IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Stara rezydencja na obrzeżach Londynu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość



avatar

Mieszkaniec Londynu
Rok Nauki : X
Wiek : 22
Skąd : Thurles, Irlandia
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 2879
Dodatkowo : pół-wil, szukający
  Liczba postów : 763
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9116-rience-hargreaves
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9127-rience-owe-relacje
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9130-sowa-rienca
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9128-rience-hargreaves




Gracz






PisanieTemat: Stara rezydencja na obrzeżach Londynu   Pon Lip 28 2014, 11:17


Stara rezydencja na obrzeżach Londynu


Stary, wyglądający na opuszczony, dom zbudowany na prowincji. Od lat nie widziano, aby ktoś w nim przebywał, jednak niektórzy podejrzewają, że po prostu rzucono na niego zaklęcie maskujące, które zawiadamia właściciela o obcych, jeśli tylko zbliżą się do jeziora okalającego posiadłość.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : I
Wiek : 20
Skąd : Francja/Anglia
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 50
  Liczba postów : 80
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11392-jacqueline-laurent
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11394-nie-polubie-cie-jak-powiedziec-prosciej#305556
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11395-dzek-loren#305557
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11455-jacqueline-laurent#307881




Gracz






PisanieTemat: Re: Stara rezydencja na obrzeżach Londynu   Pon Wrz 14 2015, 21:43

Wakacje z każdym dniem zbliżały się nieubłaganie ku końcowi, a Jack Laurent stale odpędzała myśli na temat spędzania dziewięćdziesięciu procent swojego życia z przygłupami. Przecież żadne z nas nie miałoby ochoty na obracanie się w towarzystwie, które Cię nie rozumie. Czasami miała wrażenie, że wyłącznie lustro w jej zakurzonym domu ją rozumie, bo przecież nie matka, egzaltowana artystka, ani ojciec, który dość niedawno odciął ją od pieniążkowego źródełka, a tym bardziej nie jego jasnowłosa zdzira, która do tego doprowadziła. Garstka ludzi wśród których z przyjemnością spędzała czas, była poza zasięgiem, a schodzenie kilka stopni niżej w celu bratania się z plebsem było totalnie nie w jej stylu.
Spacer po uliczkach Londynu, spędziła na bezcelowym włóczeniu się po różnych dziwnych i brudnych zakamarkach, a niektóre z nich nawet przyprawiały ją o dreszcze. Była twardą babką i prawdopodobnie miała większe jaja niż niejeden mężczyzna, ale zagłębianie się w syfiastą, pełną pająków i karaluchów, brukową ulicę jakoś ją niespecjalnie kręciło. Postanowiła więc iść cały czas przed siebie, aż jedna z alejek wyprowadziła ją na ponure obrzeża dużego miasta. Obejrzała się jeszcze do tyłu, ale nie było tam nic wartego uwagi.
Za jakiś czas zza wysokich krzewów wyłoniło się duże jezioro, którego woda mieniła się kolorami szarości i czerni, a upiorny klimat jeszcze bardziej podkreślał dom, który ono otaczało. Brudne, wilgotne deski gdzieniegdzie były połamane albo trzymały się już na ostatnim gwoździu. Wyglądał jakby od jakiś kilkudziesięciu lat nikt go nie zamieszkiwał. Jack słyszała już kiedyś o nim, ale nigdy nie widziała go z bliska. Podobno ktoś tylko rzucił na niego zaklęcie maskujące, ale jakoś nie paliło jej się do tego żeby to sprawdzać. Rozsiadła się za to wygodnie na wilgotnej trawie i wyjęła z niewielkiej, czarnej torebki z frędzlami paczkę Gauloise'ów, które kupiła na początku lata we Francji. Wsadziła sobie papierosa do ust i odpaliła go różdżką. Uwielbiała mugolskie bajery w postaci zapalniczek, ale jeszcze bardziej lubiła robić to za pomocą magii. Wyprostowała teraz nogi i przeciągnęła się lekko, mając pełną świadomość tego, że kiedy wstanie, jej grafitowe, sprane rurki, będą nosiły wielki, mokry ślad na dupie. Przynajmniej miała fajną dupę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : III
Wiek : 24
Skąd : Anglia, Cambridge
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 1292
  Liczba postów : 1621
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5219-casper-villiers
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9145-nowy-poczatek-jest-koncem-czy-jeszcze-nie#256103
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9144-nowa-sowa#256102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7167-casper-villiers#204308




