IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | .
 

 Mniejsza izba przyjęć

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość



avatar

Nauczyciel
Rok Nauki : I
Wiek : 21
Skąd : czarodziejska wioska Frihet, Szwecja
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 734
Dodatkowo : pałkarz
  Liczba postów : 554
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8096-leonardo-taylor-bjorkson
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8122-chodz-do-leosia
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8123-sowka-leosia#225778
http://czarodzieje.my-rpg.com/t8124-leonardo-taylor-bjorkson#225780




Gracz






PisanieTemat: Mniejsza izba przyjęć   Czw Sie 21 2014, 14:44

First topic message reminder :


Mniejsza izba przyjec


Miejsce, do którego trafiają poszkodowani. Jednocześnie jest to jedno z miejsc, w którym odbywają się praktyki, staże i kursy na pracowników szpitalu świętego Munga. Jeśli nie masz ochoty użerać się z nowicjuszami, zdecydowanie powinieneś udać się na główną izbę przyjęć.


Ostatnio zmieniony przez Leonardo Taylor Björkson dnia Czw Sie 21 2014, 15:08, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość



avatar

Nauczyciel
Wiek : 25
Skąd : Marsylia, Francja
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 131
  Liczba postów : 107
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13629-josephine-leblanc
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13636-jose-zaprasza#362908
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13635-sowka-josephine-leblanc#362907
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13634-josephine-leblanc#362906




Gracz






PisanieTemat: Re: Mniejsza izba przyjęć   Wto Lis 15 2016, 15:04

Staż /post pierwszy/
kostki: 5, 5

Kto by pomyślał, że po koszmarze jaki przeżyła na kursie tak chętnie tu powróci? Tym razem wiedziała czego się spodziewać, co robić i jak reagować w stresowych sytuacjach - trochę się podszkoliła w tej kwestii w ostatnim czasie. Kurs szedł jej całkiem dobrze, dopóki nie usłyszała dziwnych plotek skierowanych pod jej adresem. Pupilek szefa? Bez przesady. Nie wiedziała czym spowodowane było takie traktowanie i dlaczego dostała premię, skoro nawet nie starała się być miła. Pokazywała charakterek, będąc cyniczną z uśmiechem na ustach. Wbrew pozorom nie wchodziła nikomu w tyłek, robiąc tylko to, co należało do jej obowiązków.
Sam staż był w porządku. Jose doszła do wniosku, że jest spokojniej niż podczas trzech tygodni kursu, podczas którego przez szpital przeszło apogeum w postaci rozwrzeszczanych bachorów, rodziców i zwierząt. Ze swoimi współpracownikami dogadywała się, ale tylko na poziomie partner-w-pracy. Nic poza tym. I nie robiło to na niej specjalnego wrażenia, bo planowała wrócić do tego szpitala dopiero za kilka lat. Z hukiem, obejmując najlepszą posadę jaką sobie wymarzy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 25
Skąd : Marsylia, Francja
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 131
  Liczba postów : 107
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13629-josephine-leblanc
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13636-jose-zaprasza#362908
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13635-sowka-josephine-leblanc#362907
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13634-josephine-leblanc#362906




Gracz






PisanieTemat: Re: Mniejsza izba przyjęć   Wto Lis 29 2016, 13:37

Staż /post drugi/
kostki: 3, 4

Stażyści nie mieli prostego życia, bo zazwyczaj wykonywali najgorsze prace, których nikt inny nie chciał się podjąć. Oni z kolei nie mieli prawa pisnąć słowem. Tego dnia nie czuła się najlepiej, bolał ją żołądek i chciała umrzeć, jednak pod koniec zmiany została zawołana do wspólnego pokoju medyków.
- Co się zepsuło? - z wielkimi oczętami wpatrywała się w swojego opiekuna nie bardzo rozumiejąc co do niej mówi. Ekspres do kawy? No tak, tragedia się stała. Zepsute kociołki, porozbijane fiolki były mniej ważne od KAWY. Nikt nie widział jak sobie poradzić z urządzeniem, które koniec końców albo wymagało wyczyszczenia albo zwyczajnego walnięcia, dlatego Josephine najpierw pobawiła się w rzucanie kilku zaklęć, które nic nie dały, potem faktycznie myślała, że wystarczy go wyczyścić a kiedy nie wiedziała co robić, po prostu... uderzyła je pięścią.
I to jakimś cudem pomogło. Zadowolona, że w końcu może iść do domu wybiegła z pomieszczenia, jednak nim wyszła ze szpitala szef poinformował ją, że dostaje premię. Za naprawdę ekspresu? No, ona się cieszyła. Kawa to życie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Doliny
Wiek : 33
Skąd : Dolina Godryka
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 601
  Liczba postów : 109
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13706-dionysius-jayden-shercliffe#364033
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13715-bajorko#364106
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13714-eissen-iv-waleczna#364104
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13712-dionysius-jayden-shercliffe#364097




Gracz






PisanieTemat: Re: Mniejsza izba przyjęć   Sro Lis 30 2016, 00:17

Staż - uzdrowiciel - etap I
kostki: 5 i 2
(w wieku 22 lat, 2006)

Podejście szefa już od początku wydawało się Nessiemu podejrzane. Odwzajemniał jego uśmiechy bez cienia zawahania, zastanawiając się tylko, skąd ta sympatia. Nie narzekał. Dobre kontakty z przełożonym z pewnością nie mogły mu zaszko... właściwie to mogły mu zaszkodzić i dokładnie w tę stronę wszystko poszło. Pierwsze dwa dni były niewinne i szły zbyt gładko. Górka ukazała się na horyzoncie trzeciego dnia, kiedy koledzy zaczęli szeptać za plecami. Że omamił szefa. Że jest niedorobiony. Zyskał przydomek "Pani Niezdara". Teoretycznie - słusznie, bo wszystko leciało mu z rąk. W praktyce - coś mu nie grało. Poruszał się przecież sprawnie, zlecane zadania także nie sprawiały mu większego problemu, ale siła wyższa wytrącała i wyrywała mu przedmioty z rąk. Raz nawet szklany dzban rozbił się o ścianę, kiedy potknął się o nieistniejący próg. Był oazą spokoju, nawet kiedy okazało się, że ktoś zawistnie dręczył go przez ten cały czas zaklęciami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Doliny
Wiek : 33
Skąd : Dolina Godryka
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 601
  Liczba postów : 109
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13706-dionysius-jayden-shercliffe#364033
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13715-bajorko#364106
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13714-eissen-iv-waleczna#364104
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13712-dionysius-jayden-shercliffe#364097




Gracz






PisanieTemat: Re: Mniejsza izba przyjęć   Sro Lis 30 2016, 01:04

Kurs - asystent uzdrowiciela
kostki: I - 5, 2, 1; II - 5; III - 4, 2
(w wieku 22 lat, 2006)

etap I
Świat stał przed nim otworem, wystarczyło wkroczyć w niego dumnie i pokazać swoje umiejętności! Szkoda, że każdemu zdarza się zapomnieć. Szkiele-wzro, podstawa podstaw, którą przecież znał tak dobrze, wyleciała mu z głowy. Zawiesił się i obserwował kociołek, w myślach przewijając składniki, ale żaden nie wydawał się odpowiedni. Cholerne urazy pozaklęciowe. Wertował myśli bez końca, czasem zrywając się do losowej ingrediencji, ale rezygnował w ostatniej chwili, uznając, że to jednak nie to. Swoje niedopatrzenie skwitował tylko prawie bezgłośnym westchnięciem i zaciśnięciem szczęki. Nie był wściekły. Uśmiechał się nawet lekko, na odchodnym mając ochotę rzucić jakiś żarcik o oczach żuka i już prawie wypowiedział pierwsze sylaby, odszedłszy trzy kroki od stanowiska, kiedy coś zaczęło trybić i oczy żuka rozwinęły się w całą recepturę. Jeszcze nigdy nie przygotował eliksiru w takim tempie. Sówka została ocalona, a sumienie czyste.

etap II
Dzban przedstawiał się nieciekawie, ale gdy Nessie usłyszał, jakie jest zadanie, nie martwił się absolutnie niczym. Jedyne, co mogło nie pójść, to zaklęcie, choć szczerze wątpił w związane z nim trudności - był to naprawdę podstawowy czar. Ważniejszy był sam pufek i brodawkolep w naczyniu, a o tych Shercliffe mógł w międzyczasie wyrecytować mały monolog. Darował sobie, oczywiście, bo nie był przemądrzałym gnojkiem, skupiając się na drugim etapie kursu. Rękawica ze smoczej skóry była oczywistym i jedynym słusznym wyborem, dlatego chwycił ją i wydostał pufka z tego strasznego więzienia, oszczędzając swoim zgrabnym dłoniom kontaktu ze złośliwą substancją. Vulnus Alere okazało się sprawne, więc stworzenie, jak i poprzednia sówka, zostało wybawione z opresji. Ukłoniwszy się teatralnie opuścił salę.

etap III
Z taką dziczą nie spotkał się nawet wśród najdzikszych zwierząt rezerwatu Shercliffe'ów. Rozkojarzenie przyszło momentalnie, kiedy brnął przez tłum wrzeszczących ludzi. A sądził, że to dzieci są głównymi sprawcami tych przeraźliwych dźwięków - kiedy to rodzice przekrzykiwali się, zadając mu masę pytań. Zirytował się lekko i nawet, o dziwo, spoważniał, dzięki czemu udało mu się opanować wstępny stres. Odchrząknął znacząco, rozsiewając trochę zimnej aury, ze stoickim spokojem kazał wszystkim usiąść i zajął się jedynym dzieciakiem, który nie zareagował na zmianę podejścia. Pstryknął mu przed nosem palcami, uśmiechnął się łagodnie, przekonał do zachowania względnego spokoju i ocenił, na co może być chory. Stres 0 : 1 Shercliffe.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Doliny
Wiek : 33
Skąd : Dolina Godryka
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 601
  Liczba postów : 109
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13706-dionysius-jayden-shercliffe#364033
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13715-bajorko#364106
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13714-eissen-iv-waleczna#364104
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13712-dionysius-jayden-shercliffe#364097




