskim żony było coraz głębsze zapoznawanie się z mężem. Właśnie się do niego śmiała, wyraźnie rozbawiona faktem, że fruwający smok spopielił jego włosy, kiedy to samo stało się z jej złocistymi blond lokami. Odruchem przecisnęła się między jakąś parką obok niej, stając naprzeciwko Archibalda, prezentując mu się w całej swojej palącej się okazałości. A paliła się od wielu rzeczy. Wbrew pozorom teraz bardziej z entuzjazmu, kiedy odprowadziła smoka spojrzeniem, wyraźnie dostrzegając w nim pewne podobieństwo do bestii opisywanej w szwedzkich legendach. Miała to niewymowne szczęście, że Pan Blythe bardziej przejmował się rzeczami teraźniejszymi niż przeszłością. Bo w tym konkretnie momencie, zamiast sięgać pamięcią do starych, przeczytanych ksiąg, sięgał swoją uwagą wyłącznie na swoją żonę, którą wyratował z opresji jednym machnięciem różdżki pozbywając się ognia z jej włosów.
Ouuupppsss — Irina dopiero w tym momencie spojrzała na swoje końcówki kosmyków, przejeżdżając po nich dłonią. Z przodu wydawały się odrobinę krótsze niż wcześniej. Zdawało się, że dopiero teraz tak naprawdę zauważyła, że Szwedzki Krótkopyski smoczek bardzo ogniście się z nią przywitał.
Dziękuję — z właściwą sobie wnikliwością zgadła, że to Archibald pozbawił ją zagrożenia. Chwilę później siadła obok niego przy stole, a jej uwagę szybko pochłonęły spożywane potrawy. Do tego stopnia, że pani, która przeszkadzała Archibaldowi w konsumowaniu jego dania, jej nie wadziła wcale. Irina bowiem odkryła tajemniczy składnik reemów. Chwilę po tym, kiedy podniosła wzrok na Archibalda najwyraźniej chcąc się z nim podzielić tą informacją, wydawał się zajęty krzywym spojrzeniem, jakie posyłał swojej potrawie, dlatego nie przeszkadzając mu, zwróciła swoją uwagę ku komuś obok, kim okazała się…
Callisto! — aż wstała od stołu, nie przejmując się konwenansami czy dzielącymi ich kieliszkami. Odsunęła je w naturalnym ruchu, opierając się biodrem o stół przed kobietą, zanim oparła dłoń na stole dokładnie obok rąk kobiety i pochyliła się, żeby smagnąć jej policzek krótkim muśnięciem warg. Raz i drugi, bo chyba tylko Polacy cmokali się po trzykroć. — Wieki czasu minęły, nie sądzisz? — skupiła swój wzrok na jej tęczówkach oczu, wystawiając w jej kierunku dłoń — Zatańczysz? Mamy tyle do obgadania.
Na tyle zależało jej na zbudowaniu intymnej atmosfery do rozmów, że nie wzięła pod uwagę drobnego faktu, że jak dotąd parkiet zajmowały jedynie pary przeciwnej płci. Ale to mogło się szybko zmienić. Nie zapomniała jednak o wymaganej kulturze.
Archibald… — przechyliła głowę na bok, patrząc na niego z boku z pełnym nadziei uśmiechem, jakby chciała swoim spojrzeniem niemo poprosić o jego zgodę. — To moja droga przyjaciółka. Callisto Marquett — z wyraźną lekkością wyrażała się o ich przyjaźni, chociaż ich kontakt urwał się już dobre kilka lat temu. Archibalda nie przedstawiała. Uznała za oczywistość, ze wszyscy znają taką osobistość. Bo widział ktoś bardziej wybitnego czarodzieja od niego? Wyraźnie uznała, ze nazwisko Blythe spływało z ust śmietanki towarzyskiej czarodziei. Cóż się więc dziwić, ze wcale nie oponowała przed przedstawianiem się jako Irina Blythe.

Kostki - dotarcie do stołu: 6
Kostki - danie: 1
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content












PisanieTemat: Re: Magic Trade Center   

Powrót do góry Go down
 

Magic Trade Center

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

 Similar topics

-
» Magic Trade Center
» 1 World Trade Center
» Studio Tatuażu "Magic Tattoo"
» Zaklęcia i uroki
» Brama Trzynasta-Fairy Tail Path Magic

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
londyn
-