Gracz






PisanieTemat: Re: Stara rezydencja na obrzeżach Londynu   Wto Wrz 15 2015, 13:34

Obecność Caspra Villiersa w Londynie dłużej niż to przeznaczone… Budziła sensację, irytowała tłum, zmuszała do tego, że wodzili za nim wzrokiem nie rzadko znów życząc mu śmierci… Ale teraz informacja dnia; Casper Villiers nie bał się śmierci. Nie bał się, bo skoro ta okradła już go ze wszystkiego co cenne, to nawet i jego życie w tej chwili wydawało mu się tak małowartościowe, że gdyby mu je zabrała… Może nawet powieki by przymknął z nieukrytą radością.
Patrz, umieram i to smakuje dobrze.
Nie miał zielonego pojęcia dlaczego to życie tak pędzi, ani tym bardziej dokąd. Wychodził z kolejnego morderczego treningu godząc się z tym, że gdy zacznie się wrzesień jeszcze będzie miał wakacje, a październik przyniesie ostatni rok studiów, które powinien poświęcić na coś takiego jak rozwój osobisty, by łyknąć jeszcze więcej wiedzy, którą mógłby się chronić od mało rozwiniętych istot. Tak wiele się wydarzyło, tak wiele pogrzebów zmusiło go do tego, by upadł na kolana. W pewnym momencie powierzchnia, na której klęczał była wybrukowana bólem i łzami tych, których zmusił do odniesienia porażki. Bowiem co jeśli przez ten krótki moment zaufałby młodszej siostrze i poświęcił te kilka minut na rozmowę, czy teraz miałby mniej wyrzutów sumienia, co do tego co się z nią stało? Co jeśli potrafiłby odwieść matkę od tego, by zostawiła ojca właśnie tamtego wieczoru… A co jeśli potrafiłby uratować syna przed śmiercią, co jeśli… Wystarczyłoby złożenie ofiary za nich wszystkich?
Te myśli są z nim bardzo blisko, szepcą nocami najgorsze koszmary, bo nie dadzą mu nigdy odpocząć. Villiers przykłada koniec różdżki do ran na nogach i składa siebie do kupy po szybkim prysznicu, kiedy wciąga na siebie luźniejsze ubrania i zaczyna znów podróżować między londyńskimi ulicami, by wysiąść na jakimś wypizdowie. Odczuwa potrzebę biegu, zatracanie się w fizyczności, która i tak go wycieńczyła do cna… Ale czy hartowanie się nie jest jego ostatnią religią?
Zaczyna obracać się wokół własnej osi i teleportuje się w pierwsze miejsce, które trafia na fragment skupienia „celu”. Wylądowuje w tym miejscu, co dziewczyna, która zdołała tu przyjść o własnych siłach. Villiers zauważa ją, prycha pod nosem, bo już go irytuje to, że nawet tu nie wybito jeszcze wszystkich dziewczynek, które wciąż myślały tylko o jednym.
Dwa kroki, trzy kroki… Cztery. Staje dwa metry za nią i ściska różdżkę za plecami. Na razie jednak milczy. Rozpoznaje ją. Wygląda znajomo, pewnie właśnie dlatego decyduje się jednak zebrać głos:
– Nie spodziewałem się, że zobaczę Cię gdzieś indziej niż w moim łóżku. – dobitnie szczery, bezczelny, bo tak… Bo dziewczyna kojarzy mu się z tą, którą ostatnio posuwał w rytmie nocnych dźwięków.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : I
Wiek : 20
Skąd : Francja/Anglia
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 50
  Liczba postów : 80
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11392-jacqueline-laurent
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11394-nie-polubie-cie-jak-powiedziec-prosciej#305556
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11395-dzek-loren#305557
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11455-jacqueline-laurent#307881