Gracz






PisanieTemat: Re: Mniejsza izba przyjęć   Sro Lis 30 2016, 02:00

Kurs - uzdrowiciel
kostki: I - 5; II - 1; III - 4; IV - 2; V - 5; test - 11 (4, 4, 3)
(Berlin, w wieku 25 lat, 2009)

etap I
Obserwował pacjenta krótką chwilę, mrużąc oczy. Na pierwszy rzut oka było widać, że miał starcie z eliksirem, ale dopiero po dokładniejszym przyjrzeniu się obrażeniom, Dionysius wyłapał, jaki konkretnie był to wywar. Oszacował nawet, jakie składniki zostały źle dobrane, powodując eksplozję. Nie zastanawiając się długo, podał konkretne czary, mające poprawić sytuację nieszczęśnika, jako że pod ręką nie mieli żadnych składników do uwarzenia wywaru - zresztą szkoda było na to czasu.
Cholerne zaklęcia, z nimi zawsze było coś nie tak. Podejście i sposób myślenia miał dobre. Intencje, jak zawsze, także, ale to wciąż było za mało. Ręka lekko mu zadrżała - wystarczająco, aby wzmocnić krwotok i zmusić uzdrowiciela do interwencji. Syknął krótko, rozczarowany własną nieuwagą, a raczej niepewnością, jako że w eliksirach wciąż czuł się pewniej, ale uzdrowiciel, bazując na wiedzy i znajomości sposobu, pozwolił mu przejść dalej po odbyciu dodatkowych praktyk.

etap II
Potworny. Ból. Głowy.
Tak opisałby drugi etap kursu - etap, na który najbardziej czekał i który rzekomo miał pójść najlepiej ze wszystkich, bo przecież na ten oddział próbował się dostać. Nie zdążył pomóc sobie z bólem głowy, a krzyki pacjenta nie pomagały mu w najmniejszym stopniu. Przymknął oczy i starał się dotrzeć do mężczyzny słowami, tłumacząc mu, że jest we właściwym miejscu i naprawdę nie ma po co się drzeć, bo zaraz mu wszystko ładnie poskładają, śladu nie będzie, żona go pozna, a ojciec pogratuluje odwagi. Tryb nadmiernego żartu został uaktywniony i uśmiech na twarzy Dio niekoniecznie działał na jego korzyść. Kiedy pacjent wciąż wydzierał z siebie piekielne dźwięki, a uzdrowiciel obserwował naszego kursanta i kręcił głową z powątpiewaniem, Shercliffe wziął się do roboty. Zgodnie z poleceniem (JAKBY SAM NIE WIEDZIAŁ DO JASNEJ CHOLERY) uśmierzył ból, a potem, już bez poleceń, wykonał serię sprawnych (aż sam był zaskoczony) zaklęć. Naprawił swoją sytuację i przeszedł dalej, szybko opuszczając salę i marząc o tym, aby uśmierzyć ten potworny ból. Wrzaski jeszcze tliły mu się w głowie, tworząc potworne echo.

etap III
Zakażenia dosyć solidnie przerobił już w czasie asystowania uzdrowicielom i zdarzało mu się oceniać je trafniej niż oni sami, mimo tego, że nie było to jego główną broszką. Z Groszopryszczką także miał do czynienia, nie mówiąc o urazach spowodowanych eliksirami, których w pewnym momencie mieli prawdziwy wysyp. Odróżnił urazy bardzo szybko. Do pacjenta podszedł z typową sobie bezpośredniością i spokojem, wykładając najpotrzebniejsze znane informacje i sposoby, zduszając początkową panikę w zarodku. Zakażony był zainteresowany faktami i dziękował szczerze za pomoc, nazywając ją fachową i konkretną. Co lepszego mógł powiedzieć przed doświadczonym uzdrowicielem, kontrolującym Shercliffe'a? Magiczny flet, który dostał mu się w podziękowaniu, był uprzejmym upominkiem, ale Shercliffe wahał się, czy powinien go przyjąć. Z drugiej strony - czemu nie?

etap IV
Czwarty etap był idealnym przykładem niedoinformowania i braku pomyślunku pacjenta. Z Langustnikami Shercliffe oczywiście miał do czynienia, dlatego od razu zaczął informować mężczyznę o samym stworzeniu. Wiedział sporo, włącznie ze sposobami radzenia sobie z zatruciem mięsem tego stworzenia, dlatego w trakcie opowiadania zaczął przygotowywać antidotum. Pacjent zdawał się być dosyć spokojny, kiedy Nessie skonfrontował go z fachową wiedzą, nie bał się przyjąć eliksiru, a uzdrowiciel docenił powodzenie, z entuzjazmem pozwalając na przejście do kolejnego etapu.

etap V
Ostatni etap przed testem także wypadł dobrze. Szybkie rozpoznanie zaklęcia, jakim potraktowano pacjenta, dało Dionysiusowi sporo motywacji. Dobrze znał eliksir, którego wypadało użyć, aby ulżyć biedakowi. Poszperał chwilę po szafkach i nie czekając na zgodę uzdrowiciela, podał wywar mężczyźnie. Na efekty trzeba było poczekać niedługi moment, ale jak się okazało - wszystko poszło dobrze, wszyscy byli szczęśliwi, bohater został dopuszczony do testu. Precz z biegunką, moi drodzy.

test
Zaliczony. Konkretniej ujmując, po godzinnej przeprawie przez zlepek pytań w sali wypełnionej tykaniem zegara, na teście pojawił się zbawienny tekst "test zaliczony pozytywnie". Tym samym zaliczył kurs i mógł zostać pełnoprawnym uzdrowicielem. Krew, kości, bebechy na wierzchu - wszystko czekało w swej cudownej postaci, rozkładzie i w otoczce ropy. Entuzjazm niesamowity, kamień z serca. I wreszcie chwila między kursem a pracą, kiedy mógł się wyspać. Do dziś to pamięta, daję słowo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Doliny
Wiek : 33
Skąd : Dolina Godryka
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 601
  Liczba postów : 109
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13706-dionysius-jayden-shercliffe#364033
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13715-bajorko#364106
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13714-eissen-iv-waleczna#364104
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13712-dionysius-jayden-shercliffe#364097




Gracz






PisanieTemat: Re: Mniejsza izba przyjęć   Sro Gru 07 2016, 13:16

Staż - uzdrowiciel - etap II
kostka: 4
(w wieku 22 lat, 2006)

Nie miał pojęcia, czy przez współpracowników przemawiała zazdrość, czy po prostu ogólne spierdolenie. Po kilku dniach dowiedział się bowiem, że się leni i nie wykonuje swoich obowiązków tak, jak powinien. Choć zazwyczaj był oazą spokoju, miarka się przebrała. Rozumiał, że można go nie lubić i ścierał się z tym przez ostatnie dni, ale bycie ograniczonym do tego stopnia, aby wrabiać tych, którzy faktycznie się starali, przekraczało granicę. Przez dwa dni chodził wściekły, nie starając się nawet zachowywać uprzejmie wobec szefa. Uwierzył im, nie sprawdzając sytuacji, co także nie świadczyło o nim dobrze. Po dwóch dniach jednak, kiedy emocje nieco opadły, wrócił do swojego typowego zachowania, rozsiewając wokół pozytywną energię, świadomy tego, jak irytował resztę. Włączył mu się tryb rywalizacji, a zostawanie po godzinach umożliwiało mu w tej rywalizacji przewagę. Subtelnie zaaranżowane żarciki i docinki poprawiały mu humor, dlatego jakoś przetrwał te jedenaście dni nadgodzin. Co nie znaczy, że zapomniał, kto mu się naraził.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Nauczyciel
Wiek : 25
Skąd : Marsylia, Francja
Czystość Krwi : 75%
Galeony : 131
  Liczba postów : 107
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13629-josephine-leblanc
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13636-jose-zaprasza#362908
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13635-sowka-josephine-leblanc#362907
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13634-josephine-leblanc#362906




Gracz






PisanieTemat: Re: Mniejsza izba przyjęć   Pią Gru 09 2016, 12:23

Staż /post trzeci/
kostki: 1, 3, kolejny rzut: 5

Miała wrażenie, że w tej instytucji nikt nie pracuje na poważnie. Jakiś czas temu naprawiała magiczny ekspres do kawy, który w magiczny sposób się zepsuł, z kolei ona w zupełnie niemagiczny sposób go naprawiła, a teraz kot... no po co komu był kot w szpitalu? Wysłuchała szybkich wyjaśnień jednej z pielęgniarek, która lubiła szefa w taki sposób, w jaki nie powinna, a potem wzruszyła ramionami, wracając do swoich obowiązków. Coś jednak nie dawało jej spokoju. Zwierzaka szukała połowa personelu i nikt nie był w stanie go znaleźć? Uznała, że poświęci się i też pomoże. Było to z pewnością lepsze zajęcie niż wypełnianie kolejnych papierów czy wycieranie kolejnych glutów z nosu niemowlęcia.
- Kici, kici, Maniuś... - zawołała chodząc od pokoju do pokoju i nawet nie widziała, w którym momencie poszukiwania pochłonęły ją na tyle, że straciła poczucie czasu. Zajęło jej to chyba kilka godzin, ale było warto - kotek znalazł się w składziku ze środkami czystości i praniem, w najlepsze leżąc sobie na fartuchach i gryząc jeden z nich.
- No chodź kotku, chodź... ja nie gryzę - przechwytując puchatego kota, przemyciła go do pokoju szefa, który był na skraju załamania nerwowego. Miała nadzieję, że wypisze jej referencje od ręki i puści do domu, czy coś, ale galeonami też nie gardziła. Była tylko biednym studentem, no przecież.
Na całe szczęście skończyła staż w tym domu wariatów. Nie miała zamiaru żegnać się z każdym z osobna, w związku z dziwnymi sytuacjami jakie miały tu miejsce a jedynie z paroma osobami, które ewentualnie byłaby w stanie polubić. Gdy wróciła do pokoju lekarskiego by zebrać swoje rzeczy, ujrzała na biurku kapelusz z krótkim liścikiem. Nie wiedziała początkowo po co jej to i do czego służy, ale w krótkim czasie po powrocie ze szpitala do domu się przekonała.

zt
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Doliny
Wiek : 33
Skąd : Dolina Godryka
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 601
  Liczba postów : 109
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13706-dionysius-jayden-shercliffe#364033
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13715-bajorko#364106
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13714-eissen-iv-waleczna#364104
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13712-dionysius-jayden-shercliffe#364097




Gracz






PisanieTemat: Re: Mniejsza izba przyjęć   Pią Gru 16 2016, 00:33

Staż - uzdrowiciel - etap III
kostki: 3(1) i 2
(w wieku 22 lat, 2006)

Kontakty z innymi pracownikami nie uległy znacznej poprawie, a Nessie brnął w zaparte i niekoniecznie starał się coś w tym zmieniać. Miał szansę się odgryźć, choć jego wyniki na stażu wciąż nie przedstawiały się na tyle dobrze, aby zaimponować szefowi, który swoją drogą na początku go uwielbiał. Dionysius nie zrażał się i nie próbował zabłysnąć na siłę, wierząc, że mimo wszystko umiejętności i kurs będą miały większe znaczenie niż sam staż, który zwykle odbywało się z zasady. Pojawiła się jednak okazja, a że Shercliffe złapał małego lenia, wolał zająć się okazją, niż faktycznymi obowiązkami - nawet jeśli miało to oznaczać więcej roboty następnego dnia. Może przywyknął do tych bestialskich i niesprawiedliwych nadgodzin, wyrabianych ostatnimi czasy. Zawziął się i na przekór reszcie pomagał w poszukiwaniach kota. Mały był skubany, ale nie na tyle, aby uciec od Nessiego. Miał przecież wyczucie, do niemagicznych zwierząt także. W końcu trafił na Maniusia przypadkiem i podstępem zwabił go w swoje ramiona, bezpiecznie eskortując prosto do właściciela. Szef był zachwycony i nagle przypomniał sobie, że Nessie jest świetnym pracownikiem. Zrobiło mu się trochę głupio, kiedy uświadomił sobie, że przez nieporozumienia i zmowy zmusił mężczyznę do nadgodzin, a do tego był tak zadowolony z odnalezienia Mańka, że pozwolił sobie na udzielenie premii i ułatwił nieco końcową drogę stażu. Szczegół, że potem Mung i tak miał kręcić nosem na kandydaturę Nessiego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Doliny
Wiek : 28
Skąd : USA
Czystość Krwi : 100%
Galeony : -163
  Liczba postów : 168
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13834-dracon-venimeux?nid=3#366421
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13840-kto-zajmie-sie-wrednym-leniem#366424
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13841-mirabelle#366425
http://czarodzieje.my-rpg.com/t13839-dracon-venimeux#366423




Gracz






PisanieTemat: Re: Mniejsza izba przyjęć   Sob Sty 14 2017, 22:46

Zacznijmy od samego początku, a początkiem, po zakończeniu Hogwartu był staż. Za Katheriną Dracon był pójść w ogień, więc nie dziwne, że zdecydował się właśnie iść w uzdrawianie. Złapał staż w Mungu i uczył się dniami i nocami, byleby dogonić kobietę swojego życia. Jak postrzegał go szef? Ogólnie był wrednym patafianem, któremu nic nie pasowało i chodził nabzdyczony cały dzień. A że Dracon nie ma łatwego charakteru, to nie raz, nie dwa się z nim kłócił i właśnie dlatego… był jego pupilkiem? Bardzo dziwne koleje losu się ułożyły, aczkolwiek najważniejsze jest to, że bardzo wpadł w jego gust. Nawet do jego uszu dotarła plotka, że ma zamiar go zatrudnić! Jakoś wątpił w to, że ma ochotę pracować w takim miejscu, zwłaszcza, że zależało mu na pracy z Katherine.
W pracy było znośnie. Nie było najlepiej, ale nie było na tyle źle, żeby szef, czy ktokolwiek inny chciał go wypieprzyć na zbity pysk. Czasami wychodził ze współpracownikami na papierosa, ale nie czuł się z nimi jakoś zżyty. Po szpitalu chodził zamyślony, więc zdarzało mu się coś upuścić, czy popsuć, ale nie miał z tego jakichś większych konsekwencji.
Jeżeli chodzi o te dwa tygodnie, to trzeba przyznać, że pierwszego dnia pokazał na co go stać. Wykonywał wszystkie zadania przed czasem i w miarę dobrze. Właśnie dlatego, mógł kończyć wcześniej i przy okazji obijać się w domu. Najlepsza praca na świecie, zrobisz co trzeba i do domu! Nie ma nic lepszego od czegoś takiego!
A co z resztą miesiąca? Nie wiem kto normalny trzyma pamiątkowy wazon po babce, na biurku w szpitalu. Ale jego szef nie był do końca normalny. Współpracownicy też nie bardzo, zwłaszcza, że nikt nie był na tyle odważny, by przyznać się do zniszczenia tej pamiątki. Chłopak postanowił jakoś zapunktować u szefa i kupił jakikolwiek wazon, rzucił na nie zaklęcie i żył nadzieją, że to wystarczy! Nie wystarczyło… Najgorszy pomysł na świecie, ale cóż. Jakoś nie zależało mu na aprobacie ludzi wokół niego. Wystarczyła mu jedynie Katherina, której ten pomysł się spodobał!
A zakończenie? Trzeba przyznać, że przez następne trzy dni, kiedy Dracon będzie trwonił pieniądze, które dostał jako upominek, zapamięta. Sto gaelonów na pożegnanie? Ale będzie impreza! Z takiego pożegnania, cieszył się najbardziej. Mógł dostać jakiś głupi kapelusz, czy coś innego. Na szczęście tak się nie stało, opuścił klinikę z pełnymi kieszeniami monet.
~*~
Po ukończeniu staży, czas rozpocząć pierwszy kurs. Najgorsze jest to, że musi wszystkie zaliczyć, w odpowiednim dla tego czasie, ale cóż, nie ma zamiaru się poddawać. Obrał sobie cel i będzie do niego dążyć. Zwłaszcza, że on ZAWSZE wygrywa, nawet jak przegrywa.
Pierwszym zadaniem było uwarzenie i wypróbowanie eliksiru. Nie był w tym za dobry, ale postanowił spróbować. Nawet nie wiecie, jaki był uradowany, gdy okazało się, że udało mu się zrobić ognistą! Czemu nie mógł tego powtórzyć?! Mógłby zarobić miliony, albo ewentualnie oszczędzić miliony, żeby nie wydawać w barach! A tak, to co? Musiał wezwać pomoc, miał nadzieję, że uzdrowiciel pomoże mu powtórzyć ten proces, jednak tak się nie stało. Pomógł sówce i zostawił go samego. CZEMU!
Kolejny tydzień, kolejne zdanie. Tym razem miał zająć się pufkiem. Przez chwilę się zastanawiał, czy on w tej klinice ma się zajmować tylko zwierzętami? Chciał leczyć ludzi, no weźcie! Niezadowolony wziął się do roboty i wyciągnął różdżkę. Rzucił zaklęcie i wywabił zwierzę z kryjówki. Po chwili zauważył, że Brodawkolep oblepia również jego rękę! Nie przejął się tym jakoś bardzo, może dlatego z taką łatwością udało mu się nad tym zapanować?
Ostatni tydzień, w końcu LUDZIE. Chociaż trudno było stwierdzić, czy małe, rozbrykane, biegające larwy, Dracon uważał za dzieci. Najlepiej się je leczy, kiedy rodziców nie ma w pobliżu. Jedno słowo, mianowicie groźba, wypowiedziana w odpowiedni sposób i rozwrzeszczane smarkacze, nie były już takie odważne i głośnie. Ładnie współpracowały.
Jak mu poszło? Niby dobrze, ale dziecko go wkurzało, rodzice mu siedzieli nad głową i miał ochotę ich zabić. Tylko i wyłącznie przez nich, popełnił błąd i źle zdiagnozował dzieciaka. Wielkie mi halo, nic mu się nie stało. Dobrze, że starszy stażem uzdrowiciel dobrze o tym wiedział i przepuścił go.
~*~
No to ostatnia część! Uzdrowiciel! No coś więcej był zbyt piękny i młody, dlatego ma jeszcze czas. Pierwszym zadaniem w kursie było opanowanie pacjenta, z rozległym poparzeniem i raną, prawdopodobnie zakażoną, na ręce. Trudno jest przesłuchiwać pacjenta, który wrzeszczy ci do ucha i nie odpowiada na pytania, a fakt, że nie współpracuje i nie możesz go dotknąć, tylko pogarszał sprawę. Miał ochotę rzucić to w cholerę i pójść sobie, na szczęście przełożony zajął się tym za niego i nie musiał się w tym wszystkim babrać.
Kolejnym punktem w jego kursie było oczywiście zwierzątko! Jakżeby inaczej. Może powinien zmienić specjalizacje… której jeszcze nie miał, na magiozoologię. Nie chciał leczyć zwierząt, ale co z tego, że nie chciał, jak musiał? Wziął głęboki wdech i przyszedł do pacjenta, którym był… człowiek? Aaaaa. To człowiek został uszkodzony przez hipogryfa! Nie odwrotnie? Dobrze, że się zorientował, bo jeszcze zrobiłby jakieś głupstwa.
Dracon podał mu eliksir spokoju, który na chwilę ukoił jego nerwy. Później zrozumiał, że nie bardzo chce mu się myśleć, więc zagadał do innego uzdrowiciela, powiedział mu co i jak i przyglądał się z uwagą, jak ten ciężko pracuje. Lenistwo górą! Ale ciii, nikt nie musi wiedzieć, że to było spowodowane lenistwem, on po prostu pozwolił mu to zrobić i tyle!
Kolejny etap, tym razem ktoś zarażony Groszopryszczką. Leczenie jest proste, nie trzeba za wiele robić, a działa. Szkoda tylko, że nie pomyślał o tym, by przenieść pacjenta do izolatki. Znajomy, siedzący obok niego, uświadomił mu to delikatnie i chyba tylko dzięki temu, że go posłuchał, nie wyleciał. Dziękuję głosie rozsądku!
On chyba obiegnie wszystkie specjalności. Przyszedł do niego gościu, który zatruł się czymś. Kto normalny pije eliksiry, których nie jest pewien, albo je rośliny, które mogą być trujące? Ludzie są idiotami, naprawdę. Jednak taka jego praca, by zapewnić im lepszy byt. Jak poradzić sobie z takim tępakiem? Wytłumaczyć mu, jaką gafę popełnił. Zaczął tłumaczyć jaka jest różnica między Langustnikiem, a homarem, dlaczego się otruł, jak powinien tego unikać. Po czym wyleczył go bez najmniejszego problemu. Jego przełożony widząc to wszystko pochwalił go i zaprosił na kolejny etap kursu.
Ostatni etap, przez końcowym testem. Nie umiał się doczekać. Już tylko te dwie rzeczy dzieliły go od zakończenia tej męczarni! Był zamyślony, właśnie dlatego pomylił eliksiry. Obudził go z tego stanu pacjent, który zaczął krwawić ze wszystkich otworów ciała. Ups. Draco wziął się szybko do roboty i zaczął naprawiać pacjenta. Na szczęście nie doszło do żadnych poważniejszych uszkodzeń.
No i koniec. Pewnie ciekawi was, jak poszedł panu Venimeux test? Świetnie! Odpowiedział na wystarczającą ilość pytań, dzięki czemu mógł zacząć pracę w świętym Mungu. Szkoda jednak tego, że przyszłość wypisała dla niego całkiem inny plan.