Gracz






PisanieTemat: Re: Stara rezydencja na obrzeżach Londynu   Sob Wrz 19 2015, 00:27

Kiedy skończyła palić, wgniotła mocno papierosa w wilgotną trawę, pozwalając mu żeby sam się zgasił. Łaskawa. Wygięła teraz plecy w koci grzbiet, wyciągając powoli dłonie do przodu tak, że zaraz złapała się za końcówki palców i złożyła jak scyzoryk. Nie miała w planach żadnych ćwiczeń, nic z tych rzeczy, zwłaszcza że jeansy nie należały do najwygodniejszego ubioru na tą okazję, jednak delikatne rozciągnięcie zawsze nieco podwyższało poziom endorfin w jej organizmie. Poczuła jak zza chmur promienie słońca próbują się przebić, częściowo padając na jej plecy. Przez chwilę rozlało się na nie przyjemne ciepło, które sprawiło że na chwilę zamieniła się w kotka. W jej przypadku porównanie z tak miłym stworzeniem było niczym obelga. Chyba, że mówimy o takim kocie, który złośliwie sika po kątach i drapie meble. Wtedy do woli możemy go z nią utożsamiać.
Jej problemy z ostatniego czasu nie były blisko spokrewnione ze śmiercią, aczkolwiek i tu pozostawiła po sobie ślad, zabierając jej z życia dziadków. Nigdy nie darzyła ich ciepłymi uczuciami, ani oni jej. Była tylko niechcianym dzieckiem, które przyjęli pod skrzydła tylko, dlatego że nie mieli wyboru.
Jeżeli zastanawiacie się czy może w ogóle istnieć brak miłości do własnego dziecka albo wnuka, to tak. Tak było w jej przypadku, dlatego tym bardziej znienawidziła coroczne wakacyjne wycieczki do Francji. Z drugiej strony nie wiedziała co gorsze. Śmierć ludzi, którzy nic dla niej nie znaczyli, czy pojawienie się wrzodu na dupie jakim była nowa kochanka jej ojca? Zdecydowanie to drugie.
Już teraz była odcięta od funduszy, pod głupawym szantażem. Miała udowodnić, że nie jest nieodpowiedzialną dziewuchą i liczy się dla niej coś poza imprezowaniem i wydawaniem pieniędzy. Jak jednak miała to zrobić skoro taka nie była?
A może była?
Ich problemy były zupełnie różne od siebie, ale wcale nie umniejszało to faktu jak się czuli. Odmiennie, ale tak samo zmęczeni życiem. Może i Casper w tej drugiej kategorii wygrywał, ale nie w jej mniemaniu. Według siebie samej była najnieszczęśliwszym stworzeniem na ziemi i nic miało tego nigdy nie zmienić.
Aby na pewno?
Obróciła się na dźwięk znajomego głosu, ale wcale nie miała zamiaru się podnieść. Na pewno nie z jego powodu. Przyszła tu żeby odpocząć od szumu miasta, brudnych uliczek i irytujących ludzi, a jednak to trzecie jakoś nie chciało jej opuścić. Zmrużyła oczy, mierząc go nienawistnym spojrzeniem. Prychnęła głośno.
- Najpierw musiałbyś w nim zmienić pościel, a ja musiałabym być bezdomna żeby tam wylądowac, a i to nie wiem czy by wystarczyło - odpowiedziała ze złośliwym uśmieszkiem i spojrzała na niego powątpiewająco, taksując go od dołu do góry, jak gdyby rzeczywiście miał jakiś problem z higieną.
Wszak to on posuwał wczoraj kogoś w nocnych rytmach.
- Aż tak Cię do mnie rączki świerzbią, że musiałeś za mną pójść aż w takie gówniane miejsce? - mruknęła pod nosem jakby do siebie. Miejsce wcale nie było najpiękniejsze. Nie było nigdzie malowniczego widoku, a zapach zgnilizny unosił się znad brzegu stawu. Wszędzie panowały kolory brudu i szarości, a nawet zieleń dookoła bardziej przypominała swoją barwą wymiociny. Dom na przeciwległym brzegu wcale tego nie poprawiał. Musiała jednak przyznać, ze było tutaj cicho. Może i on tak samo jak ona potrzebował się wreszcie wyrwać od wszystkich i od wszystkiego? Zostawić na chwilę problemy za sobą albo chociaż przenieść je w miejsce, w którym nikt go nie będzie oceniał?
Przez chwilę nawet jakiś grymas współczucia przemknął jej przez twarz, ale był to moment ułamka sekundy. To przecież Casper Villiers.
Jakby to była wystarczająca odpowiedź.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : III
Wiek : 24
Skąd : Anglia, Cambridge
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 1292
  Liczba postów : 1621
http://czarodzieje.my-rpg.com/t5219-casper-villiers
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9145-nowy-poczatek-jest-koncem-czy-jeszcze-nie#256103
http://czarodzieje.my-rpg.com/t9144-nowa-sowa#256102
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7167-casper-villiers#204308