STAŻ: Kostki: 6, 5; 2; 4, 5
ASYSTENT: Kostki: 6, 2, 3
UZDROWICIEL: Kostki: 2, 3, 5, 2, 6
TEST: Kostki: 10
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 29
Skąd : Londyn
Czystość Krwi : 90%
Galeony : -24
  Liczba postów : 46
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14456-william-a-carstairs?nid=1#383051
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14469-hello-i-m-awkward#383376
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14470-will-carstairs#383377
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14473-william-a-carstairs#383406




Gracz






PisanieTemat: Re: Mniejsza izba przyjęć   Sob Kwi 29 2017, 15:32

Retrospekcja
2008
Niedługo po zakończeniu stażu, kurs na asystenta uzdrowiciela.


Etap I
4

Lubił zwierzęta. Naprawdę! Tylko niektórych trochę się bał; wszystko co miało dzioby w jego oczach wyglądało na potwornie niebezpiecznie. Nie wiedział, czy we wczesnym dzieciństwie przestraszył się sowy ojca, czy może w któreś Halloween ktoś, przebrany za kruka wyskoczył znienacka… Nie ważne, istotny był fakt, że wszelkim ptaszyskom nie ufał, a w ich obecności zaostrzał zasadę ograniczonego zaufania, wchodząc w tryb wyjątkowej czujności. W momencie w którym dowiedział się, że jego pierwszym pacjentem będzie sowa, cóż, mało nie padł z wrażenia na miejscu! Oczywistym dla niego było, że nie pozwolą mu tak od razu zajmować się ludźmi; sam by sobie na to nie pozwolił.. Niezamierzonego testu na pracę w stresie się nie spodziewał; nie zamierzał jednak marudzić! Postanowił pominąć wzrokiem straszy dziób i pazury, skupić mocno na ważeniu eliksiru.
Z tym całym ważeniem bywało różnie. Wtedy, w czasach które teraz wydawały się tak bardzo odległe, w dużej mierze liczył na wyczucie. Naiwne i bardzo ryzykowne (zwłaszcza kiedy w trakcie studiów ważył dla siebie eliksir rozbudzający… a potem nie spał kilka dni pod rząd), do tego stopnia, że w tym momencie na pewno nie znalazłby w sobie na tyle dużego odsetka bezmyślności.. W tamtym natomiast, odważał składniki na oko, dłońmi drżącymi ze stresu pod bacznym okiem ptaszyska;  najbardziej ciągnący się i męczący proces tworzenia eliksiru w jego życiu! Ważne, że wyszło? Pamiętał, że zajęło mu dłuższą chwilę, zanim zebrał się w sobie i podał to cholerne Szkiele-Wzro. Na tamtą sekundę nawet nie dbał o to, czy uzyskał odpowiedni efekt, czy może zawiódł i poniesie konsekwencje.. Nie zawiódł. Ale i tak poniósł konsekwencje? Nie dał się zwieść przyjaznym nutom dochodzącym z gardła stworzenia, był na to zbyt nieufny; mimo to zabrakło refleksu, by w odpowiedniej chwili odskoczyć przed atakiem. Krew się polała, pomieszczenie wypełniły siarczyste przekleństwa, kiedy desperackim rzutem starał się pokonać dystans między nim, a oknem, by wypuścić pierzastego potwora. Cholerne ptaszyska.


Etap II
3, 3
1

W drugim tygodniu nie było żadnych sów. Dzięki Merlinie! Jego pacjentem było natomiast inne stworzenie.. O którym nie miał bladego pojęcia? Nazwa pufek przydawała na myśl coś.. Puchatego? A na pewno pozbawionego pazurów i dzioba! Bazowanie na skojarzeniach chyba nie było najlepszym pomysłem, hm? Przez chwilę obracał w dłoniach dzbanek w którym skryło się stworzenie, stukał delikatnie palcami w ścianki, licząc na to, że pacjent zdecyduje  się na kooperację; bezskutecznie. Wyraźnie miało to być pierwsze zetknięcie z upartym przypadkiem, który nie chce dać sobie pomóc, hm? Po kilku próbach (czy kilkunastu, już nie pamiętał) przekonania pufka do wyjścia, postanowił postawić na najprostsze, chłopskie rozwiązanie; ładując lewą rękę do naczynia, z początku z pełną pewnością.. Milisekundy później cofając ruch z prędkością godną uciekającego Żmijozęba. Nie potrzeba było geniuszu, żeby stwierdził, że coś jest mocno nie tak, kiedy jego dłoń zaczęła porastać tym czymś, czego nazywać nawet nie chciał. Bezradny, całkiem przerażony, niewiele się zastanawiając, porzucił dzbanek wypełniony przeklętą cieczą (i dziwacznym pacjentem) biegnąc po pomoc. Nie, nie miał tyle tupetu, by próbować wymyślić jakieś przeciw-zaklęcie, a swoją lewą dłoń cenił na równi z prawą.
Miał czas, żeby przygotować się do tego zadania lepiej. Dowiedzieć się, czym właściwie jest to stworzenie, jak wywabić je z kryjówki i, co najważniejsze, jak uniknąć kolejnego bliskiego spotkania z tamtą substancją (albo przynajmniej jak jej przeciwdziałać). Miał czas, żeby wrócić nieco mądrzejszy, a co za tym idzie, bardziej ostrożny niż przy poprzedniej próbie. I kto by pomyślał, że rzetelne przygotowanie się, tak bardzo usprawni proces wyciągania tego upartego stworzonka z garnka! Jedno, dobrze rzucone zaklęcie, znacznie podniosło jego poziom pewności w całej tej sytuacji.. Co poprowadziło oczywiście do błędu. Nie zauważył z początku, że Brodawkolep zaczyna się przyczepiać do jego dłoni; dopiero po krótkiej chwili, która na szczęście nie przekreśliła jego szansy na samodzielne poradzenie sobie z problemem. Dopiero wtedy mógł zająć się zwierzakiem; czyli tą łatwiejszą częścią zadania.
Nauczka wyciągnięta z drugiego tygodnia kursu; najpierw się dowiedz z czym masz do czynienia, dopiero potem działaj.


Etap III
2, 1
3

Nigdy, nawet przez chwilę nie próbował udawać, że jest dobry w skupianiu swojej uwagi na więcej niż jednej rzeczy. Za czasów szkolnych, na eliksirach, jeśli zajmował się ważeniem, zupełnie odcinał się od całej reszty, nie słysząc kompletnie niczego; w tym dobrych uwag, rad, czy konstruktywnej krytyki dawanej innym studentom, z których mógłby skorzystać. I tak uznawał to za duży krok do przodu, szczerze mówiąc! Pamiętał, że na początku.. Nie, wróć, jakim początku! Z totalnym brakiem umiejętności skupienia się i wiecznym rozpraszaniem miał problem jakoś do czwartej, może piątej klasy! Dopiero później zaczął stopniowo wynajdować kolejne sposoby, ćwiczenia na koncentracje, pomagające mu podczas zajęć i nauki.. Nic jednak nie mogło go przygotować na tą sodomę. Wrzeszczące dzieciaki, przekrzykujący się rodzice, ruch, zmieniające się tony i energie atakujące jego uszy z każdej strony, ściąganie jego uwagi w bardzo fizyczny sposób, ciągłe zaczepki, miliony pytań; wszystko to sprawiało, że miał szczerą ochotę odpowiadać podobnym krzykiem, albo zwyczajnie rzucić wszystkim i jeszcze zmienić zdanie na temat swojej wymarzonej kariery. Skończyło się na względnie opanowanej diagnozie, wyrzuconej spiętym głosem, skanując pomieszczenie w poszukiwaniu najbliższego okna, albo drzwi, którymi mógłby uciec. Oczywiście, że diagnoza okazała się błędna. Oczywiście, że nie był w stanie nic zrobić. Z ogromną ulgą przyjął swoją porażkę, uciekając przed rozczarowanymi, poirytowanymi rodzicami i płaczącymi dzieciakami, udając się po kogoś lepiej wykwalifikowanego, by radzić sobie z podobnymi sytuacjami.
Powtórka z rozgrywki, po krótkiej przerwie, nie wydawała się aż takim piekłem. Odpoczywając, cały ten scenariusz przechodził w swojej głowie dobre kilkadziesiąt razy, opracowując kilka różnych sposobów, na które mógłby sobie poradzić z ogólnie panującym rozgardiaszem. Nie było co prawda czasu na dokładniejsze psychiczne przygotowanie; wyszedł jednak z założenia, że skok do głębokiej wody i improwizacja to często najlepszy sposób na szybką naukę.
Nie było tak źle! Tym razem trafił na bardziej rozumiejących rodziców i mniej nadpobudliwego dzieciaka, który rzeczywiście słuchał jego poleceń, nie próbując przy tym popisać się paskudnym charakterkiem. Wydawało się, że wszystko jest w porządku, że w całym tym przypadku nie było niczego aż tak skomplikowanego; może oprócz tych kilku nieznacznych chwil, w których dał się jednak rozproszyć i nie bardzo wiedział co się dzieje? To przecież nie mogło wpłynąć aż tak bardzo, prawda..? A jednak. Pomylił się, czy przez te chwilowe braki skupienia, czy przez luki w wiedzy; biedny dzieciak musiał zostać na noc w szpitalu, a sam William otrzymał zielone światło i delikatną reprymendę. Szczerze, spodziewał się nieco większej kary.. Ale nie miał zamiaru się kłócić. Obiecał tylko, zarówno prowadzącemu uzdrowicielowi, jak i w duchu, sobie, że będzie nad sobą pracował bardziej.
Byle do przodu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 29
Skąd : Londyn
Czystość Krwi : 90%
Galeony : -24
  Liczba postów : 46
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14456-william-a-carstairs?nid=1#383051
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14469-hello-i-m-awkward#383376
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14470-will-carstairs#383377
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14473-william-a-carstairs#383406




Gracz






PisanieTemat: Re: Mniejsza izba przyjęć   Sob Kwi 29 2017, 18:09

Retrospekcja
2011
Po przepracowaniu trzech lat jako asystent, kurs na uzdrowiciela.