Gracz






PisanieTemat: Re: Stara rezydencja na obrzeżach Londynu   Sob Wrz 19 2015, 23:42

Papierosy? Skracają życie o dziesięć minut. Ile ich wypalił Casper? Ile z nich trzymał w ustach, kiedy nerwy budziły drżenie całego ciała i słów, które potokiem wulgaryzmów ściśle przytulały się do tych nieszczęśników, którzy weszli mu w drogę. Jak mógł mówić żonie, że jest najgorsza, że metamorfomagią idzie ku pięknu, ale to nie jest prawda... Wtedy stracił prawo, tak? Stracił już tak wiele rzeczy, że był pusty, wypruty z emocji. Z tym, że podobnie jak Jack, ciągle uważał, że to jego ból jest największy, że to jego ból najbardziej kąsa i zadaje najwięcej nigdy niegojących się ran. On umiera, ale umiera tak samo jak każdy z nas. W końcu już nigdy nie przeżyjemy ponownie tego dnia, który był nam dany pod kryptoninem: wczoraj, dziś, przedwczoraj itd. To my, okradani z czasu, z chwil, które moglibyśmy celebrować jako te dobre. Rzadko pocieszamy się tym, że ktoś ma gorzej, dopatrujemy się jednak tej ludzkiej biedy, aby pchać się do ucieczki jeszcze szybciej. Giniemy w czasie... Stajemy się zaszczepionym wirusem, który tylko w teorii ma mieć dobre życie. Tak naprawdę od samego początku już jesteśmy na straconej pozycji. Jak Casper, który osiągnął moment, w którym wydaje się mu, że zdążył poczuć już wszystko, a tym samym dyskwalifikuje go to z prawa do posiadania nadziei, że jeszcze czeka go coś nowego.
Także patrząc na dziewczynę wcale nie dostrzega w niej potencjalnej kochanki. Ale one tego chcą. Chcą, żeby na nie patrzył jak Casper Villiers, nie jak ten młody facet, z którego został już jeden odłamek szkła, bo reszta spadła w nicość. Także Casper Villiers się patrzy, uśmiecha się kpiąco, ukazuje rządek równych zębów i czeka na to, aż ona uwierzy w te podejrzliwe spojrzenie, w słowa zaczepne... W to, że nie trzyma się już go żałoba, ani śmierć... W to, że naprawdę udało mu się wstać, stać się Casprem Villiersem, który właśnie mówi to:
- Moi kumple twierdzą, że nie jesteś zbyt wybredna. Pewnie nawet nie zauważyłabyś zmiany pościeli. Odporna na szczegóły i subtelność. Jesteś Jack, tak? Pamiętam Cię. Wydawało mi się, że mnie okłamujesz i jesteś moim kumplem, który wypił eliksir... A tu proszę. Rodzice faktycznie nazwali Cię jak chłopca. Próbujesz za to nadrabiać pozorami bycia zimną suką? - wyrzucił z siebie robiąc dwa kroki do przodu, aby wyciągnąć ku niej rękę, a żeby pomóc jej wstać. Natomiast jeśli nie przyjęłaby tego gestu... Cóż, szkoda. Ale czy urażona męska duma w ogóle odwiedza tak opuszczone miejsca jak to? Szczerze wątpię.
Większość kobiet wyzbyła się praw rodzicielskich do swojego dziewictwa już w wieku trzynastu lat... A Ty Jack?
- To nie jest tak gówniane miejsce jak sądzisz. - odparł wcale bez urazy, rozejrzał się natomiast niby to mimochodem, jakby faktycznie szukał czegoś, co tu upadło i wiało w ich stronę swoją beznadziejnością. - Poza tym seks z Tobą na bagnie byłby mało satysfakcjonujący. Jakby zastosował podduszanie... I przez błoto nie usłyszałbym, że krzyczysz, a co gorsza nie poczułbym, że robisz się zimna... - prowadził swoje chore, prowokujące refleksje. - To byłoby nawet przykre. Jack Laurent... Zaginiona. - zakpił, bowiem jakiś czas temu to było jego główne pragnienie. Zniknąć pomiędzy kolejnymi spazami rozpaczy, której nie mógł pozwolić nikomu zobaczyć, a właśnie takimi ludźmi jak Jack, którym musiał prezentować Caspra, którego pamiętają.
- Co tam? - zapytał, może nawet z ciekawości, a nie tylko grzeczności. W końcu posiadał też jakieś maniery poza doprowadzeniem kobiet do szczytów i granic... Ale to też zależy dokąd chciałaby iść Jack.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : I
Wiek : 20
Skąd : Francja/Anglia
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 50
  Liczba postów : 80
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11392-jacqueline-laurent
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11394-nie-polubie-cie-jak-powiedziec-prosciej#305556
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11395-dzek-loren#305557
http://czarodzieje.my-rpg.com/t11455-jacqueline-laurent#307881