Etap I
2
1

Doświadczenie mówiło, że William i kursy, to beznadziejne połączenie. Jakimś cudem, trafiał na te przypadki, w których albo zupełnie nie wiedział co zrobić, albo sam pacjent utrudniał mu życie; czy to paniką, czy uosobieniem.. Zapisując się na ten konkretny kurs, miał cichą nadzieję, że poszczęści mu się nieco bardziej. W końcu miał już te kilka lat doświadczenia jako asystent, prawda? Widział całkiem sporo, uczył się, podglądając starszych kolegów przy pracy i nawet po dłuższym czasie udało mu się pozbyć tego głupiego przydomka niezdary..  Zaczynał kurs ze świeżym, znacznie bardziej optymistycznym podejściem i nowo odnalezioną werwą, co mogło pójść nie tak?
...mógł jako swój pierwszy przypadek otrzymać człowieka, który wygląda jakby właśnie wydobyto go z żywego ognia. Krótkie sprawozdanie, które otrzymał, powiedziało mu tyle, że facet miał pecha, pomylił składniki i w efekcie został dotkliwie oparzony przez rykoszet eliksiru Eksplodującego. Na pierwszy rzut oka, próbował się przesłonić ręką, w której można było z łatwością dostrzec spory ubytek skóry; każdy ruch wyraźnie bolał, dlatego William podjął decyzję o ograniczeniu kontaktu do minimum. Nie chciał go męczyć i narażać na dodatkowe niedogodności; postawił na środki uśmierzające ból i te, które miały pomóc w odbudowie naskórka. Nawet nie pomyślał o tym, że facet cierpiał przy każdym ruchu z powodu obrażeń wewnętrznych.. Typowy błąd nowicjusza? Nawet nie przeszłoby mu to przez gardło, zwłaszcza, kiedy prowadzący uzdrowiciel stwierdził, że jego niedopatrzenie i błędy w diagnozie, mogły zabić pacjenta.
Następnego dnia, kiedy wrócił do tego biedaka, zaczął oczywiście od krótkich, acz szczerych przeprosin, zanim zabrał się do poprawiania własnych błędów. Wiedział, że podjęte środki nie będą przyjemne, o czym go z resztą ostrzegł.. Jednocześnie spodziewając się krzyków i paniki. Carstairs był na to przygotowany. Skupiony na swojej pracy i poważny, starał się jednocześnie uspokajać poszkodowanego; postawił na opis tego, co właśnie robił. Pozwoliło mu to zachować skupienie mimo krzyków i jęków, a pacjentowi dało blade pojęcie o tym, co dzieje się z jego ciałem... I mimo, że po raz kolejny nie trafił w dziesiątkę z podjętymi działaniami, najwyraźniej dostał dużego plusa za sposób, w jaki podszedł do pacjenta? Wyrzuty sumienia, tak czy siak, miały się za nim ciągnąć jeszcze przez dłuższy czas.

Etap II
2

Jego strach przed stworzeniami posiadającymi dziób i pazury, miały trochę racjonalności w sobie. Wystarczyło popatrzeć na to, co z człowiekiem potrafił zrobić rozjuszony hipogryf. Wiedział, że prawdopodobnie jego nowy pacjent czymś sobie na to zasłużył (nie, Will nie wierzył w złe zwierzęta, atakujące dla zachcianki), ale zamiast zadawać pytania, wolał zabrać się od razu do pracy, nie wystawiać go na kolejne godziny w zdenerwowaniu, bólu i zapewne pourazowym szoku.. Który najwyraźniej mijał. Zupełnie nie słuchając próśb i gróźb Carstairsa, poszkodowany rzucał się po łóżku, wyrządzając sobie najprawdopodobniej jeszcze większą krzywdę. Trzeba było działać szybko, zanim połamie się jeszcze bardziej. Mnóstwo zadrapań, sporo złamań, w tym jedno otwarte, głębokie rany, które wymagały natychmiastowej opieki.. Eliksir leczący rany, był pierwszym co przyszło mu do głowy, z racji tego, że dotyczył kwestii tej ostatniej, niecierpiącej zwłoki kwestii. Złamania?.. Ułożenie kości w odpowiedni sposób nie było przecież aż takie trudne? Tylko na żebra nie mógł nic poradzić. Zwracając się po opinię do przełożonego, sam się zdziwił, że przy podobnym zaniedbaniu pozwolił mu przejść do kolejnego pacjenta, ale po raz kolejny; nie miał zamiaru narzekać.

Etap III
2

Choroby zakaźne były kwestią, która od zawsze przyprawiała go o dreszcze. Nie dlatego, że brzydził się, czy bał zakażenia! Jego wyobraźnia przy podobnych przypadkach zaczynała działać na zwiększonych obrotach sprawiając, że od razu przed oczami stawały mu obrazki groźnych epidemii wirusów, które łączyły się i przeplatały wzajemnie, tworząc coś, na co wymrzeć miała połowa populacji. Tak, najwyraźniej za dzieciaka naczytał się zbyt wiele książek, które opowiadały podobnie niestworzone historie.. Ale przezorny, zawsze ubezpieczony, prawda? Dlatego widząc człowieka zarażonego groźną, w niektórych przypadkach nawet śmiertelną Smoczą Ospą, niewiele się zastanawiając, od razu zadecydował o odizolowaniu chorego, a następnie podaniu silnych środków, mających zapobiec rozwojowi choroby!.. A przynajmniej tak właśnie myślał, popełniając błąd za błędem; najpierw kierując się złą diagnozą, a później dodatkowo zalecając zupełnie błędne leczenie. Jak to mówią, głupi ma zawsze szczęście, a naiwniacy często cieszą się łaską Merlina? Jakoś tak to leciało. W każdym razie, od swojego przełożonego usłyszał, że dobrze poradził sobie z tą Groszopryszczką i następnym razem dostanie kolejnego pacjenta. Dobrze się złożyło, że akurat miał jeden ze swoich napadów niezręczności, z niewyraźną miną dziękując i mamrocąc coś o "dobrym dniu", inaczej mógłby się sam wydać, pytając czy mówią o tym samym pacjencie; którego kazał leczyć na Smoczą Ospę..
Już w domu, doczytał o obu chorobach.. I przez dobre kilkanaście minut śmiał się z twarzą w książce; pomylić fioletowe bąble z dziobami na twarzy... UPS!

Etap IV
4
4
5, 5

Dorastając, był przekonany, że ma najgłupsze poczucie humoru w całym Londynie. Nie dość, że praktycznie nie było takiej rzeczy, która nie byłaby go w stanie rozbawić, użyta w odpowiedni sposób.. To jeszcze do tego bardzo często brakowało mu wyczucia i samokontroli względem tego, kiedy można a kiedy nie wypada się śmiać. Naprawdę się starał. Z biegiem lat nawet zaczął się tego uczyć, wybierając bardzo często udawaną powagę, nad głupim chichotem czy jednoznacznym, krzywym uśmiechem. Starał się. Ale cholera, jakim cudem, miał się powstrzymać od śmiechu, stając przed buchającą parą, zieloną lokomotywą? Nie był w stanie dostrzec niczego innego, o skupieniu nie było nawet mowy. W pierwszej sekundzie jego mózg stwierdził, że będzie zabawny, poruszył wyobraźnię przez co, właśnie, zamiast pacjenta z gorączką i zielonym zafarbem na twarzy, dostrzegł tą wyżej opisaną maszynę. Miał niby nie parsknąć śmiechem? Oczywiście, że parsknął. A przy jego donośnym głosie, cała sala i pół korytarza musiało go słyszeć; część nawet patrzyła na niego litościwie, jak gdyby sam urwał się przed chwilą z piętra magopsychiatrii. Nawet nie mógł się wytłumaczyć, ani przed biednym pacjentem, ani tym bardziej przed wściekłym przełożonym, który przykazał Willowi nie wracać, póki nie dorośnie... To miało się okazać prawdziwym wyzwaniem w tym wszystkim! Kilka dobrych godzin zajęło mu wyparcie z głowy widoku lokomotywy; przez ten czas postanowił naładować baterie, wrzucić coś na ruszt, przejść się i oczyścić myśli. A kiedy już był pewny swojej powagi i profesjonalizmu, wrócił.. By polec. Tym razem widział zielony kociołek z małymi oczkami i zmarszczonymi brwiami. Walczył przez krótką chwilę, zanim się poddał i tym razem nie trzeba go było wyganiać; sam się wygonił, rezygnując z powrotu tamtego dnia.
Następnego natomiast upewnił się, że od momentu wstania myślał o smutnych rzeczach. Wiadomo, cierpiących dzieciach, kopanych szczeniakach, płaczących sierotach, męczonych kobietach, młodzieży zdającej w tym roku owutemy, wszystkich własnych, wcześniejszych błędów zarówno prywatnych, jak i tych związanych z obraną karierą.. Zadziałało. Na całkiem przybitym Willu, zielona twarz pacjenta nie zrobiła już żadnego wrażenia. Skóra jak skóra, zielona i rozpalona przez zatrucie. Tylko czym. Tutaj znalazł się kolejny problem, nad którym się głowił; dodatkowo pacjent, wciąż obrażony za poprzedni dzień, zupełnie nie chciał współpracować z bezczelnym arogantem. Pół dnia wertowania księgi poruszającej temat zatruć różnymi środkami, badań i prób przeprowadzania wywiadu z poszkodowanym.. By w końcu załamać ręce i zwrócić się z własną niewiedzą do prowadzącego, licząc, że może on coś na to poradzi, przy okazji oświecając z kaleczącej niewiedzy. Być może to kwestia bijącego od Carstairsa w tamtej chwili przygnębienia, ale szef zamiast wpaść w złość, wyjaśnił cały przypadek, do tego poklepał go po ramieniu winszując umiejętności przyznawania do porażki. Cudownie! Potrzebował tylko wiadra gorącej czekolady na poprawę nastroju.