Gracz






PisanieTemat: Re: Stara rezydencja na obrzeżach Londynu   Pią Wrz 25 2015, 12:16

Życie jej nigdy nie rozpieszczało i mimo, że była jedynaczką, rodzice wcale nie traktowali jej jak tej wyjątkowej. Ich najważniejszej na świecie córki. Egzaltowana matka ze swoją artystyczną duszą i obskurnym mieszkaniem, zawsze widziała ją jakby przez mgłę, czasami w ogóle na moment zapominając, że w ogóle posiada córkę. Jack się przyzwyczaiła. Rodzina ze strony ojca chciała ją 'zatrzymać' wyłącznie, dlatego że mężczyzna nie mógł już mieć dzieci. Taki kaprys od życia. Z jednej strony wbijali jej do głowy, że nosi to dumne nazwisko Laurent, że reprezentuje ich ród, a z drugiej... Była po prostu zwykłym przedłużeniem linii. Wyjątkowo ładnym śladem jaki po sobie zostawił Abelard. Sama nauczyła traktować siebie jak najważniejszą osobę na świecie. Wiedziała, że jest warta więcej niż oni wszyscy i nie miała zamiaru wyrosnąć na zastraszoną dziewuchę z mysim włosem, na jakie wyrastały postawione w tej sytuacji dzieci z innych rodzin. Miała tą siłę, którą potrafiła wykorzystać w najlepszy sposób. Chciała żeby o niej nigdy nie zapomnieli, niezależnie od tego kim w przyszłości zostanie, ale zawsze będzie to Jack Laurent, a nie przykładowo 'ta ładna żona sławnego aurora'.
Przez chwilę patrzyła znowu w stronę opuszczonej rezydencji, zastanawiając się czy naprawdę ktoś tam mieszka, czy po prostu to durne plotki, a dom kryje w sobie jakieś tajemnice, które czekają aż wreszcie ktoś je odkryje? No własnie, dlaczego nikt jeszcze tego nie zrobił? Jack chętnie by to sprawdziła. Napełniłaby płuca zapachem stęchłego powietrza i zmurszałych desek. Może znalazłaby tam jakieś skarby, starą biżuterię, fotografie? Lubiła odkrywać cudze historie, dawno pogrzebane przez czas. Wśród nich często roiło się od skandali i tajemnic, które nigdy nie miały ujrzeć światła dziennego. Przyjemnie było myśleć o sobie w roli detektywa.
- Twoi kumple muszą być wyjątkowymi przygłupami co? - spojrzała na niego z uniesioną brwią. Zignorowała gdybanie na temat pościeli. Nienawidziła brudu. Zdecydowanie zauważyłaby gdyby jej nie zmienił, ale z drugiej strony, czemu miałaby to spostrzec skoro nigdy jej wcześniej nie oglądała? Jakoś nie przejęła się zbytnio faktem, że jacyś durni chłopcy mówili o niej coś za plecami. Nieważne co, ważne żeby mówiono, prawda?
Z drugiej strony była wręcz pewna, że to tylko tani chwyt, wyłącznie po to żeby ją zdenerwować. No cóż, jak widać nietrafiony.
- Oh łał, pamiętasz? Ja też, z tak idiotycznymi podejrzeniami w życiu się nie spotkałam, ale w sumie to było zabawne - wzruszyła ramionami. Nie podobało jej się to ani trochę, ale rzeczywiście jakby się nad tym zastanowić cała ta sytuacja wydawała się absurdalnie śmieszna.
- Właściwie to gdybyś był sprytniejszy, zorientowałbyś się, że Jack to skrót. Od Jacqueline. Nie lubię tego imienia. Wolę Jack. Podoba mi się, że brzmi męsko - wyjaśniła, unosząc delikatnie kąciki ust w czymś co miało przypominać uśmiech, ale bardziej wyglądało jakby miała na niego zaraz zwymiotować. Lepiej wychodziło jej wieczne niezadowolenie z życia.
Nie przepadała za kobietami. W większości jawiły jej się na niezbyt bystre i totalnie niewarte uwagi. Zdecydowanie bardziej wolała przebywać z mężczyznami. To stąd jej niechęć do imienia. Nie zamierzała jednak mu tego dalej tłumaczyć, bo wiedziała że będzie się to wiązało z dalszą dyskusją, która kompletnie nie miała sensu.
Złapała jego rękę i gładko uniosła się z ziemi. Wcale nie była urażona. To był tylko Casper Villiers. Mimo, że nie znali się zbyt dobrze, cała szkoła huczała od plotek, więc miała okazję przyswoić trochę informacji na jego temat. Nie żeby ją to cokolwiek obchodziło.
W ostatnim czasie w jego życiu wydarzyło się dużo złego. To też przyjęła do wiadomości. Wcale mu jednak nie współczuła. Miała większe problemy na głowie niż zajmowanie się empatią wobec innych. Nie miała zamiaru się dopytywać szczegółów. Może wtedy zaczęłaby przyswajać jakieś emocje, a to nie było wskazane.
- Może masz rację - wzruszyła znowu ramionami i znowu spojrzała w stronę rezydencji. - W zasadzie to ciekawa jestem co tam jest w rzeczywistości - zwierzyła mu się, kiwając podbródkiem w stronę zniszczonej czasem posiadłości. Nie żeby go to interesowało albo chciała z nim na ten temat prowadzić dysputę, ale skoro już tu jest i rozmawiają, mogła się podzielić swoimi luźnymi przemyśleniami.
Zupełnie tak samo jak on, prowadząc dywagacje na temat seksu w błocie i jej przypadkowej śmierci.
Ałć.
- Zawsze taki byłeś ?- skwitowała jego wypowiedź. Naprawdę zastanawiało ją to czy serio ma coś nie tak z głową. Poczuła się trochę nieswojo. Może nawet zaczeła obawiać się o swoje bezpieczeństwo? Nie. Intuicja jej podpowiadała, że jakkolwiek wydawałby się ogromnym psycholem, nie posunąłby się do czegoś takiego. Chyba życie go nie oszczędzało.
Jej też nie.
- Nic wartego uwagi, próbowałam wyrwać się od tłumu debili, przyprawiających mnie o alergię, ale patrz. Wysypka - wskazała mu trzy maleńkie krostki na nadgarstku. Skutek otarcia się o jakąś nieprzyjemną roślinkę, a nie uczulenia które rzekomo u niej wywołał, ale były ciekawym rekwizytem.
- A co u Ciebie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 21
Skąd : Sztokholm, Szwecja
Czystość Krwi : 100%
Galeony : 5090
Dodatkowo : Wężoustość, legilimencja i oklumencja
  Liczba postów : 2682
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7093-rasheed-sharker
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7094-rekinowe-relacje
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7096-rasheed-sharker
http://czarodzieje.my-rpg.com/t7190-rasheed-sharker