Etap V
2

Względem ostatniego dnia kursu, William już na wieczór przed miał złe przeczucia. Trudno mu się dziwić, prawda? Zarówno staż jak i kurs przeprowadzony kilka lat wcześniej, nauczyły go, że Los ma ciekawe poczucie humoru. Specjalnie wstał wcześniej, by dobrze się dobudzić, skoncentrować i jeszcze przed wyjściem przewertować kilka własnych notatek, tak dla pewności. Naprawdę nie chciał zawalić tego ostatniego dnia, wystarczy, że popisał się przy poprzednim przypadku.. Pierwszy kontakt z pacjentem był naprawdę bardzo ciekawy. Mężczyzna na kozetce, na przemian bladł, zmieniał kolor na fioletowy, potem zielony; co właściwie nie było objawem żadnej znanej Williamowi choroby, chyba że.. Właśnie. Zanim jeszcze przyszły uzdrowiciel do niego podszedł, tamten wymamrotał "przepraszam", pobladł jeszcze bardziej, by zaraz wypruć biegiem do toalety. Dobrze, że była blisko. Zatrucia pokarmowe były całkiem prostą sprawą; dlatego nim pacjent wrócił, Carstairs już miał dla niego wszystko przygotowane. Zawahał się w momencie, w którym poszkodowany mężczyzna wrócił, skarżąc się między innymi na trudności w łapaniu oddechu. A to ciekawe. Pamiętał przypadek, przy którym asystował, a z którego notatki czytał zaraz przed wyjściem z mieszkania. Wystarczył jeden eliksir, by natychmiastowo załagodzić objawy i pomóc ze zwalczeniem skutków zaklęcia.
Dobre zakończenie praktycznej części kursu? Pozostawało liczyć, że test pójdzie równie gładko.

Test
2+5+2=9
4+1+5=10

To była definitywnie zmora jego szkolnych lat; przyznawał to za każdym razem, gdy w rozmowie padało słowo test, albo egzamin. Miał tendencję do losowania najgorszych pytań, dodatkowo wrodzone problemy ze skupieniem wcale nie ułatwiały sprawy, odbierając kolejne, cenne minuty, podczas których musiał przeczytać polecenie po kilka razy, by cokolwiek z tego zrozumieć. Jeszcze gorszy był w tym wszystkim fakt, że nawet gdyby chciał, do podobnie obszernych testów, nie mógł wkuć wszystkiego na pamięć. Zbyt dużo materiału, był święcie przekonany, że wybuchłaby mu głowa! Wcale się nie zdziwił, kiedy pierwsza próba skończyła się porażką; to było do przewidzenia, zareagował jedynie głębokim westchnieniem i obietnicą "jutro będzie lepiej", rzucaną w przestrzeń. Powtarzał to całkiem często, gdyby tak dłużej się nad tym zastanowił.. I zwykle miał rację. Drugie podejście do egzaminu było już bardziej udane, a Carstairs mógł ubiegać się o posadę uzdrowiciela.
Na szczęście już wiedział, że beznadziejny niefart podczas kursów i stażu zwykle nie miał odbicia w prawdziwym życiu.. Co nie zmieniało faktu, że każda porażka motywowała go do popadania głębiej w swój pracoholizm, w którym maniakalnie starał się stawać coraz lepszym specjalistą. Lepiej dla jego pacjentów, prawda?


Ostatnio zmieniony przez William A. Carstairs dnia Sob Kwi 29 2017, 18:17, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 29
Skąd : Londyn
Czystość Krwi : 90%
Galeony : -24
  Liczba postów : 46
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14456-william-a-carstairs?nid=1#383051
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14469-hello-i-m-awkward#383376
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14470-will-carstairs#383377
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14473-william-a-carstairs#383406




Gracz






PisanieTemat: Re: Mniejsza izba przyjęć   Sob Kwi 29 2017, 18:10

Retrospekcja
2008
Staż, zaraz po ukończeniu studiów.


I
6, 2

Na rok przed zakończeniem studiów, stał się jednym, wielkim, chodzącym kłębkiem nerwów. Nawet nie wiedział skąd mu się to wzięło; wydawało się, że z dnia na dzień zaczął się idiotycznie bardzo przejmować wszystkim wokół. Wizja stażu na uzdrowiciela przyprawiała młodego Willa już wtedy o mdłości, po nocach zastanawiał się co go spotka, na jakich ludzi trafi, jak jego przełożony przyjmie całą tą nerwowość i napady braku zorganizowania, niezręczności czy gracji… Innymi słowy; wiele nieprzespanych nocy prowadziło do momentu, w którym przekroczył próg szpitala jako stażysta. Nie wiedział, czy bardziej się ekscytował, czy może denerwował.
Pierwsza rozmowa z uzdrowicielem prowadzącym wcale nie pomogła w całym tym "znajdowaniu się w nowej sytuacji". Spodziewał się groźnego i surowego pana z brzuszkiem i wąsem, który na pamięć znał każdą przypadłość, każdy eliksir, remedium na wszystko, nawet te choroby, które jeszcze nie dostały oficjalnej nazwy.. A nie człowieka, który po kilku krótkich minutach rozmowy, sprawia wrażenie, jakby Carstairs był jego najlepszym protegowanym. Na tamtą chwilę nawet jeszcze nie widział go w akcji! Młodszy o te dziewięć lat, znacznie bardziej naiwny (głupszy), ucieszył się idiotycznie, zaczynając staż z brawurową pewnością siebie, wyzbywając się ostrożności i tłumiąc zachowawczą naturę. W skrócie; równie dobrze mógłby sobie strzelić w stopy zaklęciem pozbawiającym kości, pomogłoby mu to w pracy dokładnie tak samo. Oczywiście, w głupim poczuciu bezpieczeństwa (przecież szef go lubił!) stał się nieostrożny; jeżeli gdzieś słuchać było tłuczone szkło, coś spadało, albo nagle rozpadało się na części, to prawdopodobnie była wina Williama. Wszystko co mogło iść nie tak, szło nie tak. Najwyraźniej Los postanowił zagrać sobie na jego naiwności, ukarać za bujanie w obłokach, zrzucając na jego barki pecha, mającego towarzyszyć mu przez cały staż.. W dodatku wszystko wskazywało na to, że w tych całych męczarniach miał był całkiem sam! Zrzucając na podłogę niemalże dosłownie wszystko, co wpadało mu w ręce, szybko zasłużył sobie na łatkę głównej niezdary, stając się pośmiewiskiem innych stażystów. Pysznie. Miesiąc pełen wyzwań czas zacząć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 29
Skąd : Londyn
Czystość Krwi : 90%
Galeony : -24
  Liczba postów : 46
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14456-william-a-carstairs?nid=1#383051
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14469-hello-i-m-awkward#383376
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14470-will-carstairs#383377
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14473-william-a-carstairs#383406




Gracz






PisanieTemat: Re: Mniejsza izba przyjęć   Pią Maj 05 2017, 18:32

2008

II
Kostki: 6, 5

Kiedyś powtarzał, że zdolnym trzeba się urodzić, a taki rodzaj nadpobudliwości i zakręcenia, który posiadał on, powinien być uważany za jakiś pieprzony dar od losu. Miał szczęście tylko bardzo nielicznych przypadkach; zwykle w tych, które nakreślały jego przyszłość, tych głównych, jak zdawanie egzaminów, dostawanie się na staż czy spotykanie odpowiednich ludzi.. Przez nadpobudliwość uchodził za człowieka mocno otwartego, w dodatku takiego, który nie bał się wyzwań, a pracowitość była jego drugim imieniem; zakręceniem zazwyczaj zdobywał sympatię, nie ważne, że zwykle płynącą ze współczucia dla człowieka gubiącego ciągle własną głowę. Dość często okazywało się, że ów dary okazywały się być przekleństwem. Zazwyczaj tak było, William zwyczajnie usiłował pozostać optymistą, raczej nie widząc większych szans w nauczeniu się porządku; jak to leciało? Starego psa nowych sztuczek nie nauczysz! A o wrzuceniu niższego biegu, złapaniu głębszego oddechu i wkładaniu więcej myśli w to, co akurat robił, zamiast zastanawiać się nad kwestią ostatniego klienta, czy marzyć o przyszłej kolacji.. Mowy nie było! Ale kłaść ważne rzeczy w takie miejsca, by się nie nauczyły; tego by się, cholera, mógł w końcu nauczyć.
Sprawa, teoretycznie, była bardzo prosta. Drugi dzień stażu, to był jeszcze ten moment, w którym dla wszystkich miał na imię "Ej, ty!", ewentualnie "Ofiaro", bo już zdążył rozwalić kilka rzeczy drżącymi z nerwów dłońmi.. Być może dlatego przez pierwszy tydzień, jak nie dwa, wszyscy starsi doświadczeniem woleli, by Carstairs robił za posłańca? Z tym wydawał sobie radzić całkiem nieźle; przynieś, wynieś, pozamiataj,, ujęte w odpowiedni sposób nawet nie brzmiało jak męczące obniżanie jego poziomu.. Ot, była robota, ktoś musiał ją zrobić, tym kimś akurat był Will, a że najczęściej niewiele miało to wspólnego z rzeczywistym uzdrawianiem, to już inna sprawa. Słyszał nie raz i nie dwa, że staże to zabawne doświadczenie, nie za bardzo mające odniesienie w prawdziwym świecie. Właściwie modlił się, by tak właśnie było w tyn przypadku.. Ale żeby musiał kierownikowi dostarczać jakieś cholernie drogie odważniki? Naprawdę? Przyjął zadanie bardzo niechętnie, bo większego wyboru nie miał, zwlekając jak tylko się dało ze skierowaniem swoich kroków do gabinetu przełożonego uzdrowiciela. Ba, nawet znalazł sobie nieco bardziej angażujące zajęcie, pomagając jednej uzdrowicielce z grupką dzieci. Pomoc sprowadzała się do tego, że miał zabawiać badanego dzieciaka, by ułatwić jej przeprowadzenie badania; świetna zabawa! Zarówno Will jak i gówniarze wyszli z całej tej przygody w świetnym nastroju, do tego stopnia, że postanowił nawet dłużej nie zwlekać i w końcu odwiedzić kierownika.. Tylko gdzie te cholerne odważniki? Stojąc przed jego gabinetem, macając się po wszystkich kieszeniach i kieszonkach jak szalony, w głowie próbując sobie przypomnieć, czy gdzieś ich przypadkiem nie odłożył. Może kiedy zajmował się dziećmi? Albo później, kiedy skoczył na jedzenie? A może wypadły, kiedy biegł przytrzymać drzwi koledze ze stażu, obładowanego sprzętem medycznym..? Nie miał zielonego pojęcia. Biegał wtedy we wszystkie miejsca, które odwiedził tamtego dnia, zaglądnął pod każdą kozetkę, każdą półkę i wózek; nic.
Nie pozostało nic innego, jak szaleńczy bieg po wszystkich sklepach w magicznej części Londynu, które mogłyby sprzedawać podobne odważniki. Jeszcze oby dobrze pamiętał jak wyglądały i co było w nich takiego specjalnego! Kupując coś, co wydawało mu się bardzo, bardzo podobne, modlił się w duchu, że te dwadzieścia galeonów nie pójdzie w błoto, razem z całą jego karierą.. To by było komiczne i tragiczne za razem, cholera. Stawił się w gabinecie, czując te wszystkie przebyte mile w stopach i mięśniach, próbując wyrównać oddech zaprezentował kierownikowi przekazany przedmiot.. I tym razem nie nawiązał żadnej uprzejmej pogawędki; zwłaszcza, że przełożony wydawał się delikatnie zdziwiony przedmiotami przed sobą? William wymamrotał coś o zabieganiu, przeprosił uprzejmie (oh, a miał za co przepraszać!) i w trybie ekspresowym ewakuował się z pomieszczenia. Było blisko? Chyba? Trudno mu było stwierdzić. Liczył się fakt, że nigdy więcej podczas tamtego stażu nie usłyszał o specjalnych odważnikach..
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Londynu
Wiek : 29
Skąd : Londyn
Czystość Krwi : 90%
Galeony : -24
  Liczba postów : 46
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14456-william-a-carstairs?nid=1#383051
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14469-hello-i-m-awkward#383376
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14470-will-carstairs#383377
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14473-william-a-carstairs#383406