Gracz






PisanieTemat: Re: Stara rezydencja na obrzeżach Londynu   Pon Sie 15 2016, 22:48

Kilka długich tygodni temu, gdy rok szkolny miewał się ku końcowi, Rasheed miał wyjątkowo pracowite popołudnie. Tysiące kroków, jakie postawił w ciągu kilku następujących po sobie dni, miało dać mu nie tylko odpowiedzi, ale wystarczający zastrzyk koncentracji, aby wyzwolić w sobie to coś, czego brakowało mu od wielu miesięcy. Zrozumienie. Do czego to służy i czymże tak naprawdę jest? Wątpliwości otaczały go coraz szczelniej, niczym ciemne chmury w jesienne, coraz krótsze, ale przez to wcale nie mniej ponure dni. Z dnia na dzień coraz silniej poddawał się depresyjnej władzy, jaką roztaczał nad nim artefakt, a z jakiej nie do końca zdawał sobie sprawę. Marzył o tym, aby wreszcie móc zadziałać tym cholerstwem w sposób zadowalający jego samego na tyle, by wreszcie pokazać je Cyrusowi. Sądził, że kto jak kto, ale akurat Lynford mógłby mu coś powiedzieć o tajemniczym monoklu. Cała ta ceremonia wtajemniczenia i rozdawanie prezentów tuż po dołączeniu były wystarczająco jasnym sygnałem, ale to wcale nie musiało oznaczać, że Amerykanin wie jak zmusić jego zabawkę do współpracy. Ba, Sharker sam chciałby rozgryźć tę zagadkę, najlepiej bez niczyjej pomocy. Tyle, że Ślizgoni nierzadko byli znani z tego, że jeśli można było pójść na łatwiznę to w sumie czemu by nie skorzystać? Ambicja zdawała się przerastać jego możliwości aż do tego popołudnia. Walczył ze swoim artefaktem tak długo, aż wreszcie dogłębnie rozpoznał jego właściwości, a przynajmniej tak uważał w obliczu miesięcy pełnych zupełnego braku postępów. Gdy siedział na trawie, nad jeziorem w pobliżu starej rezydencji, miał wrażenie, że zrozumiał mechanizm, wykształcając wreszcie pewną metodę na faktyczne spoglądanie przez monokl. Widział wnętrze domu przed sobą, czy tak naprawdę mu się zdawało? Może to wyobraźnia płatała mu figle? Tyle, że to nie było ostatnie popołudnie jakie tutaj spędził. Regularnie wracał w te okolice, walczył z magią pętającą mu wzrok, aż ostatecznie był pewien, że to co widział nie było jedynie iluzją. Spoglądał na swoje dłonie i potrafił dostrzec krew pulsującą w naczyniach krwionośnych czy nawet samą skórę. Odnalazł znajome gwiazdy na ramionach, kiedy przecież okrywał je materiał, wyjątkowo modnej w tym sezonie, koszuli. Tyle, że pozyskane odpowiedzi łączyły się także z kolejną falą wątpliwości, pogłębianych przez krnąbrność artefaktu. Dlaczego mógł zdjąć go z oczu i dalej widzieć własne kości? Magia wpływała na jego wzrok wystarczająco silnie, by wątpił w prawdziwość swoich spostrzeżeń. Sukcesy nigdy nie bywały odosobnione, wszak zawsze towarzyszy im odrobinka goryczy. Czy uda mu się jej pozbyć w ciągu następnych tygodni, zabijając je kolejną falą słodkiego zwycięstwa? To się okaże.