Gracz






PisanieTemat: Re: Mniejsza izba przyjęć   Sob Maj 13 2017, 11:51

2008

III
Kostki: 5, 1 i 4

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że William nawet nie powinien myśleć o pracy uzdrowiciela. Naprawdę. Nic mu nie wychodziło i wszystko psuł, pierwsza część stażu była jakąś porażką, a koledzy po fachu i uzdrowiciele postawieni wyżej, najczęściej wahali się, by zlecać mu jakiekolwiek zadania. Zwykle wszystko sprowadzało się do przynieś-wynieś-pozamiataj, wiadomo, przynajmniej wtedy mieli pewność, że jeśli kogoś zabije, to tylko siebie, może będzie spokój.. Byłby się już dawno zniechęcił do całego tego cyrku, gdyby nie wrodzony upór; połączony z naturalnym, w większości pozytywnym spojrzeniem na wszystko co go dosięgało. Wyszedł z założenia, że być może teraz jest beznadziejnie, żeby kiedyś było lepiej? Może ma się nauczyć pokory i znosić porażki, by później móc być w swoim zawodzie lepszy? Może..
Znów niósł papiery; dosłownym biegiem, bo wszystko, jak zawsze, miało zostać zrobione na wczoraj. Cholera, wiedział, że życie uzdrowiciela to życie w pełnym biegu, przez całą dobę na najwyższych obrotach, ale nie sądził, że aż tak i w ten sposób! Tor z przeszkodami, kolejne pół-piruety, podskoki, wymijanie bez utraty prędkości; czuł się, jakby wrócił do szkoły i założył z jednym z kolegów kto pierwszy na eliksirach! Bawił się przy tym wybornie.. Do czasu w którym, dosłownie znikąd, pod jego nogami, wyrosło jakieś pudło ze starymi narzędziami..? Tego ciężaru w zetknięciu ze stopą się nie spodziewał. Padł jak długi, przez krótką chwilę nawet bardziej obawiając się o własne kości, niż o te papiery. A potem zauważył, że dokumenty wpadły do równie tajemniczego wiadra z wodą i już wiedział, że jest zgubiony. Przełożony go zniszczy, załamie się i zupełnie wykreśli z listy, bo ile drugich szans można dostać..? Nie było aż tak źle. Po oddaniu mu tej… papierowej szmatki, nie oberwał ani żadnym zaklęciem, ani niczym ciężkim, więc uznał to za sukces. Wrzaski starszego uzdrowiciela można było słyszeć prawdopodobnie jedno piętro w górę i dwa w dół, ale dla Williama liczyło się bardziej, że jakimś cudem zachował pracę. Jak? Do dziś dzień nie wie, był zbyt zszokowany, by wyciągnąć jakikolwiek sens ze wściekłych wrzasków. Pamiętał tyle, że wyczołgał się z tamtego gabinetu prawie na czworaka, z sercem w gardle i ciśnieniem które mogło go zabić. Przez całą resztę stażu chodził na palcach, uważając na każdy swój ruch w przekonaniu, że jest obserwowany na każdym kroku. Całkiem możliwe, zważywszy na to, jaką porażką był przez cały miesiąc. "Byle dożyć do końca tego stażu" odbijało się w głowie zapewne nie tylko jemu, ale też jego opiekunowi..
A może przesadzał? Albo, starając się zachować swoje miejsce, niechcący podlizywał za bardzo? Mówią, że darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda; stu galeonom też nie miał zamiaru odmawiać.

Koniec
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Student Ravenclaw
Rok Nauki : VIII
Wiek : 19
Skąd : Upper Flagley
Czystość Krwi : 50%
Galeony : 57
  Liczba postów : 65
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14155-jeanette-austin#373769
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14166-jean#373870
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14163-moja-piekna-skrzynka
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14165-jeanette-austin




Gracz






PisanieTemat: Re: Mniejsza izba przyjęć   Czw Cze 08 2017, 17:45

Kurs na asystenta uzdrowiciela - etap I

Kostka: 4
____________________

Była bardzo podekscytowana kursem i chciała się dowiedzieć, czy rzeczywiście nadaje się do wybranego na przyszłość zawodu. Miała szczerą nadzieję, że tak, a za trzy tygodnie miała się o tym przekonać - dostać certyfikat... albo nie dostać certyfikatu. Zestresowana przystąpiła do pierwszego zadania, którym miało być uwarzenie eliksiru Szkiele-Wzro i wykorzystanie go na chorej sówce. Jean pamiętała sporo z lekcji eliksirów i patrząc na efekt swojej pracy uznała, że jest on zadowalający, bynajmniej dla niej. Więc dlaczego ręce jej się tak trzęsły? Odetchnęła, ostrożnie chwyciła fiolkę z eliksirem i wlała zawartość do gardełka swojej pacjentki. Na twarzy Jean wykwitł promienny uśmiech, gdy sowa przyjaźnie zahukała i pomachała skrzydełkiem, które jeszcze przed chwilą nie wyglądało na zdrowe. Jakie to było urocze! Satysfakcja z sukcesu rosła coraz bardziej i Krukonka prawie podskakiwała z radości, gdy nagle sowa dziobnęła ją w palec. Najpierw lekko, potem coraz mocniej, aż wreszcie zaczęła na dobre atakować, odpłacając się za pomoc rankami na ciele dziewiętnastolatki. Jak można być tak niewdzięcznym?

Kurs na asystenta uzdrowiciela - etap II

Kostka: 6
___________________

Drugie zadanie mogło być trudniejsze, dlatego postanowiła się pilnować, mieć na baczności i nie dać omamić swojej radości i pewności siebie wzbudzonej w poprzednim tygodniu. Tym razem musiała poradzić sobie z pufkiem uwięzionym w brodawkolepie. Wiedziała, na co powinna uważać i jak się zachować, wydostając pufka, a jej uwadze nie umknęła także rękawica ochronna ze smoczej skóry, którą od razu włożyła na dłoń. Bez problemu poradziła sobie z wyciągnięciem zwierzaka, który swoją drogą nie wyglądał dobrze. W pierwszej chwili miała problem z przypomnieniem sobie zaklęcia i już zaczynała panikować, ale nagle coś ją oświeciło i szybko wyciągnęła różdżkę, wymawiając "Vuinus alere". Zaważyła poprawę w samopoczuciu pufka i znowu dopadła ją euforia po bardzo dobrze wykonanym zadaniu.

Kurs na asystenta uzdrowiciela - etap III

Kostka: 2, potem 4
_______________________

To już ostatnie zadanie, Jean - powtarzała w myślach podczas trzeciego tygodnia kursu. - Z poprzednimi sobie poradziłaś, z tym też sobie poradzisz. Nie ma innej opcji. Jesteś gotowa.
Nagle pojawiła się rodzina z rozwrzeszczanym dzieckiem, wszyscy mówili jeden przez drugiego i studentka sama już nie wiedziała, kogo ma słuchać. Wiedziała, że musi postawić diagnozę, ale za nic nie potrafiła się skupić, stres sprawiał, że cała drżała i przez dłuższą chwilę nie mogła doprowadzić się do porządku. Dotarło do niej, że jako uzdrowicielka może mieć często do czynienia z takimi sytuacjami i nagle zapragnęła zmienić swoje plany na przyszłość. Z drugiej strony, w większości zawodów są stresujące zdarzenia i musiała nauczyć się sobie z tym radzić. Westchnęła, zebrała się psychicznie i zaczęła mówić spokojnym, zdecydowanym acz wciąż trochę drżącym z przerażenia głosem. Zajęła się płaczącym dzieckiem i na szczęście udało jej się postawić poprawną diagnozę.