1

[zt]

______________________

Sorrow   I love your beautiful anger
* YOU ARE MY LIGHT * EVERYTHING MY HEART DESIRES * SHOW ME YOUR BEAUTIFUL ANGER * SORROW, KEEPING ME SANE * YOU TURN MY NIGHTS INTO DAYS *


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : I
Wiek : 20
Skąd : Nowy Jork
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 1070
  Liczba postów : 244
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12210-caroline-carrier
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12220-caroline#326545
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12221-sowa-caroline#326546
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12222-caroline-carrier#326548




Gracz






PisanieTemat: Re: Stara rezydencja na obrzeżach Londynu   Pon Sie 29 2016, 17:42

Caroline została uwikłana w eleganckie przyjęcie u znajomych jej rodziców. Ogólnie lubiła takie imprezy ale na tą pewnie nawet by nie przyszła gdyby nie miała w okolicy naglącej sprawy. Przed wejściem do środka jak zwykle kontrolnie poprawiła luźno upięte włosy i sukienkę. Dziś była chodzącą elegancją i nawet poruszała się tak lekko jakby lewitowała nad ziemią. Kiedy tylko wkroczyła do salonu od razu otoczyło ją trzech mężczyzn wypytując o interesy z jej ojcem, o których nie miała bladego pojęcia. Na szczęście kilka wymijających odpowiedzi i urok osobisty blondynki wystarczyły by myśleli, że wie o czym mówi i dali jej święty spokój. Caro niezwłocznie zrobiła kilka okrążeń po salonie żeby utrwalić się w pamięci wszystkich obecnych i żeby nikt nie miał wątpliwości, że tu była. Alibi było jej teraz bardzo potrzebne. Na każdym kroku zamieniała parę słów ze znajomymi i co i róż zabierała od kelnerów nowy kieliszek z szampanem. I w końcu nadszedł długo wyczekiwany przez dziewczynę moment - tańce! Korzystając z zamieszania blondynka rozejrzała się czy nikt jej przypadkiem nie obserwuje i szybko wymknęła się z rezydencji. Zaczęła z trudem przeprawiać się przez wodę otaczającą dom i zniknęła w lasku obok. Cały czas dzielnie szła przed siebie nie bacząc na zabrudzoną sukienkę ani na buty, których pewnie już nigdy nie założy. Po kilkunastu minutach ciężkiej przeprawy w końcu dotarła do celu - pozostałości po domu bardzo potężnego czarodzieja. Plotek na ten temat krążyło wiele ale tylko nieliczni znali całą prawdę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : IX
Wiek : 20
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 243
  Liczba postów : 89
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13293-levi-carvey
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13296
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13298-jokers-joke
http://czarodzieje.my-rpg.com/t15000-levi-carvey#399214




Gracz






PisanieTemat: Re: Stara rezydencja na obrzeżach Londynu   Sro Wrz 07 2016, 00:30

Ugh, przyjęcia.
Nie dość, że trzeba wbić się w niewygodny garnitur z żabotem - co przeszkadzało mu najmniej, ponieważ wyglądał niczym Kapral Levi z jego ulubionego anime - to jeszcze ludzie. W sumie cały tłum ludzi, którzy napierają na niego z każdej strony i wypytują o rzeczy na których kompletnie się nie zna. Jakoś niezbyt interesował się biznesem wuja, który właśnie wplątał biednego Levia w to towarzyskie spotkanie. Spojrzał w lustro - Harley na jego widok zapewne wybuchnęłaby śmiechem - chwila, stop. Tego wieczoru, nie myśl o niej.
Co będzie cholernie trudne.
Po wysłuchaniu wszystkich nakazów i zakazów Chrisa, wtopił się w tłum. Najlepiej się nie wyróżniać. Porozmawiał z kilkoma osobami, wypił kilka kieliszków szampana, głównie z grzeczności. Acz jego wzrok niemalże od razu przykuła pewna blondynka. Ubrana w długą elegancką suknię, zdawała się olśniewać całą swoją osobą. Tajemnicza dziewczyna minęła go raz czy dwa. Oj Levi, gdybyś ty tylko wiedział w co się pakujesz... W pewnym momencie dostrzegł w lustrze, że nieznajoma się wymyka. Wiedziony ciekawością postanowił za nią pójść, uprzednio informując opiekuna o wyjściu i upewnieniu, że niedługo wróci.Szedł kilka kroków za nią, starając się nie rzucać w oczy. Zastanawiał się tylko, co zamierza... Przecież ta droga prowadzi do.... Co za idiotka. Czy ona naprawdę chciała iść do starej rezydencji? Tej opuszczonej, podobno nawiedzonej, rudery? Parsknął śmiechem, rozglądając się nerwowo. Chyba go nie usłyszała... Mimo wszystko szedł za nią, czekając na rozwój wydarzeń. Opuszczony dom już lekko majaczył na horyzoncie, przez co przez Carvey'a przeszedł dreszcz. Wygląda jeszcze groźniej niż w opowieściach. Tylko... Co taką młodą czarownicę przywiodło do tej ruiny?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Slytherin
Rok Nauki : I
Wiek : 20
Skąd : Nowy Jork
Czystość Krwi : 90%
Galeony : 1070
  Liczba postów : 244
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12210-caroline-carrier
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12220-caroline#326545
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12221-sowa-caroline#326546
http://czarodzieje.my-rpg.com/t12222-caroline-carrier#326548




Gracz






PisanieTemat: Re: Stara rezydencja na obrzeżach Londynu   Sro Wrz 07 2016, 15:54

Zazwyczaj panna Carrier nie uciekała tak szybko z przyjęć bo generalnie to je lubiła. Jeśli były tylko dla wybranych, organizowane przez wpływowych ludzi z dziwnymi upodobaniami i uzależnieniem od dobrej zabawy. Drinki doprawiane eliksirem otwartych zmysłów, afrodyzjaki na przekąski, hedonizm i rozpusta – to były składniki udanego przyjęcia, a nie sztywne kręcenie się po pomieszczeniu i rozmowy o interesach. Ewentualnie jeszcze bale maskowe miały dla niej jakikolwiek sens bo były owiane nutką tajemniczości, którą blondynka bardzo lubiła. A tutaj? Była tylko trofeum do zdobycia, zachęcającym obrzydliwie bogatych facetów do współpracy z jej ojcem. Po cichu brzydziła się tym i w sumie to dobrze bo przynajmniej nie miała wyrzutów sumienia, że szybko się ulotniła. Musiała sprawdzić trop dyrektora jej poprzedniej szkoły. Próbowała go wyśledzić odkąd pojawiła się plotka, że ktoś widział go w Zakazanym Lesie. Męczyła się z tym już od kilku miesięcy i za każdym razem kiedy była blisko trop się nagle urywał ale ona czuła, że McGill jest blisko. Obserwował członków bractwa i czuwał nad nimi ale po co? Blondynka miała do niego milion pytań. Odpowiedzi mogły uczynić ją najpotężniejszą studentką w Hogwarcie i z pewnością byłyby pomocne w prowadzeniu Wands&Skulls, nad którym niestety musiała przejąć dowodzenie po zniknięciu Cyrusa. A chciała zrobić to tak, jak należy. Nie tak jak Julius, który nic tak właściwie nie robił aby się rozwijali, ani tak jak Cyrus, który tylko narzekał, że Julek nic nie zrobił, a sam jedynie przyjął kilku nowych członków. Blondynka miała aspirację żeby prowadzić ich ku potędze i podbojowi Europy. Ale wszystko po kolei.
Niewiele myśląc wkroczyła na teren rozpadającego się budynku. Drzwi były czymś zablokowane więc nie patyczkując się otworzyła je z buta. Jednak opłaciły się te wszystkie godziny ćwiczeń. Kiedy weszła wyczarowała sobie kulę światła za pomocą Lumos Spharea i zaczęła eksplorować wszystkie pokoje po kolei, zaczynając od pierwszego piętra. I już myślała, że wpadła na coś istotnego kiedy poczuła uderzenie w tył głowy. Potem zasłonięto jej oczy i zaczęto ciągnąć. Próbowała się wyrywać ale to niewiele dawało kiedy nawet nie widziała ilu jest napastników i gdzie celować czarnomagicznymi zaklęciami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora


Sponsored content












PisanieTemat: Re: Stara rezydencja na obrzeżach Londynu   

Powrót do góry Go down
 

Stara rezydencja na obrzeżach Londynu

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» Wesołe Miasteczko na obrzeżach Londynu
» Stara latarnia morska
» Stara, pusta klasa
» Piwnice (z ukrytymi, starymi zapasami win)
» Diana Potter- Londyn, Grimmauld Place 12

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
londyn
 :: 
za Londynem
-