Na koniec kursu odetchnęła z ulgą jak nigdy wcześniej. To jednak były ciężkie trzy tygodnie. Ale trzeba się przyzwyczajać, prawda?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Doliny
Wiek : 22
Skąd : Cannes, Francja
Czystość Krwi : 90%
Galeony : -51
  Liczba postów : 26
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14565-mabel-lorraine
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14635-swita-mabel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14634-chouette
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14633-mabel-alexandra-lorraine




Gracz






PisanieTemat: Re: Mniejsza izba przyjęć   Sro Cze 21 2017, 13:58

Staż na uzdrowiciela: etap 1.
2016 - zaraz po zakończeniu studiów.

Kostki: 5 i 2

Pierwszy dzień na stażu. W Mabel kłóciły się ze sobą dwie główne emocje - podekscytowanie i ogromny stres. Zależało jej strasznie, żeby wszystko poszło po jej myśli. Pierwszą osoba, którą poznała był ich szef. I co ciekawe miała wrażenie, jakby szef już od pierwszego dnia sobie postanowił, że to właśnie Mabel będzie tą jedną jego ulubienicą. Nie była do końca pewna, czy taki układ jej się podoba. To jeszcze bardziej zwiększało presje, której sama sobie i tak naważyła za dużo. Postanowiła nie zwracać uwagi na liczne uśmieszki ze strony szefa. Ale kiedy dostała premię w wysokości 15 galeonów to już było tego za wiele. Teraz była zła. W końcu staż wcale nie szedł jej tak znakomicie. Nawet koledzy zaczynali ją przezywać, bo co chwila coś jej leciało z rąk. To chyba właśnie przez ten stres. Nie była przecież taką niezdarą na co dzień. Tym bardziej nie rozumiała więc sympatii szefa. Przynajmniej mniej przejmowała się tymi swoimi porażkami, bo miała wrażenie, że szef i tak nie pozwoliłby na jej usunięcie. Cała ta sytuacja była dla niej niezrozumiała. Pierwszy tydzień był naprawdę wyczerpujący. Głównie właśnie psychicznie. Czekała z niecierpliwością na drugi tydzień. Może będzie mniej stresujący i może wszystko się wyjaśni...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora



avatar

Mieszkaniec Doliny
Wiek : 22
Skąd : Cannes, Francja
Czystość Krwi : 90%
Galeony : -51
  Liczba postów : 26
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14565-mabel-lorraine
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14635-swita-mabel
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14634-chouette
http://czarodzieje.my-rpg.com/t14633-mabel-alexandra-lorraine




Gracz






PisanieTemat: Re: Mniejsza izba przyjęć   Sro Cze 21 2017, 17:16

Kurs na asystenta uzdrowiciela
Zaraz po zakończeniu stażu - październik 2016

CZ. I kostka: 2
Staż był okropnie wyczerpujący. Dlatego potrzebowała chwili odpoczynku, zanim przystąpiłaby do kursu, który miał być równie, a może nawet bardziej wymagający. Odpoczynek jednak wcale nie trwał długo. Po miesiącu bezczynnego siedzenia w domu, zajmowaniu się ogrodem czy chodzeniu do barów, Mabel zdecydowała się w końcu przystąpić do kursu, który był niezbędny dla jej dalszej wymarzonej kariery. Nie mogła się tak po prostu poddać. Od zawsze chciała być uzdrowicielką, a to był jeden z najważniejszych kroków do celu. Szybko więc zebrała się w sobie i wróciła do miejsca, w którym nie tak dawno odbywała staż. Widziała parę znajomych twarzy. Niektórzy z jej kolegów ze stażu już odbyli kurs i widziała ich biegających za swoimi nadzorującymi uzdrowicielami. Całe zmęczenie momentalnie odpłynęło, a w jej głowie ponownie pojawiło się to dawno nieodczuwane zacięcie i ambicja.
Pierwszy tydzień postawił przed nią to zadanie, którego najbardziej się obawiała. Musiała uwarzyć eliksir. Właśnie eliksiry sprawiały jej zawsze największe problemy. Nie wiedziała, co robiła nie tak, ale zawsze kończyło się tak, że dodała jakiegoś składnika za dużo lub za mało. Tym razem postanowiła się skupić najmocniej jak potrafiła. Znała przepis na Szkiele-Wzro na pamięć. Wymagano tego od niej na studiach. Zaczęła dodawać wszystkie składniki w ilościach, które pamiętała, że były odpowiednie. Wyglądało na to, że wszystko idzie tak, jak powinno. Mabel była dumna z tego, jak wyglądał uwarzony przez nią eliksir - idealnie. Po uwarzeniu eliksiru przyszła pora na sprawdzenie, czy rzeczywiście działa. Serce biło jej okropnie, kiedy przechylała butelkę nad otwartym pyszczkiem sówki, ale nie dała tego po sobie poznać. Sówka momentalnie zaczęła się chwiać. Wyglądała jak upita, a przecież nie pomyliła butelki eliksiru z Ognistą. Musiała coś zrobić nie tak. Spojrzała na chore skrzydło ptaka i ze strachem stwierdziła, że jest jeszcze bardziej spuchnięte niż było. Wstyd jej było się przyznać, ale nie wiedziała, co ma teraz zrobić.
- Pomocy! - krzyknęła w stronę gabinetu obok, gdzie znajdował się nadzorujący ją uzdrowiciel. Szybko przybiegł na jej wołanie, machnął różdżką i sówka wróciła do stanu sprzed. Mabel odetchnęła z ulgą.
- Przepraszam, musiałam coś zrobić nie tak - przyznała, łapiąc się za głowę i jednym ruchem dłoni ocierając krople potu z czoła. Uzdrowiciel kiwnął głową ze zrozumieniem. Na całe szczęście okazało się, że to nie był poważny błąd i dostała się do następnego etapu kursu.

CZ. II kostka: 6
Po ostatnim tygodniu i nie do końca idealnie wykonanym zadaniu Mabel ponownie ogarnął stres. W pracy uzdrowiciela stres to właściwie nieodłączna część zawodu, więc nie było w tym nic dziwnego. Nawet lepiej, że dziewczyna przyzwyczajała się do działania w takich warunkach. Drugi tydzień z założenia był dla niej łatwiejszy. Nie musiała już warzyć żadnego eliksiru. Przyszła na miejsce, w którym czekało ją drugie zadanie tego kursu. Znów opierało się na udzieleniu pomocy magicznemu stworzeniu, ale tym razem był to pufek z brodawkolepem. Słysząc to, Mabel od razu w duchu przypomina sobie, żeby pod żadnym pozorem tego nie dotknąć. Jednak zdaje sobie sprawę, że jakoś musi wyciągnąć pufka z dzbana. Przecież nie mogliby jej kazać się nabawić tej samej choroby, nie dając innego rozwiązania. Wtedy dopiero jej wzrok pada na rękawicę leżącą obok. Uśmiech na jej twarzy zdradza, że dobrze wie, co ma teraz zrobić. Bez wahania wyciąga stworzenie z dzbana i odkłada ostrożnie na stole. Zdejmuje rękawicę, uważając, by nie oblepić się brodawkolepem. Mabel wyjmuje różdżkę i ze skupieniem przypomina sobie odpowiednie zaklęcie.
- Vulnus alere - mamrocze i obserwuje, jak jej zaklęcie uzdrawia małego pufka. Serce przyspiesza, kiedy widzi nieskryty uśmiech na twarzy nadzorującego uzdrowiciela. Wypełnia ją niezmierzona duma. W końcu udało jej się coś zrobić idealnie.

CZ. III kostka: 6
Po niemałym sukcesie w poprzednim tygodniu kursu, Mabel przekonała się, że dużo zależy także od jej nastawienia. Ostatni, teoretycznie najtrudniejszy tydzień kursu musiał jej więc pójść jak najlepiej potrafiła. W końcu przyszło im się zmierzyć z ludźmi, a nie ciągle tylko ćwiczyć na biednych stworzeniach. Izba przyjęć wypełniona była mnóstwem krzyczących małych dzieci i jeszcze głośniej krzyczących i groźniej wyglądających rodziców. Mabel wzięła głęboki oddech, potem jeszcze jeden i jeszcze trzeci. W końcu uspokoiła się i podeszła do przypisanej jej rodziny. Przedstawiła się i zabrała ich do gabinetu, żeby sprawdzić, co dzieje się z dzieckiem. Diagnoza wydawała jej się oczywista. Po krótkim badaniu kontrolnym tylko utwierdziła się w tym przekonaniu. Dziecko tego państwa na całe szczęście było zupełnie spokojne, a oni także nie wcinali się w jej robotę i nie mieli żadnych zastrzeżeń. Mabel rzuciła dwa zaklęcia i wypisała receptę. Kiedy uznała, że zrobiła już wszystko, co było trzeba, zawołała nadzorującego uzdrowiciela, żeby ocenił jej robotę. Była z siebie zadowolona, że nie miała za dużych problemów z tym zadaniem. Niestety mina uzdrowiciela nie wyrażała takiego samego zadowolenia. Zaczął przepraszać rodziców dziecka i wyjaśnił, że diagnoza Mabel była zła, a jej zaklęcia lecznicze niestety mogą mieć zły wpływ na dziecko, więc będą musieli zostać w szpitalu jeszcze przez jedną noc. Rodzice byli wściekli, wyszli z sali trzaskając drzwiami. Mabel spuściła wzrok i skarciła się w duchu za zbyt dużą pewność siebie. Była gotowa na usłyszenie, że musi powtórzyć tę część kursu, ale usłyszała, że tym razem jej odpuści, ale musi się jeszcze douczyć. Nie wiedziała, czy to ją satysfakcjonuje bardziej, ale postanowiła się już nie kłócić. Kiwnęła głową i wyszła z gabinetu. Postanowiła sobie, że powtórzy materiał jeszcze 5 razy zanim postanowi się zatrudnić. Dostała nauczkę. Ważne, że kurs zakończyła i wszystko skończyło się w miarę dobrze. Znów postanowiła odpocząć. Może już nie cały miesiąc, ale chociaż tydzień, zanim postanowi się zatrudnić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 

Mniejsza izba przyjęć

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

 Similar topics

-
» Izba przyjęć
» Izba przyjęć
» Izba Pamięci
» Izba Pamięci
» Izba Pamięci

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Czarodzieje ::  :: 
londyn
 :: 
szpital sw.munga
-